tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Skrzecz: Artur Szpilka? Więcej szumu niż roboty...

– Młodzi myślą, że jak potrafią uderzyć prawym prostym, to już mogą rezygnować z amatorskiego boksu i podpisywać zawodowe kontrakty. A wychodzi tak, że ani nie są zawodowcami, ani amatorami – powiedział Grzegorz Skrzecz w rozmowie ze SPORT.TVP.PL
Deontay Wilder (L), Artur Szpilka (P) (fot. Getty)

W latach 80. Grzegorz Skrzecz, wraz ze swoim bratem bliźniakiem Pawłem, byli czołowymi polskimi pięściarzami. Podczas igrzysk olimpijskich w Moskwie w 1980 roku, Paweł zdobył srebrny medal, a Grzegorz odpadł w ćwierćfinale. Wstydu nie było – wcześniej żaden inny Polak z wagi ciężkiej nie dotarł do tego etapu. Jego rywalem był Teofilo Stevenson, uznawany był wówczas za najlepszego pięściarza bez podziału na kategorie.

Dzięki sukcesom w kolejnych latach zapomniał o przegranej z Kubańczykiem. W 1982 roku w Monachium podczas MŚ zdobył brąz. Na najniższym stopniu podium był także rok później podczas mistrzostw Europy. Jego marzeniem był występ na igrzyskach w Los Angeles, ale reprezentacja Polski z przyczyn poza sportowych nie poleciła do Stanów.

Antoni Partum, SPORT.TVP.PL: – Polityka odebrała panu szanse na medal olimpijski. Co teraz blokuje naszych pięściarzy? Od 25 lat wracamy z igrzysk bez medalu.
Grzegorz Skrzecz: – To problem złożony. Duże znaczenie ma zmiana systemu i sytuacji życiowej wielu Polaków. Teraz każdy może zostać zawodowcem i zarabiać na boksie. Kiedyś w pogoni za pieniędzmi trzeba było uciekać za granicę, tak jak Dariusz Michalczewski i Andrzej Gołota. Dzisiaj jest łatwiej. Tylko kim są ci "zawodowcy"? Młodzi myślą, że jak potrafią uderzyć prawym prostym, to już mogą rezygnować z amatorskiego boksu i podpisywać zawodowe kontrakty. A wychodzi tak, że ani nie są zawodowcami, ani amatorami.

– To wina promotorów, którzy kuszą wysokimi zarobkami?

Nie tylko, np. Krzysztof Włodarczyk miał szansę pojechać na igrzyska olimpijskie, ale zrezygnował i jako 19-latek przeszedł na zawodowstwo. Promotorzy na tym zarabiają, więc trudno się im dziwić. Inaczej działa to w Stanach Zjednoczonych, choć u nich też kuleje boks amatorski. Żaden pięściarz nie zdobył złotego medalu na igrzyskach w Rio. Tylko Claressa Shields wygrała. Joe Frazier, Muhammad Ali i Goerge Foreman oni wszyscy najpierw zdobyli medal olimpijski, a dopiero potem zostali mistrzami świata. Obecnie Anglicy i Ukraińcy mają najwięcej talentów.

Grzegorz Skrzecz i Teofilo Stevenson (fot.DPA)

– Nasi wschodni sąsiedzi wychowali m.in.: Władimira Kliczkę, Wasyla Łomaczenkę i Ołeksandra Usyka, a my?
Na turnieju World Series of Boxing (międzynarodowy turniej dla amatorów, ale zawodnicy biorący udział nie noszą kasków ochronnych – przyp. red.) wystawiliśmy drużynę o nazwie "Husaria", ale się skompromitowali. Nie mieli nic wspólnego z prawdziwą Husarią. Jak tak można bezcześcić naszą historię!? Poza tym jest zbyt dużo niewłaściwych ludzi na niewłaściwych stanowiskach, ale nie chcę rzucać nazwiskami... A na Ukrainie? Wszystko jest tam podporządkowane pięściarstwu. Powstają nawet szkoły, np. gimnazja bokserskie. Ostatnio robiłem kurs na "gwiazdkę" trenerską, a wykładowcą był Ukrainiec. Zaczął nam pokazywać ich metody treningowe. Byłem pod wrażeniem. Panuje tam kompletnie inne podejście. Nie wszystko mi się podoba, ale wyniki mówią same za siebie. Spójrzmy na Kazachstan. Ok, "żyją na ropie", więc mają wielkie fundusze, ale tam nikt nie boi się inwestować w sport. W Polsce tego brakuje. Politycy lubią się przymilać, robić zdjęcia ze sportowcami, ale jak trzeba realnie pomóc, to nagle nikt nie ma czasu się spotkać.

– Co było takiego w PRL-u, że jednak utrzymaliśmy wysoki poziom?
Wszystko było odgórnie zaplanowane. Były różne resorty: wojskowy, milicyjny i CRZZ. Wojsko płaciło na wojskowe kluby, itd. Była struktura, która zapewniała pieniądze. Mieliśmy etaty, dzięki którym nie musieliśmy się bać o byt czy o emeryturę. A ilu teraz jest pięściarzy, którzy zarobili na boksie, tak że mogą się obijać na starość?

– Kilku…
A reszta? Dochodzi do ludzkich dramatów…

– Jak Pan ocenia Leszka Piotrowskiego, prezesa Polskiego Związku Bokserskiego? Szanował pan kilku poprzednich m.in.: Czesława Ptaka i Jerzego Rybickiego
Jest za krótko, żeby go oceniać. Kiedyś gdy organizowano Turniej im. Feliksa Stamma, to byli zapraszani najlepsi pięściarze. Wygrałem tam dwa razy, a rok temu dostałem tylko jedno zaproszenie. Poprosiłem o wejściówkę dla osoby towarzyszącej, ale nie usłyszałem nawet odpowiedzi. Sam miałem jechać?

– Zdobywał pan medale ME i MŚ, ale nadrzędnym celem były igrzyska w Los Angeles w 1984?
Cztery lata przeznaczyłem na ciężkie przygotowania, a na miesiąc przed turniejem usłyszałem w radiu, że polska kadra nie pojedzie. Był to gest solidarności narodu polskiego z innymi państwami komunistycznymi, które odmówiły wyjazdu do Stanów. Dla mnie to absurd. Jakieś szumowiny pozbawiły mnie marzeń. Kto mi to teraz zwróci? Najgorzej, gdy polityka pcha się do sportu. Ostatnio szefem PKOL chciał zostać człowiek, który nie ma zielonego pojęcia o sporcie. Ten polityk pewnie nawet nie wie, kto to Robert Lewandowski...

Artur Szpilka i Deontay Wilder (fot. Getty)

Słyszałem, że pan tylko krytykuje…
Jeśli ktoś kuleje, to nie powiem, że jest sprawny. Komentowałem dla wielu dużych stacji, w jednej z nich, podszedł do mnie dyrektor i prosił o łagodne traktowanie Polaków. To jak w PRL-u… Ludzie słuchali relacji z Wyścigu Pokoju, a komentator zachwycał się Polakami. Potem patrzyliśmy na wyniki, na podium był: Niemiec, Francuz i Rosjanin, a Polak dopiero na dziesiątym miejscu. Tak samo jest teraz w telewizji, ale nie będę kłamał w żywe oczy. Nie jestem politykiem.

– Kto dzisiaj jest "sprawnym" pięściarzem?

Najbardziej podoba mi się boks Macieja Sulęckiego, szczególnie w walce z Grzegorzem Proksą. Myślę, że ma wielki potencjał. Teraz będzie walczył z Rockym Jerkicem i dopiero zobaczymy, w który jest miejscu kariery. Nigdy nie miałem przekonania do Szpilki. Więcej krzyku niż roboty. Deontay Wilder pokazał mu, gdzie jest jego miejsce w szeregu. Jednak jego wyjazd na treningi do Stanów Zjednoczonych to bardzo dobry ruch. W naszym polskim kociołku trochę się dusimy.

– Może i trenuje w świetnych warunkach, ale od szesnastu miesięcy nie walczył...
Nikt nie wie w jakiej jest dyspozycji. To bardzo duży okres roztrenowania. A on głównie narzeka. Chce się mierzyć z najlepszymi, ale oni z nim nie chcą. Wtedy Artur się obraża. Wyśmiewa potencjalne pojedynki ze słabszymi pięściarzami. Takie "wybieranki" kończą się tak, że znowu nie ma terminu walki.

– O co jeszcze walczy Tomasz Adamek? Zapewnia, że na pieniądzach już mi nie zależy.

Na pewno nie o pas mistrza świata. Co najwyżej o pasek do spodni. Życzę mu dobrze, ale nie wróżę mu spektakularnych sukcesów.

– W ostatnich latach było dużo wpadek dopingowych: Dawid Kostecki, Mariusz Wach, Michał Cieślak, a niedawno Andrzej Wawrzyk. Jak było za waszych czasów?
Irytuje mnie obrona na zasadzie: ktoś mi coś dał, ale ja nic nie wiem. Jak się komuś coś podaje przez iniekcje, to trudno nie wiedzieć, że się dostało zastrzyk w tyłek... Nam dawali witaminę C i Vitaral, choć mówili, że to tzw. wsparcie. Zwykłe placebo, ale nic nie działa lepiej niż po prostu ludzka psychika. Nie trzeba koksu, wystarczy motywować. Jeśli ktoś pomaga sobie koksem, a wyniki nie przychodzą, to zaczyna się problem. Wówczas już nic nie zadziała, bo siada psychika...

– Trenuje pan młodzież, o kim usłyszymy w przyszłości?
Nikola Prymaczenko. Ma 13 lat, a bije wszystkich, nawet starsze dziewczyny. A z chłopaków? Bracia Bultrowiczowie. Jeśli będą ciężko trenowali, mogą osiągnąć sukces.

Rozmawiał Antoni Partum.

Na celowniku: Krzysztof "Diablo" Włodarczyk odpowiada na pytania kibiców

najpopularniejsze

Ostatnie szlify gwiazd. Nadal, Djoković i Federer trenują przed Australian Open

Maciej Stolarczyk: Kuba Błaszczykowski dał nam nowe tchnienie

Policja w siedzibie Wisły. Przeszukano mieszkanie byłej prezes

Paweł Brożek: jestem optymistą, ale usłyszeliśmy już sporo obietnic

Nikola Mazur: jestem zaskoczona wynikiem