tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Maciej Gębala: liczę, że kibice zapomną o dawnych gwiazdach

Miał 19 lat, gdy wyjechał do Bundesligi. W Magdeburgu nie został następcą Bartosza Jureckiego, ale nie żałuje decyzji i nie wyklucza, że kiedyś tam wróci. Od 1,5 roku jest zawodnikiem Orlen Wisły Płock. Wierzy, że wreszcie uda im się zdetronizować PGE Vive Kielce, a w Lidze Mistrzów awansować do TOP 16. Najważniejszy cel w kadrze? Sprawić, aby kibice zapomnieli o medalistach MŚ – Karolu Bieleckim, Grzegorzu Tkaczyku czy braciach Jureckich.
Maciej Gębala (fot. PAP)

– W Lidze Mistrzów radzicie sobie słabo. Na chwilę oddechu możecie sobie pozwolić w Superlidze.
– Oczywiście, w spotkaniu z Elblągiem byliśmy faworytem. Była to dla nas okazja, aby przygotować się do meczu z Kristianstad. Chcieliśmy zagrać mocno w obronie, wyprowadzać kontry i to nam się udało. Przeciwnik nie był może zespołem na poziomie Kristianstad, z którym zagramy w niedzielę, ale mogliśmy sprawdzić pewne warianty, które testujemy podczas treningów, w warunkach meczowych. Zwycięstwo dodało nam trochę pewności siebie. Zdajemy sobie sprawę, że czeka nas niezwykle trudne zadanie.

– Jak podchodzicie do meczów w lidze? Chyba trudno się zmobilizować, gdy trzeba się zmierzyć ze znacznie słabszym rywalem...
– Przede wszystkim jesteśmy profesjonalistami. Wiemy, że musimy wyjść na mecz w pełni skoncentrowani. Nie możemy sobie pozwolić na lekceważenie kogokolwiek. Już w zeszłym sezonie zostaliśmy skarceni w Piotrkowie (Wisła przegrała 25:26 – przyp. red.). To dowód, że nie można odpuścić żadnego meczu w Superlidze.

– Jak pan ocenia organizację rozgrywek? Podział na grupy, różnicę punktów do zdobycia.
– W przypadku zawodników niewiele to zmieniło. Wiem, że wzorem były rozgrywki w Stanach Zjednoczonych, czyli na przykład NBA czy NFL. I tak musimy się spotkać z każdym zespołem, a po fazie zasadniczej czekają nas tradycyjnie play-offy. W zeszłym roku za zwycięstwo przyznawano maksymalnie trzy punkty, obecnie – cztery. Może w przyszłym roku będzie to pięć? (śmiech)

– Nie zastanawiacie się nigdy przed meczem, czy dziś gracie o cztery czy tylko o trzy punkty?
– Będę szczery: nie myślę o tym. W mojej głowie jest tylko jedno: chcę wygrać.

Nie chcę nic ujmować starszym kolegom, ale chciałbym, aby polscy kibice powoli zapomnieli o dawnych gwiazdach i skupili się na naszych dokonaniach. Maciej Gębala

– Chcemy wzorować się na najlepszych. W Niemczech czy Hiszpanii rozgrywki wyglądają inaczej.
– Nie tylko najlepsi, ale wszyscy grają w tradycyjny sposób i za zwycięstwa przyznaje się dwa punkty. Mało tego! W Bundeslidze zespoły grają systemem mecz i rewanż, bez fazy play-off. Nie skupiam się jednak przesadnie nad systemem rozgrywek. Dla mnie, jak zawodnika, ważniejsze, że zrezygnowano w play-off z gry do trzech zwycięstw. Dawka meczów była wtedy naprawdę zabójcza.

– Trudno uwierzyć, że w Lidze Mistrzów ciągle czekacie na pierwsze zwycięstwo.
– Jeśli ktoś spojrzy tylko na wyniki, to rzeczywiście nie wygląda to dobrze. Nasza forma mocno faluje. Na pewno kilka meczów powinno się zakończyć na naszą korzyść. Na przykład w Zagrzebiu, w ważnym momencie, nie wykorzystaliśmy rzutu karnego i zamiast prowadzić spokojnie +4, doprowadziliśmy do nerwowej końcówki i przywieźliśmy tylko punkt (28:28). Podobnie w spotkaniu z Nantes (30:32) – w ostatnich minutach mieliśmy kilka okazji. Niestety, ja także się pomyliłem. Wreszcie z Kristianstad, po słabej pierwszej połowie, po przerwie wróciliśmy do gry, wyszliśmy na prowadzenie, mieliśmy rzut karny, którego ponownie nie wykorzystaliśmy i ponownie wszystko się zepsuło. Takich przykładów mógłbym wymienić zresztą więcej.

– Dlaczego nie potraficie postawić kropki nad "i"? Brakuje doświadczenia, zgrania czy może szczęścia?
– Mamy młody zespół, ale nie chciałbym szukać usprawiedliwień. Wydaje mi się, że brakuje nam wyraźnego lidera, który w odpowiednim momencie mógłby poderwać zespół czy podkręcić grę. Dobrze, że wraca Marko Tarabochia, bo w meczu z Kristianstad przyda się trochę spokojnej głowy.

W Magdeburgu zaopiekował się nami Bartek Jurecki. Już pierwszego dnia zaprosił nas do domu, aby wspólnie oglądać... mecz żużlowy. Maciej Gębala

– A czego brakuje Wiśle, aby Płock znów świętował mistrzostwo Polski? Kibice czekają od 2011 roku.
– W ostatnim finale byliśmy blisko – przegraliśmy różnicą dwóch bramek w Kielcach i jedną w Płocku. W tym sezonie też graliśmy jak równy z równym, chociaż niestety znów przegraliśmy. Każdy z nas zna historię spotkań między Wisłą a Vive. Jeśli chodzi o mnie, to podchodzę do tych meczów jak do Ligi Mistrzów. Najważniejsze, żeby zminimalizować atuty rywali i pokazać naszą lepszą stronę. Na ich korzyść na pewno przemawia doświadczenie.

– To drugi sezon w Superlidze. Nie żałuje pan powrotu do Polski?
– Nie, absolutnie. Cieszę się, że trener Przybecki we mnie wierzy i mam wiele okazji do gry. W moim wieku to niezwykle ważne. Myślę, że w ciągu 1,5 roku zrobiłem duży krok do przodu. Teraz chcę się odwdzięczyć za zaufanie.

– Gdy w 2013 roku wyjeżdżał pan z bratem Tomaszem do Bundesligi, to zachęcał młodych zawodników do podobnej decyzji.
– Nie wycofuję się z tamtych słów. W Niemczech mecze ligowe są często ważniejsze niż te w Lidze Mistrzów. Każde spotkanie przyciąga komplet publiczności, w Magdeburgu pojawiało się na trybunach ponad siedem tysięcy widzów. Na wysokim poziomie prowadzone są treningi, zwłaszcza te motoryczne. Pod tym względem niemieccy juniorzy dominują nad rówieśnikami z Polski. Kładzie się tam duży nacisk na bieganie i zajęcia na siłowni. Do tego dochodzą zajęcia indywidualne, które w Polsce są niespotykane. Na pewno rozwinęliśmy się bardziej, niż gdybyśmy zostali w kraju.

Tomasz Gębala, brat Macieja, w barwach Magdeburga (fot. Getty Images)

– Dlaczego w takim razie nie wyszło? Zabrakło cierpliwości?
– Możliwe. Zespół grający w Bundeslidze ma do wyboru dwa cele: albo chce walczyć o europejskie puchary, czyli miejsce w TOP 5, albo skupia się na szkoleniu młodzieży. Magdeburg chciał i nadal chce wrócić na szczyt, dlatego nie było ani czasu, ani miejsca, aby wprowadzać do zespołu młodych zawodników. Teraz zaczynam to rozumieć, chociaż wtedy byłem bardzo zły, że otrzymuję od trenera tak mało okazji do gry. Nie obraziłem się jednak na Bundesligę i nie wykluczam, że kiedyś tam wrócę. Mam do wyrównania rachunki, ale na razie skupiam się na mojej karierze w Płocku.

– W Magdeburgu spotkaliście Bartosza Jureckiego i Andrzeja Rojewskiego.
– Kiedyś oglądałem mecze Bartka w telewizji, a później miałem okazję do wspólnych treningów. Byłem naprawdę bardzo szczęśliwy. Pamiętam, że się nami zaopiekował i już pierwszego dnia zaprosił nas do swojego domu na... żużel. Przyznam szczerze, że nigdy wcześniej nie oglądałem czarnego sportu, a okazało się, że Bartek jest wielkim fanem. Pokazał nam również ciekawe miejsca w Magdeburgu. Miło wspominam też Andrzeja Rojewskiego, który służył pomocą i pełnił rolę tłumacza, gdy ktoś nie znał języka angielskiego.

– W Magdeburgu był pan traktowany jako następca Bartka. Podobnie jest w reprezentacji Polski.
– Oczywiście, chciałbym kiedyś osiągnąć takie sukcesy jak on. W pewnym momencie, w wieku 17-18 lat, zaczyna się dostrzegać, że nie ma idealnych zawodników i idealnych wzorów. Przestaje się mieć jednego idola, ale od każdego chce się czerpać to, co najlepsze. Treningi z Bartkiem wiele mi jednak dały. Do tej pory pamiętam jego wskazówki i staram się z nich korzystać na boisku.

Piotr Przybecki: nikomu nie zamykamy drzwi do reprezentacji

– Mam wrażenie, że w Polsce głośniej jest o Tomaszu Gębali. Eksperci i kibice widzą w nim następcę Karola Bieleckiego.
– Nie jestem zdziwiony. Jest wysoki, ma rude włosy, dysponuje potężnym rzutem i ma papiery na światowej klasy zawodnika. Porównania do Karola nie są do końca trafione. Tomek ma zupełnie inny styl gry. Jest silniejszy niż Karol, ma większe możliwości w grze 1 na 1. Jeśli rywale nie zatrzymają go odpowiednio wcześniej, to mogą mieć kłopoty i... obudzić się nagle na piątym metrze. Wszyscy oczekują, że będzie rzucał bramki z 10-11 metrów. Jestem przekonany, że wkrótce będzie to robił.

– Jaka jest różnica między treningami Tałanta Dujszebajewa i Piotra Przybeckiego?
– Tałant preferuje styl hiszpański, z kolei Piotr niemiecki. W tej pierwszej wersji, w obronie, najważniejsze, aby wymusić rzut z mniej komfortowej pozycji, niekoniecznie go faulując. Z kolei w wersji niemieckiej, rywale nie mogą oddać rzutu bliżej niż z dziewiątego metra. Trenując pod okiem Piotra Przybeckiego czuję się jak w Niemczech. Kładzie nacisk na podobne elementy. U Dujszebajewa gra była bardziej skomplikowana. Potrzeba czasu, aby zrozumieć jego oczekiwania. Nie chcę jednak oceniać, kto jest lepszym, a kto gorszym trenerem. To jakby porównywać mnie i Tomka, a przecież gramy na różnych pozycjach. Cieszę się, że mogłem z nimi współpracować.

– Jest szansa, że kibice wkrótce zapomną o Szmalu, Bieleckim czy braciach Jureckich?
– Nie chcę nic ujmować starszym kolegom, ale... to jest właśnie nasze zadanie. Chciałbym, aby kibice powoli zapomnieli o tamtej drużynie i skupili się na naszych dokonaniach. Najważniejsze, aby zyskać doświadczenie, choćby poprzez Ligę Mistrzów. Nie powinniśmy myśleć o nazwiskach, które grają po drugiej stronie. Nawet największe gwiazdy popełniają błędy. Potrzebujemy 1-2 zwycięskich meczów z wielkimi zespołami. Mam nadzieję, że stanie się to już niebawem.

Maciej Gębala w akcji Movember

najpopularniejsze

Śladami Hakkinena i Schumachera. Kubica ma "plan B"

Złamany nos, krwiaki, siniaki… Polki po meczu z Angolą

Poobijana twarz Polki. Wypadek podczas treningu w Ramsau

Zwrot akcji w sprawie Kubicy. Koniec marzeń o powrocie?

Głosuj i wytypuj ćwierćfinalistów Ligi Mistrzów