tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Daleko od Ekstraklasy. Losy bramkarza przeoczonego

Nie będzie to historia o kolejnym niespełnionym talencie, ani też o piłkarzu, który wyjechał za granicę, by zarabiać petrodolary. To opowieść o chłopaku, który ciężko pracując chce zrealizować marzenie.
Dawid Pietrzkiewicz w meczu Ligi Europy z Bourssią Dortmund (fot. Getty Images)

Dawid Pietrzkiewicz to mało znane nazwisko. Prawda, ale… grał w kadrze z Kamilami: Glikiem i Grosickim, Robertem Lewandowskim, kiedyś zatrzymał Legię Warszawa, a stosunkowo niedawno zmierzył się z Borussią Dortmund występując w azerskiej drużynie FK Qabala. Nie trzeba przewijać tekstu w dół, by w komentarzach przeczytać: "Kim on jest?", "co to za kolejny kopacz", "beztalencie". Cóż, to Polska właśnie, ilu kibiców, tylu ekspertów piłki nożnej.

Dawid tym się nie zrażał, bo to nie w kraju dano mu tak naprawdę szansę, choć w pełni na nią zasługiwał. A mówiło się o nim już kilkakrotnie. W mediach, co jakiś czas wymienianie jest jego nazwisko. Ostatni raz przy okazji Ligi Europejskiej. Zdziwieni? Nie tylko wy, bo nawet Łukasz Piszczek w meczu Borussia Dortmund – FK Qabala nie wiedział, że będzie to "polskie spotkanie".

Dawid Pietrzkiewicz w meczu Ligi Europy z Bourssią Dortmund (fot. Getty Images)

Robię swoje i ciężko pracuję – mówi, pytany, czy boli go taka sytuacja, że przypominają sobie o nim u nas tylko przy okazji takich meczów. – Nie myślę o tym. Odciąłem się od tego. W Azerbejdżanie, a wcześniej w Czechach, w Baniku Ostrawa, dano mi dopiero szansę na grę. Staram się odwdzięczyć i pokazać co potrafię. W meczu z BVB nie miał łatwo, skończyło się czterema golami rywali, ale i kilkoma skutecznymi interwencjami Polaka.

Azerska Premyer Liga, 25-letni polski bramkarz w tamtejszej ekstraklasie – to w żaden sposób ze sobą nie współgra. Dlaczego więc zaufano naszemu i skąd się wziął w Azerbejdżanie? – Oj, to bardzo zawiła historia. Po prostu zaryzykowałem. Rozwiązałem kontrakt z Banikiem, dowiedziałem się, że w Austrii trenuje Simurq Zaqatala, który poszukuje bramkarza. Pojechałem tam, zagrałem sparing i o dziwo od razu chcieli podpisać ze mną kontrakt. Zdecydowałem się na wyjazd, pomimo tego, że kierunek nie był ciekawy, bo jak wiadomo zawodnicy mają chęć na opuszczanie Polski w odwrotnym kierunku, nie w stronę Azerbejdżanu, ale chciałem spróbować czegoś innego, a oferta była kusząca.

Nie musiał wyjeżdżać za granicę, by zasmakować gry w narodowych barwach i to nie tych Azerbejdżanu, a reprezentacji Polski. I tym razem nie było łatwo. Bramkarz Qabali zaczął od Alcesu Długie, by przenieść się – jeszcze w czasach juniorskich – do trzecioligowej Stali Sanok. Tak, tej samej Stali, która wyeliminowała w Pucharze Polski ówczesnego mistrza kraju Legię Warszawa. "Pietia" stał wtedy między słupkami sanockiego zespołu. Polskę obiegła sensacyjna wiadomość, że trzecioligowy klubik pokonał wielką Legię. "Pogrom faworytów w 1/16 Pucharu Polski" – tymi słowy rozpoczął Przemysław Babiarz wydanie wiadomości sportowych, a sekundy później tak skwitował postawę zawodników Dariusz Wdowczyk. – Czuję się upokorzony, czuję się zdradzony przez zawodników w pewnym sensie i to jest najbardziej bolesne – mówił w rozmowie z TVP.

Samorodek

I tak się zaczęło. 18-latek znajdował uznanie w młodzieżowych reprezentacjach Polski, ale potem zaczął na dobre bronić u trenerów Andrzeja Zamilskiego, a także Radosława Mroczkowskiego. – To na pewno pracowity zawodnik, który trafił do reprezentacji, pokazując zadziorność, charyzmę i upór. Pamiętam dobrze jego występy w Stali Sanok, gdy pokonali Legię Warszawa. Na pewno ma charakter, prawdziwy sportowiec. Walczak. Bardzo oddany temu, co robił. On nie kalkulował. Był taki moment w reprezentacji młodzieżowej, gdy Dawid wygrywał rywalizację z Maciejem Gostomskim i Michałem Gliwą. Z pewnością nie baliśmy się na niego stawiać, nie było to bezpodstawne, bo pokazywał zaangażowanie i wysokie umiejętności. Szkoda, że nie ma go w polskiej ekstraklasie, że nie dano mu szansy – chwalił emigranta Mroczkowski.

To była dla niego szansa, gwiazdka z nieba. On, chłopak z prowincjonalnej Stali przyjechał na zgrupowanie, gdzie byli Kamil Glik z Realu Madryt, Tomasz Cywka z Wigan Athletic, Błażej Augustyn i Przemysław Kaźmierczak z Boltonu Wanderers, a także Kamil Grosicki i Mateusz Cetnarski, nie wspominając już o Robercie Lewandowskim.

Jestem takim typem, który jeśli sobie coś postanowi, to uparcie dąży do postawionego celu. Nawet chłopaki ze Stali śmiali się ze mnie, że jestem taki uparty. Ale powiedziałem kiedyś: będę grał na najwyższym szczeblu rozgrywkowym i to się spełniło – wspomina. – Glik? Zawsze był skromny i bardzo pracowity, rzadko się odzywał. "Grosik" to kompletne przeciwieństwo. Tam gdzie przebywał było głośno, a sam znajdował się w centrum uwagi, lubił żarty. Był jeszcze oczywiście "Lewy" – niezwykle pracowity na boisku. Poza świetny kolega, zawsze można było z nim pogadać, pośmiać się. Fajne czasy – dodaje bramkarz.

Mroczkowski zauważa, że pochodzenie gracza miało niepoślednie znaczenie w rozwoju kariery. – On nigdy nie miał łatwo, bo był z mniejszego miasta, a tam ze szkoleniem bywa różnie. Powiem nawet, że to taki "samorodek", który się ukazał naszym oczom. Nie wiem, czy warto to wyciągać, ale niech będzie – widać było po nim, że jest trochę z innej bajki i musiał nabrać ogłady. Przyjechał do nas dwa-trzy razy i było nieco sztywno. Później poznał chłopaków i nabrał pewności siebie. Śmialiśmy się trochę z niego, że przyjeżdżał na kadrę wyszykowany. Po prostu okrzepł i dojrzał do miejsca, w którym obecnie się znajdował – z rozrzewnieniem wspomina trener i dodaje. – To był tytan pracy, jemu na treningach ciągle było mało, cały czas chciał więcej. To taki typ zawodnika. On w bramce żył, dużo podpowiadał kolegom. Pamiętam go z turnieju na Białorusi, gdy po jednym z meczów... stracił głos. Po końcowym gwizdku nie mógł nic powiedzieć, tak angażował się w grę.

"Powiem nawet, że to taki "samorodek", który się ukazał naszym oczom. To był tytan pracy, jemu na treningach ciągle było mało, cały czas chciał więcej" Radosław Mroczkowski

Česká škola

Zgłosiła się Polonia Warszawa, gdzie miał być następcą Radosława Majdana. Trafił jednak na zły okres w drużynie z ul. Konwiktorskiej. Po fuzji z Groclinem Grodzisk-Wielkopolski w klubie było... siedmiu bramkarzy. I znów dał znać o sobie charakter. Zaryzykował i wyjechał za granicę. – Przyjechał do nas zdaje się w lutym 2009 roku. Polecił mi go były zawodnik Polonii, Mariusz Pawlak. Mówił, że to chłopak z charakterem. Dawid przyjechał zaniedbany. Było widać braki techniczne i taktyczne. To jednak niesamowity walczak, który nie boi się ciężkiej pracy – mówił na łamach "Przeglądu Sportowego" Werner Licka, ówczesny dyrektor sportowy Banika Ostrawa.

Nie od dziś wiadomo, że Polska bramkarzami stoi, a w Europie wiedzą, że nad Wisłą jest wielu świetnych specjalistów w tym fachu. Pietrzkiewicz wszystkiego nauczył się za południową granicą. – To, gdzie teraz jestem, fakt że zagrałem w Lidze Europy zawdzięczam tylko i wyłącznie Pavlowi Srnickovi (wielokrotny reprezentant Czech, najbardziej znany z występów w Newcastle United - przyp. red.). To on poświęcił długie godziny na udzielaniu mi wskazówek, podpowiadał na każdym kroku. Pokazał mi chwyty, zwracał uwagę na elementy, o których nie miałem bladego pojęcia. Zrobił ze mnie bramkarza z prawdziwego zdarzenia. Jemu zawdzięczam najwięcej, dlatego też jego śmierć głęboko mnie poruszyła. To był człowiek, który życie poświęcił młodszym – wspomina "Pietia".

I tak w ciągu dwóch sezonów były zawodnik Stali Sanok stał się pierwszym bramkarzem Banika. Czech sprawił, że zauważono Polaka w odległym… Azerbejdżanie.

Dawid Pietrzkiewicz i Pierre-Emerick Aubameyang (fot. Getty Images)

Polski Azer

"Pietia" w Azerbejdżanie bronił jak w transie. Pięć meczów bez wpuszczonego gola zrobiło wrażenie, nie tylko na kibicach, ale i na trenerze tamtejszej reprezentacji Bertim Vogtsie. O Polaku zrobiło się bardzo głośno nie tylko zagranicą, ale i w kraju. Media obiegła sensacyjna informacja, że "może zostać Azerem". Absurd? – Przyznam, że kiedy pierwszy raz usłyszałem o propozycji gry dla Azerbejdżanu byłem bardzo zaskoczony. Długo myślałem. Z jednej strony jestem Polakiem i czuję się Polakiem, z drugiej wielu znajdujących się w podobnej sytuacji reprezentuje barwy innych krajów. Gra w reprezentacji to zaszczyt. Azerska liga w Polsce uznawana jest za egzotyczną, ale to oni, ci egzotyczni, mieli drużynę w fazie grupowej Ligi Europy, a nie my – cytowały Pietrzkiewicza polskie media. Od tamtych zdarzeń minęły trzy lata i sytuacja diametralnie się zmieniła. Zresztą, tak naprawdę oferta nie była poważna.

Ten temat trochę się za mną ciągnie i nie chciałbym do niego wracać, bo znów zaczną się telefony – rozpoczyna. – Po przyjeździe do Azerbejdżanu miałem naprawdę bardzo udany sezon, bo personalnie drużyna była bardzo mocna. Walczyliśmy na boisku, poza nim też trzymaliśmy się razem i to przekładało się na grę. Jeśli chodzi o temat reprezentacji Azerbejdżanu. Nie chciałbym za wiele mówić na ten temat, bo o wiele więcej pisało się o tym, aniżeli miało to potwierdzenia w rzeczywistości. Wracając do sedna – niczego nie żałuję.

Został bramkarzem roku w tamtejszej ekstraklasie i przeszedł do jednego z najmocniejszych klubów – FK Qabala, gdzie spotkał Tony'ego Adamsa, byłego obrońcę Arsenalu Londyn i reprezentacji Anglii. – Jest sercem klubu. Zaufali mu tutaj, stara się wprowadzić standardy z Wysp Brytyjskich. Wszystko tutaj – wbrew wyobrażeniom – jest zarządzane profesjonalnie. Baza treningowa robi wrażenie. Mamy do dyspozycji 8-9 boisk. Trudno wyobrazić sobie lepsze warunki. Jedynym minusem jest to, że mieszkamy na co dzień w hotelu. Wiadome, każdy chciałby mieć chwilę dla siebie, trochę prywatności, ale...

Stal Sanok - Legia Warszawa (fot. legia.com)

Ziemia (nie) obiecana

Jak to jest, że perspektywiczny bramkarz grający w młodzieżowych kadrach, będący pierwszym w zagranicznych klubach nigdy nie zyskał uznania w Ekstraklasie? Bez znaczenia jest fakt, że jego nazwisko niemalże rokrocznie przewija się na rynku transferowym. Niestety, winne są układy, a także naiwność.

Po wywalczeniu w 2014 roku z Qabalą trzeciego miejsca w Premyer Lidze zatęsknił za Polską, za rodziną i bliskimi. Miał sporo do udowodnienia w kraju. – Bardzo żałuję tej szansy – wspomina czas, gdy zgłosiła się Cracovia. – To, że nie podpisałem umowy z tym klubem to moja wina. Odebrałem telefon, że na 99 procent mógłbym podpisać kontrakt z Górnikiem Łęczna, ale jak to bywa z menedżerami - rzeczywistość okazała się inna. Zostałem na lodzie no i musiałem szukać innego klubu.

Interesy bramkarza reprezentował Zankarlo Simunić, znany z występów w Polonii Warszawa (2006-2008). Chorwat wziął młodego wówczas "Pietię" i opiekował się aż do feralnego czerwca 2014. – Wynikła nieprzyjemna sytuacja. Jak już wspominałem była szansa, bym został w Łęcznej, to potwierdził menedżer. Znałem warunki finansowe, wszystkie szczegóły. Chodziło tylko o to, żebym zagrał mecz sparingowy. Tak też się stało i wystąpiłem w towarzyskim meczu z Wisłą Puławy. Ale po tym spotkaniu coś poszło nie tak. Powiedzieli mi, że będą się ze mną kontaktować, wiedziałem, że klub nie jest pewny. Jak się okazało Simunić przyjechał do Łęcznej z... Silvio Rodiciem, który także był menedżerem. Podpisali kontrakt z Chorwatem. W tym momencie nasze drogi się rozeszły. Potraktował mnie nie fair, mówił jedno - robił drugie. No i wepchnął do bramki Łęcznej rodaka.

Stal Sanok - Legia Warszwa (fot. legioniści.com)

Wtedy wszystko się posypało. Przez prawie rok był skazany na siebie. - Nie ukrywam, że przeżywałem trudne chwile, bo długo byłem bez klubu. Trenowałem sam, a także ze Stalą Sanok. Starałem się utrzymywać formę. Był to dla mnie bardzo ciężki okres. Zawsze wierzyłem, że nawet gdy będzie jeden procent szans na to, że coś znajdę, to tak się stanie - wyznaje. Zwrócił się też o pomoc do agencji menedżerskiej Jakuba Schlagego. – Bardzo chciałem mu pomóc, bo nie grał przez rok. Ma potencjał – mówił w wywiadach menedżer.

W zimowym okienku transferowym sezonu 2014/2015 zgłosiło się Zagłębie Lubin, ale i tam nie wyszło, bo jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. – Ja nie miałem wygórowanych żądań. Byłem tam dwukrotnie, poproszono mnie, bym przyjechał trzeci raz, pomimo tego, że nie byli na 100 procent zdecydowani. Zapytałem na jakich warunkach finansowych mieliby mnie zatrudnić. To, co zaproponowano było po prostu śmieszne i nie do zaakceptowania, no i zdecydowałem, że nie będę prowadził rozmów z tym klubem – mówi z żalem w głosie. Nie zamierzał się jednak poddawać, Schlage też nie dawał za wygraną. Na radarze pojawiła się Pogoń Siedlce grająca na zapleczu Ekstraklasy. – Do Siedlec dzwonił i Kuba, i Jacek Kosmalski (były zawodnik Polonii Warszawa i Pogoni Siedlce - przyp. red.). Namawiano mnie na przyjazd. Zdecydowałem się, ale gdy tam się zjawiłem, to przedstawiono mi inne warunki, aniżeli te, które obiecywano w rozmowie telefonicznej – przypomina sobie.

Kolejne niepowodzenie, kolejny błąd w systemie, wirus, który nie pozwolił zagrać w Ekstraklasie. Ratunek przyszedł dopiero w lipcu, gdy pomocną dłoń wyciągnęli ponownie Azerowie. – Zobaczyłem, jak traktuje się w Polsce piłkarzy. Zadzwonił do mnie dyrektor sportowy Qabali z ofertą. Zapytał, czy nie zechciałbym przyjechać, bo szukają bramkarza. W klubie mnie znali, wiedzieli że nie biorą w ciemno. Zapytano mnie, czy jestem zdrowy, no i na nowo zacząłem walkę o bluzę z numerem "1".

"Walczę o swoje. Jak to ja - nigdy się nie poddaję i wierzę, że przyjdzie mój czas" Dawid Pietrzkiewicz

Nie wiedział, że wraca do Azerbejdżanu, w którym sytuacja polityczna jest bardzo napięta. Chodzi o tereny Górskiego Karabachu, które są tematem sporów pomiędzy Azerami z Armenią. – Ta sytuacja w żaden sposób nie dotyka klubu, ani też nie zaburza rozgrywek. Oczywiście w mediach, serwisach informacyjnych jest to temat wiodący. To dla nich bardzo ważna sprawa, ale my – piłkarze – jesteśmy od tego odcięci.

Polak po powrocie do Premyer Ligi od razu został zesłany na ławkę rezerwowych. – Powiem tak, od razu miałem pod górkę, bo do Qabali przyszedłem, gdy szkielet zespołu już był znany, a drużyna po obozie. Już wtedy grali tym składem w kwalifikacjach Ligi Europy. Trener Roman Hryhorczuk też ściągnął rodaków, m.in. Dmytro Bezotosnego, no i – co nie dziwi - bardziej ufał im. Jednakże walczę o swoje. Jak to ja – nigdy się nie poddaję i wierzę, że przyjdzie mój czas. Na razie nie myślę o zakończeniu kariery, ale gdy się już zdecyduję, to chciałbym wrócić do Stali. To klub, który na zawsze pozostanie w moim sercu.

Jedni marzą o wygraniu Ligi Mistrzów, inni o grze w reprezentacji Polski, pozostali chcą zagrać "tylko" w Ekstraklasie. To "tylko" urasta do rangi "aż", bo występy w średniej – jak na europejskie standardy – lidze są celem nie do osiągnięcia. Wydaje się, że on "odhaczał" wszystkie podpunkty na liście marzeń: gra w reprezentacji (młodzieżowej) – zrobione, europejskie puchary - zrobione, gra na najwyższym ekstraklasowym poziomie - zrobione, wyjazd za granicę po naukę - zrobione. Co zatem trzeba jeszcze zrobić, by wystąpić w polskiej ekstraklasie? Czy to "mission impossible"? Odpowiem za Pietrzkiewicza: "impossible is nothing". Nie ma rzeczy niemożliwych…

najpopularniejsze

Bosiek: celem są mistrzostwa świata juniorów. Mam nadzieję, że trafię z formą

PŚ w Engelbergu: Polacy powalczą w piątkowych kwalifikacjach. Transmisje z konkursów na antenach TVP, na SPORT.TVP.PL oraz w apl

Therese Johaug znowu bezkonkurencyjna. Radość Norweżki na mecie

PŚ w Tomaszowie Mazowieckim: Sebastian Kłosiński – David La Rue (bieg na 1500 m)

PŚ w Tomaszowie Mazowieckim. Zbigniew Bródka: start w Polsce to spełnienie marzeń