tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

"Wojciech Fortuna. Skok do piekła" – recenzja książki

Cuda się zdarzają. Nie tylko w Wielkanoc. Złoty medal Wojciecha Fortuny był cudem. W skokach grane to już było nie raz i nie dwa. I choć żyjemy teraz w epoce lotów matematycznych, historia na pewno się jeszcze powtórzy. Nagłe natchnienie, zdziwienie rywali, niezwykłe poczucie nietykalności. I pobudka na najwyższym stopniu podium. Cudownie...
Wojciech Fortuna (fot. PAP)

Tak, cuda się zdarzają. W sporcie na pewno częściej niż w życiu. Tam za momenty tej nietykalności płaci się potem straszną cenę. Powrót Wojciecha Fortuny z piekła cudem nie był. Był drogą krzyżową.

Ukazało się właśnie drugie wydanie książki "Wojciech Fortuna. Skok do piekła". Szukajcie jej w internecie. I czytajcie, choć z góry ostrzegam – nie jest to książka, którą połyka się w jedną noc. Nie, tę historię trzeba przetrawić.

Wielu sportowców prędzej czy później musi uciekać. Uciekają, bo nie widzą innego wyjścia. Bo nie radzą sobie z sukcesem, bądź porażką. Ekstremalną popularnością, albo jej utratą. Chorobami fizycznymi i psychicznymi. Pustym kontem, wydrążonym przez nowo napotkanych przyjaciół. Wojciech Fortuna zaliczył praktycznie wszystko, więc uciekał w te pędy. Spod Tatr do Puszczy Augustowskiej, bo było najdalej. I tam – koniec-końców – dał sobie z tym wszystkim radę. A potem spotkał jednego z niewielu ludzi, którzy naprawdę mogli go zrozumieć i opisać.

Autor książki nazywa się Leszek Błażyński. Nie przez przypadek dokładnie tak samo jak TEN Leszek Błażyński, bokser, dwukrotny brązowy medalista olimpijski. Zmarły w tragicznych okolicznościach, w wieku zaledwie 43 lat. Tak, Leszek junior też przeszedł przez piekło, więc umie je opisać.

W tej książce nie ma językowych fajerwerków, jest tylko niezwykle mocna treść. Ta książka jest jak piosenka, w której najważniejsze nie będą wokalne popisy, ani teledysk, tylko przekaz. A tu przekaz jasny: niełatwo udźwignąć sukces. Przeczytałem tę książkę i doceniłem wielką dojrzałość Kamila Stocha. Pomyślałem nawet: to dobrze, że przez tyle lat wspinał się powolutku, nie wygrywał wszystkiego jak na zawołanie, że miał czas dojrzeć. Fortuna nie zdążył. Albo inaczej – dojrzał, ale ucząc się na własnych, tragicznych błędach.

Nie wiem czy trudniej było wtedy, czy jest teraz. Nieistotne. Książkę Błażyńskiego warto jednak przeczytać także dlatego, że jest świetnym zapisem zupełnie innej epoki. Tak politycznej, jak i sportowej. "Za flaszkę przesunął mi je (wiązania – przyp.) o półtora centymetra do przodu i to bardzo pozytywnie wpłynęło na moje skoki" – co powiecie o takiej współpracy z przypadkowo napotkanymi "serwismenami"? Wszyscy dla których czasy Adama Małysza to już prehistoria, uśmiechną się i zdziwią nie jeden raz.

Opowieść Wojciecha Fortuny kończy się dobrze. Kończy się zwycięstwem, albo jeśli nie nim, to przynajmniej ciągłą, uczciwą walką. To już dużo. Wielu z nich dzielnie walczy z codziennością. Niedawno parkowałem w Zakopanem, przy ul. Księdza Józefa Stolarczyka. Dwa złote za bilecik wziął ode mnie malutki, chudziutki mężczyzna o potwornie zmęczonej twarzy. Były skoczek. Były medalista mistrzostw Polski. Tamto pokolenie.