tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Giro d'Italia – wyścig, który rodził się w bólach

Dziś Giro to jedna z najważniejszych kolarskich imprez, a niewiele brakowało, by odwołano już pierwszą edycję...
fot. Getty

Tegoroczne Giro d’Italia jest wyjątkowe, bo kolarze rywalizują w tej imprezie już po raz 100. Włoski wyścig, obok Tour de France i Vuelta a Espana, zaliczany jest do wielkich tourów – najbardziej prestiżowych kolarskich „wieloetapówek”. Mało kto wie jednak, że rodził się w wielkich bólach…

Gdyby nie poświęcenie i zaangażowanie Primo Bongraniego, bankiera, który był jednocześnie wielkim miłośnikiem kolarstwa, Giro prawdopodobnie by nie istniało.

Fragment książki Colina O’Briena „Giro d’Italia. Historia najpiękniejszego kolarskiego wyścigu świata”

Angelo Gatti, który kiedyś reprezentował fabrykę rowerów Bianchi, a w 1908 roku założył konkurencyjną firmę Atala, skontaktował się z Morgagnim i przekazał mu niezwykle ciekawą informację. W Bianchi planowano organizację ogólnokrajowego wyścigu, przy którym współpracować miały Touring Club Italiano oraz gazeta „Corriere della Sera”. Naczelny „Gazzetty” doskonale wiedział, jak bardzo Tour de France przyczynił się do wzrostu popularności „l’Auto”, gazety należącej do Henriego Desgrange’a, oraz jak bardzo zaszkodził największemu konkurentowi Desgrange’a i zarazem największej francuskiej gazecie, „Le Vélo”. Nie zamierzał dać się zaskoczyć. Musiał koniecznie uprzedzić konkurencję i zorganizować własny wielki wyścig.

Morgagniemu i jego partnerom na pewno nie można odmówić entuzjazmu, jednak organizacja ogólnokrajowego wyścigu stanowiła nie lada przedsięwzięcie, zwłaszcza że „Gazzetta” borykała się z kłopotami finansowymi. „Corriere della Serra” była większą gazetą, a Touring Club Italiano – choć nie zajmował się już bezpośrednio kolarstwem – miał olbrzymią przewagę logistyczną, ponieważ organizował wyścigi motocyklowe na terenie całych Włoch. Nowo planowane przedsięwzięcie wyróżniał natomiast jeden mocny punkt – było nim doświadczenie Cougneta. Chłopak z Nicei miał zaledwie 18 lat, gdy w 1898 roku podejmował pracę w gazecie, ale był ekspertem we wszystkich kwestiach związanych z kolarstwem i wprowadził tytuł w świat wyścigów, pisząc reportaże z Giro di Lombardia oraz wyścigu Mediolan–San Remo. Pojechał również do Francji, aby relacjonować Tour de France, więc lepiej niż ktokolwiek inny wiedział, czego wymagać będzie organizacja 24 sierpnia, w kilka tygodni po pamiętnym telegramie Morgagniego, na pierwszej stronie gazety ukazał się tekst informujący o zamiarze organizacji wyścigu, który miałby się odbyć w maju następnego roku i którego trasa miała prowadzić po całych Włoszech. Oto fragment tamtego tekstu: „»La Gazzetta dello Sport«, w uznaniu dla chwały włoskiego kolarstwa oraz jego sławy, ogłasza, że wiosną odbędzie się pierwsza edycja Giro d’Italia, jednego z największych i najambitniejszych międzynarodowych wyścigów kolarskich”. Autorzy artykułu pisali o liczącej 3000 kilometrów trasie oraz nagrodzie pieniężnej w wysokości 25 tysięcy lirów.

fot. PAP/EPA Udało im się uprzedzić „Corriere”, ale przy okazji sami podłożyli głowę pod topór. 28-letni Cougnet, który miał zajmować stanowisko dyrektora imprezy aż do 1948 roku, był przekonany, że potrafi zorganizować wieloetapowy wyścig. Problem polegał na tym, że tamten ambitny tekst deklarował zbyt wiele. Weźmy choćby samą nagrodę pieniężną. Warto wiedzieć, że Costamagna, właściciel gazety, zarabiał wtedy 1800 lirów rocznie, co jak na tamte czasy stanowiło bardzo przyzwoite wynagrodzenie. Trzeba również dodać, że jemu i jego pracownikom zdarzało się dostawać niższe wypłaty, gdy interes akurat kręcił się słabiej. Mimo to gazeta zdecydowała się zaoferować wysoką nagrodę, aby Giro znalazło się na szczycie światowej czołówki pod tym względem.

Kiedy emocje opadły i przyszło zmierzyć się z rzeczywistością, we wrześniu podjęto decyzję o odwołaniu wyścigu. Gdyby nie dziwne zrządzenie losu, Corsa Rosa mógłby w ogóle nie zaistnieć. Tak się złożyło, że jeden z inwestorów gazety, potężny mediolański bankier Primo Bongrani, był również sekretarzem Włoskiego Komitetu Olimpijskiego i wielkim miłośnikiem kolarstwa. W 1908 roku, po powrocie z igrzysk w Londynie, usłyszał o anulowaniu imprezy i podjął bezzwłoczne działania. Nalegał na wznowienie przedsięwzięcia, deklarując jednocześnie pełne wsparcie w zbieraniu funduszy. Bongrani uważał, że wystarczy drobny rozpęd, a potem sponsorzy sami będą zabiegać o udział w organizacji wyścigu. Załatwił pierwsze środki od producenta samochodów Lancia oraz kasyna w San Remo, które sponsorowało już wyścig Mediolan–San Remo, obmyślany w celu wypromowania nadmorskiej miejscowości jako luksusowego kurortu. Włoski monarcha obiecał wręczyć zwycięzcy złoty medal, dzięki czemu całe przedsięwzięcie nabrało iście królewskiego blasku. Co ciekawe, Bongrani przekonał nawet „Corriere”, największego rywala „Gazzetty”, do inwestycji w wysokości 3000 lirów. Twierdził, że zyskają dobrą reklamę i wykażą moralną wyższość, pomagając konkurentowi w ratowaniu jego upadającego projektu.

W marcu wszystkie niezbędne środki finansowe były już zapewnione. Gazeta podała szczegółowe informacje na temat ośmioetapowej trasy, która biegła przez całe Włochy i liczyła 2500 kilometrów. Co prawda początkowo obiecywali więcej, ale nawet i to wystarczyło, aby przekroczyć granice wyobraźni przeciętnego Włocha – w końcu większość mieszkańców kraju nigdy nie wyjeżdżała poza najbliższą okolicę. Do udziału w wyścigu zaproszono amatorów i zawodowców, w związku z czym na starcie do pierwszego etapu stawiło się 127 zawodników. 13 maja 1909 roku, o godzinie 14:53, na Piazzale Loreto w Mediolanie rozpoczął się pierwszy etap Giro d’Italia. Był to wyczerpujący odcinek długości 397 kilometrów z metą w Bolonii. Zwycięzcy nie wyłaniano wówczas tak jak dzisiaj, czyli na podstawie łącznego czasu pokonania trasy – w Giro klasyfikację kolarzy układano według systemu punktowego. Sumowano pozycje zajmowane przez nich na kolejnych etapach, a zwycięzcą zostawał zawodnik z najmniejszą liczbą punktów. Przed opracowaniem współczesnych technologii komunikacyjnych taki system był znacznie prostszy i tańszy w zastosowaniu, a więc po prostu sensowny. Z Bolonii wyścig pojechał dalej na południe, do Chieti, miasteczka w pobliżu wybrzeża adriatyckiego, a stamtąd skierował się do Neapolu, aby wrócić do Rzymu, skąd kolarze mieli pojechać do Florencji, Genui i Turynu, i po 17 dniach ponownie znaleźć się w Mediolanie. W przeciwieństwie do dzisiejszych wielkich pętli w tamtym wyścigu można było zastosować dni odpoczynku między kolejnymi etapami – w przeciwnym razie, przy ówczesnym sprzęcie i jakości dróg, dystans liczący średnio 306 kilometrów na etap byłby nie do pokonania. W dzisiejszych wyścigach zawodnikom towarzyszy olbrzymia świta dziennikarsko-techniczna, wtedy natomiast za peletonem jechało zaledwie osiem samochodów. Cztery wiozły przedstawicieli zespołów, dwa przewidziano dla organizatorów i dwa dla przedstawicieli prasy. Punkty kontrolne wyznaczano w pobliżu dworców kolejowych, a kolarze byli fotografowani na starcie i mecie etapu, co minimalizowało możliwość popełnienia oszustwa (można odnieść wrażenie, że kolarstwo od samego początku przyciągało ludzi zainteresowanych chodzeniem na skróty). Sędziowie i reporterzy przesyłali informacje na temat wyścigu do Mediolanu za pomocą telegramów. Wiadomości naklejano na witrynach sklepowych, by ludność mogła masowo zapoznawać się z przebiegiem zawodów. Nieliczni posiadacze telefonu mogli zadzwonić na specjalny numer, pod którym uzyskiwali dodatkowe informacje – była to absolutna nowinka, która wtedy musiała robić podobne wrażenie jak komunikaty przychodzące na smartfony 100 lat później.

Fragment pochodzi z książki Colina O’Briena „Giro d’Italia. Historia najpiękniejszego kolarskiego wyścigu świata”. Premiera 10 maja nakładem Wydawnictwa SQN

fot. Wydawnictwo SQN