tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Bogusław Saganowski: gra na piasku była mi pisana

Przed reprezentacją Polski w beach soccerze jedna z najważniejszych imprez w historii drużyny – mistrzostwa świata na Bahamach (transmisje od 27 kwietnia w TVP). Najbardziej doświadczonym zawodnikiem biało-czerwonych jest Bogusław Saganowski, brat Marka, byłego napastnika Legii Warszawa. – Ja wybrałem grę na piasku, a Marek na trawie. To było nam pisane – przyznał starszy z braci w rozmowie ze SPORT.TVP.PL.
Bogusław Saganowski (fot. PZPN.pl)

APLIKACJA TVP SPORT – JAK POBRAĆ?

Adrian Koliński, SPORT.TVP.PL: – Jest pan rodowitym łodzianinem, ale od kilku miesięcy mieszka w Gdańsku. To forma przygotowań do mistrzostw świata?
Bogusław Saganowski:
– Uwielbiam przebywać nad morzem, a sport, który uprawiam przekonał mnie do przeprowadzki. Jednak nie tylko zbliżający się mundial miał wpływ na tę decyzję, ale również sprawy życiowe.

– Czyli to przeprowadzka na stałe?
– Tak. Ważne było, żeby cały czas mieć styczność z piaskiem, który jest potrzebny do treningu.

– Czyli nie ma jeszcze myśli o zakończeniu kariery?

– Kariera? To bardziej przygoda niż kariera. Z reprezentacją Polski tę przygodę już raczej kończę, ale chcę jeszcze skupić się na polskiej lidze, żeby inni mogli korzystać z mojego doświadczenia i żebym mógł coś przekazać młodszym kolegom. Chcę podnieść jeszcze jakość polskiego beach soccera.

Reprezentanci Portugalii (fot. Getty Images)

– Czyli mistrzostwa na Bahamach to ostatni turniej z reprezentacją?
– Myślę, że tak. Moja narzeczona śmieje się, że nie pozwolą mi skończyć, ale wspólnie podjęliśmy decyzję, że już wystarczy. Ona widzi jak znoszę każdy turniej. Nikt nie zdaje sobie sprawy, ile kosztuje mnie to zdrowia i jak jestem poobijany po każdym meczu. Jasne, mógłbym jeszcze grać, ale chciałbym zakończyć przygodę z kadrą w pełni formy.

– Jak wyglądają rozgrywki w Polsce?
– Nie wiem czy to można nazwać rozgrywkami, bo tak naprawdę trwają one miesiąc. Taki mamy klimat w naszym kraju i nie jesteśmy w stanie nic na to poradzić. Możemy zazdrościć państwom z południa Europy. Jednak nie jest źle z poziomem naszego beach soccera. Ostatnio dostaliśmy zaproszenie od Portugalczyków, z którymi wygraliśmy po rzutach karnych. A pamiętajmy, że są to mistrzowie świata! Mimo wszystko mamy bardzo duży potencjał, szkoda tylko, że nie mamy możliwości trenowania przez cały rok. Gdyby tak było, mielibyśmy naprawdę bardzo mocną reprezentację.

– Teraz zawodnik, a w przyszłości trener?
– Oczywiście, że chciałbym być szkoleniowcem, może niekoniecznie reprezentacji, bo pełniłem już tę funkcję. Byłem grającym trenerem i trudno było to pogodzić. Chcę prowadzić drużynę, w której miałbym najlepszą możliwość przekazania mojego doświadczenia. Zaczynam się też spełniać jako trener w normalnej piłce nożnej, w Młodych Pokoleniach Lechii, więc to niekoniecznie musi być piłka plażowa. Przecież od 30 lat trenowałem też na trawie czy w hali. Tak naprawdę chcę być szkoleniowcem i na piachu, i na trawie.

fot. Getty Images

– Był pan grającym selekcjonerem przez trzy lata. Skąd ten pomysł?
– Byłem najbardziej doświadczonym zawodnikiem i była to forma podziękowania od prezesa. Myślałem, że podołam wyzwaniu, ale okazało się, że nie jest to takie łatwe. Nie dało się tego pogodzić. Kierowanie drużyną i jednocześnie granie jest niemożliwe. Trener Marcin Stanisławski ma dużo łatwiej, bo patrzy na wszystko z boku i może analizować grę.

– Jakie były początki z beach soccerem?
– To był przypadek. Trener i prezes Grembacha Łódź, Jarek Jagielski, poprosił mnie i kilku kolegów z mojej drużyny futsalowej, żebyśmy zagrali w turnieju piłki plażowej. Dla zabawy. Zapytał czy nie chciałbym powygłupiać się na piachu. Okazało się, że to był strzał w dziesiątkę. Od piątku do niedzieli graliśmy w turnieju, a w poniedziałek byłem już na zgrupowaniu reprezentacji. Wydaje mi się, że gdzieś na górze było napisane, że musiałem trafić na plażę.

– Brazylia, Włochy, Portugalia… Chyba fajnie jest być reprezentantem w piłce nożnej plażowej?
– Do tego jeszcze Ukraina czy Francja… Dzięki temu zwiedziłem bardzo wiele miejsc. Gdyby ten sport był bardziej profesjonalny, to pewnie dłużej byłbym za granicą. Przypomnę, że zdobywałem wicemistrzostwo i Puchar Włoch, wicemistrzostwo Ukrainy, czy wicemistrzostwo świata ze Sportingiem Lizbona. Jest wielu chłopaków w Polsce, którzy mają duży talent i wielu z nich mogłoby zrobić karierę w innych krajach. Tylko, że u nas każdy sam przygotowuje się do sezonu, nie ma zgrupowań, itd. Chwała Polskiemu Związkowi Piłki Nożnej, że przed mistrzostwami włączył się w organizacje zgrupowań. Poza tym każdy jest zdany na siebie – ćwiczy na siłowni, biega, dba o formę, żeby być gotowym na sezon. Taki mamy klimat, nie ma hali do beach soccera i nie ma gdzie trenować.

– Trudno to nazwać profesjonalną dyscypliną…

– Możemy mówić o profesjonalizmie zawodników, ale nie o profesjonalnym sporcie. My nie zarabiamy na tym dużych pieniędzy, czasami jest jakaś wypłata po zdobyciu trofeum przez zespół. Przez takich pozytywnych wariatów jak Jarek Jagielski, Michał Szymański czy Heniek Kuczma pieniądze się pojawiają. Tacy ludzie zostawiają serce dla tego sportu i dzielą się pasją z zawodnikami.

Bogusław Saganowski (fot. PAP)

– To jak żyć? Wspomniał pan, że trenuje młodych chłopców w Lechii.
– Dokładnie są to Pokolenia Lechii Gdańsk, czyli taki odłam klubu. To nowa szkółka, do której zostałem zaproszony przez Marka Widzickiego. Nie zastanawiałem się długo, bo lubię pracować z dziećmi i zarażać ich pasją do piłki.

– W zeszłym roku we Włoszech wygraliście mocno obsadzony turniej kwalifikacyjny do mistrzostw świata. To tak jakbyście zostali mistrzami Europy?
– W zasadzie tak. Pokonaliśmy m.in. reprezentacje Rosji, Szwajcarii czy Ukrainy, czyli bardzo mocne drużyny. To jest bardzo duży sukces naszego zespołu.

– Chyba największy do tej pory?
– Na pewno jeden z największych, bo w 2006 roku też awansowaliśmy na mistrzostwa świata i to też było gigantycznym sukcesem. Ale faktycznie teraz wywalczyliśmy awans w wielkim stylu, bo zostawiliśmy wszystkich w pokonanym polu. Można powiedzieć, że przez nas na mundial nie pojedzie reprezentacja Rosji. Po turnieju spotkałem się z ich trenerem, który płakał i nie mógł w to uwierzyć. Szczerze nam pogratulował, ale widać było, że jest zły, bo zawsze z nami wygrywali kilkoma bramkami. Nie chcę powiedzieć, że nas zlekceważyli, ale na pewno nasza postawa ich zaskoczyła.

– Wylosowaliście bardzo trudną grupę. Zagracie z najbardziej utytułowaną Brazylią, wicemistrzami świata, czyli Tahiti i Japonią. Co jest waszym celem na mistrzostwach świata?
– Tak naprawdę sam nie wiem na co nas stać i nie będę tego wiedział do zakończenia poszczególnych meczów. Znani jesteśmy z tego, że zostawiamy na boisku dużo serca i walczymy na całego. Dlatego ostatnio zaprosiła nas Portugalia, która chciała się przeciwstawić naszej fizycznej grze. Co do naszej grupy, to trzeba jasno powiedzieć, że jest to grupa śmierci, ale zrobimy wszystko, żeby z niej wyjść. Oczywiście losowanie nas nie rozpieściło, ale przypominam, że po trzech miesiącach bez treningu, przegraliśmy w Dubaju z Tahiti tylko 4:5. Z Brazylią, z którą akurat nie grałem, chłopaki prowadzili 2:1. Oglądałem to spotkanie z moim przyjacielem z Brazylii, który był pozytywnie zaskoczony naszą postawą. Dla mnie sprawa jest otwarta.

Z każdym będziemy walczyć i z każdym możemy wygrać. Kluczowy mecz będzie z Japonią – to będzie pierwsze spotkanie turnieju i jeśli wygramy, postawimy Japończyków w trudnej sytuacji. Być może w takich okolicznościach urwą punkty faworytom. My, Japonia i Tahiti prezentujemy podobny poziom i myślę, że będziemy walczyć o awans. Brazylia wydaje się bardzo mocna, bo tam każdy zawodnik może wziąć odpowiedzialność i wygrać mecz, a nawet turniej. Ale nie po to awansowaliśmy, żeby się bać, nawet tej wielkiej Brazylii.

Eric Cantona (fot. Getty Images)

– W beach soccera gra wielu byłych piłkarzy. M.in. w piłce na piasku zakochał się Eric Cantona. Miał pan okazję poznać swojego wielkiego idola.
– To prawda. Mój syn ma na imię Eryk, na cześć Cantony. Od dziecka kibicowałem Manchesterowi United i zawsze podpatrywałem Cantonę, który był moim idolem. Francuz prowadził drużynę gwiazd beach soccera, która zmierzyła się z Brazylią. Dostałem powołanie do tego zespołu. To bardzo fajny, sympatyczny i spokojny facet. Może dlatego mi tak imponował, bo jesteśmy podobni? Ja też poza boiskiem jestem raczej spokojny, a kiedy wychodzę na plażę cieszę się tym piachem jak małe dziecko i walczę jak gladiator. Powiedział mi nawet, że powołał mnie dlatego, że patrząc na mnie na boisku, widział siebie.

– Takie słowa od idola muszą nobilitować.

– To było bardzo miłe. Byłem jeszcze młodym zawodnikiem, właściwie nieznanym. Można sobie wyobrazić, co czułem jak podszedł do mnie na pierwszym treningu i powiedział "Hallo Sagan" (śmiech). Jeszcze kilka lat wcześniej oglądałem go w telewizji i podziwiałem, a teraz zwraca się do mnie po imieniu i wybiera mnie do meczu gwiazd, gdzie mógł powołać dosłownie każdego. Zapamiętam to do końca życia.

– Był pomysł, żeby namówić brata na grę w beach soccera?
– Marek powiedział, że jak się wyjdzie na trawę, to się gra, a jak na piasek, to już tak łatwo nie jest. Wielokrotnie widziałem jak ojcowie z synami chcieli pobiegać za piłką na plaży, w pełnym słońcu i po trzech-czterech minutach wracali na koc. Dlatego śmieszą mnie hejterzy, którzy nigdy nie grali na piasku, a kpią z reprezentantów Polski. Latem na stadionie Lechii będzie szkółka beach soccera z moim udziałem. Zapraszam wszystkich, którzy chcą spróbować swoich sił. Myślę, że ojcowie chętnie zabiorą synów, może któryś z nich załapie bakcyla i polska piłka plażowa będzie miała z nich pociechę.

– Dlaczego Markowi wyszło na dużym boisku, a panu nie?

– Brat był bardzo dobrym piłkarzem, rozegrał sporo meczów w reprezentacji, strzelił prawie sto goli w naszej lidze, mimo że ponad osiem lat spędził za granicą. Nie ucieknę od porównań, ale nie przeszkadza mi to. Wręcz przeciwnie - cieszę się, że mam takiego brata. A mi w dużej piłce nie wyszło dlatego, że podejmowałem złe decyzje. Przez dwa albo trzy lata byłem bramkarzem w ŁKS-ie i później trudno było wrócić jako zawodnik z pola. Chociaż wtedy trenerzy mówili, że byłem lepszy technicznie od Marka. Nawet sam Marek zawsze to powtarza. Ktoś na górze przypisał mnie jednak beach soccerowi. Odkopałem się w piachu i być może te treningi bramkarskie dały mi to, że nie boję się przewracać. Ja wybrałem drogę na piasku, a Marek na trawie. Tak musiało być. Zawsze bardzo kibicowałem bratu i właściwie przestałem oglądać Ekstraklasę, jak zakończył karierę.

Marek Saganowski (fot. Getty Images)

– Bogusław Saganowski czuje się legendą polskiego beach soccera?
– Absolutnie nie. Jestem prekursorem piłki na piasku, ale nie legendą. Przecieram szlaki młodszym kolegom. Mam tylko nadzieję, że ten niszowy sport się utrzyma. PZPN nie daje tylu pieniędzy na beach soccer, co na piłkę nożną i my nawet tego nie żądamy. Fajnie by jednak było, gdyby związek zainteresował się nie tylko wtedy, gdy reprezentacja gra na mistrzostwach świata. Potrzeba jest kontynuacji po takim sukcesie.

– Jest pan rozpoznawalny?

– Jestem rozpoznawalny, ale nie przeszkadza mi to i nie wykorzystuję tego. Cieszę się, że ludzie doceniają moją ciężką pracę. Mam już 40 lat, a w zeszłym roku do kadry dołączył niespełna 20-letni Filip Gac, który mógłby być moim synem. Fajnie, że ktoś nazywa mnie legendą, że ktoś mnie rozpoznaje. Jednak zapracowałem na to. Pamiętam jak uczyłem się podbijać piłkę, co jest najtrudniejsze w tym sporcie. Predyspozycje miałem od początku, ale wszystko musiałem dopracować.

– Jaka jest różnica między grą na trawie, czy w futsalu a grą na piasku?
– Tak jak już wspomniałem, do gry w beach soccera trzeba mieć predyspozycje, a ja od początku czułem się jak ryba w wodzie. Nie mówię, że nie można się tego nauczyć, ale jeśli ktoś ma do tego warunki, to początki są dużo łatwiejsze. Nigdy nie bałem się grać przewrotką, czy to w hali czy na trawie, co jest podstawą gry w beach soccera. Tak naprawdę futsal i piłka plażowa nie różnią się niczym, poza nawierzchnią. Obie dyscypliny są pięcioosobową odmianą piłki, ustawienia też są takie same – ruchy bramkarzy czy obrotowych. Podobieństw jest wiele. Jeśli chodzi o duże boisko a piłkę plażową, to różnica jest już gigantyczna. Na piachu w ciągu minuty można strzelić kilka goli. Na trawie widziałem wiele cudów, ale nie mam mowy o takiej częstotliwości zdobywania bramek. W meczu beach soccera drużyna średnio oddaje 70 strzałów na bramkę, a pada około sześć-siedem goli. To bardzo szybki i widowiskowy sport. Można stracić bramkę, a za sekundę, przy wznowieniu, już ją odrobić.

– Technika jest najważniejsza w beach soccerze?

– Zdecydowanie. Wspominał pan, że Brazylia jest najbardziej utytułowanym zespołem. Jest tak dlatego, że mają do tego odpowiedni klimat – ciepło przez cały rok, mnóstwo plaż, szkółki, itd. Mają tez duże boiska na plaży. Jak byłem pierwszy raz w Brazylii, to widziałem, że grali na piachu po jedenastu. Mając takie warunki nie ma się co dziwić, że mają znakomitą technikę i piłka im nie przeszkadza. Jak się nie ma techniki, to się nadrabia serduchem. Tak jak my, Polacy…

Rozmawiał Adrian Koliński

najpopularniejsze

Media: Bayern zainteresowany Brandtem

Z Tychów do... Turynu. Pierwszy transfer Juventusu

Bayern Monachium wydał oświadczenie ws. Lewandowskiego

Gorąca końcówka. Blisko bójki w meczu Meksyk – Nowa Zelandia!

Polska – Anglia 0:3. Półfinał ME nie dla Polski