tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Klub z "odpadów". Tak powstawał Wielki Widzew

Pół wieku temu w Łodzi liczył się tylko ŁKS. Widzew był małym, biednym klubem. Zasilali go przede wszystkim ludzie odrzuceni. Tak zaczęła się historia wielkiego zespołu, który trząsł regionem, potem krajem, a na końcu straszył europejskie potęgi.
Piłkarze Widzewa Łódź (fot. PAP/CAF/Andrzej Zbraniecki )

Pod koniec lat 60. ubiegłego wieku Widzew występował w lidze okręgowej. Interesowała się nim garstka pasjonatów futbolu. Mecze oglądało nieco ponad sto osób. Drużyna piłkarska nie miała nawet pełnowymiarowego boiska. Udało się je zbudować dzięki staraniom Leszka Jezierskiego, człowieka skrzywdzonego przez największego z dzisiejszych rywali Widzewa, ŁKS.

Jezierski darzył Łódzki Klub Sportowy szczególnym uczuciem. Jeszcze w czasach kariery piłkarskiej odchodził stamtąd, mając poczucie wielkiego żalu. Nie dostał nawet pamiątkowej statuetki. Nieco później, już jako szkoleniowiec, otrzymał natomiast kolejny cios. Władze postanowiły całkowicie zmienić koncepcję i odsunąć go na boczny tor. Właśnie wtedy stał się jednym z odrzuconych, którzy zaczęli tworzyć potężnego Widzewa.

Leszek Jezierski (P), legendardny trener Widzewa (fot. Przemek Wierzchowski/PAP)

Życie z łatką

Jezierski doskonale wiedział, co zrobić, by osiągać lepsze rezultaty. – To był świetny psycholog. Wmawiał nam, wyciągniętym z ŁKS, że nie jesteśmy gorsi. Zresztą, później potwierdzaliśmy jego słowa zwycięstwami. Zadrę "odrzuconych" nosiliśmy na co dzień, a on jeszcze podkręcał ciśnienie. Zakończenie sezonu urządzano w tym samym hotelu, w którym balowali nasi koledzy z silniejszego klubu. Spotykaliśmy się parkiecie – opowiedział Wiesław Chodakowski, były obrońca Widzewa, do którego przeniósł się z klubu przy alei Unii.

– Bardzo lubiliśmy Jezierskiego, bo szanował nasze zdanie. Przed ściągnięciem piłkarza pytał, czy szatnia go zaakceptuje. Przychodził później nowy i od razu miał ułatwione zadanie. W końcu cały zespół wiedział, że musi go przyjąć. Na początku każdy, kto do nas dołączał, chciał coś udowodnić. Najczęściej tym z ŁKS, że się pomylili. Oczywiście nie byliśmy niechciani z powodu braku jakości. Zazwyczaj chodziło o "zbyt długi język". Ktoś podskoczył trenerowi albo prezesowi i musiał odejść – dodał Chodakowski.

– Widziałem na własne oczy motywację tych chłopaków. Przepraszam, że tak ich nazwę, byli wtedy "odpadami" z naszej drużyny. Po oczach mogłem poznać, jak bardzo pragną zwycięstwa. Chcieli za wszelką cenę udowodnić, że nie są gorsi. Część z nich mogłaby skończyć sezon na przedostatnim miejscu pod jednym warunkiem – że ostatni będziemy my – wspominał Jan Tomaszewski, legendarny bramkarz ŁKS.

O panowanie w mieście

Kiedy tylko Widzew awansował do I ligi, czekało go pierwsze od 1948 starcie z największym klubem miasta. Mecz zakończył się zwycięstwem beniaminka 2:1. Część zawodników marzyła o tym, by na boisku zjeść pod względem piłkarskim lokalnego rywala.

– Ledwo zaczęliśmy, a ja popełniłem kardynalny błąd. "Obciąłem się", przeze mnie Janek Mszyca w łatwy sposób trafił do siatki. Myślałem, że spalę się ze wstydu! Nie wiem, jak to tłumaczyć, chyba pomoc przyszła z niebios. 30 sekund po straconym golu byłem już nabuzowany. Po końcowym gwizdku Jezierski powiedział, że nigdy wcześniej nie widział mnie w tak dobrej dyspozycji – zdradził Chodakowski.

Podczas konferencji prasowej szkoleniowiec zwycięskiej drużyny popisał się dobrej jakości humorem i grą medialną, jakiej nie powstydziliby się najlepsi fachowcy obecnego stulecia. – Bardzo mi miło, ponieważ punkty zostają w Łodzi – oświadczył, mając świadomość osiągnięcia celu. Stworzył drużynę lepszą niż ŁKS.

Zbigniew Boniek podczas otwarcia nowego stadionu Widzewa (fot. Grzegorz Michałowski/PAP)

Przebiegły jak piłkarz Widzewa

– Właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że Widzew będzie się liczyć w mieście. Wcześniej nazywaliśmy go pogardliwie – "Widzewek". Spotkanie z 1978 uważam za nieuczciwe. Przy rzutach rożnych przeciwnicy faulowali mnie bezpardonowo, a sędzia nie reagował. Za którymś razem wyszedłem do piłki, złapałem ją i usłyszałem gwizdek. "Brawo! Wreszcie!" – zacząłem krzyczeć w kierunku arbitra. Minęła sekunda, może dwie, a on wskazał na "wapno". Byłem zaskoczony, ale chciałem jeszcze zdeprymować przeciwnika. Zaproponowałem Tadeuszowi Błachno zakład. "O szampana, że nie strzelisz?" – rzuciłem. Skinął głową, a potem zdobył bramkę. Trzeba było kupić tę butelkę... – śmieje się Tomaszewski.

W tamtych latach stworzone zostało także pojęcie "widzewski charakter". Utożsamiano je z nieprawdopodobną ambicją. Według Tomaszewskiego miało drugie dno – oznaczało cwaniactwo oraz przebiegłość.

Jednego razu mieliśmy grać na zmrożonej płycie. Korki w butach musiały mieć 12 milimetrów. Pozakładali sobie kolce i przykryli je wymiarowymi nakładkami. Spotkanie się zaczęło, nakładki po kontakcie z podłożem poodpadały i Widzewiacy mogli biegać normalnie. Byli szybcy oraz zwrotni. Moi koledzy natomiast jeździli jak po lodzie. Ograli nas bodaj 3:0. Mogło skończyć się znacznie gorzej – mówi Tomaszewski.

Prezes-wizjoner

"Odrzucony" był również prezes Widzewa, Ludwik Sobolewski. Jego z kolei nie chciano w Starcie Łódź, gdzie pokłócił się z władzami klubu. Uważał, że najważniejsza powinna być piłka nożna. Oni zaś za dyscyplinę koronną wzięli siatkówkę.

Sobolewski w niczym nie przypominał typowego, polskiego działacza. Dał się poznać jako elegancki i rozważny mężczyzna. Nigdy nie podejmował pochopnych decyzji. Kiedy nie wiedział, co zrobić, stwierdzał: – Muszę się z tym przespać.

"Nie miał za sobą niemal wszechmocnej machiny wojskowej czy wsparcia i znajomości w potężnym resorcie górniczym. Miał intelekt, talent i własne pomysły" – charakteryzował Marek Wawrzynowski w książce "Wielki Widzew".

– Ludwiczek... On był, przepraszam za słowo, cholernie konkretnym gościem. Inni zwodzili mnie bardzo długo, obiecywali mieszkanie. Jak Sobolewski powiedział, że załatwi, to załatwił. Mieszkam tam do dziś – przypomniał Mirosław Myśliński, były gracz Widzewa.

– Człowiek czuł jego zaufanie. Pewnego razu byłem przed meczem na sytym obiedzie z żoną w restauracji. Prezes się dowiedział, zawołał mnie do gabinetu. Spytał, czy piłem alkohol. Powiedziałem, że nie. "Dziękuję, wierzę ci" – odparł. Nie chciałem zawieść takiego człowieka – dodał Myśliński.

Klubem do spółki z Sobolewskim rządził Stefan Wroński. "Sobolewski myślał, Wroński robił. Był jego przeciwieństwem. Nie przywiązywał wagi do ubioru. Mówił szybko i działał szybko. Sprawiał wrażenie, jakby cały czas był w pracy. Widywano go zazwyczaj z kanapką w ręku czy przeżuwającego ostatni kęs obiadu. Piłkarze, widząc go, żartowali, że nadchodzi Stefan I Głodny" – czytamy w "Wielkim Widzewie".

Wspomniana dwójka wraz z Leszkiem Jezierskim stworzyła wspaniały zespół. Drużyna, w skład której wchodziło kilku "odrzuconych" uformowana przez "odrzuconych". Złość bywa znakomitym paliwem. Kiedy jednak ona nie wystarczy, potrzeba nowych pomysłów. Z tym Widzewiacy problemów nie mieli...

Mirosław Myśliński. Widzewiak z krwi i kości

Dokument o Marku Citko: wciąż idę swoją drogą

najpopularniejsze

Portugalia odpadła. "Zabrakło jednej bramki..."

DME: polscy lekkoatleci na dobrej drodze do medalu

DME: Polacy na "piątkę". Krótka przygoda Swobody

Zawiódł marketing? Talent idzie do "nazwy drużyny"

Meksyk 2:1 Rosja. Gospodarz odpadł z turnieju