tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Życie za kołem. Dyskobol, który ściągał długi

Z trudem wchodzi i wychodzi z najnowszego lexusa. 201 centymetrów i 130 kilogramów żywej wagi niełatwo mieści się za kierownicą. Uśmiecha się na powitanie jowialnie i nie budzi strachu, choć wielu spotkanych na drodze oddałoby mu bez szemrania kartę kredytową z numerem PIN.

Życie za kołem. Dyskobol, który ściągał długi

Z trudem wchodzi i wychodzi z najnowszego lexusa. 201 centymetrów i 130 kilogramów żywej wagi niełatwo mieści się za kierownicą. Uśmiecha się na powitanie jowialnie i nie budzi strachu, choć wielu spotkanych na drodze oddałoby mu bez szemrania kartę kredytową z numerem PIN.
Z lewej Dariusz Juzyszyn (fot. archiwum prywatne)

Nazwisko Juzyszyn, imię Dariusz, miejsce urodzenia – Wrocław. 9-krotny mistrz kraju w rzucie dyskiem z lat 1978–1995. Dopiero Piotr Małachowski poprawił jego rekord Polski. Skąd się wziął w stolicy Dolnego Śląska? "Z miłości albo z woli męża" – jak śpiewał kiedyś zespół SBB. Rodzice – repatrianci, trafili tu spod Stanisławowa. Ojciec z matką wyjechali zaraz po zakończeniu II wojny. Bez dziadka, bo Ukraińcy zakatowali go na śmierć.

(fot. archiwum prywatne)

Metafizyka

Któregoś roku był na zawodach we Lwowie. Z nudów poszedł na spacer. Nieopodal był Cmentarz Łyczakowski. Gdy już go opuszczał, spojrzał na zaniedbany grób. Przetarł rękawem porcelanowe zdjęcie i zobaczył... swoją podobiznę. Skóra zdarta z dziadka. Ta sama krótka fryzura, ten sam nos, te same uszy. Dowiedział się potem, ile jest grobów na cmentarzu i wyszło mu, że gdyby przy każdym stał 10 sekund, to po 14 dniach trafiłby do kwatery dziadka. A przecież jej specjalnie nie szukał!

Wychowany w kulcie nauki materialistycznej, wierzący tylko w żelazną logikę i ciąg zdarzeń przyczynowo-skutkowych, zaczął wątpić. Przeczytał wiele książek, nie tylko o metafizyce. Dziś jest pewien, że są zjawiska niewytłumaczalne. Na zawodach we Wrocławiu młot zabił sędziego. Ogromny stadion, siedział 200 metrów od miejsca tragedii. Do dziś ma w uszach trzask pękającej czaszki. Miesiąc później mógł zginąć w taki sam sposób. Sekundę wcześniej zrobił krok, a młot uderzył w jego dres. Spadł metr od jego lewej nogi. Jeden mały krok decyduje o wszystkim… Czasem to różnica między życiem a śmiercią. Chwila strachu i natychmiast o tym zapominamy.

Kolejna zastanawiająca historia. Podczas zawodów w Brukseli nie wiadomo dlaczego zaczepił na koronie stadionu gościa z USA, bardzo nietypowe zachowanie, bo od dziecka był nieśmiały. Chciał wiedzieć, czy przybysz reprezentuje uniwersytet, którego logo widniało na koszulce. Okazało się, że zapytany miał żonę z Polski, byłą lekkoatletkę, rekordzistkę juniorek. Padło nazwisko. Co się okazało? To była pierwsza dziewczyna dyskobola. Wyjechała z rodzicami do Australii i słuch o niej zaginął. W Stanach spotkała mężczyznę swego życia.

Mało znaków zapytania? Na wakacjach nad morzem kupował u ostrzyżonego na zapałkę kartony batoników. W te same wakacje poznał w Wenecji małżeństwo, oprowadzał ich po mieście, robili sobie zdjęcia. Zimą tego samego roku jechał przez środek Puszczy Piskiej. Mijał zapomnianą knajpę, nie dającą żadnych szans na dobrą kawę, ale nie wiadomo dlaczego zatrzymał wóz i wszedł. W środku byli... starzy, dobrzy znajomi z wakacji, ten z Niechorza i ci z Wenecji. Oglądali akurat pamiątkowe fotki, a sprzedawca słodyczy akurat rozpoznał go na zdjęciu. Miny mieli bezcenne.

(fot. archiwum prywatne)

Materializm

Życie poza kołem, bieżnią, boiskiem. Po prostu życie za metą. Są tacy, którzy się odnajdują i tacy, którzy przegrywają z szarą egzystencją. Jego koniec kariery sportowej zbiegł się z pożegnaniem PRL. Był mistrzem Polski z wynikiem 65,10 m, spełnionym, ale biednym sportowcem. Rodziny ze stypendium nie dało się utrzymać. Przekazy pieniężne docierały nieregularnie. Ten przed Bożym Narodzeniem, oczekiwany od pół roku, nie dotarł. Mężczyzna lat 30, z żoną i dwójką dzieci nie miał na jedzenie, o prezentach nie wspominając.

Rozważał pracę za granicą. Gdy jako jedyny Polak startował w zawodach Grand Prix w Brukseli, usłyszał w stołówce język ojczysty. Zagadał trenera płotkarzy Sparty Kopenhaga, który odniósł się do pytania o zajęcie w Danii ze zrozumieniem. Zapisał mu swój adres na serwetce stołowej i... zapomniał o spotkaniu, nie robiąc sobie większych nadziei. Po tych nieudanych świętach dostał dużą kopertę. Nic nie rozumiał, więc znalazł tłumacza, który znał duński. Okazało się, że to zaproszenie do pracy w Sparcie Kopenhaga. Przez miesiąc uczył się angielskiego. Sam, z książki.

Przypłynął promem, miał ktoś czekać, ale nie czekał. Telefonów też nikt nie odbierał. Po kilku godzinach był prom powrotny... Nauczyciel wuefu, a na taką posadę mógł tylko liczyć, zarabiał w tamtej Polsce, po przeliczeniu złotówek, siedem dolarów miesięcznie. Stypendysta sportowy mógł liczyć na nieregularne osiemnaście. W Kopenhadze miał obiecane 500. Zaryzykował. Za ostatnie pieniądze wziął taksówkę i pojechał do klubu. Tam spotkał gościa, który miał go witać, ale zapomniał. Przeprosił...

Dał się szybko poznać jako fachowiec, więc Sparta nie miała nic przeciwko, a nawet pomogła, by zarabiał w innych klubach. Tam ćwiartka, tam pół etatu w niedzielę. Największy rozgłos, poza kadrą Danii, przyniosło mu nauczenie policjanta skakania wzwyż flopem. Sam miał rekord życiowy ponad 2 metry. Wygrywał czasami z Jackiem Wszołą skok z miejsca – skakali po 175 cm. Za lekcje szef Królewskiej Akademii Policyjnej płacił mu pod stołem, bo to dzięki olbrzymowi z Wrocławia prawie wszyscy podopieczni sprostali europejskim normom sprawności policjantów.

Po prawie roku harówki zaplanował wakacje w kraju. Duńczycy bardzo chcieli zapewnienia, że wróci. Oferowali stumetrowe mieszkanie, ściągnięcie żony z dwoma córkami, oficjalne pozwolenie na pracę. Przyjeżdżaj we wrześniu! Czekamy... Długo się wahał, życzliwość gospodarzy była ujmująca. Nie wrócił. Napisał list z przeprosinami, że woli jednak żyć w swoim kraju. Tu nie czuje się obywatelem drugiej kategorii, nie odpowiada za tych rodaków, którzy czasem przynoszą wstyd na obczyźnie.

(fot. archiwum prywatne)

Kantor wymiany myśli

Wrócił z walizką pełną koron. W kantorze odkrył, że przy wymianie waluty stracił... pensję nauczyciela, czyli symboliczne 7 dolarów. Półtora miesiąca później, sto metrów dalej, otworzył więc własny kantor. Drugi we Wrocławiu. W kinie "Śląsk" – dziś to siedziba Teatru "Capitol". Zarabiał więcej niż w Danii, bo przy zmieniających się o 100 procent cenach w ciągu dnia wygrywali ci, co mieli źródła informacji i dobrze liczyli. Bywało, że gdy szedł na obiad do baru "Tempo" wykupiono mu dolary co do jednego. Straty? Setki pensji nauczycielskich.

Gdzie forsa, tam zawsze znajdą się amatorzy łatwego zarobku. Naprzeciwko, w hotelu "Polonia" doszło do napadu. Postrzelona kasjerka zmarła nazajutrz. Nie słyszał strzałów, ale szybko się dowiedział o tragedii. Pewnego dnia przyszedł do niego tajniak, błysnął "blachą" i powiedział: – Gangster "Blizna" planuje wkrótce zajrzeć także do ciebie. Na pewno ma broń, ochrony ci nie zapewnimy, bo mamy ważniejsze miejsca do pilnowania.

Po 2 latach prosperity wycofał się z interesu. Żal było tych zysków, ale życie ma się tylko jedno.

Ukraina obiecana

Po zamknięciu kantoru kończył budowę domu na obrzeżach miasta. Nie chciał i nie mógł za długo spać na workach z pieniędzmi. "Co dalej, dyskobolu?", zabrzmiało jak kiedyś "co dalej, maturzysto?". Kapitalizm akurat pukał do Rosji i na Ukrainę, więc kierunek mógł być tylko jeden. Myśl przednia. Miał forsę na rozruch. Z czasów lekkoatletycznych także trochę znajomości. Jeden z młociarzy pracował w ministerstwie handlu Ukrainy. Był początek lat 90. Zaczął handel wysokiego ryzyka, nie podejrzewając, że śmiertelnego.

W Kijowie brakowało wszystkiego. Pierwszą ciężarówką z kawą pojechał sam. Przy zakładaniu firmy obojga narodów było jak w westernie. Ukrainiec poradził, by zabrał paczkę jednodolarówek, bo wyciągnięte ręce będą na każdym kroku. Na pozwolenia trzeba mieć tzw. wziątki. Jeden dolar przytknięty do szyby otwierał drzwi restauracji, przed którą kłębił się tłum. W środku było pięciu klientów. Karta dań pusta, ale po włożeniu banknotu znajdowały się frykasy. Potem na stół wjeżdżało musujące i... pojawiała się dziewczyna po konserwatorium. Przecudnej urody skrzypaczka.

Ich waluta była bezwartościowa, więc barter był jedynym rozwiązaniem. Za tira kawy kontrahent płacił nawozami, a konkretnie mocznikiem. Naturalny nawóz, który można było sprzedać w każdym "GS-ie" z pocałowaniem w rękę. Szkopuł w tym, że transporty z Ukrainy szły znacznie wolniej niż jego w tamtą stronę. Coraz wolniej. Z papierów wywozowych wynikało, że jest już milionerem, ale partnerzy mieli coraz większe zatory płatnicze. – Zachowali się jak głąby. Handel mógł kwitnąć w najlepsze, na każdym "strzale" było 200 procent przebicia.

Kontrahenci połakomili się jednak na kilkaset tysięcy dolarów. Pojechał zbadać, co jest grane, przemówić do rozsądku. Na miejscu nie było już jednak nikogo. Z gmachu ministerstwa zniknął szyld firmy. Portierzy nie znali nazwisk, rozpłynął się również znajomy wiceminister. Powoli godził się z myślą, że tych pieniędzy już nie zobaczy, ale walczył. Gdy jechał tam po raz trzeci, to nie wrócił z pustymi rękoma, bo... odzyskał przy okazji dług znajomego. To podsunęło mu kolejny pomysł na życie dostatnie. Będzie odzyskiwał długi biznesmenów, którzy boją się tam jechać.

(fot. archiwum prywatne)

On się nie bał, bo już znał reguły i miał odpowiednią sylwetkę. Za czwartym razem był na tropie handlowych partnerów, przez pośrednika przekazał im apel, dostał jakiś adres w nowym bloku. To był elegancki budynek, nie miał jak inne metalowych drzwi i sztab. Kraty w oknach tylko na parterze, a nie do szóstego piętra. W jasnym korytarzu ktoś jednak czekał... Dostał w głowę tępym narzędziem. Cięższym od gazrurki. Gdy obudził się w szpitalu, to "wracz" nie mógł się nadziwić: – Taką masz pan twardą czaszkę! Nawet u nas to rzadkość!

Stracił towar wart na papierze tysiące dolarów. Cudem nie stracił życia, bo ten, który uderzył, odszedł przekonany, że go zabił. Tam za 500 mordowali bez mrugnięcia okiem. Jak tam się mówiło – "żal za taką kupę forsy nie zatłuc". – Aluzju paniał. Zrozumiałem, że za żadne pieniądze nie odkupię życia. Z małym żalem zapomniałem o handlu międzynarodowym. Na mnie goi się jak na psie, więc po tygodniu w szpitalu wróciłem do kraju. Z mocnym postanowieniem, że nigdy więcej nie pojadę na Ukrainę.

BUS

Chciał nadal odzyskiwać długi, ale już bezpieczniej, nad Odrą i Wisłą. Przez parę lat miał Biuro Usług Specjalnych. Raz policjanci zatrzymali go jak jechał buspasem i nie zapłacił mandatu, bo wylegitymował się jako prezes firmy BUS. Tylko w filmach, by odzyskać dług, trzeba wywieźć do lasu główną księgową lub dyrektora finansowego. Ta gotówka była wirtualna. Potrzebny był oryginalny pomysł, jakiś cudowny, niebanalny sposób na jej materializację. Umiał to robić jak mało kto...

Stronami sporu były często cementownie i fabryki domów. Te ostatnie, po zmianie norm unijnych, pozostały z placami pełnymi bezwartościowych elementów budowlanych, a producent spoiwa latami nie dostawał zapłaty za towar. On miał genialne pomysły, jak godzić zwaśnionych. Brał niewiele – 15 procent od sumy sporu. Jak to robił? Fabryki domów miały duże place, zazwyczaj rampę kolejową, silosy na cement i jakieś magazyny, więc miejsce na sklep dało się wygospodarować. Wynajmował to wszystko na wiele lat za długi, zakładał spółkę i już można było sprzedawać cement z Chełma nawet w Warszawie...

Prawie boska robota, bo mało która firma w kraju nie chciała odzyskać pieniędzy. Chętni dogodzili się na wszystko. Podpisywali umowy bez czytania albo udawali, że czytali ze zrozumieniem. Z kilkudziesięciu firm tylko w jednej ktoś zorientował się, że paragrafy są nie po kolei, bo źle zszył strony umowy. Za wzór tej umowy pewien wrocławski prawnik zażądał 7 tysięcy i obiecał napisać ją za dwa tygodnie. A przez te 14 dni upadały wtedy dwie fabryki domów. Kupił więc Kodeks Postępowania Cywilnego, zamknął się w pokoju i po kilku godzinach przygotował dokument.

Z czasem zmodyfikował scenariusze odzysku. Wpadł też na pomysł, by długi cementowni spłacać... wagonami węgla, których nikt nie chciał, bo rosyjski był już o 40 procent tańszy. Sterował transportami. Zdarzyło się, że przyjechał skład, do którego przez miesiąc nikt się nie przyznawał. Zabawa w mediację między ścigającymi a ściganymi trwała blisko 10 lat. To była twórcza, fajna praca. Zaczynała się od zdania – nie mamy pieniędzy i mieć nie będziemy. A on na to: – I to jest dobry początek naszej rozmowy i owocnej współpracy...

Wszystko co dobre kiedyś się kończy, a przede wszystkim nudzi. Jeździł po kraju przez 5 dni w tygodniu i zwykle wracał do domu w piątek po 22, gdy akurat kończył się „jego” serial. Chciał zobaczyć w całości choć jeden odcinek "Przystanku Alaska" i mu się nie udało. Był kinomanem, a "Faraona" Jerzego Kawalerowicza uważa za najlepszy historyczny obraz kinowy "ever". Najpierw nie miał pieniędzy na bilety, a potem nie mógł sobie pozwolić na odtwarzacz wideo i kasety VHS. Kantor wymiany dał mu wreszcie środki, ale okazało się, że nie ma czasu, bo pracował cały dzień, a wieczorami liczył zyski lub straty.

Dariusz Juzyszyn na planie filmu "Quo Vadis" (fot. PAP)

Prawda ekranu

Dbał zawsze o sylwetkę, często odwiedzał siłownię. Żona pytała: – Po co się tak męczysz? Żartem odpowiedział: – Może kiedyś zagram w jakimś filmie... Miał „tylko” 40 lat. Nawet nie wiedział, że kręcą "Quo Vadis". Podjechał na stację w podkoszulku i sandałach. Kobieta z sąsiedniego auta przerwała na jego widok tankowanie. Asystentka reżysera szukała odtwórcy roli Krotona, przeciwnika dla Ursusa Rafała Kubackiego. Casting w Warszawie! Gdy przyszła jego kolej, to zapomniał języka w gębie. Wstyd? Nie było się czego wstydzić. Na castingu nawet znani aktorzy mieli pustkę w głowie. Został zaangażowany.

Zagrał w kilkudziesięciu filmach. Żartuje, że albo dusił, albo jego duszono. Trochę jednak mówił. Najgorzej wychodziło mu śpiewanie. Źle wspomina casting do filmu o jednostce "Grom", którego ostatecznie nie nakręcono. Miał golić głowę i śpiewać kolędę – "Oj maluśki, maluśki". Zgrzyt był taki, jakby ktoś ciągnął styropianem po szkle. Jan Jakub Kolski nie zraził się. Dał mu rolę mnicha w "Jasminum". W celi znów golił głowę i znów miał śpiewać "Oj maluśki, maluśki". Na szczęście ta scena do filmu nie weszła. Niedługo zobaczymy go jako osiłka w "Volcie" Juliusza Machulskiego.

Ostatni biznesowy przypadek. W siłowni dotarły do niego strzępy propozycji, którą składał koledze z sąsiedniego przyrządu przedstawiciel handlowy. Ten ofertę odrzucił. Wtedy on podszedł i powiedział: – A ja to wezmę! Praca na miejscu, nie musiał opuszczać rodziny ani Wrocławia. I tak został dealerem firmy, która proponowała automaty kawowe. Na co dzień nie było tak pięknie jak w ofercie. Kawa kawie nierówna, nawet automaty się psują, ale interes się kręcił. I kręci nadal, tylko stres coraz większy.

Radykalna redukcja stresu

Już będąc sportowcem dostrzegł, że zazwyczaj ćwiczymy ciało, zapominając o głowie, która w ostatecznej rozgrywce jest najważniejsza. Trener amerykański wchodził do szatni i wmawiał pupilowi, że jest najlepszy na świecie i choć ten rzucał dyskiem dobre kilka metrów bliżej od Polaka, to wierzył w sukces i... potem był zdziwiony porażką. No, ale jak on, sportowiec z komunistycznego kraju, miał być pewny siebie, jeśli podczas każdego wyjazdu na Zachód miał dylemat – wypić dwie cole, czy schować banknot głęboko i po powrocie za kieszonkowe kupić pierwszą zamrażarkę.

Dariusz Juzyszyn na planie filmu "Quo Vadis" (fot. PAP)

Zainteresował się wtedy psychologią, nie tylko sportu. Dużo czytał. Teraz, po latach, szuka odpowiedzi na pytania, z którymi wtedy nie mógł sobie dać rady. Doszedł do wniosku, że przede wszystkim trzeba oceniać świat uczciwie i rzetelnie, bo oszukujemy się całe życie. Rano boli cię ząb? Jeden? To tylko 2,7 procenta 32 stałych. A gdyby w twojej firmie niecałe trzy procent spraw szło źle, to byłby powód do smutku czy radości? Oczywiście, że do zadowolenia. No to zapomnij, że boli ząb, ciesz się, że 31 masz zdrowych!

Po zamachach w Tunezji przekonywał rodzinę i znajomych, że wybierając jazdę samochodem nad polskie morze zwiększali ryzyko utraty życia jakieś 1000 razy. A i ryzyko utonięć jest u nas 100 razy większe. Tak więc żona w samolocie do Afryki jest bezpieczniejsza niż w samochodzie jadącym do Niechorza. Tak naprawdę to ważne jest tylko życie, zdrowie, rodzina, praca, może finanse. Jeśli to jest w porządku, to nasza sytuacja jest fantastyczna. A my nie wiedzieć czemu oceniamy ją nieustannie na podstawie nieistotnych drobiazgów.

– Mamy genialny mózg, ale z marnym oprzyrządowaniem, bo nasza pamięć operacyjna (inaczej – pole uwagi) ma zbyt małą pojemność, by objąć całokształt sytuacji, zatem zazwyczaj oceniamy rzeczywistość wyłącznie według tego, co akurat znalazło się w centrum naszej uwagi.

Od kiedy pamięta zawsze zżerała go nieśmiałość. Miał kompleksy. Przez ponad 20 lat był rekordzistą Polski, ale... wstydził się swoich wyników. W życiu najadł się więc dużo wstydu, sporo strachu, teraz próbuje okiełznać stres, ba, od jakiegoś czasu próbuje nawet "żyć ze stresu". Napisał poradnik, namawia do zmiany sposobu patrzenia na świat. Podaje szokujące dane. Odwiedza szkoły i słyszy: – Panu to łatwo mówić że jest dobrze, przyjechał pan lexusem. Co on na to? – To nie ja jestem bogaty, tylko ty. Bierz moje auto, dom o powierzchni 300 metrów kwadratowych. Zamieniam się bez wahania na twoje 18 lat, pryszcze na twarzy i puste kieszenie.

Chciałby teraz zaistnieć w stacjach radiowych i telewizyjnych. Prowadzić nocne programy na żywo, rozmawiać z desperatami, którzy nie widzą sensu życia. Na wszystkie przypadki losowe ma recepty, które wydają się nie do podważenia. Nie boi się też konfrontacji ze światem nauki, który nie patrzy na jego teorie bezkrytycznie. Przez dwie ostatnie godziny naszego spotkania wymieniał poglądy z doktorem nauk społecznych z Uniwersytetu Wrocławskiego. Wywiązał się ciekawy, pełen sporów dialog.

Po pożegnaniu Dariusza Juzyszyna naukowiec zapytany, co sądzi o teorii radykalnej redukcji stresu, odpowiedział: – Sam nie wiem...

Zwarcie: dlaczego stres paraliżuje nawet wybitnych sportowców?

najnowsze opinie

Marek Jóźwik Człowiek z charakteru

Adam Małysz Moje 40. urodziny? Wolę o tym nie myśleć

Adam Małysz Emocje są takie, że nie śpię po nocach

Kacper Bartosiak Niekwestionowany. Lewis ostatnim takim mistrzem...