tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Wraca NBA. Co czeka nas w tym sezonie?

W nocy z wtorku na środę polskiego czasu rozpocznie się 70. sezon NBA. Szczególnie pasjonująco zapowiada się walka w Konferencji Zachodniej, gdzie apetyty na tytuł ma co najmniej sześć zespołów. Wschód, tak jak w ostatnich latach, będzie należał prawdopodobnie znowu do LeBrona Jamesa i jego kolegów. Co jeszcze nas czeka?
Golden State Warriors (fot. Getty Images)

Wszystkie zespoły, które jeszcze kilka miesięcy temu walczyły o mistrzostwo, przed startem nowego sezonu są albo równie dobre, albo jeszcze mocniejsze.

Najbardziej spektakularne ruchy wykonali San Antonio Spurs. Greggowi Popovichowi udało się namówić 39-letniego Tima Duncana i 38-letniego Manu Ginobiliego na jeszcze jeden rok gry. Poza tym nakłonił do współpracy jednego z czołowych podkoszowych ligi – LaMarcusa Aldridge'a.

Spurs mają też w składzie prawdopodobnie jedynego człowieka na świecie, który jest w stanie w pojedynkę powstrzymać LeBrona Jamesa. Kawhi Leonard, choć ma dopiero 24 lata, już teraz uznawany jest za najlepszego obrońcę w NBA. 

Stephen Curry (fot. Getty Images) "Nigdy nie lekceważ mistrzów"

Skład San Antonio robi wrażenie, ale nie mniejszy respekt budzą Golden State Warriors. Aktualni mistrzowie NBA stracili co prawda Davida Lee, który w fazie play-off rozegrał kilka niezłych spotkań, ale... mogli sobie na to pozwolić. Istniało ryzyko, że wkraczający w ostatni rok kontraktu podkoszowy mógłby psuć atmosferę w szatni, która dla Steve’a Kerra jest rzeczą świętą. Poza tym – jego udział w końcowym sukcesie Wojowników i tak był marginalny. Trzon pozostał, a Stephen Curry, Klay Thompson, Harrison Barnes czy Draymond Green mogą być przecież jeszcze lepsi. Jeśli wszyscy pozostaną zdrowi, nic nie stoi na przeszkodzie, by w Oakland znów cieszono się blaskiem mistrzowskiego pierścienia.

Kevin Durant (fot. Getty Images) Teraz albo nigdy?

Nieco inna atmosfera panuje w Oklahoma City. Z powodu kontuzji Kevina Duranta, lidera zespołu i jednego z najlepszych koszykarzy świata, w poprzednim sezonie Thunder nie awansowali do fazy play-off. Rozczarowujący rok przyniósł jednak kilka pozytywów. Przede wszystkim: eksplodował talent Russella Westbrooka, który potwierdził, że z powodzeniem można opierać na nim ciężar gry. Po drugie: niesamowicie rozwinął się Andre Roberson, mający zadatki na jednego z czołowych obwodowych obrońców ligi. Po trzecie (i dla wielu najważniejsze): pożegnano się z trenerem Scottem Brooksem. Niegdyś “młody, obiecujący”, w ostatnich latach był jednym z najbardziej krytykowanych szkoleniowców w NBA.

Zastąpił go Billy Donovan, przez ostatnie dwie dekady związany z Uniwersytetem Florydy. W przeciwieństwie do swojego poprzednika, dużego kredytu zaufania jednak nie dostanie. Wszystko przez... Duranta. 27-latkowi po tym sezonie kończy się kontrakt i jeśli Thunder znów nie powalczą o mistrzostwo, najpewniej zdecyduje się spróbować swoich sił w innym klubie. Stawka jest więc bardzo duża.

James Harden (fot. Getty Images) Dogonić marzenia

Lista dobrych i bardzo dobrych drużyn w Konferencji Zachodniej nie kończy się na Spurs, Warriors i Thunder. Wielkie aspiracje mają również Houston Rockets, w barwach których prym wiedzie znakomity James Harden, Los Angeles Clippers, z Chrisem Paulem i Blake’em Griffinem jako głównodowodzącymi, a także Memphis Grizzlies, czyli niesamowita obrona zespołowa i najlepszy w swoim fachu Marc Gasol. Wszystkie te zespoły – świetne już w poprzednim sezonie – przed nadchodzącymi rozgrywkami jeszcze się wzmocniły.

Rakiety dostały, niemal za darmo, ciekawego rozgrywającego w osobie Ty Lawsona. Krnąbrny 27-latek, którego za wszelką cenę pozbyć chcieli się Denver Nuggets, ma zagwarantować jakościowy skok w ofensywie i zdjąć nieco odpowiedzialności z barków Hardena. Sam fakt, że z łatwością wygryzł z pierwszej piątki Patricka Beverleya, już świadczy o nim bardzo dobrze. Jeśli Kevin McHale zapanuje nad jego charakterem, Lawson może okazać się najważniejszym transferem lata.

Kalifornijczycy wierzą natomiast w Paula Pierce'a. 38-letni weteran raz jeszcze zamarzył o współpracy z Dokiem Riversem, z którym zdobywał jedyny w swojej karierze mistrzowski pierścień. Warte odnotowania jest także sprowadzenie Lance’a Stephensona. Ryzykowne o tyle, że to koszykarz “niebezpieczny” dla atmosfery w szatni i nieprzewidywalny na parkiecie. Może — jak dwa lata temu w barwach Pacers — w pojedynkę rozstrzygać mecze i imponować obroną, a może — jak w poprzednim sezonie, gdy grał w barwach Charlotte Hornets — być jednym z najgorszych i najmniej efektywnych zawodników w lidze. Rivers radził sobie już jednak m.in. z Rajonem Rondo, więc Stephenson nie powinien być dla niego wyzwaniem niemożliwym.

Najmniej imponująco wzmocnili się Grizzlies, ale lekceważyć ich po prostu nie sposób. Solidny strzelec i obrońca w osobie Brandana Wrighta, a także nieoceniony (i niedoceniany) Matt Barnes to cenne dodatki do i tak nieźle funkcjonującej maszynki. Gdyby tylko lepiej rzucali za trzy...

Rudy Gobert (fot. Getty Images) Moda na młodość

Ciekawie jest także wśród tych, którzy o mistrzostwie na razie mogą tylko pomarzyć. Gdyby nie weterani, jak Kevin Garnett czy Kobe Bryant, średnia wieku pierwszych piątek Minnesota Timberwolves czy Los Angeles Lakers byłaby na poziomie drużyn uniwersyteckich. Podobnie jest zresztą z Portland Trail Blazers — cała ta trójka, pomimo interesujących perspektyw — najpewniej zamykać będzie stawkę w Konferencji Zachodniej.

Spośród “młodych gniewnych” największe szanse na zamieszanie w czołówce mają Utah Jazz. Odkąd trener Quin Snyder zaufał pod koszem duetowi Favors-Gobert, a Gordon Hayward gra na miarę maksymalnego kontraktu, koszykarze z Salt Lake City są jedną z najgroźniejszych ekip w lidze. Imponują szczególnie obroną — pod koniec poprzedniego sezonu najlepszą w NBA. To oni, nie Dallas Mavericks, Sacramento Kings czy Phoenix Suns, są zresztą faworytami do zajęcia miejsca ósmego, ostatniego gwarantującego grę w play-off. Tuż za New Orleans Pelicans.

Kyle Korver (fot. Getty Images) Cleveland, Cleveland…

Cleveland Cavaliers i długo nic — prognozowano przed poprzednim sezonem. Aż prowadzona przez Mike’a Budenholzera Atlanta Hawks nie okazała się maszynką do wygrania, która na koniec sezonu przegoniła nawet Kawalerzystów. Tyle, że Hawks — z różnych przyczyn — w play-off nie byli już sobą. Tak jak Indiana Pacers przed dwoma laty, nie wytrzymali presji walki o najwyższe cele, dzięki czemu LeBron James i spółka bez większych kłopotów wywalczyli tytuł mistrzów Konferencji Wschodniej.

Czy w tym sezonie będzie inaczej? Nic na to nie wskazuje. Fani Chicago Bulls wciąż wierzą w Derricka Rose’a, ale 27-letni rozgrywający daje coraz mniej powodów, by sądzić, że nawiąże do formy z czasów MVP. Jastrzębie straciły DeMarre Carrolla, Wizards są już bez Paula Pierce’a, a Miami Heat — choć na papierze nieźli — od dłuższego czasu przypominają szpital. Zostają Toronto Raptors, ale po koszmarnej wpadce w play-off (0:4 w 1. rundzie z Wizards) trudno na nich stawiać.

Poważnych rywali raczej więc nie ma, a tylko kataklizm i plaga kontuzji mogłyby odebrać Cleveland kolejną szansę na walkę o upragnione mistrzostwo.

LeBron James (fot. Getty Images) Pośpiech LeBrona

W niemal każdym wywiadzie LeBron James powtarza, że “nie ma już czasu” i interesuje go wyłącznie zdobywanie kolejnych trofeów. 31-letni koszykarz ma prawo się niecierpliwić, bo — póki co — na swoje wielkie dłonie może założyć “tylko” dwa mistrzowskie pierścienie.

Co szczególnie ważne — z każdym rokiem powinno być o nie coraz trudniej. Nie tylko niebezpiecznie silny Zachód staje się jeszcze silniejszy, ale i na Wschodzie rodzi się kilka ciekawych projektów. Najbardziej obiecujące — w Milwaukee i Bostonie. Bucks pod wodzą Jasona Kidda zrobili niesamowity postęp i już teraz mogą poważnie postraszyć faworytów. Co kluczowe, przed sezonem udało im się pozyskać jednego z najlepszych podkoszowych młodego pokolenia, w osobie Grega Monroe. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie fakt, że odrzucił wcześniej oferty od takich firm jak New York Knicks czy Los Angeles Lakers.

W Celtics wszystko zależy od trenera. Brad Stevens, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, odmienił pogrążoną w niekończącej się przebudowie drużynę w zespół, który zdołał awansować do play-off. Dzięki Davidowi Lee, który wzmocni rywalizację pod koszem, a także płynnemu i sprawnemu rozwojowi młodzieży, Koniczynki już niebawem znów mogą bić się o tytuły. Jeszcze nie w tym sezonie, jeszcze nie za rok, ale Boston na pewno wróci w wielkim stylu.

Zobacz także Wizards szybsi i wściekli. O co walczy Gortat?

podobne informacje

NBA: Gortat bliski odpadnięcia. Awans Rockets

NBA: Rockets i Jazz blisko awansu

NBA: Andrew Bogut będzie grał w Sydney Kings

NBA: ważne zwycięstwo Wizards. Gortat zamknął usta krytykom