tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Gatlin przeciwko światu. Nie taki diabeł straszny?

Zrobił to, co nie udało się nikomu od dziesięciu lat: pokonał na bieżni wielkiej imprezy Usaina Bolta. Zamiast chwały i głośnych oklasków, Justina Gatlina spotkały jednak gwizdy i buczenie. Czy zasłużone? Czym tak rozsierdził sportowy świat?
Justin Gatlin (fot. PAP)

SENSACJA W LONDYNIE! GATLIN LEPSZY OD BOLTA

"Nie wiem".

Wielu dziennikarzy patrzyło mu w oczy. Obserwowali podczas treningów, słuchali w trakcie konferencji, rozmawiali "twarzą w twarz" przy okazji mniej i bardziej osobistych wywiadów. Kilkorgu zwierzał się z myśli samobójczych. Zdarzało mu się krzyczeć i wybuchać, choć jeszcze kilkanaście lat wcześniej nazywali go "miłym gościem". Przy innych płakał, nie mogąc znieść faktu, że wciąż uważany jest za oszusta.

Gdy piszą o nim, wiedzą wszystko, poza tym najważniejszym. Czy rzeczywiście jest oszustem? "Nie wiem". Tylko on wie.

***

Młody Justin Gatlin (fot. Getty) ADD

W drodze do szkoły skakał przez hydranty. Jak twierdzi, czuł się wtedy atletą. Twierdzi też, że gdyby nie sport, na pewno zajmowałby się zoologią. – Tym, co najbardziej mnie interesowało, było zbieranie i hodowanie wszelkiego robactwa. Gdy przeprowadziliśmy się na Florydę, trafiłem do raju. Łapałem pasikoniki i trzymałem je w słoikach – opowiadał w rozmowie dla "Guardiana".

Już w ósmym roku życia wykryto u niego ADD – zespół zaburzeń koncentracji uwagi i małej nadpobudliwości ruchowej. Potrzebował leków. Przyjmował je przez ponad dekadę, aż… pojawił się pewien problem. Jeden z nich zawierał bowiem amfetaminę, która – jak wiadomo – jest przez WADA (Światowa Agencja Antydopingowa) zakazana. Miał 19 lat, zaczynał studia, przygotowywał się do pierwszych egzaminów. Bez "Adderallu" nie dałby rady. Odstawił go tuż przed juniorskimi mistrzostwami USA, ale "coś tam" jeszcze w organizmie zostało. Zawieszono go na dwa lata.

Od kiedy leczący się człowiek jest dopingowiczem?! Zrozumiałem, że jeśli chcę zostać profesjonalnym sportowcem, muszę odstawić tabletki Justin Gatlin

Rzecz w tym, że nawet w końcowym raporcie z USADA (Amerykańska Agencja Antydopingowa) zaznaczono, że Gatlin… nie zrobił niczego złego. "Nie oszukiwał ani nie próbował oszukać. Nie chciał i w istocie nie poprawił swoich osiągów. Jedynym błędem, jaki popełnił, było to, że nie wtajemniczył odpowiednich organów w swoje problemy zdrowotne" – tłumaczyli sędziowie Ed Colbert i Sam Cheris. Wśród procedur nie było jednak jeszcze wówczas wyjątku "no fault" ("bez przewinienia"), dzięki któremu Amerykanin – choćby dziś – uniknąłby jakiejkolwiek kary.

Papiery zostały zabrudzone. Nie mógł się z tym pogodzić. – Od kiedy leczący się człowiek jest dopingowiczem?!" – pytał retorycznie. I wyciągnął wnioski. – Zrozumiałem, że jeśli chcę zostać profesjonalnym sportowcem, muszę odstawić tabletki. Przeszedłem więc na natychmiastowy odwyk.

Karę, z uwagi na okoliczności, skrócono do roku.

Justin Gatlin (L) i Maurice Greene (fot. Getty) Następca Greene’a

Gatlin szybko został poddany kolejnej próbie. Niedługo po tym, jak został halowym mistrzem kraju na 60 metrów, doznał poważnej kontuzji ścięgna udowego. – Byłem przerażony – opowiadał. – Nigdy się tak nie czułem. Tygodniami nie mogłem normalnie trenować. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić.

W poszukiwaniu motywacji, wytatuował sobie na klatce piersiowej napis: "żyję, by walczyć; walczę, by żyć". – To najlepiej oddaje mój stosunek do sportu. Każdy bieg jest walką – tłumaczył. Zrobił też kolejny krok: dołączył do grupy słynnego Trevora Grahama, opiekującego się m.in. Marion Jones czy Timem Montgomery’m. To z nim pracował nad wyjściem z bloków, które długo pozostawało piętą achillesową. Być może nie tylko nad tym...

Wszystko funkcjonowało nieźle. Szło mu coraz lepiej, biegał coraz szybciej. Przed igrzyskami w Atenach typowano, że przybiegnie do mety tuż za Maurice’em Greene’em i Asafą Powellem. Wyprzedził obu, nieoczekiwanie sięgając po złoto. Ameryka miała nowego bohatera. "Oto następca Greene’a" – pisały tamtejsze media, a sam Gatlin bardzo wzbraniał się przed porównaniami. – Jesteśmy zupełnie inni. Maurice robi na bieżni i poza nią widowisko. To showman. Ja jestem wycofany, cichy… Taki chcę pozostać.

Rok później potwierdził swoją wielkość na mistrzostwach świata w Helsinkach. Wbił dumnie amerykańską flagę na sportowym szczycie, wygrywając nie tylko na 100, ale i 200 metrów.

Trevor Graham (fot. Getty) Sabotaż

Piękna historia miała mieć swój kres w 2006 roku. Kilka miesięcy po zawodach sztafet w Lawrence, gdzie Gatlina i kilku kolegów poddano kontroli antydopingowej, na domowy adres przyszedł list od USADA. Otworzył ojciec. Werdykt: winny. Podwyższony poziom testosteronu, recydywa, "do widzenia". Koniec kariery.

Przekazanie nowiny nie przyszło rodzicom łatwo. "Krzyczał, że to koniec. Że jest już martwy. Bałam się, że zrobi sobie krzywdę. Był wtedy daleko od domu, nie mogliśmy mu w żaden sposób pomóc. Jechał ciężarówką, krzyczał i płakał. Kompletnie się załamał. Rozpadł psychicznie" – wspominała Jeanette Gatlin.

24-letni wówczas sprinter – jak niemal każdy na jego miejscu – nie przyznawał się do winy. Owszem, potwierdził pozytywny wynik próbki A, ale upierał się, że padł ofiarą sabotażu, że wszystkiemu winny jest masażysta, który – mszcząc się po nieotrzymaniu podwyżki – celowo wsmarował mu krem z zakazanymi substancjami.

Gdyby to była pierwsza wpadka Gatlina, czekałyby go co najwyżej dwa lata bez sportu. Zamiast tego, groziła mu nawet dożywotnia dyskwalifikacja. Sędziowie wzięli jednak pod uwagę okoliczności pierwszego zawieszenia, przystając na "zaledwie" ośmioletnie wykluczenie. Nie mogli postąpić inaczej: o dopingu w USA mówiło się i pisało wtedy więcej niż kiedykolwiek. Afera toczyła się wokół kalifornijskiego laboratorium BALCO – "fabryki", która napędzała rozwój takich sław jak Marion Jones, Tim Montgomery, Dwain Chambers, Barry Bonds (MLB) czy Bill Romanowski (NFL). Fabryki, w której zaopatrywać miał się też Gatlin. Nie mógł uciec od odpowiedzialności: "ojcem chrzestnym" operacji uznano bowiem... jego trenera – Trevora Grahama.

Usain Bolt (L) i Justin Gatlin w Rio (fot. Getty) Batman

Gatlin był zdeterminowany, by wrócić. Nie chciał czekać ośmiu lat. Złożył apelację, walczył, ale sprawa ciągnęła się miesiącami. Bywało różnie. – Nie siedziałem z nożem przy nadgarstku, nie trzymałem też w ręku garści tabletek, ale doszedłem do punktu, w którym powiedziałem, że "już mi nie zależy". Myślałem: "komu będzie mnie brakować, jeśli zjadę teraz autem z drogi?" – opowiadał w filmie dokumentalnym "The Rise of Justin Gatlin".

Nie zjechał. Podjął współpracę z lekkoatletycznymi władzami, którym pomógł w oskarżeniu Grahama o zorganizowanie czegoś w rodzaju dopingowej szajki. Z dokumentów USADA wynika, że co najmniej dziesięciokrotnie rozmawiał z byłym trenerem "okablowany", a jego zeznania w znaczący sposób przyczyniły się do skazania szkoleniowca na dożywotni rozbrat ze sportem. Mnóstwo czasu spędzał też jeżdżąc po kraju i opowiadając najmłodszym o złych skutkach korzystania ze wszelkiego rodzaju "wspomagaczy". Z raportów wynika, że był "wzorowym współpracownikiem", który nawet nieproszony pytał o to, kiedy i gdzie organizowane będą kolejne spotkania z młodzieżą.

Dyskwalifikacje skrócono o połowę.

Czuję się jak Batman. Możecie mnie nie lubić, ale potrzebujecie mnie! Justin Gatlin

Nie wszyscy przywitali go z otwartymi ramionami. Gatlina pomijano wśród zaproszeń na prestiżowe mityngi, a IAAF wcale nie zamierzał w tej kwestii interweniować. "To sprawa organizatorów" – tłumaczono. Bywał za to w ojczystym Eugene i na mniej popularnych zawodach. – Jest dziwnie – opowiadał w jednej z rozmów dziennikarzowi "Sports Illustrated". – Czy spodziewałem się, że wrócę i od razu będę biegał szybko? Nie. Ale nie chciałem też siedzieć na widowni do końca życia. Cieszę się, że wróciłem. Cieszę się, że jestem tu, gdzie jestem.

Poszło jak z płatka. Dwa lata później, w roku olimpijskim, był już jednym z głównych faworytów do złota w Londynie. Pobił nawet rekord życiowy (9,80), czym wzbudził tylko jeszcze większe kontrowersje. "Skoro biega jeszcze lepiej, niż wtedy, gdy został przyłapany na dopingu, to co musi robić teraz?" – zastanawiano się. Jego pojedynek z Boltem na igrzyskach opisywano jako starcie "dobra ze złem". Kibice na całym niemal świecie wygwizdywali go za każdym razem, gdy pojawiał się na telebimie. Nie było lekkoatlety, którego nienawidzono bardziej.

"Czuję się jak Batman. Możecie mnie nie lubić, ale potrzebujecie mnie" – odpowiadał krytykom.

Justin Gatlin (L) i Usain Bolt (fot. Getty) Zepsute święto

Gdyby grał w baseball, zawieszony zostałby pewnie na co najwyżej kilkanaście spotkań. W futbol amerykański – może cztery. Gatlin nie biegał łącznie aż pięć lat. Wielu uważa, że odcierpiał swoje z nawiązką. Inni, że "drug cheat" ("oszust dopingowy") na bieżnię wrócić już nie powinien.

Większość spośród "innych" zasiadła w sobotę na trybunach stadionu w Londynie. Między wiwatami na cześć kolejnych finalistów biegu na 100 metrów, 65 tysięcy gardeł wydobyło z siebie buczenie, na jakie nikt wcześniej w stolicy Anglii nie zasłużył. Na wielkich stadionowych ekranach pojawił się Justin Gatlin.

– Wyciszyłem się. Niczego nie słyszałem – przekonywał po biegu. Typowano go co najwyżej do zdobycia brązowego medalu. Przegrał z Boltem złoto na igrzyskach w Londynie, przegrał w Rio de Janeiro, przegrał też na mistrzostwach świata w Pekinie – a za każdym razem był przecież w znacznie lepszej formie. Ma 35 lat, najlepsze za sobą i wszystko wskazywało, że znów będzie tylko tłem. Tłem dla wielkiego mistrza, który pragnął w pięknym stylu pożegnać się z bieżnią.

I ten zły Gatlin, nienawidzony i obrażany, wszystko zepsuł. "Każdy, tylko nie on" – zdawali się myśleć kibice, patrząc, jak ich ukochany Jamajczyk goni kolejnych rywali. Dwóch nie dogonił: na drugi stopień podium "załapał" się jeszcze 21-letni Christian Coleman.

Amerykanin zostawił nieprzychylnym sobie kibicom złą wiadomość: w przeciwieństwie do Bolta, nie zamierza kończyć przygody ze sportem. "Chcę biegać aż do igrzysk w Tokio. Jeśli zdrowie pozwoli, chciałbym powalczyć o jeszcze jeden olimpijski medal".

Czy kibice kiedyś mu wybaczą?

Londyn: Justin Gatlin mistrzem świata. Usain Bolt trzeci!

najpopularniejsze

Występ Hiszpanii na mundialu poważnie zagrożony

Engelberg: błysk Kubackiego. Awans wszystkich Polaków

Kubica podpisał kontrakt z Williamsem, ale...

"Batmobil" Aubameyanga na sprzedaż. Zawrotna kwota...

Lewandowski doceniony. Wyższe miejsce niż w Złotej Piłce