tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Zapiski z Giro: chodzi tylko o zwycięstwo

Nieszczęście kolarzy polega na tym, że tylko nieliczni kibice naprawdę rozumieją, o co w tym sporcie chodzi. O zwycięstwo. Połowa wyścigów w ogóle nie ustawia na dekorację trzystopniowego podium. Tak jest też na Giro. Nagrody i całusy od hostess należą się tylko numerom jeden.

Zapiski z Giro: chodzi tylko o zwycięstwo

Nieszczęście kolarzy polega na tym, że tylko nieliczni kibice naprawdę rozumieją, o co w tym sporcie chodzi. O zwycięstwo. Połowa wyścigów w ogóle nie ustawia na dekorację trzystopniowego podium. Tak jest też na Giro. Nagrody i całusy od hostess należą się tylko numerom jeden.
(fot. cccsport.eu)

Patrzy kibic w wyniki Giro i widzi: Michał Gołaś – po kolei – 79., 67., 93., 163., 88., 135., 88., 108., 127. i 154. Masakra. Sęk w tym, że inaczej Michał Gołaś i wielu mu podobnych nie może. Zadanie jest proste – osłonić liderów od wiatru, dojechać z nimi do góry, chwilę podyktować tempo i odpuścić. Nie ma sensu walczyć o miejsce numer 23., albo 34., bo ono i tak niczego nie zmienia. Liczy się tylko to, by na koniec etapu jak najwyżej był lider. I jeśli lider Team Sky wygrywa (co na tegorocznym Giro „Niebiańskim” pisane nie jest…), cała drużyna zasługuje na szampana. Niezależnie od indywidualnych wyników.

Znane są historie kilku nadambitnych pomocników albo sprinterów, którzy po wykonaniu swojego zadania chcieli się jeszcze pod górę zmęczyć, powalczyć o dobrą pozycję. Kończy się to zawsze tak samo – burą dyrektora sportowego i słowami: nie od tego tu jesteś. Do grupetto, i to już. Dlaczego, zapytacie? Dlatego, że jutro kolejny etap i kolejne zadanie do wykonania.

Urocze słowo grupetto ma dwa zamienniki. Autobus (bo za nimi jedzie autobus, zgarniający tych, którzy przekroczą limit czasu) albo – w bezpośrednim tłumaczeniu – grupa śmieszków. Bo jadą sobie tempem turystów, gadają, dowcipkują. Byle tylko nie wyprzedziło ich auto z napisem fine della gara. Przeciętnemu polskiemu kibicowi, od lat wyczulonemu na sportowych wycieczkowiczów, trudno to zrozumieć, ale naprawdę nic w tym wstydliwego.

Marcin Białobłocki (fot. Katie Chan) W grupetto obok zmęczonych pracą pomocników jadą najlepsi sprinterzy, po to, by na płaskim etapie zaatakować z pełną mocą. Jedzie też Marcin Białobłocki, który ani pomocnikiem, ani sprinterem nie jest, ale ma swój plan. Jak to Marcin.

Mam do tego zawodnika niezwykły szacunek, bo jego droga jest inna niż wszystkie. Nie miał wielkiego talentu, nie miał też pieniędzy, po które musiał lecieć na Wyspy. Tam, na nocnej zmianie, rozwoził w hurtowni banany. Na dziennej trenował i wygrywał wyścigi. Najpierw amatorskie, potem półzawodowe, aż skończył na najwyższym podium mistrzostw Polski i Tour de Pologne. Siedem lat temu był amatorem, dziś jedzie w najtrudniejszym wyścigu świata.

Marcin ma obsesję na punkcie watów. Mówi o nich „moje numerki”. Moje numerki to, moje numerki tamto. Wszystko przelicza na zaoszczędzone, bądź stracone waty. Nowe, sztywniejsze koła, węższe lub szersze ustawienie wsporników na kierownicy… I tak bez końca. Wyliczył też sobie Marcin, że jeśli w górach starczy prądu, jeśli elektrownia da radę, bo jego numerki pozwolą mu walczyć o coś naprawdę wielkiego ostatniego dnia Giro. Bo wtedy jest jazda indywidualna na czas, z finiszem na torze Monza. Coś akurat dla niego.

Dziś miał przymiarkę – też czasówka, choć trudniejsza. Upadł, ale nie był załamany. 408 watów – numerki się zgadzają. Jutro wraca do grupetto i dalej oszczędza prąd. Taki to dla niego wyścig, takie bywa kolarstwo – trzeba przejechać 3600 kilometrów, by dostać w końcu swoją szansę.

najnowsze opinie

Michał Lewandowski Agnieszka sama teraz nie wie na co ją stać

Michał Lewandowski Switolina może wygrać US Open

Rafał Patyra 5. miejsce w rankingu FIFA to niestety także presja

Joanna Sakowicz-Kostecka US Open? Jest przed "Isią" światełko w tunelu