tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Andrzej Poniedzielski z Jerzym Chromikiem o prapiłce, komentatorach i Kazimierzu Wielkim

Andrzej Poniedzielski – Mistrz Mowy Polskiej i Ambasador Polszczyzny PAN – miał w 2006 roku pięciominutowy monolog, z którego można było dowiedzieć się o piłce nożnej prawie wszystkiego.

11 lat później, pub "Nadwiślański świt". Dobra nazwa lokalu do długiej rozmowy. Po chwili przyszedł kelner: – Czy któryś z panów ma życzenie spróbować po otwarciu?
(fot. arch. PAP/Getty Images)

– Może Andrzej?
– Nie, ja znam ten smak.

– To na zdrowie...
– Na zdrowie i dziękuję za zaufanie.

– Dobre, czerwone, wytrawne.
– Można nawet wieczorem pomylić z wytwornym.

– Ten monolog piłkarski, napisany dla Janusza Zaorskiego, to był pierwszy i ostatni o sporcie?
– Zadał mi temat, to musiałem się wywiązać. Nigdy przedtem i nigdy potem nie musiałem.

– Pamiętasz tamten występ?
– No pewnie…

Andrzej Poniedzielski

– Mówiłeś tak fachowo, jakbyś interesował się kopaną na co dzień...
– Mimo śladów na twarzy nie byłem na pierwszym w historii ludzkości meczu piłkarskim.

– Ale domniemasz jak było?
– Domniemam, że mogło tak być, że to wzięło się ze zwyczajnej chęci człowieka do poskromnienia przyrody.

– Chyba praczłowieka?
– Może nawet praojców...

– OK. To jak to mogło się zacząć?
– Praojciec zdał sobie sprawę, że otacza go powietrze.

– I zapragnął je zamknąć?
– Właśnie.

– Tylko nie miał w czym?
– Tak, ale biegały wokół zwierzęta. Zabił z głodu, wypatroszył i został mu... pęcherz. Za przeproszeniem...

– Napełnił go powietrzem i...
– Tak prawdopodobnie powstała prapiłka.

– Po milionach lat pewien komentator nazwał ją nawet skórzanym przedmiotem pożądania 22 mężczyzn.
– Lepiej nie można.

– Powiedział jakby przy tym był...
– A my się tylko wciąż domyślamy.

– A jak zaczęła się gra?
– Człowiek, jak coś fajnego wymyśli, to w swojej bezczelności i w takim ogólnym nieprzygotowaniu do życia prędzej lub później to kopnie.

– Kopnął.
– Tak, a ten pęcherz spadł na drugiego, na sąsiada z jaskini obok.

– A ten oczywiście próbował odkopnąć.
– No a jak, nie jego, to odkopnął. I tak możemy mówić o pierwszym świadomym zagraniu.

– Prazagraniu.
– Masz rację, nawet prazagraniu.

– Warto pamiętać, że sąsiad nie spodziewał się pęcherza przy wejściu do swojej pieczary.
– Będąc nieprzygotowanym odkopnął nie w tę stronę co powinien.

– Jakbym widział wczorajszy mecz ekstraklasy.
– O to, to... Niechcący włączyli więc do akcji trzeciego i dalej już poszło.

– Aż do 22.
– Domniemanie, że naszych praojców było 22 może być mylne.

– Musieli jeszcze zadbać o sędziego, co by rozstrzygał sporne sytuacje.
– W każdym otoczeniu znajdzie się ktoś starszy, kto już nie widzi za ostro...

– Wszystko ułożyło się nam na przestrzeni epok w logiczną całość.
– Można tak powiedzieć.

– Pozostaje nam kwestia bramki...
– Nic prostszego. Kopnął i trafił niechcący w otwór pieczary. Bramka to odwzorowanie wejścia do jaskini.

– I zaczęli grać na dwie pieczary.
– Piłka była prawie okrągła, no bo przecież to tylko pęcherz, a pieczary dwie... Kazimierz Górski tego by nie wymyślił.

– Wszystkiemu przyglądały się z niechęcią pramatki.
– Z przerażeniem, nawet rosnącym. A co myślisz? Jakby tobie wpadł do pieczary obcy pęcherz prosto w pragarnki. Brzdęk był bardziej nieprzyjazny dla uszu od rozsypującej się w drobny mak szyby.

– Rozległ się wrzask przerażonej prakobiety?
– Przeciągły, przechodzący nawet w spazm.

– I tu można mówić o prawidowni.
– A nawet o pierwszych klubach kibica. Bo pramatka kibicowała, co w pełni zrozumiałe, temu z własnej pieczary, a nie temu z oddali.

– Co musi dziać się z przodu głowy piłkarza? No bo na pewno nie z tyłu.
– Ma olbrzymi kłopot. Taki piłkarz to człowiek głęboko sfrustrowany. Od meczu do meczu, a już podczas gry pozostaje na granicy rozstroju nerwowego. On pożąda piłki, bywa że bardziej niż ukochanej kobiety, nie bójmy się nawet takiego słowa. On jej łaknie. A piłka jest jedna, jak potwierdził raz na zawsze nasz teoretyk i praktyk dyscypliny Kazimierz Wielki. I gdy już tę piłkę dostanie, to zgodnie z regułami gry musi ją w miarę szybko oddać, bo inaczej spowolni akcję i narazi się na gniew trenera i trybun.

– Błędne koło.
– A nawet, jak mawiają komentatorzy – rollercoaster.

– Zawód komentatora nie jest najłatwiejszy...
– Śmiejemy się z tych biednych sprawozdawców, a przecież taki komentator bierze na siebie cały ciężar gry.

– Dobrze, jeśli tylko przez 90 minut. A jak zdarzy się dogrywka, a nie daj Boże rzuty karne.
– Można stracić resztki śliny.

Andrzej Poniedzielski – Pozytywne myślenie negatywne

– Czasami, ale raczej nie w polskiej lidze, gra jest...
– ...płynna jak rwący potok i wtedy dobre wychowanie nakazuje się nie odzywać, ale pokusa jest duża.

– Są też mecze, że z boiska wieje nudą.
– Z jednej strony mamy rwący potok, ale bywa, że gra przypomina zbiornik przeciwpożarowy zimą. Co wtedy? Ciężki zawód.

– Nadziewasz się czasami na jakiegoś komentatora sportowego?
– Znam Darka Szpakowskiego, w jednym ze wspólnych programów poznałem Włodzimierza Szaranowicza. Nie da się jednak powiedzieć, że blisko.

– Nie tyle z widzenia, co ze słyszenia?
– Dochodzą do moich uszu rożne bon moty. Zapamiętam frazę z jakiegoś przerżniętego przez nas meczu w kopaną, nie wiem czy nie ze Słowenią, w najgorszym wypadku ze Słowacją. Brzmiało to w zarysie tak: "Gra toczy się leniwie, tak jak leniwie toczy swój nurt rzeka przepływająca nieopodal stadionu, ale cóż to za radość dla rzeki płynąć 600 kilometrów, żeby wpaść do morza". Przez chwilę myślałem, że śnię, bo to było dość późno. Tak się wzruszyłem, że zadzwoniłem do Artura Andrusa, a potem do Staszka Tyma, bo oni zbierają takie złote myśli.

– Na pierwszym zjeździe Wunderteamu niezapomniany Bohdan Tomaszewski przywołał z pamięci bieg na 3 km z udziałem Jerzego Chromika: "Wyłonił się pan z rowu z wodą, gęsta mgła spowijała ostatnią prostą...". Biegacz przerwał brutalnie: "Panie Bohdanie, ale wtedy nie było mgły...".
– I tego się trzymajmy. Na wszelki wypadek.

– Poznałeś Pana Bohdana?
– Tak. Na jubileuszu 80-lecia Polskiego Radia. Popatrzył na mnie podczas prób i powiedział: "Bardzo miło podąża się za tokiem pańskiego rozumowania".

– Dziś nie ma już sprawozdawców, którzy grają ciszą.
– Bo to duża umiejętność. Pauza to zapomniany środek wyrazu. Mieszkałem w Kielcach blisko dworca autobusowego i będąc nastolatkiem usłyszałem zapowiedź spikerki. "Autobus relacji Kielce –Szydłowiec w dniu dzisiejszym nie odjedzie. Tu spikerka zawiesiła głos jak Bohdan Tomaszewski w tie-breaku decydującego seta i dodała: - Bo go nie ma...".

– Jak nazwać gościa, który plecie co mu ślina na mózg przyniesie. Gdy pisze, to wiadomo – grafoman. A gdy tylko mówi? Gramofon?
– Że niby trzeszczy jak zdarta płyta?

– Igła często przeskakuje z refrenu na refren. I tak bez końca.
– Ktoś kiedyś komentował mecz hokejowy. Grała Czechosłowacja, bodaj z Pepiczkiem w składzie. Usłyszałem, że ma brata, a ten z kolei szwagra. Sprawozdawca snuł opowieść o rodzinie i nagle przerwał: "O, i padła bramka! Wrócił do opowieści i niezrażony szybkością kolejnej akcji dodał: - O, jest już druga...".

– Pewnie napastnik zdobył bramkę po indywidualnej akcji całego zespołu...
– Ładne. Wymyśliłeś?

– Zbieram, ale nie tylko ja. Wyszła przed laty książka Radosława Nawrota i Jacka Łuczaka pt. "Wpadki komentatorów, czyli słońce zachodzi za wschodnią trybuną stadionu".
– Nabyłbym.

– Dostaniesz, kopalnia nielogiczności językowych, co zgrabniejsze można wplatać do monologów estradowych.
– Ja rozgrzeszam komentatorów, bo to wszystko powstaje w afekcie, każdy sąd ich uniewinni.

– Nazywasz taki stan "wstrzemięźliwością umysłową".
– Korzystając z podpowiedzi wieszcza - jakbyś zebrał 100 poetów i dał im 100 litrów wódki, to nie wymyślą, taki to ciężar...

– Mogliby wydawać tomiki poetyckie.
– Nie można się z tego śmiać, bo przecież poezja polega na chwilowym zerwaniu z układem współrzędnych...

– Kibicujesz komuś?
– Teraz już najczęściej sobie, ale miałem taką zaprzyjaźnioną drużynę, nie będę wymieniał nazwy, to bardziej poślednia liga, więc nazwa i tak nikomu nic nie powie.

– Nie mieli pieniędzy na przygotowania?
– Nawet nie, może tylko kolejność przygotowań była nie taka. Ośrodek przygotowań znajdował się przed sklepem GS. Bardzo im kibicowałem, do momentu wyjścia na trawę. Wnosili bowiem do gry ogromne ilości płynów, które kupowali w sklepie. To nie jest żadna tajemnica jakie to płyny, bo najczęściej był to wysięk miejscowego browaru, zwany dalej piwem.

– Miałeś swego idola?
– Napastnik wspomnianego zespołu. Przeprowadziłem z nim nawet kiedyś wywiad. Środowiskowy. I on opowiedział o akcji swego życia. Był już wstępnie przygotowany do kolejnego meczu, nie miał więc kłopotów ze szczerością.

– Wypiwszy, jak mawiała moja babcia o stryjku, gdy ten wracał z poczęstunku.
– Wszystko na to wskazywało, bo opowiadał ze swadą: "Panie Andrzejku, miałem rajd życia. Prawym skrzydłem szłem, szłem po prostu jak burza, panie Andrzejku. Gdybym ja wtedy miał piłkę!".

– Słyszałem kiedyś wywiad z kolarzem, który zapewniał dziennikarza, że zostawił zdrowie na szosie. "Szłem jak mogłem, ale nie szło...".
– Trzeba odpowiadać tak, by być zrozumiałym przez wszystkie elektoraty.

– Wychowanie fizyczne w szkole?
– Miałem, a i owszem.

– A jakieś gry zespołowe były ci bliskie?
– Lubiłem siatkówkę, ale nauczyciel na biologii powiedział mi, że to część oka.

– I co z tego?
– Przestraszyłem się i dałem sobie spokój.

– Chodziłeś przynajmniej do szkoły tańca?
– Jeśli taniec jest mową ciała, to moje ciało zawsze mówiło – nie!

– Jak to kiedyś powiedział Kazimierz Górski – tak się gra, jak przeciwnik pozwala.
– To można przełożyć z boiska na parkiet – tak się tańczy, jak przeciwnik pozwala...

– Na uczelni wf też był obowiązkowy.
– To była siódma kolejność odśnieżania. Mieliśmy nawet drużynę piłki halowej, ale omijaliśmy zajęcia regularnie szerokim łukiem. Bywały kłopoty z zaliczeniem. Kolega Wolny, 190 cm w pionie, usłyszał kiedyś: "Niech pan sobie wybierze jakąś dyscyplinę sportu i zgłosi się do mnie". Wybrał. Przyszedł na zaliczenie z takim magnetofonem-jamnikiem na ramieniu, przepasany szarfą i zaproponował wuefiście ćwiczenia ze wstążką. Było cudnie, jak to mówią - baki zrywać...

– Nie lubisz sportu, nie potrzebujesz emocji, które niesie?
– Szczerze? Nie za bardzo... Lubię bardzo fizyczną zajętość, ale raczej wokół technicznych spraw.

– Aparatura mierząca ciśnienie?
– Nieeee, raczej prace ogrodowe, stolarskie, też się można nieźle zmęczyć. Wtedy odpoczywa ta część mózgu, nazwijmy ją impresyjną.

Gustaw Holoubek (fot. Arch. PAP)

– Cudownie o meczu piłkarskim opowiedział kiedyś Gustaw Holoubek…
– Oglądał wszystko, co pachniało piłką nożną, ale Mistrz był moim przeciwieństwem. Znał skład dowolnej drużyny trzecioligowej i gdy spektakl grany był równolegle z ważnym meczem, to zainteresowanym półgłosem podawał na scenie aktualny wynik. Miał taką cudowną anegdotę o czarowniku z zapomnianego afrykańskiego plemienia, którego obwozili w stroju firmowym po Europie, pokazując mu to co ważne. Gdy wrócił do siebie, zebrał radę starców i opowiedział o tej wizycie. Zaczął: "Tam u nich jest całkiem inaczej niż u nas. Posadzili mnie w takiej niecce, dużo ludzi, na środku był prostokąt trawy z białymi liniami, po obu stronach takie białe czworokąty z siatkami i nagle na trawę wybiegło 11 z jednego plemienia i 11 chyba z innego plemienia, bo inaczej ubranych, a pośród nich był taki wódz na czarno ubrany i to on wyciągnął z kieszeni srebrny przedmiot. Rozległ się taki przeraźliwy gwizd i wtedy... zaczął padać deszcz. Było całkiem inaczej niż u nas...".

– Powróćmy do drużyny ze wsi, której kibicowałeś...
– To za duże słowo – kibicowałem. Bywałem u dalekiej rodziny i czasami trafiałem w porze ich meczów. Bodaj B-klasowych. Lata 70. ubiegłego wieku, finanse były jakie były i oni, ci zawodnicy, nie mieli na ochraniacze kości piszczelowych. Co bardziej zapobiegliwi wyrywali dzieciom okładki z "Elementarza" i wkładali sobie pod skarpety...

– Getry.
– Nie zdradzajmy za dużo szczegółów.

– Ten klub to miał w nazwie LZS?
– Ja już nie pamiętam, to przecież tak dawno było. Na pewno nie był to ani wojskowy, ani milicyjny.

– Bo nie wypadałoby im pić przed meczem z tyłu sklepu GS...
– Otóż to, pewnie jako ludowcy mogli wypić więcej w sposób nieskrępowany.

– Zdarza ci się oglądać mecz świadomie, dłużej niż przez kwadrans?
– Tak, tak. Skłamałbym, zaprzeczając. To jest nawet ciekawe. Czasami mnie wciągnie, ale wolę ligowe mecze z innych świata stron. Łatwiej podziwiać grę, gdy nie kibicuje się żadnej z drużyn. Wtedy gra jest frapująca. Denerwuje mnie natomiast, a nawet odrzuca, wszechobecny element patriotyzmu, gdy kopią nasi z obcymi.

– To jest też odpowiedź na pytanie, dlaczego sport jest nam tak bliski.
– Mamy dużą łatwość znajdowania powodów, dlaczego coś jest nie tak, rozgrzeszania nawet bolesnych porażek.

– Polacy, nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało! Nikt nam tego okrzyku nie podrobi.
– To jest bardzo głębokie zawołanie, bo co się stało, to się nie odstanie. Trzeba się z tym pogodzić. Im szybciej, tym łatwiej poukładać myśli.

– Z tyłu głowy.
– Ja układam też z przodu i po bokach.

– A jak nie można sobie życia poprawić?
– To wystarczy poprawić poduszkę.

– Twój pierwszy mecz na stadionie.
– Na Śląsku, bodaj Górnym, po występie z zespołem "Wały Jagiellońskie". Byliśmy chyba obcymi elementami na widowni, raczej niezainteresowani grą. Świsnęła mi w przerwie butelka koło ucha. Uprzedzę pytanie. Na Stadionie Narodowym do tej pory nie byłem, choć widzę go z okna mieszkania przy Teatrze Ateneum. Źle działa na mnie tłum. Muszę się jednak za życia tam wybrać. Z ciekawości.

– Pisałem niedawno reportaż o nowym stadionie w Szczecinie... 
– Pogoni?

– Jak ty mi teraz zaimponowałeś.
– To, że nie bywam nie oznacza, że nie wiem gdzie leżą. Ciągnij wątek, bo za często wpadamy sobie w słowo.

– Boją się ruszyć trybunę główną, bo pierwsi nasi osadnicy utrzymują, że może być pod nią skład poniemieckiej amunicji.
– Pewnie z drugiej wojny światowej, bo tę z pierwszej Niemcy oddali uciekając. Co do mnie - nie chciałbym co dwa tygodnie siedzieć na beczce z prochem.

– A gdzie najczęściej przesiadujesz?
– W hotelach, do czasu gdy nie oddam klucza, to nawet pamiętam numer pokoju.

– Życie w drodze...
– Tam mój dom, gdzie tabletki moje.

– Czasami patrzysz widzom prosto w oczy...
– To prawda, coraz częściej podnoszę głowę, bardzo się rozwinąłem przez te 63 lata, nie patrzę już tylko na swoje buty. Bywa nawet, że mój wzrok spocznie na oczach kogoś z naprzeciwka, ale gdy stracę z nim kontakt, to wiem, że go już nigdy nie odzyskam. Ty odbiorcę swoich treści masz znacznie później, długo po napisaniu, a ja mam go w tej samej sekundzie, gdy do niego mówię.

– Dziękuję za wyjście aż na trzy godziny z osobistej kapsuły ratowniczej.
– Nie ma za co. Jesienią rośnie zapotrzebowanie na mężczyzn z moim wyrazem twarzy. Po prawdzie nie wiem, dlaczego zgodziłem się na tę rozmowę. Może dlatego, że szybko poznaję ludzi, którym mówienie sprawia trudność, zanim się za to wezmą.

– Puenta.
– Mistrza Wojtka Młynarskiego. Trzeba wiedzieć, kiedy w szatni płaszcz pozostał przedostatni...

Rozmawiał – Jerzy Chromik

***
Andrzej Poniedzielski – satyryk, gitarzysta, kompozytor, scenarzysta, konferansjer, reżyser, mistrz słowa, puenty, niezrównany w grze pauzą, znany z niebanalnych skojarzeń. Samozwańczy ambasador poezji śpiewanej. Przyszedł niespodziewanie na świat w porodówce w Iwaniskach przed 63 laty, bo mama wyjechała do rodziny na weekend. W poniedziałek wrócił do Kielc. Od maleńkości wsłuchiwał się w głos spikerek na dworcu autobusowym. Skończył podstawówkę bez wyróżnień, a potem technikum elektroniczne. Mając doskonałą polonistkę mógł sobie pozwolić na Wydział Elektryczny Politechniki Świętokrzyskiej. Po skończeniu studiów rodzina wykorzystuje go nieustannie do wymiany spalonych żarówek. Aby urozmaicić sobie smutne życie zakładał kabarety i dawał się do nich zapraszać, od wczesnych lat studenckich. Urodzony konferansjer. Tras koncertowych nie da się zliczyć. Nagrody same pchają mu się do rąk. Przez przyjaciół zwany "Mister Listopad". Gustaw Holoubek mianował go kierownikiem literackim Teatru Ateneum w Warszawie. Jest nim do dziś…

Nie znacie, no to posłuchajcie…

Andrzej Poniedzielski – Wernyhora
Andrzej Poniedzielski – Starość
Andrzej Poniedzielski – Duch porozumienia
Andrzej Poniedzielski – Wykonanie specjalisty
Andrzej Poniedzielski i Kabaret na Koniec Świata – „Wakacyjna piosęka”
Andrzej Poniedzielski - Muzyczny wykład
Andrzej Poniedzielski – Moja młodość

najpopularniejsze

Znakomite skoki Polaków! Kamil Stoch na drugim miejscu

Sampdoria – Juventus 3:2. Trzech Polaków na boisku

Polska – Urugwaj: tak żegnaliśmy Boruca!

Media: świetne oceny Lewandowskiego i Kapustki

Lewandowski jak Gerd Mueller. Bije kolejne rekordy