tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Wojny listopadowe. Historia trylogii Bowe – Holyfield

Lata dziewięćdziesiąte to ostatnia "złota era" wagi ciężkiej. Wtedy najlepsi rzeczywiście walczyli z najlepszymi, a wielkie walki Mike'a Tysona, Lennoksa Lewisa i Andrzeja Gołoty do dziś są wspominane przez fanów boksu. Żadna rywalizacja ówczesnych legend nie była tak pasjonująca jak trylogia Riddicka Bowe'a z Evanderem Holyfieldem. W listopadzie 2017 roku mija 25 lat od pierwszego spotkania wielkich mistrzów.

Wojny listopadowe. Historia trylogii Bowe – Holyfield

Lata dziewięćdziesiąte to ostatnia "złota era" wagi ciężkiej. Wtedy najlepsi rzeczywiście walczyli z najlepszymi, a wielkie walki Mike'a Tysona, Lennoksa Lewisa i Andrzeja Gołoty do dziś są wspominane przez fanów boksu. Żadna rywalizacja ówczesnych legend nie była tak pasjonująca jak trylogia Riddicka Bowe'a z Evanderem Holyfieldem. W listopadzie 2017 roku mija 25 lat od pierwszego spotkania wielkich mistrzów.
(fot. Getty)

WALKA, KTÓREJ NIE BYŁO. 17 LAT OD TYSON VS GOŁOTA

Druga połowa lat osiemdziesiątych stała pod znakiem dominacji Tysona, który w 1986 roku został najmłodszym mistrzem świata w historii królewskiej kategorii. Po roku był już niekwestionowanym czempionem. Wygrywał jak chciał z wielkimi, nokautując między innymi Michaela Spinksa (31-0) i Larry'ego Holmesa (48-2), który skuszony wizją pojedynku z "Bestią" wrócił z emerytury.

Wydawało się, że na horyzoncie wreszcie pojawił się godny rywal. Evander Holyfield zebrał wszystkie tytuły mistrzowskie w niższej kategorii junior ciężkiej (limit: 86,2 kg), przybrał kilka kilogramów mięśni i postanowił rzucić wyzwanie postrachowi świata boksu. Żadna kategoria nie gwarantowała wtedy takich pieniędzy i prestiżu jak waga ciężka.

Do starcia dwóch niepokonanych mistrzów miało dojść pod koniec 1991 roku. Przed jego oficjalnym potwierdzeniem Tyson miał tylko dopełnić formalności pokonując w Tokio skazywanego na pożarcie Jamesa "Bustera" Douglasa (29-4). Najmłodszy mistrz świata nieoczekiwanie przegrał, a jego mit przynajmniej częściowo legł w gruzach.

Holyfield został na lodzie. Mógł zarobić ogromne pieniądze i zapisać się w historii jako pierwszy pogromca Tysona, ale szansa przeszła mu koło nosa i to nie z jego winy. W kontrakcie miał jednak zagwarantowaną walkę o mistrzowski tytuł. Nie miał skrupułów – w kolejnym występie ciężko znokautował Douglasa i został niekwestionowanym czempionem.

Choć pięściarzem był znakomitym, to stronił od kontrowersji, a jego konferencje nie dostarczały zbyt wielu emocji. Holyfield wychował się w pobożnej rodzinie i wolał przemawiać w ringu za pomocą pięści. Bez Tysona – który był jego całkowitym przeciwieństwem – nie potrafił wygenerować wielkiego zainteresowania opinii publicznej. Styl też miał inny – nie miał w arsenale nokautującego ciosu, bardziej zamęczał rywali intensywnością i podkręcaniem tempa.

Nowy mistrz odnosił kolejne zwycięstwa, ale ich styl pozostawiał wiele do życzenia. W powszechnej opinii uchodził za napompowanego "ciężkiego". Wprawdzie pokonał na punkty legendy lat 70. i 80. – George'a Foremana (69-2) i Larry'ego Holmesa (54-3), ale w obu tych walkach miał chwilami spore problemy. Dość powiedzieć, że Holmes cztery lata wcześniej został brutalnie znokautowany przez Tysona, a z Holyfieldem pewnie wytrzymał pełen dystans i nie był zagrożony porażką przed czasem.

Kolejna rysa na wizerunku mistrza pojawiła się po starciu z Bertem Cooperem (26-7). Przeciętny Amerykanin w ostatniej chwili zastąpił mistrza Europy Francesco Damianiego (27-1), który nabawił się kontuzji. Cooper "z kanapy" zrobił coś, co nie udało się wcześniej wielkim – miał Holyfielda na deskach. Mimo to nie wytrzymał kondycyjnie i po pełnej zwrotów akcji walce przegrał przed czasem.

Mistrz potrzebował wyzwania. Tyson tymczasem odbudował się sportowo, ale w życiu osobistym gubił się coraz bardziej. Gdy po raz drugi zakontraktowano jego walkę z Holyfieldem, najpierw przełożył jej termin z powodu kontuzji, a potem... trafił do więzienia za gwałt i zniknął z pola widzenia. Wtedy w elicie wagi ciężkiej pojawił się groźny Riddick Bowe (31-0, 27 KO). To właśnie sąsiad z Brooklynu zastąpił "Bestię" w listopadzie 1992 roku w walce z niekwestionowanym czempionem.

Bójka po walce Bowe – Tillery:

25-latek – srebrny medalista olimpijski z Seulu (1988) – był pięściarzem pełnym sprzeczności. Pod względem talentu "zjadał" całą resztę pięściarskiej elity lat dziewięćdziesiątych. Niestety, dosłownie – jedzenie było jego ogromnym przekleństwem. Między walkami kochał stołować się w Burger Kingu i przybierał na wadze nawet po 20 kilogramów.

Do ścisłej czołówki doszedł w młodym jak na pięściarza wagi ciężkiej wieku. Dysponował znakomitymi warunkami fizycznymi (196 cm wzrostu, 201 cm zasięgu rąk), ale nie zawsze to wykorzystywał. Słynął z kapitalnego lewego prostego, którym "ustawiał" sobie rywali. Mimo to świetnie radził sobie także w półdystansie – kochał ringowe wojny i przeważnie je wygrywał. Chętnie sięgał po ciosy podbródkowe, a niezwykła odporność koniec końców okazała się przekleństwem i odebrała mu kilka lat kariery.

W 1992 roku wszystkie trzy najważniejsze bokserskie federacje (WBA, WBC i IBF) notowały Bowe'a w TOP 3 rankingów. Choć nie miał na koncie walk z wielkimi pięściarzami, to gwarantował emocje. To prawdziwy amerykański "bad boy" w stylu Tysona. Na konferencjach potrafił zaatakować rywala gołymi pięściami, a Elijah Tillery (23-4) został przez niego uderzony po gongu, co zainicjowało potężną awanturę w ringu.

Bowe? Dobrze znałem go ze sparingów. Miał szybkie ręce i duży talent, ale znany był z dużych problemów kondycyjnych. Evander Holyfield

Wybór młodego i niepokonanego Bowe'a na zastępcę Tysona w listopadowej walce został dobrze przyjęty przez krytycznie nastawioną do Holyfielda amerykańską publiczność. Wyraźnym faworytem bukmacherów był obrońca tytułu, ale powszechnie uważano, że niepokonany pretendent może okazać się najtrudniejszym rywalem w jego karierze. Na lepszego czekał Lennox Lewis (22-0), którego federacja WBC wyznaczyła jako obowiązkowego pretendenta dla zwycięzcy.

W ringu kibice zobaczyli nieprawdopodobną wojnę. Bowe miał za sobą najtrudniejszy obóz przygotowawczy w karierze i od pierwszych minut zdominował mistrza. Umiejętnie wykorzystywał przewagę warunków fizycznych i punktował lewym prostym. W sumie doprowadził do celu 132 takie ciosy – ponad dwa razy więcej od Holyfielda!

To jednak nie była rozgrywka wyłącznie taktyczna. Nie brakowało momentów porywających – do historii przeszła zwłaszcza 10. runda. Bowe trafił czempiona potwornym prawym podbródkowym, ten zatoczył się po ringu i był na skraju przegranej przed czasem. Pretendent zasypał go gradem ciosów, ale "wystrzelał się" z mocnych uderzeń i w końcówce starcia sam był o krok od tego, by znaleźć się na deskach.

W jedenastej rundzie Bowe znów natarł i wyczerpany rywal w końcu wylądował na deskach. Mimo to zdołał przetrwać kolejny kryzys. Ostatecznie po dwunastu emocjonujących rundach wypowiedzieli się sędziowie. Jednogłośnie (117:110, 117:110 i 115:112) punktowali na korzyść pretendenta. Magazyn "The Ring" uznał pojedynek "Walką Roku", a dziesiąte starcie zwyciężyło w kategorii "Runda Roku".

Legendarna 10. runda walki Holyfield – Bowe I:

Na tronie pojawił się nowy król, jednak heroiczna postawa ustępującego czempiona sprawiła, że wreszcie zyskał uznanie kibiców i szacunek w oczach krytyków. Podobny bokserski paradoks miał miejsce w 2016 roku – Władimir Kliczko (64-5, 53 KO) porażką z Anthonym Joshuą (19-0, 19 KO) zyskał więcej niż wypraną z większych emocji dekadą dominacji.

Bowe powinien potem zmierzyć się z Lewisem, ale nigdy do tego nie doszło. Obu łączyła długa historia – w 1988 roku podczas turnieju olimpijskiego Amerykanin przegrał w kontrowersyjnych okolicznościach przed czasem. Marzył o rewanżu, ale obie strony nie dogadały się w sprawie podziału 30-milionowej puli. Nowy mistrz za pokonanie Holyfielda zarobił "tylko" 5 milionów (przy 17 milionach rywala) i tym razem liczył na więcej.

Po długich negocjacjach obie strony nie osiągnęły porozumienia. Obóz Bowe'a zaoferował podział zysków w stosunku 90 proc. dla mistrza i "tylko" 10 dla pretendenta. Kontroferta promotora Brytyjczyka zawierała propozycję podziału 75/25, ale została wyśmiana. Skruszeni współpracownicy Lewisa przystali w końcu na pierwszą ofertę, ale dowiedzieli się, że jest już za późno.

Jeśli Lennox tak bardzo chce tego pasa, to niech wyciągnie go sobie ze śmietnika – powiedział Bowe podczas pamiętnej konferencji prasowej, na której w obecności kamer wyrzucił pas organizacji WBC do kosza. Doszło do rozłamu – Lewis został nowym mistrzem tej federacji, z kolei Amerykanin wciąż posiadał wyrwane z rąk Holyfielda trofea WBA i IBF oraz status linearnego czempiona.

Promotorzy Bowe'a nie mieli sportowego pomysłu na jego dalszą karierę. Zrobili jednak dużo, aby zapewnić mu wzrost popularności. Amerykanin – jak przed laty Muhammad Ali – odwiedził Afrykę i jeździł po całym świecie. Spotkał się między innymi z Nelsonem Mandelą, Janem Pawłem II i amerykańskimi żołnierzami stacjonującymi w Somalii.

Zamiast emocjonującego starcia z Lewisem nowy czempion wolał obijać bokserską drugą ligę. W obronie tytułu zmierzył się z Michaelem Dokesem (50-3-2) i Jessem Fergusonem (19-9) – obu znokautował w kilka minut. Wobec braku lepszych opcji równo 12 miesięcy od zdobycia tytułu doszło do rewanżu z Holyfieldem. Pokonany mistrz rozważał zakończenie kariery, ale znalazł nową motywację. W międzyczasie wypunktował solidnego Aleksa Stewarta (32-4), ale o wiele ważniejsza okazała się zmiana trenera. Lou Duvę zastąpił słynny Emanuel Steward i kompletnie zmienił jego styl.

Evander Holyfield (L) i Riddick Bowe (fot. Getty)

Obaj przystąpili do rewanżu o 5 kilogramów ciężsi. U Holyfielda były to jednak czyste mięśnie, u mistrza... sam tłuszcz. Walka rozpoczęła się mimo to pod dyktando Bowe'a, ale szybko miało się to zmienić. Steward oparł taktykę na szybkości swojego pięściarza i zniwelował fizyczną przewagę czempiona. Kibice przecierali oczy ze zdumienia – tym razem Holyfield wygrywał wojnę na lewe proste, a do tego unikał sygnalizowanych ciosów rywala i umiejętnie kontrował.

W siódmej rundzie wyrównanej walki znów doszło do czegoś szokującego. Tym razem nie w kategoriach sportowych – do ringu w Caesars Palace w Las Vegas wleciał... paralotniarz! Odbił się od lin ringu i dostał się w ręce wściekłych kibiców, którzy źle zareagowali na przerwanie pojedynku...

To był hit wagi ciężkiej, a tylko ja zostałem znokautowany – wspominał po latach James Miller, który w amerykańskich mediach stał się znany jako "Fan Man". Służby porządkowe obawiały się ataku terrorystycznego. – To było istne pandemonium. Nikt nie wiedział co się dzieje – wspomina Rock Newman, promotor Bowe'a.

Po kwadransie udało się usunąć nieproszonego gościa. Wtedy pojawił się problem – co dalej? Pięściarze wciąż znajdowali się w ringu, ale Bowe myślami był przy żonie, która z emocji zemdlała i opuściła halę na noszach. Warto dodać, że była w pierwszych miesiącach czwartej ciąży... – Nie wiem co byśmy zrobili, gdyby któryś z nich odmówił dalszej walki – przyznał Marc Ratner, dyrektor komisji sportu w stanie Nevada.

Biłem się z myślami. Nie wiedziałem co zrobić, ale nie chciałem żeby ktoś nazwał mnie tchórzem... Riddick Bowe


Rewanż Bowe – Holyfield:

Rozkojarzony Bowe potrafił nawiązać wyrównaną walkę, ale w końcówce dały o sobie znać dodatkowe kilogramy. Nie był już tak dynamiczny jak w pierwszym pojedynku. Doprowadził do celu więcej ciosów (353 z 786 – pretendent 253 z 514), ale to rywal był skuteczniejszy. I właśnie to docenili sędziowie. Po dwunastu rundach punktowali niejednogłośnie (115:113, 115:114 i 114:114) na korzyść Holyfielda.

Historia stała się faktem – zwycięzca został dopiero trzecim pięściarzem, któremu udało się odzyskać raz utracony mistrzowski tytuł. Radość nie trwała jednak długo – pasy federacji WBA i IBF stracił już w pierwszej obronie z Michaelem Moorerem (34-0). Potem ze względu na problemy z sercem na moment zakończył karierę. Dolegliwości cudownie zniknęły... po wizycie u znachora. Tak twierdził sam zainteresowany. Lekarze z dyplomem przekonywali, że sprawa rozbijała się o błędną diagnozę.

Bowe również znalazł się na rozdrożach. Z braku lepszych opcji wywalczył pas nieuznawanej wówczas organizacji WBO, efektownie pokonując mocno bijącego, ale ograniczonego Herbiego Hide'a (26-0). Potem obronił trofeum w starciu z pyskatym Jorge Luisem Gonzalezem (23-0). Wciąż marzył jednak o starciu z Lewisem, ale wtedy karty rozdawał już obóz Brytyjczyka.

Siłą rzeczy promotorzy Bowe'a skierowali uwagę... w stronę Holyfielda. Za trzecią walkę obaj mieli zarobić po 8 milionów dolarów, jednak czempion federacji WBO musiał zrezygnować z trofeum, bo jego rywal obawiał się gniewu pozostałych "ważniejszych" organizacji w przyszłości.

Dopełnienie trylogii było najbrutalniejszą z trzech walk. Tym razem sędziowie punktowi okazali się niepotrzebni... W piątej rundzie Holyfield był zamroczony i wydawał się skończony. – Sędzia musi przerwać tę walkę. Ten człowiek za moment wyląduje w trumnie! – grzmiał komentujący pojedynek dla HBO George Foreman, który spędził z nim dwanaście rund w ringu. – Ten 33-latek wygląda jak ktoś, kto w godzinę postarzał się o 20 lat – wtórował mu Larry Merchant.

"Pitbull z Georgii" – jak nazwał rywala promotor Bowe'a – znów pokazał jednak niesamowite serce do boksu. W szóstej rundzie – wbrew logice ringowych wydarzeń – powalił nawet przeciwnika na deski potężnym lewym sierpowym. Bowe po raz pierwszy w zawodowej karierze znalazł się w takim położeniu, ale zachował zimną krew.

Nie miałem siły żeby go znokautować... Byłem wykończony – wspominał Holyfield. Po walce okazało się, że przystępował do tego pojedynku osłabiony wirusowym zapaleniem wątroby typu A. W ósmej rundzie postawił wszystko na jedną kartę – desperacko zaatakował i trafił kilkoma mocnymi ciosami, ale został skontrowany i sam wylądował na deskach. Kilka chwil później było po wszystkim. Riddick Bowe został pierwszym pięściarzem w historii, który znokautował Evandera Holyfielda.

Skrót trzeciej walki Bowe – Holyfield:

Po trzeciej walce wydawało się, że Bowe jest o krok od powrotu na tron królewskiej kategorii. Holyfield z kolei sprawiał wrażenie pięściarza skończonego. Wielu w obawie o jego zdrowie doradzało mu zakończenie kariery. Boks znów okazał się jednak nieprzewidywalnym i pięknym sportem – "The Real Deal" stoczył jeszcze 12 (!) pojedynków, których stawką był mistrzowskie trofea. Do dziś pozostaje jedynym w historii pięściarzem, który czterokrotnie sięgał po mistrzowski tytuł.

Bowe z kolei nagle zgasł. Po zwycięskim dopełnieniu listopadowej trylogii w 1996 roku miał wreszcie spotkać się z Lewisem. Aby podbudować wartość ich walki w oczach opinii publicznej, obaj zgodzili się stoczyć po jednym pojedynku "na przeczekanie" z wysoko notowanymi przeciwnikami.

Brytyjczyk w maju 1996 roku wyszedł do ringu z groźnym Rayem Mercerem (23-3-1) i wygrał niejednogłośnie na punkty. Bowe miał zmieść z ringu Andrzeja Gołotę (28-0) – mało znanego pretendenta z Polski z solidnym rekordem. – Jak trenować na takiego leszcza? – zastanawiał się Amerykanin. Do ringu wszedł kompletnie nieprzygotowany i najcięższy w karierze. Zbierał tęgie manto, jednak rywal miał problemy... z biciem poniżej pasa. Ostatecznie został zdyskwalifikowany w siódmej rundzie. W grudniu 1996 roku obaj spotkali się ponownie. Pojedynek miał podobny przebieg – Gołota znów dominował i znów nie potrafił oprzeć się pokusie bicia poniżej pasa.

Bowe w teorii wygrał obie walki z Polakiem, ale w praktyce momentalnie stracił to, co wypracował trzecią wygraną z Holyfieldem. Okazało się, że brutalna trylogia zabrała mu dużo zdrowia. Po wyniszczających bojach z Gołotą był wrakiem pięściarza i człowieka. Lekarze zdiagnozowali u niego problemy neurologiczne, a jego mowa stała się bełkotliwa. Pięściarz zadziwiał otoczenie zmiennością nastroju. Formę próbował zbudować zapisując się do wojska, ale wypisał się z zabawy po kilku dniach i zakończył poważną przygodę z boksem. Fortunę zarobioną na ringu roztrwonił w kilka lat i podobnie jak inni wielcy z tamtego okresu został bankrutem.

Trzecia walka Bowe – Holyfield była reklamowana jako "Ostatni Rozdział" i dla pierwszego z nich w istocie okazała się epilogiem pięknej – choć przykrótkiej – kariery. Bert Sugar – słynny historyk pięściarstwa – w rankingu najlepszych bokserskich trylogii przyznał tej pozycji trzecie miejsce. Zwyciężyli Muhammad Ali i Joe Frazier (1971, 1974, 1975) przed Tonym Zalem i Rockym Graziano (1946, 1947, 1948). Brutalny listopadowy tryptyk z lat 1992, 1993 i 1995 pozostaje niezapomnianym klasykiem złotej ery lat dziewięćdziesiątych i pamiątką po wspaniałych czasach, gdy najlepsi regularnie walczyli z najlepszymi.

Kacper Bartosiak


CZYTAJ WIĘCEJ O PAMIĘTNYCH WALKACH GOŁOTA – BOWE

Najlepszy pięściarz wagi ciężkiej w latach 90. to:
Najlepszy pięściarz wagi ciężkiej w latach 90. to:
  • 26.7%Lennox Lewis
  • 1.3%Riddick Bowe
  • 8.2%Evander Holyfield
  • 25.2%Mike Tyson
  • 35.1%Andrzej Gołota
  • 0.8%Ike Ibeabuchi
  • 2.5%George Foreman
  • 0.2%ktoś inny

Program HBO "Legendary Nights" o trylogii Bowe – Holyfield:

najnowsze opinie

Kacper Bartosiak 1996: niezapomniane wojny Bowe – Gołota

Maciej Iwański Iwański i Nowiński o występie Polek: to był turniej na "108"

Bartłomiej Rabij Dziś KMŚ. Wszyscy wszędzie chcą wygrać z Gremio

Dariusz Szpakowski W PSG nie po to wydawano tyle pieniędzy...