tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Maciej Synówka: jestem natchniony przez Jordana

W przeszłości był trenerem Urszuli Radwańskiej oraz dwóch tegorocznych półfinalistek wielkoszlemowego Australian Open – CoCo Vandeweghe oraz Mirjany Lucić-Baroni. We wtorek poleciał na Teneryfę, gdzie rozpocznie współpracę z niezwykle utalentowaną Belindą Bencić. – Moje ulubione hasło to "play to win", czyli graj i trenuj po to, by wygrać cały turniej, a nie po to, by przejść dwie-trzy rundy – przyznał Maciej Synówka w rozmowie ze SPORT.TVP.PL.
Maciej Synówka (z lewej) oraz CoCo Vandeweghe (w środku, fot. facebook.com/maciej.synowka)

RAFAŁ MANDES, SPORT.TVP.PL: – Jak się zostaje trenerem tak utalentowanej zawodniczki jak Belinda Bencić? Szwajcarka rok temu była siódmą rakietą świata (teraz jest 129.), na koncie ma sześć finałów, w tym dwa wygrane turnieje.
MACIEJ SYNÓWKA: – Kontakt ze Szwajcarką nawiązałem poprzez Stuarta Duguida z IMG, czyli firmy, która reprezentowała m.in. Jerzego Janowicza oraz Agnieszkę Radwańską. Znam go od czasów współpracy z CoCo Vandeweghe, wtedy też uczestniczył w rozmowach.

– To będzie najtrudniejsze wyzwanie w pana trenerskiej karierze?

– Ta propozycja to duży krok naprzód. Belinda idealnie wpasowuje się w charakterystykę zawodniczek, z którymi wcześniej pracowałem. Ula Radwańska była w okolicach setnego miejsca w rankingu, a jak kończyliśmy pracę, to awansowała na 30., z CoCo zaczynaliśmy od 120. lokaty i skończyliśmy też w okolicach 30. Stąd pomysł, by nawiązać ze mną kontakt, choć dla mnie to będzie jednak coś nowego – Bencić przecież była już w czołowej "10", a teraz wypadła poza setkę.

– Jakby pan sam siebie scharakteryzował?
– Mam renomę trenera, który zwraca uwagę na przygotowanie psychiczne, na stronę mentalną, a na dodatek organizuje cały cykl szkoleniowy. Dla młodych tenisistek to bardzo ważne, by zrozumiały, co to znaczy profesjonalizm i ile trzeba poświęcić, by wejść na szczyt.

Urszula Radwańska (fot. Getty Images)

– Jak wygląda to zwracanie uwagi na stronę mentalną?
– To jest codzienne podejście do swoich obowiązków i do tego, co nas czeka na korcie. Moje ulubione hasło to "play to win", czyli graj i trenuj po to, aby wygrać cały turniej, a nie po to, aby przejść dwie-trzy rundy. Zawsze trzeba walczyć o najwyższe cele. W tenisie różnie jest z mentalnością – w sezonie przegrywa się przecież po 20 spotkań i jeśli pomnożymy to przez kilka lat kariery, to można zgubić ten instynkt zabójcy. Cała tajemnica w tym, by zawodnik zawsze chciał wygrywać i zawsze był spragniony dalszego rozwoju.

– Pracował pan już z Urszulą Radwańską, CoCo Vandeweghe oraz Mirjaną Lucić-Baroni. Jakie wspomnienia?
– Ula była defensywną zawodniczką, pasywną, bez większej broni, ale za to z olbrzymim reżimem pracy. CoCo natomiast dysponowała niesamowitym arsenałem broni, ale nie lubiła w ogóle pracować. Mirjana z kolei to niezwykle doświadczona tenisistka, która przeżyła nie jedno, a dwa, albo i trzy pokolenia. Ze szkoleniowego punktu widzenia to była niesamowita nauka, móc i obserwować zawodniczkę, która jest na końcu kariery. Dlaczego jej losy potoczyły się tak, a nie inaczej, dlaczego postanowiła wrócić do gry, jak radziła sobie z kryzysami, itd. Bezcenne doświadczenie.

– Lucić-Baroni rywalizowała z Moniką Seles czy Steffi Graf. Opowiadała panu o tych spotkaniach?

– Tak. Poza tym na jednym korcie przebywała z Nickiem Bollettierim, zna Brada Gilberta oraz przyjaźni się z Andre Agassim. Kuźnia wiedzy. Trenując z młodymi zawodniczkami narzucam im pewne rzeczy, z Mirjaną to zawsze była wymiana argumentów, konsultacje. Na początku wychodziła z założenia, że trzeba trenować 5-6 godzin dziennie. Problem był taki, że po takiej dawce w poniedziałek, we wtorek nie była w stanie podnieść się z łóżka. Wtedy w jej głowie pojawiała się myśl, że jest za stara i nie ma szans na rywalizację z młodszymi. Zmiana pewnych przekonań to kluczowa sprawa. Udało się, treningi były krótsze, ale lepsze jakościowo. Efekt? Uwierzyła, że z młodszymi można wygrywać. Często mi powtarzała, że jak w turnieju Wielkiego Szlema kilka pierwszych rund to będą szybkie spotkania, to może zajść daleko. W Melbourne podczas Australian Open słowa zamieniła w czyny.

– A jak pan przekonał Vandeweghe do treningów?
– To był bardzo długi proces. Podczas naszej pierwszej rozmowy po przylocie do Kalifornii spytałem ją, o której rozpoczyna pierwszy trening. Odpowiedziała, że jak się wyśpi, nawet o 11. W takim razie o której drugi? Jak jest pochmurno to po południu, jak świeci słońce, to idzie posurfować. Typowo amerykańskie podejście. Na wstępie przekazałem jej, że jak już coś robimy, to po to by robić to najlepiej, a nie byle jak. Całe środowisko powtarzało jej, że jest utalentowana i, że ma olbrzymi potencjał. W czasach juniorskich to może wystarczyć do wygrywania, ale w seniorach każdy ma talent i potencjał. Musiałem przekonać ją, że talent i potencjał zobowiązują do tego, by pracować więcej i ciężej od pozostałych. Po kilku miesiącach rzuciła się w wir pracy, wygrała turniej w ’s-Hertogenbosch, a na Wimbledonie w 1. rundzie pokonała Garbinę Muguruzę. Jak wróciła, to nie mogłem jej wypędzić z kortu. Wtedy zapisała na kartce, że kolejnym celem jest wygranie z rywalką z czołowej "10". Na następnym turnieju w trzech setach przegrała z Angelique Kerber, choć w drugim secie zmiotła ją z kortu w dwanaście minut, ale później, w Montrealu, pokonała dwie tenisistki z TOP10 – Anę Ivanvić i Jelenę Janković. To tak à propos podejścia mentalnego i stawiania sobie celów. Jeśli trener potrafi wykorzystać wiarę zawodniczki, to razem z nią może osiągnąć naprawdę dużo.

Mirjana Lucić-Baroni (fot. Getty Images)

– Studiował pan psychologię?
– Nie, ale od zawsze się nią interesowałem. Lubiłem obserwować ludzi i na własne oczy przekonywać się co powoduje, że idą w danym kierunku, że podejmują takie, a nie inne decyzje. Jako młody trener inwestowałem wszystkie pieniądze w konsultacje, porady i książki. Przeczytałem wszystko, co można było przeczytać na ten temat.

– A jak na tle Vandeweghe i Lucić-Baroni prezentowała się Urszula Radwańska?
– Współpracę zaczęliśmy w 2012 roku, ona była wtedy 97. na świecie. Była przekonana, że nie gra na wysokim poziomie, że jej kariera nie przebiega tak, jak powinna. Zapytałem ją, o czym marzy. Odpowiedziała, że chciałaby być w pierwszej setce rankingu. Gdy dodałem, że przecież jest, to się uśmiechnęła i powiedziała, że w takim razie nie jest tak źle. Ona już wtedy była świetnie przygotowana przez ojca oraz Tomasza Wiktorowskiego, ówczesnego kapitana Polek w Pucharze Federacji. Ja musiałem wskazać jej drogę, udowodnić, że może rywalizować z najlepszymi na świecie. Moją dewizą jest budować zawodnika – jeśli tenisistka źle wykonuje 99 rzeczy, ja muszę umieć znaleźć lub zbudować jedną, w której będzie lepsza od pozostałych. Ula miała niesamowity return, to był element, który sprawił, że nabrała dużej pewności siebie.

– Wróćmy do Vandeweghe i Lucić-Baroni. Co pan czuł, gdy obie te zawodniczki awansowały do półfinału tegorocznego Australian Open?
– Ogromna satysfakcja i duma. Jeśli chodzi o CoCo to zawsze wiedziałem, że stać ją na taki, a nawet lepszy wynik. Ona może wygrać turniej Wielkiego Szlema. Natomiast w przypadku Mirjany to było coś niesamowitego. Po US Open 2014, gdzie przebijając się przez kwalifikacje dotarła do 4. rundy, po drodze pokonując m.in. Muguruzę i Simonę Halep, powiedziała mi, że chce to jeszcze kiedyś powtórzyć. Udało się w Australii, a ja mogę się tylko cieszyć, że na pewnym etapie jej kariery miałem zaszczyt z nią pracować.

– Zdarzyło się, że trenując jedną zawodniczkę, grała ona z poprzednią pana tenisistką?
– Tak. W 2015 roku w Miami Ula pokonała w trzech setach CoCo. Ja byłem już trenerem Amerykanki, ale akurat na tym meczu zabrakło mnie na trybunach. Z kolei na początku 2016 roku w Sydney Mirjana rywalizowała z Bencić. Szwajcarka wygrała w trzech setach, ale choć mecz był bardzo wyrównany, to ja zachowywałem się bardzo spokojnie. Teraz, podczas rozmów na temat ewentualnej współpracy z Belindą jej obóz wspominał, że ta moja zimna krew im się spodobała, że kogoś takiego brakuje w ich teamie. Wtedy zwrócili na mnie uwagę.

Urszula Radwańska oraz Maciej Synówka (fot. facebook.com/maciej.synowka)
Cudowna kontra. Zobacz zagranie miesiąca Radwańskiej!

najpopularniejsze

BBC: di Resta nie jest zagrożeniem dla Kubicy

Niemieckie media: duet "Robbery" zostanie rozbity

Towarzyski mecz Polski z Brazylią możliwy, ale nie w marcu

Trudny mecz w Madrycie. Jak spisał się Marciniak?

Bijatyka na treningu Bulls. Połamana szczęka i wstrząśnienie mózgu