tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Zapiski z Giro: pretekst do szydery i wspomnień

Nie on pierwszy, nie ostatni. Peleton uwielbia takie historie i nie ma litości. Na starcie w Kalabrii Luka Pibernik był bohaterem numer jeden. Gratulacjom za spektakularny "triumf" w Mesynie nie było końca.

Zapiski z Giro: pretekst do szydery i wspomnień

Nie on pierwszy, nie ostatni. Peleton uwielbia takie historie i nie ma litości. Na starcie w Kalabrii Luka Pibernik był bohaterem numer jeden. Gratulacjom za spektakularny "triumf" w Mesynie nie było końca.
Fernando Gaviria – "prawdziwy" zwycięzca 5. etapu (fot. PAP/EPA)

To się zdarza w wielu dyscyplinach. Kiedy Wolfgang Loitzl wygrał Turniej Czterech Skoczni w pierwszych słowach cieszył się, że wreszcie będzie pamiętany za coś innego niż słynny zjazd na pupie po rozbiegu Wielkiej Krokwi.

W środę meta Giro była w Mesynie, a Pibernik – klubowy kolega Rekina z Mesyny, Vincenzo Nibaliego – poczuł krew. Niby jest tylko pomocnikiem, ale jak peleton daje szansę, to trzeba brać, przekonał ich przecież o tym Lukas Postleberger na pierwszym etapie. Mógł Lukas, może i Luka.

Meta w Mesynie na wyciągnięcie ręki. Młody Słoweniec zaczyna sprint. Koledzy z ekipy zdumieni. Dyrektorzy nie wiedzą co się dzieje. Patrzą na zamontowane w samochodach małe ekrany, chwytają za radio i krzyczą "Jeszcze jedna runda". Ale on nie słyszy. Wersja oficjalna jest taka, że padły baterie w radiu. Sam Nibali krzyczał podobno "Stop! Stop!". Kto chce niech wierzy. W tumulcie, jaki towarzyszy peletonowi w dużych miastach, własnych myśli nie słychać. Inna sprawa, że przysnąć musiał sympatyczny Luka na przedstartowej odprawie. Nie wierzę, że w ekipie Bahrain-Merida nie wspominali o przypominającej agrafkę, trudnej technicznie rundzie w Mesynie.

Pibernik przynajmniej się swoim zwycięstwem nacieszył, jechał z rozłożonymi rękami dobre sto metrów. A taki Marco Marcato, w Tour de Pologne 2010 już podczas drugiego całusa do publiczności wiedział, że trzecia runda w Cieszynie nie była ostatnią. Cztery lata później w Warszawie Michael Matthews fetował udany finisz z peletonu, nie zdając sobie sprawy, że chwilę wcześniej po samotnej ucieczce przyjechał Peter Vakocz. Wspominać można długo, najwięcej przez przedwczesną radość przegrał chyba Erik Zabel, fetując na kresce 300 kilometrów z Mediolanu do San Remo, w 2004 roku. Kiedy Niemiec uniósł ręce, o grubość opony wyprzedził go Oscar Freire.

Wpadka Pibernika dała więc peletonowi pretekst do szydery, ale i wspomnień. Piotr Wadecki przywołał Wyścig Pokoju z 1992 roku, gdy jeden z etapów miał finisz w Karpaczu. Wspinający się na Orlinek Rosjanin zamiast rundą w lewo, pojechał prosto i po chwili wpadający na metę liderzy ujrzeli szczęśliwego "zwycięzcę" jadącego prosto na nich, z rękami w górze. Kreskę przeciął od drugiej strony.

Swoją wpadkę przypomniał też Marcin Białobłocki. To były dawne czasy, kiedy jeszcze ścigał się w Polsce, to był jakiś wyścig na Mazurach. Marcin zwycięstwo fetował po czterech rundach, a przejechać trzeba było pięć. Finiszował wściekły, daleko za najlepszymi. Rok później wrócił na ten sam wyścig i zapytany na starcie przez spikera, kto jest faworytem, odpowiedział krótko: "Ja". I wygrał. Taka była motywacja, by zmazać plamę.

Czego i Pibernikowi na tym Giro życzymy. To by była dopiero historia.

Giro d’Italia: rekin z Mesyny i moc pomarańczy. Sycylia, arrivederci!

najnowsze opinie

Kacper Bartosiak Próbował utopić Kliczkę. Teraz... wpadł na dopingu

Marek Jóźwik Powinność honorowa

Przemysław Babiarz Każdy polski medal MŚ będzie dużym wydarzeniem

Marek Jóźwik Medale i detale