tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Pierwszy polski awans na mundial

Polska awansując po raz pierwszy do MŚ w 1938 roku pokonała w eliminacjach Jugosławię (4:0 i 0:1). Ale zdanie, że "Polska wylosowała Jugosławię" nie ma nic wspólnego z prawdą. Bo zdecydowano o tym przy zielonym stoliku, a pierwotnie mieliśmy grać z Norwegią i Irlandią!

Pierwszy polski awans na mundial

Polska awansując po raz pierwszy do MŚ w 1938 roku pokonała w eliminacjach Jugosławię (4:0 i 0:1). Ale zdanie, że "Polska wylosowała Jugosławię" nie ma nic wspólnego z prawdą. Bo zdecydowano o tym przy zielonym stoliku, a pierwotnie mieliśmy grać z Norwegią i Irlandią!
Ernest Wilimowski (L) (fot. PAP)

Czas znowu trochę poprawić historię, bo sprawa jest nieznana i nieopisana. Losowanie eliminacji miało miejsce 14 marca 1937 r. Układ grup w strefie europejskiej był następujący: gr. 2 - Polska, Norwegia, Irlandia; gr. 3 - Rumunia, Jugosławia, Egipt (dołączono jedyną zgłoszoną drużynę z Afryki).

Rozpoczęliśmy nawet rozmowy z Norwegią i Irlandią o sposobie rozgrywek, bo wtedy federacje same ustalały, czy ma być rewanż, czy tylko jeden mecz. Co więcej, na 28 maja zaplanowane już było towarzyskie spotkanie z Norwegią i musiano je odwołać.

Z „polskiej” grupy miały awansować dwa zespoły, a z "jugosłowiańsko-rumuńskiej" tylko jeden. Jugosławia z Rumunią złożyły protest. Na pierwszy rzut oka zasadny, bo w obu grupach były po 3 drużyny, a liczba awansujących różna. Ale tu jest element dodatkowy - nieznany dotąd! W „polskiej” grupie mogła też grać… Hiszpania! Trwała tam wojna domowa, były tam nawet dwie federacje. Zgłoszenie tego kraju nie zyskało akceptacji, ale FIFA zwlekała z ostatecznym postanowieniem. W końcu, w maju 1937, zapadła decyzja: Hiszpania nie gra, a 6 zespołów z grupy 2 i 3 dzielimy na trzy pary! Norwegia została z Irlandią, Rumunia z Egiptem, a Polska trafiła na Jugosławię. Bez losowania, decydowało kryterium geograficzne. "W czarodziejskim tyglu FIFA" – zatytułował artykuł "Przegląd Sportowy". "Telefon z Zurychu wywraca dotychczasowy porządek. Norwegia i Irlandia przemieniły się w Jugosławię" – pisano.

Polska obawiała się drużyny z Bałkanów. Przegraliśmy z nią trzy mecze, ostatni aż 3:9, we wrześniu 1936, czyli rok przed eliminacjami! Co prawda, graliśmy wtedy w Belgradzie bez najlepszego zawodnika, zawieszonego przez PZPN Ernesta Wilimowskiego, ale było przykro. Do przerwy już 0:5, a debiutujący wtedy w bramce Edward Madejski musiał być zmieniony i nie wyszedł na drugą połowę.

10 października 1937 roku na Stadionie Wojska Polskiego w Warszawie doszło do sensacji. I nie chodzi o samo zwycięstwo, ale jego rozmiary. Polska wygrała aż 4:0!

"Trzeba sobie powiedzieć, że Polska posiada szanse tylko teraz, w Warszawie" - oceniał "Przegląd Sportowy" przed meczem. Własne boisko okazało się ważne, ale przede wszystkim nasza drużyna zagrała koncertowo. Ledwie tydzień wcześniej Jugosławia przegrała w Pradze z bardzo mocną Czechosłowacją tylko 4:5 i wydawała się faworytem. "Zwycięstwo 4:0 nad ogólnie faworyzowaną Jugosławią stało się wydarzeniem dnia. Wyszło daleko poza regionalne granice, wdarło się bezceremonialnie na szpalty obcej fachowej prasy, alarmując swą niezwykłością międzynarodową opinię. Dzień 10 października stał się zaczątkiem realnej sławy polskiego futbolu" - donosił "Przegląd Sportowy".

Już w 3 minucie bramkę zdobył Leonard Piątek, on też podwyższył prowadzenie w 30. minucie. Po przerwie strzelali Jerzy Wostal (57. min.) i Ernest Wilimowski (78. min.). Ten ostatni już grał po przymusowej banicji i choć najmłodszy w zespole (21 lat), to był niezaprzeczalnie największą postacią.

Co ciekawe, tego samego dnia rezerwowy skład Polski grał mecz z Łotwą w Katowicach (2:1), też zaliczany do oficjalnych spotkań reprezentacji (przed wojna popularne były takie dwumecze). Jak pisał Andrzej Gowarzewski było tam więcej widzów niż w Warszawie! W stolicy organizatorzy ograniczyli bowiem widownię do 20 tysięcy z obawy przed… zamieszkami. Rok wcześniej na meczu z Niemcami na Stadionie Wojska Polskiego było aż 40 tysięcy widzów, więcej niż mógł pomieścić obiekt. Masowo fałszowano bilety, pod stadionem dochodziło do awantur, bójek, licznych kradzieży. Pomny tych doświadczeń PZPN zdecydował więc, że z Jugosławią będzie mniej widzów, ale za to będzie porządek. W Katowicach na meczu z Łotwą stawiły się 22 tysiące widzów. Z tym meczem wiąże się też ciekawa historia. Pierwotnie planowano bowiem na Śląsku mecz towarzyski z… Jugosławią, właśnie 10 października 1937. Gdy okazało się, że Plavi to nasi rywale, spotkanie przeniesiono do stolicy, a Katowice w rekompensacie otrzymały mecz z Łotwą.

Rewanż o prawo startu w MŚ wyznaczono na 3 kwietnia 1938 roku. Czuć było niepokój, bo pamiętano klęskę w Belgradzie 3:9. Prasa pisała, że reprezentanci są w słabej formie, choć przeczyły temu wyniki. W połowie marca Polska zremisowała na wyjeździe z bardzo silną Szwajcarią 3:3, a potem w Warszawie 2:2 z drużyną Hungarii i Ujpestu, czyli de facto Węgrami B. Twierdzono jednak, że Polacy przypominali "dzikich wolontariuszy". Ponoć grali źle, ale za to bojowo. I to okazało się... kluczem do sukcesu w Belgradzie.

Atmosferę podgrzewali Jugosłowianie, którzy wierzyli w rewanżowe 5:0. Ich reprezentacja rozpoczęła zgrupowanie już 2 tygodnie przed meczem. W Belgradzie (a właściwie w Białogrodzie, jak pisała polska prasa) była gorączka. Bilety (25 tysięcy) wyprzedano natychmiast. Zbudowano nawet podwójny parkan wokół stadionu BSK, w obawie, że kibice bez wejściówek mogą szturmować obiekt przez płot.

Polacy trenowali w Warszawie, najpierw przegrali sparing z Polonią aż 1:7, ale potem z reprezentacją stolicy wygrali... 7:1. W kraju zainteresowanie też było ogromne. „Przegląd Sportowy” wraz z PKOl-em urządził konkurs, w którym nagrodą było aż 500 zł za wytypowanie wyniku i strzelca pierwszej bramki. Nadeszło blisko 2 tys. kuponów, a trzeba pamiętać, że każdy gracz musiał uiścić 50 gr wpisowego - trzeba było załączyć znaczek pocztowy o takim nominale. 13 osób wytypowało wynik 0:1, a nagrodę zdobył 18-letni Zygmunt Perlman z Otwocka.

"Salonką do finału" - pisał Andrzej Gowarzewski. Nasi reprezentanci podróżowali do Belgradu pociągiem, ale nie jak zazwyczaj 2 klasą. PZPN zdobył się na niespotykany gest - wykupiono salonkę. Podróż trwała prawie dobę (jedyny pociąg do Belgradu wyjeżdżał o 7.30 rano, przyjeżdżał o 6 rano następnego dnia).

"Zdawało się, że to najważniejsza bitwa w historii świata. Nad miastem latały samoloty i wykręcały "piątki" sugerując, że to jest wynik meczu. Stolica Jugosławii oszalała na punkcie futbolu, jakby wszyscy uwierzyli, że można nas pokonać tak wysoko! Nas jednak nic nie peszyło" – to wspomnienia bramkarza Madejskiego, cytowane przez A. Gowarzewskiego w książce "Biało-czerwoni. Encyklopedia Piłkarska FUJI. Tom 2". Madejski, który świetnie zagrał już ze Szwajcarią, okazał się naszym najlepszym zawodnikiem w Belgradzie. Przegraliśmy tylko 0:1, po golu Marjanovicia w 65. minucie, z rzutu wolnego, po zagraniu ręką Góry.

"Walka ambicji i nerwów" - tytułował "Przegląd Sportowy". Jugosłowianie atakowali non-stop, w rzutach wolnych było 17:3, a w rożnych 10:2 dla nich. Polacy grali jednak twardo i walecznie. "Każdy rzut wolny, każdy róg przyspieszał uderzenia serca aż do chwili, w której jakaś głowa Dytki lub Góry, tułów, piersi czy szpic nogi rodzeństwa syjamskiego Szczepaniak-Gałecki nie zdusił entuzjazmu rozwijającego się na widowni" - pisał sprawozdawca.

Po ostatnim gwizdku na stadionie w Belgradzie zapanowała grobowa cisza. "Pech, pech, pech" – mówili tamtejsi kibice. "Główną przyczyną naszego niepowodzenia był pech. Fatalny pech” – wtórowała "Politika". I dodawała: "Dawno już nie widzieliśmy tylu zmarnowanych sytuacji. Do 20 minuty powinno być już 3:0." Polacy byli jednak ofiarni bez granic, skutecznie wybijali piłki na auty, być może nawet strzeliliby bramkę, ale Wilimowski po jednym ze starć był kontuzjowany i grał potem nie w pełni sił.

Selekcjoner Józef Kałuża mówił: "Drużyna grała z wyjątkowym poświęceniem. Nie było to mecz pokazowy, ale walka o życie". Miesiąc wcześniej było losowanie finałów Mistrzostw Świata. Polska już wiedziała, że we Francji czeka na nią Brazylia…

Leszek Jarosz
(prowadzi profil Historia Mundiali na facebooku:)

Obok ustaleń własnych korzystałem z:
„Przegląd Sportowy” roczniki 1937 i 1938,
Andrzej Gowarzewski „Biało-czerwoni. Encyklopedia piłkarska FUJI. Tom 2”, Katowice 1991

najnowsze opinie

Kacper Bartosiak 1996: niezapomniane wojny Bowe – Gołota

Maciej Iwański Iwański i Nowiński o występie Polek: to był turniej na "108"

Bartłomiej Rabij Dziś KMŚ. Wszyscy wszędzie chcą wygrać z Gremio

Dariusz Szpakowski W PSG nie po to wydawano tyle pieniędzy...