tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Kandydat na prezesa PZT: niebawem wszystko padnie

– Bolączką tenisa jest permanentny brak pieniędzy i uzależnienie od dotacji z Ministerstwa Sportu i Turystyki. Właśnie to różni naszą federację od dobrze prosperujących związków sportowych w Europie Zachodniej – powiedział kandydat na prezesa Polskiego Związku Tenisowego Maciej Stańczuk. Wybory w PZT już w sobotę 20 maja.
Kamil Majchrzak (Fot. Getty)

RADWAŃSKA JAK... FEDERER? "POWINNA ODPUŚCIĆ PARYŻ"

Maciej Łuczak, SPORT.TVP.PL: – Główny problem polskiego tenisa to…?
Maciej Stańczuk: – To, że własne przychody stanowią bardzo niewielką część budżetu. W innych krajach jest odwrotnie. Struktura jak w Polsce jest bardzo zła, bo działalność związku nie powinna być uzależniona od tego czy ktoś dobrze żyje z władzą, czy nie. U nas przychody z MSiT to około 80 procent budżetu.

Maciej Stańczuk (Fot. PAP) – Jak to w takim razie zmienić?
– Chciałbym, żeby własne przychody stanowiły około 60 procent budżetu. Podstawowym mechanizmem, który mógłby to spowodować, byłby system ratingowy, który nie wiedzieć czemu u nas istnieje dopiero od kilku miesięcy. To program, który polega na udzielaniu licencji nie tylko zawodowcom, ale również amatorom. W Niemczech po siedmiu latach sprzedawanych jest około półtora miliona licencji.

– Na czym to wszystko polega?
– Tworzy się rankingi, ligi, amatorzy mogą się wyzywać na pojedynki. Skutkuje to nie tylko niewielkimi przychodami z samej sprzedaży licencji, ale również – dzięki systemowi rankingowemu – zachęca i upowszechnia uprawianie tenisa. Sami zawodnicy nie ponoszą wielkich kosztów, a znacznie wzrasta masowość.

– To realnie zmieniłoby sytuację finansową PZT?
– Na dziś budżet wynosi około 5 milionów złotych. Chciałbym, żeby na koniec kolejnej kadencji wzrósł mniej więcej czterokrotnie. Uważam, że to wykonalne. Miałem ostatnio okazję rozmawiać z kilkoma prezesami związków z naszego regionu. Na Węgrzech, kraju dużo mniejszym, mają budżet ok. 10 mln euro. My przy nich jesteśmy karłami.

– Ale powiedział pan, że ten system ratingowy już działa. Jak go pan ocenia?
– Na razie efekty nie są olśniewające, ale PZT nie ma żadnych wolnych środków na marketing, więc nie miałem złudzeń, że nagle z dnia na dzień okaże się to hitem. Niezależnie od tego, kto wygra wybory, bezwzględnie ten program musi być kontynuowany.

– Masowość uprawiania sportu to jedno, ale uważa pan, że to poprawi sytuację zawodowego tenisa?
– Oczywiście, że tak. Jeżeli my nie zwiększymy budżetu, to nie będziemy mieli pieniędzy na szkolenie dzieci i młodzieży. W tym roku MSiT obcięło dotację. Tenis nie jest sportem, który generuje dużą liczbę medali na igrzyskach olimpijskich, nie ma też mistrzostw świata czy Europy, więc nie za bardzo wpisuje się w system finansowania z MSiT.

ATP W RZYMIE: KUBOT AWANSOWAŁ DO ĆWIERĆFINAŁU DEBLA

Maria bez karty. W Paryżu nie zagra – Czyli stamtąd nie ma co liczyć, że nawet po zmianie władzy odkręci się kurek z pieniędzmi?
– Jest to absolutnie niemożliwe. To by wymagało zmiany całego systemu, który dopiero co MSiT wprowadził. Obojętnie, kto nie zostanie prezesem, uważam, że należy szukać rozwiązań systemowych, a nie próbować bazować na znajomościach i tym, że dzięki nim uda się zdobyć więcej pieniędzy. Ten związek musi mieć stabilną bazę przychodów. Tu nie ma żadnych złotych środków. Najbardziej irytuje mnie, gdy słyszę, jak przychodzi ktoś, kto mówi "ja znam tego i tego i zaraz załatwię kilka milionów". To iluzja.

– Najdostatniej było w polskim tenisie w czasach, gdy związek wspomagał Ryszard Krauze. Pana zdaniem, jest szansa na to, by pozyskać kolejną taką osobę?
– Uważam, że to totalna abstrakcja. Taki zbawiciel tenisa, jak pan Krauze, może się zdarzyć tylko raz. Niestety, nawet on nie zbudował żadnego systemu. Dawał miliony, dzięki którym wychowaliśmy Agnieszkę Radwańską i Jerzego Janowicza, ale robił to z pobudek filantropijnych. Gdy zaczęły się problemy i wycofał swoje pieniądze, nagle okazało się, że jest bardzo źle. Nie zakładam, że pojawi się kolejna taka osoba.

– W takim razie, poza systemem ratingowym, co pan proponuje?
– Ja się wywodzę z biznesu i na tym chciałbym opierać swoje działania. Podobnie jak to chcą zrobić na Węgrzech, należałoby zbudować Narodowe Centrum Tenisa. Jednak nie można liczyć na pieniądze z budżetu państwa. Chciałbym to zrobić w trochę bardziej skomplikowany, ale też korzystniejszy sposób – korzystając z partnerstwa prywatno-publicznego. Jesteśmy w tej sprawie po wstępnych rozmowach z władzami Warszawy. PZT jako udziałowiec w obiekcie komercyjnym miałoby w dłuższej perspektywie czasu stałe przychody.

SEZON PEŁEN SENSACJI. "CZŁOWIEK JEST JAK BATERIA"

Celt o Szarapowej: Francuzi pokazali charakter – Zakładamy, że zostaje pan prezesem. Czy rzeczywistość np. tak utalentowanej tenisistki jak Iga Swiątek by się zmieniła? Obecnie teamy, skupione wokół naszych najlepszych młodych zawodników, raczej nie mają dobrego zdania o PZT...
– Hmm... Problem jest bardziej skomplikowany. Jak się nie ma kasy, to co im można pomóc... Oni niczego innego poza pieniędzmi nie potrzebują. System powinien być taki, że jeżeli udałoby się zapewnić środki zawodnikom, to musi się to związkowi opłacać. Gdy więc taki zawodnik dostaje fundusze od PZT, to w długoterminowej i nieodwoływanej umowie powinno być zapisane, że w czasie zawodowej kariery dany procent oddaje na rzecz związku. To normalna rzecz. Tak jest i świetnie to funkcjonuje choćby w Czechach.

– Pan ma bardzo biznesowe podejście. Rozumiem, że gdyby nie widział pan szansy na zwycięstwo, to by w nich nie startował?
– Nie, ja te wybory przegram. Natomiast chciałbym ostrzec środowisko tenisowe i ewentualnie zaatakować w kolejnym podejściu. Te wybory są kompletnie niemerytoryczne. Drugi kandydat chodzi i obiecuje złote góry. Piotrek Radwański powiedział, że wystarczy nie kraść i będzie dobrze. Bzdura! Żeby kraść, to trzeba mieć co, a w związku nie ma pieniędzy. Tam jest bardzo krótkowzroczne myślenie i po prostu chęć przejęcia władzy. Długoterminowej strategii brak.

– Skoro pan te wybory przegra, to jak pan ocenia ich zwycięzcę Mirosława Skrzypczyńskiego?
– Hmm... No wie pan... Ja mam trochę inne podejście. Według mnie, to pan Skrzypczyński nie ma programu, tylko zbiór haseł. Często bardzo słusznych, ale trochę oderwanych od rzeczywistości. Zresztą przy całym szacunku i sympatii do Mirka, ale wiem pan... To bardzo miły człowiek, ale trudno mi go sobie wyobrazić w roli prezesa dużego związku. Ja nie chciałem kandydować. Podjąłem taką decyzję, gdy zniechęcono do tego prof. Michała Kleibera.

– Dlaczego?
– Kandydat musi być twarzą związku. Pan Skrzypczyński pojedzie do ITF negocjować różne umowy? No jasne, że nie. Pan Skrzypczyński zna się na finansach? Oczywiście, że nie. Gdyby z takim programem jak ma, przyszedł do poważnej firmy, to zostałby wyrzucony przez okno, bo tam kompletnie nie ma źródeł finansowania.

CELT O SZARAPOWEJ: FRANCUZI POKAZALI CHARAKTER

Szarapowa trenowała w... Koloseum – Jak wcześniej pan wspomniał, zarówno Agnieszka Radwańska, jak i Jerzy Janowicz są "produktami" programu PZT Prokom, który od wielu lat już nie działa. Pana zdaniem, nasz kraj jest zdolny do wypuszczenia kolejnych tenisistów, którzy znajdą się w TOP 50 rankingów WTA i ATP?
– Jeżeli tak, to będą to pojedyncze przypadki. Trzymajmy kciuki za Igę Świątek, ale to będą pojedyncze strzały, a nie systemowe działanie i sukcesy jak w Czechach.

– Pan dostrzega jakiekolwiek pozytywy w obecnym PZT?
– Z roku, który tam spędziłem, moja obserwacja jest taka, że to nie są malwersanci i złodzieje, a po prostu nieudolni ludzie, których przerasta zarządzanie związkiem. Związkiem powinni rządzić profesjonaliści, a zarząd powinien pełnić tylko taką rolę doradczą.

– Jak rozumiem, profesjonaliści spoza tenisa?
– Tak, bo w środowisku takich nie dostrzegam. A tym, które są obecnie, tylko się wydaje, że nimi są.

– Pana prognoza na najbliższe lata?
– Wybory są przesądzone. Wygra pan Skrzypczyński, który naobiecywał różnym ludziom różne dziwne rzeczy. Moim zdaniem, to wszystko niebawem padnie. Ci, którzy go wspierają, mają własne interesy, im chodzi o realnie zarządzanie tym związkiem, ale tu Mirka Skrzypczyńskiego nie znają. On może jest prostym człowiekiem, ale mam nadzieję, że nie pozwoli odgrywać roli słupa.

Maciej Stańczuk – członek zarządu Polskiego Związku Tenisowego, kandydat na prezesa PZT. W przeszłości m.in. główny ekonomista oraz wiceprezydent Pracodawców RP oraz członek zarządu Polimeksu-Mostostalu.

SZARAPOWA BEZ "DZIKIEJ KARTY". "SZOWINIZM FRANCUZÓW"