tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

"Spod zamarzniętych powiek" – przeczytaj fragment książki

Mieliśmy sprzęt, ale biorąc pod uwagę słabą aklimatyzację, w najlepszym wypadku skończyłoby się to odmrożeniami.
Adam Bielecki (z prawej, fot. PAP/Bartłomiej Zborowski)

APLIKACJA TVP SPORT – JAK POBRAĆ?


Recenzja biografii. Bielecki podzieli los Pawłowskiego...

Mieliśmy sprzęt, ale biorąc pod uwagę słabą aklimatyzację, w najlepszym wypadku skończyłoby się to odmrożeniami. W końcu powiedziałem sobie dość.
– Musimy zawrócić.
– Adam, jeszcze tylko godzina do grani – rzucił Alex.
– Cztery godziny temu mówiłeś to samo. Uważam, że wszyscy powinniśmy zawrócić, ale jeżeli zdecydujecie się iść dalej, to beze mnie. Ja schodzę.
Alex wyglądał na zdezorientowanego moją stanowczością. Nie wiedział, co robić. W tym momencie zatrzeszczało radio. To był Denis. Pytał, gdzie jesteśmy.
– Alex, proszę, schodźcie, z miejsca, gdzie jesteście, do grani jeszcze pewnie ze dwie godziny, a przecież z przełączki do szczytu to wciąż kawał drogi. Sam wiesz, przecież byłeś tam – perswadował Denis. Nawiązywał do próby wejścia Alexa na Kanczendzongę sprzed kilku lat. Bask wspinał się wtedy od południa i wycofał właśnie z przełączki, na której drogi się schodzą.
– OK, wracamy – odpowiedział po dłuższej chwili Alex.
Na filmiku nagranym w czwórce przez Denisa widać ogromną ulgę na jego twarzy, gdy to usłyszał. Poczułem to samo. Dima by się zgodził, ale to Alexa trzeba było przede wszystkim przekonać. Był z nas najbardziej doświadczony. Miał dziesięć ośmiotysięczników na koncie. Gdyby nie Broad Peak, to może zaufałbym jego osądowi. Ale na Kanczendzondze wiedziałem już, że niezależnie od doświadczenia innych moja ocena może być lepsza. W sytuacji zagrożenia życia lepiej zaufać sobie niż jakimkolwiek autorytetom, bo nikt nie jest nieomylny.
Potem, gdy byliśmy już w bazie, Alex podziękował mi za uratowanie życia.
Ale najpierw musieliśmy zejść.
Zmrok zastał nas przy poręczówce, którą zostawiliśmy w kuluarze. Teren poniżej wymagał zjazdów, ale ponieważ trwały zbyt długo, zacząłem schodzić na żywca. Kiedy chłopaki kończyły zjazd, to miały już przygotowane kolejne stanowisko. Ostatnie wzmocniłem dziabką wkopaną w śnieg. Alex, który jechał jako ostatni, miał ją zabrać ze sobą, ale zapomniał. Zmęczenie robiło swoje, a ja zostałem z jednym czekanem.
Schodziłem szybciej niż chłopaki i co sto metrów czekałem na nich. Rozpoczął się wylodzony miejscami trawers, który mocno obciążał nasze i tak już obolałe po pięciu dniach wspinania na przednich zębach raków łydki.
Czekając na chłopaków, przykucnąłem na oblodzonym stoku, żeby trochę odpocząć. Wyłączyłem czołówkę i patrzyłem, jak Alex i Dima trawersują zbocze. Wtedy wyjechała mi noga. Wziąłem zamach czekanem, aby lepiej wbić go w lód, i wyjechała mi druga noga. Spadałem. Zachowałem spokój, uczucie dobrze znane wspinaczom, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji. Kiedy robi się ekstremalnie niebezpiecznie, umysł odcina emocje. Zacząłem działać automatycznie.
Uderzyłem czekanem w lód. To na chwilę spowolniło upadek, ale dziabka wyskoczyła. Ten ruch przynajmniej obrócił mnie na brzuch. Drugie uderzenie. Czekan znów nie złapał podłoża.

Wtedy pojawił się stres. Wiedziałem, że została mi jeszcze jedna próba. Jeśli się nie uda, to po mnie, bo zacząłem nabierać szalonej prędkości. Za chwilę będzie za późno. Zginę.
Z całej siły walnąłem czekanem w stok, a ostrze zaczęło ryć w bardziej miękkim w tym miejscu firnie. Wyuczonym ruchem wepchnąłem je pod siebie i całą piersią przycisnąłem do stoku.
Zacząłem zwalniać.
Zatrzymałem się. Uf, było blisko.
Chwilę poleżałem. Uspokoiłem oddech. Wykopałem nogami stopień w twardym śniegu, żeby bezpiecznie stanąć. Ciemność. Podczas jazdy w dół spadła mi czołówka. Obok, na niewielkim kamieniu wtopionym w stok, leżał mój telefon satelitarny. Jakimś cudem nie poleciał dalej. Schowałem go do kieszeni. Spojrzałem w gorę. Chłopaki były jakieś sto pięćdziesiąt metrów nade mną.
– Alex! Dima! – krzyknąłem.
W tym wietrze nie mieli szans mnie usłyszeć.
Bielecki, myśl.
Nie mam światła, boję się poruszyć, żeby nie spaść. Miną mnie i nawet nie zauważą kiedy. Spadłem dobre sto metrów poniżej naszej trasy.
– Myśl, Bielecki, myśl – zacząłem mamrotać.
Olśniło mnie. Zapalniczka! Zawsze mam ją zawieszoną na szyi. Podpatrzyłem kiedyś ten patent u rosyjskich wspinaczy.  Sznurek na szyję, a na jego końcu pomadka do ust i zapalniczka. Żeby nie ginęła, zawsze była pod ręką. Od niej zależy w górach twoje życie. Wyciągnąłem ją. Zacząłem mrugać w stronę chłopaków. Na co dzień nie uświadamiamy sobie, jak dobrze widać w ciemności najmniejsze nawet światło. W optymalnych warunkach nocą płomień świecy można dostrzec z dziesięciu kilometrów.
Ale oni nie dostrzegli. Światełko było za małe, aby odwrócić ich uwagę od własnych raków. Puknąłem się w głowę. Wyciągnąłem aparat. Zacząłem błyskać lampą. Było zimno, coraz zimniej, dostałem pierwszych drgawek. Bałem się, że niekontrolowane dreszcze zrzucą mnie ze ściany. W końcu zobaczyłem, że czołówki obracają się w moim kierunku. Spostrzegli mnie! Po dwudziestu minutach dotarł do mnie Alex, a chwilę później Dima.
– Muszę iść. Zimno. Muszę się ruszać. Świeć. Idziemy – wysapałem przez szczękające z zimna zęby.
Poruszaliśmy się bardzo wolno. Zamarzałem. Zacząłem trawersować zbocze pod gorę, żeby jakoś się rozgrzać, ale nie działało.
– Chłopaki, chodźmy tamtędy, tam jest łatwiej, nie będzie lodu!
– Wskazywałem alternatywną drogę.
– Nie, idziemy tędy. – Alex mi nie wierzył albo nie chciało mu się podchodzić.
– Bez sensu, tam będzie trudno – powiedziałem.
Miał dość moich kaprysów.
– To masz czołówkę i idź sobie, gdzie chcesz.

Poszedłem. Godzinę później spotkałem Denisa. Wyszedł po nas. Zaprowadził mnie do namiotu. Piętnaście minut później doszli chłopcy. Dostaliśmy herbatę.
Leżałem w namiocie i ubolewałem nad naszą głupotą. Na własne życzenie nie zdobyliśmy szczytu, bo gdyby nie pomysł trawersu, to poszlibyśmy na lekko. Wtedy mielibyśmy spore szanse. Do ataku wyruszyliśmy na ciężko, a dodatkowo byliśmy po czterech dniach solidnej harówki, w tym dwóch spędzonych w Bastionie. Każdego dnia dziesięć godzin wspinania, i to z ciężkimi plecakami.
Jeszcze tu wrócę, pomyślałem. Zostawiliśmy przecież linę w najtrudniejszym miejscu, wszystko jest gotowe. Nic, tylko wejść. Olśniło mnie.
– Denis – zwróciłem się do Urubki. – Jeśli rano będzie ładna pogoda, to idź. Wszystkie trudności jesteś w stanie pokonać bez asekuracji. Masz poręczówkę w kluczowym miejscu i przedeptaną trasę. Spróbuj, co?
Zachował pokerową twarz. Nie dał po sobie nic poznać. Poszliśmy spać. Obudziło mnie słońce. Zaczęliśmy gotować i leniwie zbieraliśmy się do zejścia. Wyszedłem z namiotu i poszedłem do Artioma, który rozbił się kawałek dalej.
– A gdzie Denis, poszedł do góry? – spytałem.
– Tak, poszedł na szczyt.
Uśmiechnąłem się i wróciłem do chłopaków, aby pomóc im zwinąć obóz. Było południe, kiedy zobaczyłem schodzącego Denisa.
Za szybko. Dlaczego mu się nie udało? Z bazy do trójki szedł na lekko, drogę do szczytu miał przetartą, w kluczowym miejscu leżała lina poręczowa. Byłem pewien, że zdobędzie szczyt. Cholera jasna.
– Denis, co się stało? – zapytałem smutno.
– Jak to co? – rzucił i uśmiechnął się szeroko.
I wtedy zrozumiałem. Niesamowite. Wyszedł tuż po piątej rano.  Przed dziesiątą był na szczycie, co oznacza, że robił prawie dwieście metrów przewyższenia na godzinę. Na tej wysokości to świetny wynik. Zejście zajęło mu dwie godziny. Mistrzostwo świata. Wydawało mi się, że moje wejście na K2 było bardzo sprawne, ale to, co zrobił Denis, wykraczało poza moje możliwości. W końcu poznałem himalaistę znacznie mocniejszego ode mnie. Poczułem szaloną radość. Nasza ciężka praca nie poszła na marne. Wiadomo, że fajnie byłoby wejść na szczyt, ale najważniejsze,  że wyprawa zakończyła się sukcesem. Do bazy schodziliśmy w świetnych nastrojach. Nawet cieknące krwią i opuchnięte od oparzenia słonecznego wargi nie mogły mi zepsuć tego dnia.

podobne informacje

Nepal po raz pierwszy zmierzy Mount Everest

Polacy zdobędą K2 zimą? Wielicki pokieruje wyprawą

Na grani życia i śmierci. Adam Bielecki dla SPORT.TVP.PL

"Spod zamarzniętych powiek" (recenzja). Bielecki podzieli los Pawłowskiego