tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

"Przekraczając granice" – przeczytaj fragment autobiografii Suareza

"Zdaję sobie sprawę, że władze Barcelony musiały się liczyć z krytyką."
Luis Suarez (fot. Getty)

"Pierwszego dnia w nowej drużynie czułem się mniej więcej tak samo jak w pierwszych dniach w Liverpoolu, Ajaksie czy Groningen – co rusz wpadałem w zakłopotanie. Nigdy nie wiesz, co powinieneś akurat zrobić, z kim i jak się przywitać, kogo rozpoznać. Zawsze w pierwszych dniach byłem onieśmielony, ale po prawdzie i tak wyobrażałem sobie, że będzie dużo trudniej – tymczasem koledzy okazali się fantastyczni.

Nie miałem pojęcia, czego oczekiwać. Czy po wejściu do szatni oślepi mnie glamour supergwiazd? Nic takiego nie miało miejsca. Spotkałem grupę absolutnych profesjonalistów, którzy koncentrowali się tylko na futbolu, zdobywaniu trofeów i ciężkiej pracy dla bardzo dobrego trenera. Odkryłem, że istnieje prawdziwie silny związek między szkoleniowcem a resztą drużyny – Luis Enrique to młody trener, który wprowadził w szatni odpowiednią równowagę między śmiechem i żartami a poważną robotą, jaką wszyscy tu mamy do wykonania.

Pierwszego dnia Andres Iniesta – ponieważ jego znałem najlepiej ze wszystkich piłkarzy – wziął mnie za rękę i powoli wyjaśnił, co i jak. Spostrzegłem, że Leo Messi i Javier Mascherano popijają yerba mate, ziołowy napój niezwykle popularny w Urugwaju i całej Ameryce Południowej, który i ja bardzo lubię, więc ośmielony od drugiego dnia zacząłem przynosić własny kubek do picia mate – z bombillą, czyli specjalną metalową rurką, zakończoną łyżeczką z sitkiem. Pierwszego dnia bałem się, że jak wejdę z nim do szatni, to zostanę uznany za zarozumiałego aroganta, ale już drugiego dnia czułem się komfortowo.

Dani Alves podszedł i powiedział, że bardzo się cieszy z powodu mojego przybycia, bo teraz wreszcie przestanie być jedynym "złym chłopcem" w zespole, co mnie bardzo rozśmieszyło. Od razu poczułem się częścią drużyny.

Luis Suarez (fot. Getty) Co prawda, miało minąć jeszcze sporo czasu, zanim wybiegnę na mecz w pierwszej drużynie u boku Messiego i Neymara, ale przynajmniej mogłem wreszcie trenować z nimi oraz z Xavim, Andresem, Sergio Busquetsem czy Ivanem Rakiticiem. To niesamowite, co ci faceci mogą z tobą zrobić podczas gry na małej powierzchni! Słynna barcelońska gierka "w dziada", zwana tu rondo, jest dla nowicjuszy niezwykle trudna. Albo szybko przywykasz do niewiarygodnej prędkości, z jaką zawodnicy do siebie podają, albo przestaniesz widzieć piłkę. Wiedziałem, że oprócz jak najszybszej adaptacji do stylu gry Barçy muszę też pielęgnować te cechy, dla których zostałem tam sprowadzony.

Dyrektor sportowy Andoni Zubizarreta został zapytany, czy Barcelona nadal wyznaje swoją dewizę "więcej niż klub", skoro pozyskała kogoś takiego jak ja. Odpowiedź, jakiej udzielił, wiele dla mnie znaczy: "Akceptujemy każdego człowieka takim, jakim jest, ze wszystkimi jego niedoskonałościami. Ludziom zdarza się robić rzeczy dobrze lub źle, ale wszyscy mamy zdolność, żeby uczyć się na błędach... Jestem przekonany, że Luis już wkrótce okaże się dużym wzmocnieniem tego zespołu".

Zdaję sobie sprawę, że władze Barcelony musiały się liczyć z krytyką, więc tym bardziej jestem im wdzięczny za doprowadzenie transferu do końca.

Towarzyszyło mu sporo przekłamań i pojawiło się przy tej okazji wiele bzdur. Na przykład przeczytałem gdzieś, że "Barcelona zawarła w kontrakcie z Suarezem klauzulę antyugryzieniową". Czy można było wymyślić coś śmieszniejszego? Podpisując kontrakt z klubem, każdy zawodnik sygnuje również klubowy kodeks postępowania. Zwykle nie zawiera on nic na temat gryzienia rywali. Gdyby taki zapis znalazł się w moim kontrakcie, oczywiście bym go podpisał, na szczęście Barça nie okazała mi takiego braku zaufania.

Kiedy już szczęśliwie przeszedłem testy medyczne i złożyłem podpis na umowie, opowiedziałem prezesowi klubu o mojej pierwszej, wakacyjnej wizycie w Barcelonie, gdy z Sofi byliśmy jeszcze nastolatkami. Włóczyliśmy się po prostu wokół Camp Nou, bo nie było nas stać na bilet do klubowego muzeum ani na zakup czegokolwiek w klubowym sklepie. Ale zauważyliśmy, że ktoś zostawił otwarte olbrzymie wrota wiodące bezpośrednio na stadion i dalej na murawę. Krzyknąłem do Sofi: "Popatrz, zostawili dla nas otwarte drzwi!". Ona się bała, że ktoś nas złapie przy wejściu i wyrzuci na kopach na zewnątrz, ale powiedziałem: "Nie bój się, chodź, szybko". I weszliśmy na stadion na jakieś dwie minuty. Zdążyłem zrobić sobie zdjęcie na tle trybun i szybko się zmyliśmy. Gdy żona przybyła na moją oficjalną prezentację, jeden z dyrektorów zwrócił się do niej: "Dobrze, że pani przyszła, Sofi, ponieważ musi pani uregulować rachunek za nielegalne zwiedzanie stadionu w 2004 roku...".

Sofi była przy mnie przez te wszystkie chude lata, jak podczas tamtej wycieczki, gdy byłem młodym zawodnikiem Nacionalu Montevideo, marzącym o grze w Europie i niemającym pewności, czy kiedykolwiek mu się to uda. Była przy mnie, kiedy ostatecznie dojrzałem do tego, żeby przegadać wszystko to, co zdarzyło się na mundialu w Brazylii. Była przy mnie także wówczas, gdy podpisywałem kontrakt z Barceloną – dokładnie dziesięć lat po tym, jak pierwszy raz wyjechałem z Montevideo, żeby dołączyć do niej w stolicy Katalonii. Skoro już opowiadam wam moją historię, muszę zacząć od Sofi. Od tego, jak się poznaliśmy i jak przemożna chęć bycia z nią sprowadziła mnie do tego miasta dziesięć lat temu."

Fragment pochodzi z książki Luisa Suareza "Przekraczając granice" (Wydawnictwo SQN, 2015).

(fot. SQN)

podobne informacje

FIFA 18: najwyżej ocenieni zawodnicy

Sportowcy wstrząśnięci zamachem w Barcelonie

Leo i Antonella na wakacjach. Pani Messi w bikini wygląda jak bogini

Pomnik Suareza zdemolowany w... jego rodzinnym mieście