tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

San Marino pod lupą – anegdoty i ciekawostki

Napisanie, że nasz najbliższy przeciwnik jest słaby, to nie nietakt, a truizm. Fakt, że jako jedyni w Europie nie potrafią grać w piłkę dodaje im jednak nie hańby, a niespotykanego kolorytu. Są ciekawostką. Nie będziemy zanudzać was analizą ich składu, taktyki czy innych typowo piłkarskich rzeczy. Napiszemy za to coś, co jest zwyczajnie ciekawe.
San Marino - Anglia(fot.Getty Images)

San Marino - Anglia (fot. fot. Getty Images) Nie ma drużyny w której nie byłoby najlepszego zawodnika. Jeśli nie jest gwiazdą, to chociaż mentorem, czy jakimś wzorcem, do którego pozostali chcą się upodabniać. U nas, słusznie czy nie, za takiego uchodzi Robert Lewandowski. Najbardziej znany, najbardziej bramkostrzelny, najlepiej zarabiający...

Selva = Lewandowski?

W San Marino też mają swojego Lewandowskiego. To Andy Selva. Człowiek-instytucja tamtejszej reprezentacji. Z ośmioma bramkami najlepszy strzelec w historii. Do niedawna ich jedyny zawodowy piłkarz, który kilka lat temu grał nawet na poziomie włoskiej drugiej ligi. Kiedy miał kilkanaście lat, chciał zapisać się do juniorów Romy, której od zawsze kibicował. Jest w końcu rzymianinem, a obywatelstwo San Marino przyjął po swoim dziadku.

Wówczas trenerem tego rocznika był legendarny niegdyś piłkarz Giallorossich, Bruno Conti. Ponoć Selva radę dawał sobie całkiem nieźle i miał realną szansę na angaż, ale sprawa rozbiła się o pieniądze. Woleli wziąć kogoś słabszego, byleby tylko kopał za darmo. Tym sposobem gra w Serie A pozostanie dla niego marzeniem niespełnionym.

Dziś ma prawie 37 lat i piłkarsko dogorywa w pół amatorskim, sanmaryńskim klubie La Fiorita. Jakbyście nie wiedzieli, to w tym trzydziestotysięcznym, mikroskopijnym państewku, zorganizowali sobie szesnastozespołową ligę. Niebywałe.

Sukces na remis

Remis z Łotwą? Pamiętam, że imprezowaliśmy po nim do rana – wspomina z uśmiechem selekcjoner San Marino, Giampaolo Mazza.

Był to jeden z najpiękniejszych, obok zwycięstwa nad Liechtensteinem i remisem z Turcją (!), dni w historii tej malutkiej federacji.

Nie zagraliśmy wcale tak źle – komentował po meczu ówczesny trener Łotyszy, Gary Johnson. I miał trochę racji. Piłka kilkakrotnie odbijała się od słupków i poprzeczek sanmaryńczyków, a ci zdobyli bramkę dopiero po dobrze wykonanym rzucie wolnym. Skończyło się jednak wynikiem 1:1, a Łotwa pogrzebała szansę na kwalifikację na mistrzostwa świata w 2002 roku. Publiczność w Rydze łamaną angielszczyzną odśpiewała "Dzonsons go home”.

Zaraz po meczu angielski trener skompromitował się jeszcze bardziej, boksując miejscowego reportera. "Najczarniejszy dzień łotewskiej piłki" – krzyczały nazajutrz nagłówki tamtejszych gazet. Nietrudno się domyśleć, że Johnson został zwolniony w trybie natychmiastowym.

San Marino - Anglia (fot. fot. Getty Images) Nieliczność pięknych chwil tamtejszego futbolu nadaje im specjalny wymiar. W San Marino z każdej bramki cieszą się tak, jakby właśnie ograli mistrza świata. Nic dziwnego, że o Davide Gualtierim pamięta się do dziś. Teraz to tylko prosty sprzedawca komputerów. 20 lat temu udało mu się jednak pokonać bramkarza reprezentacji Anglii, Davida Seamana. I to w ósmej sekundzie meczu!

Czasem oglądam tego gola na youtube i przypominam sobie tamte piękne chwile. Podnosi mnie to na duchu. Wtedy miałem jeszcze włosy. Ludzie o mnie nie zapomnieli. Do tej pory często wpadają do mojego sklepu po autograf – mówi Gualtieri.

Co ciekawe, dzięki tej bramce zyskał nie tylko w oczach swoich rodaków, ale także Szkotów, których niechęci do reprezentacji Anglii tłumaczyć chyba nie trzeba. Kiedy San Marino grało z nimi dwa lata później, tamtejsi kibice postawili mu dobry obiad i wręczyli wyjątkowy upominek. Była to specjalna koszulka, na której odwrocie, zamiast numeru, nadrukowano napis "8 sekund".

Chmielowa motywacja

Październik, rok 2009. Awans reprezentacji Czech na mistrzostwa świata w RPA wisi na najcieńszym z możliwych włosków. Do wywalczenia miejsca gwarantującego dwumecz barażowy potrzebują pomocy... San Marino, które musi urwać punkty Słowenii.

Na oryginalny pomysł zmotywowania podopiecznych Giampaolo Mazzy wpadli wówczas dziennikarze czeskiego tabloidu "Blest". W zamian za wygraną obiecali im milion koron, czyli jakieś 50 tys. euro. Ewentualnie piwo. Tyle piwa, ile tylko zdołają w siebie wlać.

To interesująca propozycja. Powiem szczerze, że wygrana zawsze jest naszym celem, chociaż udało nam się to jak do tej pory tylko raz. Nikt do tej pory nie motywował nas w taki sposób – śmiał się selekcjoner San Marino.

Spotkanie to oczywiście przegrali, ale skromnie, bo tylko 0:3. Ciekawe, czy dali z siebie więcej niż zwykle.

San Marino - Anglia (fot. fot. Getty Images) Bankier na bramce

Najczęściej i najchętniej przepisywaną przez dziennikarzy ciekawostką związaną z San Marino są profesje tamtejszych reprezentantów. A że ten sprzedaje na targu ryby, a tamten wyciska oliwę z oliwek. To wszystko jest oczywiście szczerą prawdą.

Federico Valentini, na co dzień sympatyczny bankier, od czasu do czasu zakłada rękawice i staje się reprezentacyjnym bramkarzem. Któregoś dnia namawiał kolejnego klienta do wzięcia kredytu, gdy zadzwonił telefon. Odebrał. Okazało się, że podstawowy golkiper, Aldo Simoncini, doznał kontuzji i nie da rady zagrać w wieczornym meczu ze Szwecją, który Valentini miał przesiedzieć na ławce rezerwowych.

Urwał się wcześniej z pracy. Był trochę stremowany, ale generalnie swojej próby nie spalił. Do przerwy utrzymywał się nawet bezbramkowy remis. Potem jeden z jego kolegów zarobił czerwoną kartkę, a wtedy Szwedzi zaczęli strzelać. Zatrzymali się na pięciu, a Valentiniemu udało się nawet obronić groźny strzał Zlatana Ibrahomovicia.

Ostatnio sporo mówi się o tym, że reprezentacje pokroju San Marino, Malty czy Luksemburga powinny mieć swoje osobne pre kwalifikacje. W podobnym tonie przed meczem z podopiecznymi Mazzy kilka lat temu wypowiedział się ówczesny selekcjoner Hiszpanów, Luis Aragones. W prostych słowach dał do zrozumienia, że mierzenie się z ekipami tego pokroju to generalnie strata czasu i zwyczajna żenada.

Zapowiedział kompletny pogrom, a skończyło się na gładkim, ale nie astronomicznym 5:0. Po meczu hiszpańska publiczność, trochę na przekór Aragonesowi, nagrodziła piłkarzy z San Marino gromkimi brawami.

Liczenie minut

I na koniec ciekawe porównanie. Robert Lewandowski nie może trafić do bramki w reprezentacji dokładnie od 882. minut. Być może pokrzepiający będzie dla niego fakt, że ofensywna bezpłodność jego odpowiednika z San Marino trwa jeszcze dłużej. Ostatniego reprezentacyjnego gola zdobył on w październiku 2008 roku, przeciwko Słowacji. To prawie cztery i pół roku temu. Selva na bramkową odwilż czeka już 1289 minut.

Także Robert, głowa do góry. Są tacy, którzy zablokowali się bardziej niż ty. Mało tego. Jak widać na poniższym filmiku, w ogóle się tym nie przejmują.

P.S. Selva to ten pedałujący na stole.