tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Wrocław nie wierzy łzom... Śląsk 1947 – 1977 – 2017

"… Kwiaty znad Odry, gąszcze, róże,
Stukolorowe pióra pawie
W parkach Szczecina i Opola
W małych ogródkach pod Wrocławiem..."

Wiersz Kubiaka. W słuchawkach interpretacja Niemena. Pendolino zbliża się do stacji końcowej po trzech godzinach i trzydziestu czterech minutach. Znajomy dworzec. Te same długie perony. Od dziesięcioleci wita neon: „Dobry wieczór we Wrocławiu”. Bez względu na porę dnia. I wyniki piłkarzy...
Rok 2012... Piłkarze Śląska świętują mistrzostwo Polski (fot. PAP)

To miasto ma nałożone na kark trzy warstwy historii. Domy, niektóre jeszcze ze śladami kul, ocalały po nie do końca spakowanych Niemcach, żałosne budownictwo PRL, które pasowało do tych kamienic jak pięść do nosa oraz wtręty XXI wieku – stalowo-szklane budowle. Pełno tu teraz galerii handlowych. Średnia metrów kwadratowych na mieszkańca jest największa w kraju.

ŚRODA, dzień pierwszy

Ulica Grabiszyńska. Jeździł nią kiedyś niebieski tramwaj linii „16” łączący skrajne dzielnice Oporów i Sępolno. Po drodze mijał stadion Śląska. Zatrzymywał się też w połowie trasy, na rynku. Prawie zawsze był zatłoczony. W 1978 wgramoliła się do niego babcia z dwoma koszami wypełnionymi jajami. Zapytała głośno:
– Na Sępolno?
I usłyszała odpowiedź studenta:
- Nie, na Oporów!
Postawiła kosze na podłodze i rzuciła:
-To nic, będzie wracał...

fot. Jerzy Chromik Boczna Grabiszyńskiej to Oporowska. Przystanek Plac Srebrny. Nieliczni przechodnie, choć dopiero siedemnasta dnia powszedniego. Pusty stadion Śląska. Brama stoi otworem. Można deptać murawę. Déjà vu? Topole pamiętają mecze mistrzowskiego sezonu 1976/1977. Pamięta też główna trybuna, wtedy niezadaszona. Nie miała krzesełek, tylko drewniane ławki pełne drzazg.

Fotografowanie i powrót do wspomnień nie są oficjalnie zabronione, ale szybko przybiega ochroniarz:
– Pan do kogo?
– Umówiłem się z babcią Historią, ale ma przyjąć mnie jej wnuczek - Tomasz Szozda.
– Aha. Proszę ze mną...

Rzecznik prasowy, najmłodszy w ekstraklasie, wychodzi naprzeciw. Zaprasza do pustej sali konferencyjnej. Na jednej ze ścian wyblakłe w ramach zdjęcie mistrzowskiego zespołu z roku 1977. 40 lat minęło jak jeden mecz. Kawa, herbata, ciastka, cola. Tomek czuje się dziwnie pytany o życiorys, a nie o klub. Nie pochodzi z kolarskiej rodziny Szozdów. O ściganiu kolarzy w Wyścigu Pokoju wie niewiele, ale obiecuje daleko idącą pomoc. Umówi rozmówców, godzina po godzinie. Na jutro!

Wieża Stadionu Olimpijskiego (fot. Jerzy Chromik) Zapada zmierzch. Na Sępolno wciąż jeździ „17”. Dowozi pod Stadion Olimpijski. Ostatni odcinek trasy przebiega przez park. Stare wagony w latach 70. nie miały drzwi automatycznych, więc ci odważni siedzieli przy otwartych, na schodach. Tak docierali na mecze wiosenne, nie tylko studenci. Z transparentami – „Śląsku, Śląsku ty nasz, pokaż światu jak w piłkę grasz”. Andrzej, przyjaciel ze studiów, udaje przewodnika po zapomnianych faktach. Co kilka minut zadaje to samo pytanie:
– A pamiętasz...
– Szczerze? Nie pamiętam...
– Raz mecz z Lechem był na Stadionie Olimpijskim. Siedzieliśmy w sektorze pod wieżą z zegarem. Po wyjściu wpadła nam w oczy dostawcza nyska z poznańską rejestracją. Trudno było ją przewrócić. Nie wiadomo dlaczego przeszkadzała. Mecze z Lechem miały coś ze „Świętej wojny”. A na Oporowskiej Tadek dostał w plecy butelką. Tam ryzyko było jednak większe...

Przerywa, bo musi sięgnąć po papierosa. Pali od egzaminu z filozofii na pierwszym roku.

– A pamiętasz naszych idoli? W bramce Zygmunt „Kali” Kalinowski, w środku Zygmunt Garłowski i Tadeusz Pawłowski, a na skrzydle Janusz Sybis. Ten był jak iskra. Co to za czas! W 1977 klub miał najlepsze drużyny w Polsce w trzech grach zespołowych – nożnej, ręcznej i koszykówce. A przecież nad siatką mocni byli jeszcze ci z Gwardii, wygrywali żużlowcy Sparty na granitowym torze Stadionu Olimpijskiego. Z takim miastem trudno było się nie identyfikować, jak ktoś kochał sport.

CZWARTEK, dzień drugi

Nie ma jeszcze asystentki prezesa, ale pokój przyjęć jest otwarty. Na ścianie pamiątkowy gobelin.
– To tu piłkarze podpisują kontrakty – zdradza rzecznik.
– Rozgość się, zaraz przyjdzie Piotr Celeban.

Piotr Celeban (fot. PAP) Kapitan wchodzi w „stroju roboczym”, bo wkrótce zaczyna się trening.
– Trafiłem tu z „brazylijskiej” Pogoni w 2006. We Wrocławiu właścicielem był Edward, a w Szczecinie Antoni. Bracia Ptakowie decydowali o naszych losach.
– Tak urządzony jest nasz świat, pomagać musi bratu brat...
– Musiałem przekonać do siebie trenera Ryszarda Tarasiewicza. „Podpasował” mu chyba mój profil. Zostałem przeniesiony tu na pół roku.
– Potem było jak w refrenie piosenki: – Ci odlatują, ci zostają.
– Musiałem wrócić do Szczecina. Rok pograłem w Pogoni, rok w Koronie i przyjechałem znów do Wrocławia. Śląsk był mi po prostu pisany. A miasto spodobało się mi od pierwszego obejrzenia.

Tak jak Sebastianowi Mili, który opowiada po latach, że zanim podpisał kontrakt został wysłany z żoną na spacer po Świdnickiej, Kuźniczej i Szewskiej. Gdy wrócili Tarasiewicz zapytał: - I jak, cudny zakątek świata? Podpisujesz? Gwarantuje ci, że w 2012 zrobimy "majstra". Nie doczekał tego tytułu na stanowisku. Może dlatego, że wiedział za dużo...

Najtrudniejsze dwa tygodnie przeżył w klubie, gdy po czerwonej kartce wrócił i w kolejnym meczu znów zobaczył czerwoną. A najpiękniejsze? Sekundy, minuty, godziny i dni po mistrzostwie Polski w 2012. Wierzy, że przeżyje to tu raz jeszcze, może nawet za rok. Zaprzecza, że rządzi szatnią. Pilnuje tylko, by była szczelna i nic nie wyciekło. Nowi przyjechali tu nie dla pieniędzy, ale dla Urbana. To megapozytywny gość, gwarantujący niepotrzebnym gdzie indziej być może ostatnią szansę w karierze. Dziś zespół to mieszanka wedlowska, ale nie każdy jest „bajeczny”.

Piotr trenował za młodu judo, szedł śladami ojca, który był srebrnym medalistą mistrzostw Polski. Akurat we Wrocławiu, w 1986. To miasto było chyba pisane Celebanom. Nie żałuje tamtego rozstania z tatami. Jest pewien, że będąc piłkarzem wykonuje najpiękniejszy zawód świata. Do tego w miejscu, którego nie chce opuszczać. Zapewnia o tym przy pożegnaniu.

Daleko od szosy

Kolejny rozmówca to Dariusz Sztylka. Najpełniejsza z możliwych karier klubowych. Urodził się nieopodal stadionu, rok po pierwszym mistrzostwie piłkarzy. Już jako kilkulatek pokonywał nasyp kolejowy i był pod płotem. Trzeba było znaleźć dziurę, bo obiekt wojskowy był silnie strzeżony przez żołnierzy. Gdy zmylił czujność, mógł stąpać po trawie, po której biegali na treningu Tarasiewicz, Prusik, Król, Rudy…

Dariusz Sztylka (fot. PAP) Potem trochę kluczył w karierze. Wreszcie trafił do Śląska. Z Polaru. Był początek XXI wieku i... pasma nieszczęść. Spadał z kolegami dwa razy. Rok po roku. Potrafili nie płacić tu przez kwartał. Nie głodował, bo przy rodzinie łatwiej przeżyć „za te polskie dwa tysiące”. Żona masażysty gotowała gar zupy i karmiła tych spoza Wrocławia. Odżywki? Masażysta Jarosław Szandrocho rozpuszczał po cichu witaminę C lub lemoniadę w proszku.

„Chemia” ważniejsza była od fizyki i finansów. Na meczach wyjazdowych mieli tysiąc kibiców z Wrocławia, a rywale mniej niż stu miejscowych. Wspomnienia zachowa dla wnuka. Szatnie szkolne, rozbierali się jak na WF. Po meczu, na koszt klubu, prawie pół roku jedli hamburgery. Czasami dostawali 1000 złotych dla drużyny na pizzę.

Zdrowie też było drugoligowe. Po zerwaniu przyczepu mięśnia czworogłowego, zamiast półtora miesiąca przerwy, aż siedem i kolejna operacja, podczas której lekarz wojskowy przeciął niechcący nerw. Niemożliwa była rekonstrukcja. Miał dwa mięśnie zamiast czterech przez osiem lat kariery. Opowieść na dobrą książkę.

Korupcja? Nigdy niczego nie podpisywał, ale coś było na rzeczy. W Łęcznej nie mogli liczyć na więcej niż remis, w Gdyni trudno było nawet aut wyrzucić. Mieli jednak szczęście w tych złych czasach. Byli za biedni, by kupić punkty, za słabi, by od nich kupowano. Rywalom wystarczali zjednani sędziowie.

Śląskowi oddał najlepsze lata. Odpływy i przepływy, albo inaczej – okrężna droga na szczyt. Powrotny awans do ekstraklasy, feta na wrocławskim rynku, no i to najważniejsze święto, po wywalczeniu mistrzostwa w 2012. Odkryty autobus, przejazd Świdnicką, ludzie w oknach. Za mistrzostwo kraju klub nie zapłacił jednak od razu. Kwoty nie pamięta, nie były to „brutalne pieniądze”. Czekał na nie dość długo. Do sądu warto iść jednak za każdymi. Po zakończeniu kariery dostał propozycję z kategorii do odrzucenia. Asystent trenera juniorów za 1200 złotych. Poszedł na swoje, udowodnił, że może szkolić prywatnie. Otworzył z przyjacielem akademię dla dzieci. Klub zauważył ją po latach. Zaproponowano mu powrót pod stary szyld.

Kronikarz, nie anonim

Filip Podolski miał 11 lat, gdy poszedł na pierwszy mecz Śląska w ekstraklasie. Połknął bakcyla. I podróżuje nie tylko po Polsce. Także po miastach europejskich pucharów. Jako biedny student znalazł się kiedyś w Rzeszowie na godzinę przed spotkaniem Śląska w Stalowej Woli. Zdążył, wydając połowę stypendium, 200 złotych za taksówkę. Od ponad 17 lat nie opuścił meczu wyjazdowego drużyny. Przylatywał na dobę, jechał do Białegostoku i wracał do pracy na Wyspy.

Schody do historii (fot. Jerzy Chromik) Przeżył cztery spadki, jeden nawet do III ligi, ale dzięki temu tyle samo awansów. Po pierwszej degradacji nie targnął się na życie, choć po 20 latach występów Śląska w ekstraklasie nikomu nie było do śmiechu.
– To była nasza mała wrocławska smuta, jak po powstaniu styczniowym. Na ostatni mecz pojechaliśmy do Katowic ubrani na czarno. 90 minut dopingu przez łzy.

Nie opuścił żadnego spotkania, nawet tych w III lidze. Jeździł do podwrocławskich wsi i miasteczek, takich jak Marcinkowice i Wielka Lipa. Pamięta, że w Wielkiej Lipie wygrali po mękach 3:1. Obejrzał ponad 60 meczów ligowych, dwa barażowe oraz wszystkie o Puchar Polski na szczeblu okręgu.

Zgromadził też najwięcej danych z historii klubu, wciąż szuka nowych, dociera do źródeł, o których nikt nie wiedział. Napisał książkę „Śląsk Wrocław. 30 sezonów w ekstraklasie”, bezcenną dla każdego sympatyka WKS. Nie bez satysfakcji wręcza ją przy pożegnaniu z dedykacją. Gdyby każdy klub mógł liczyć na takiego kronikarza nie byłoby aż takich sporów wśród statystyków w naszym futbolu.

Musztarda przed obiadem

Trener wchodzi do pokoju prawie z drzwiami. Pada w ramiona.

Jan Urban (fot. PAP) – Cześć Jurek!
– Cześć Janek. Nie udało się spotkać w Warszawie, to przyjechałem do Wrocławia.
– Jestem trenerem, żaden kierunek nie jest mi straszny. Wiedziałem, jakie są tu problemy. To było wyzwanie, więc jestem!
– Mało brakowało, a by Cię nie było. Gdyby kontrahent Andrzej Kuchar dogadał się z miastem...
– Chodzi ci o zamieszanie z Probierzem? Zamknijmy ten temat!
– Przyjechał, by Cię wygryźć?
– Nadal normalnie żyję z Michałem. Miałem tylko inne zdanie na temat przyszłości zespołu...
– A pamiętasz nasz ostatni wywiad „Sombrero dla teściowej” po twoim powrocie z Mexico 86?
– No pewnie, mama długo była obrażona, że jej też nie przywiozłem.
– Jak poukładałeś ten zespół, że wygrał i z Lechem, i z Legią?
– Wiem, o co biega w tym fachu. To mój autorski pomysł. Wszyscy, poza jednym piłkarzem, znali polską ligę. Tu, we Wrocławiu, właściwie nie ma skautingu, jest biednie...
– Ale płacą ci w terminie?
(Zapada cisza, Janek chyba unika odpowiedzi, zmienia temat)
– Latem była trudna sytuacja. Wybór padł na niesprawdzonych graczy.
– Listę życzeń sam ułożyłeś?
– Jak bierzesz z zewnątrz ligi, to jest o wiele trudniej. Przyszli do nas po 16 czerwca, nie... Vacek dopiero w czasie ligi dotarł. – Każdy z innej parafii.
– Ale szatnią ich połączyłem.
– To taki patent?
– Najprostszy. Tobie się nie udało, mnie też się nie udało, spróbujmy raz jeszcze. My tu chcemy grać w piłkę, a nie tylko walka i jazda na pupach. Nigdy nie będę takiej piłki firmował.
– Pięknie nie będzie przez cały sezon.
– Wiem, późną jesienią i wiosną trzeba będzie pokazać cojones.
– Atutem gra zespołowa?
– Wielu moich ma profil indywidualisty: Kosecki, Pich, Madej lubią przetrzymać piłkę. Zrozumieli jednak, że muszą się pilnować, że mogą bawić się piłką, ale tylko w określonych strefach boiska, przy korzystnym wyniku.
– Co dalej ze Śląskiem?
– Będziemy zespołem i zobaczymy, co z tego wyniknie.

Gabinet Pana Tadeusza

W gabinecie dyrektora akademii piłkarskiej sporo pamiątek. Gospodarz Pawłowski wyłącza komórkę, bo rodzice skrzatów nie daliby powspominać.

Tadeusz Pawłowski (fot. Jerzy Chromik) – Mieszkając na Kruczej, najkrótszą drogę miałem na stadion Śląska, ale Pafawag był też blisko, za górką. Kumple z podwórka wybrali treningi w tym drugim, to poszedłem za nimi! Ale na mecze Śląska chodziłem od dziecka. Na wyjazdowe nawet jeździłem z ojcem ciężarówką. Miała ławki drewniane w poprzek, pod plandeką. Na Oporowskiej podawałem piłki zza bramki, wtedy grali "za spocznij" przeważnie żołnierze czynnej służby, którzy wieczorami chodzili na przepustki przez moją Kruczą.

Trenował w Pafawagu, marzył o Śląsku, a znalazł się w... Pewnego dnia podjechała pod dom czarna wołga z naczelnym inżynierem kopalni i jednocześnie trenerem. 35 tysięcy na książeczkę mieszkaniową, do tego kawalerka w centrum Wałbrzycha, wieczorowe technikum górnicze, a potem matura. Po 3 latach bił się o niego nie tylko Górnik Zabrze, mający w składzie Szołtysika i Lubańskiego. Także ŁKS, Gwardia Warszawa i... Śląsk. Prezes tego ostatniego zdobył drogą partyjną kartę zawodnika, zwolnienie z Wałbrzycha położył na stół, a pod stołem postawił czarną teczkę z forsą. Tadek nie wiedział, ile w niej jest. W następnym tygodniu żona wybierała już mieszkanie z puli prezydenta miasta. Kompleks "dolarowców" - bloków przy Placu Grunwaldzkim. Trzy pokoje, około 80 m2, niedługo potem dwa telefony stacjonarne, marzenie przez 20 lat każdego Kowalskiego w PRL. Pod Pawłowskimi zamieszkali państwo Żmudowie. Kolejna wizyta w sekretariacie klubu. Do dwóch kieszeni swetra włożył gotówkę, 250 tysięcy - na szczęście w dużych nominałach - i wrócił przez nikogo nieniepokojony piechotą do domu. Takie były czasy bez kont bankowych...

Zrobił dobrze. W 1976 wywalczył z zespołem Puchar Polski, rok później mistrzostwo, a następnie wicemistrzostwo kraju. W losowaniu europejskich pucharów też mieli szczęście. "Wyciągali" dobre kierunki handlowe. Tylko raz Bułgaria, a tak to Szwecja, Islandia, Cypr...

Handlować, nie umierać! Niby piłkarze klubu LWP nie powinni podlegać kontrolom celnym, ale byli "trzepani" na równi z przemytnikami. Nawet po powrocie z NRD zabierano im marki. Innym razem, na Okęciu, czterech trafiło na „osobistą”, zabrali im po symboliczne sto dolarów wiezione na coca-colę do Aten. Kara? Zakaz wyjazdów zagranicznych.

Tadek nie miał smykałki do szmuglowania, co smuciło sąsiadów i rodzinę, ale nie kolegów. Jechał objuczony ich nadprogramowym towarem. W Antwerpii, po remisie u siebie 1:1, sprzedawali na deptaku w dniu rewanżu wódkę, kryształy oraz kawior od sojuszniczej armii z Legnicy. Wieczorem rozegrali najlepszy mecz w europejskich pucharach. Awansowali... Na kolejny szlak przemytniczy.

Czego nie zapomni do końca swych dni? Gola z Liverpoolem na Stadionie Olimpijskim we Wrocławiu. Bramki pilnował Roy Clemence. Tadek miał trochę szczęścia, ale gol z kategorii stadiony Europy. Przepiękna! Zygmunt Garłowski dośrodkował z wolnego. On zdecydował się na wolej z około 16 metrów. Nie trafił czysto, piłka nieco zeszła z buta, bo chciał posłać ją przy bliskim słupku, a wpadła przy dalszym.

A dziennikarze pytają go od dziesięcioleci tylko o jedno. Zmarnowany rzut karny wart mistrzostwa. Był koniec sezonu 1981/1982, w ostatniej kolejce do Wrocławia przyjeżdżała Wisła Kraków, której punkty nie były potrzebne, ale złotówki jak najbardziej. Śląsk miał punkt przewagi nad Widzewem i gorszy bilans bezpośrednich spotkań. Z krakowianami skontaktowali się Śląsk i Widzew, a Wisła stwierdziła, że zagra swoje i... tak wyjdzie na swoje.

Niby nie ma już nic do ukrycia, ale niechętnie do tego wraca. Wiele jest niedomówień, a prawda tylko jedna. Róg był umówiony z bramkarzem. Ten miał rzucić się w przeciwny, ale... skorzystał z przedmeczowej podpowiedzi pomocnika i obronił. Tadek żałuje, mieli silny zespół, wygraliby spokojnie.

Czego jeszcze żałuje? Gdy ostatnio był trenerem wrocławian i zwolnili mu sztab, to jako pierwszy szkoleniowiec pozostał.
– To jeden z moich największych błędów życiowych… – spuszcza głowę.

Wciąż czeka aż jakiś pomocnik, a nawet napastnik poprawi jego rekord klubowy 63 bramek w ekstraklasie. Do tego dodać trzeba 15 goli w Wałbrzychu, co daje 78. Grał w europejskich pucharach i prowadził w nich drużynę. Jako jedyny w Śląsku, ale teraz wszystko to jest najmniej ważne. Zajmuje się chorym synem. Pierwszego stracił w wypadku.

Kieszonkowy skrzydłowy

Po wykładach chodziliśmy na Sybisa. Skrzydłowy Śląska był szybszy od wszystkich obrońców. Drybler prawie doskonały, umiejący zwieść każdego. Nieuchwytny, uwielbiany, po prostu idol. Rzecznik ostrzegał. Rozmowa z panem Januszem nie zajmie dłużej niż kwadrans. Jest małomówny...

Czeka w salce konferencyjnej.

– Chciałem ci po 40 latach podziękować za wszystkie wzruszenia, za rajdy, gole i... także za te niewykorzystane sytuacje. Chodziłem przez pięć lat na mecze dla ciebie.

Spuszcza głowę.
- Nie jestem mówcą, zawsze byłem od grania...
– Opowiem ci historyjkę. Skrzydłowy A-klasowy opowiada Poniedzielskiemu. Panie Andrzeju, biegłem 30 metrów wzdłuż linii bocznej, mijałem rywali jak tyczki. Gdybym ja wtedy miał piłkę...

Wybucha śmiechem.
– Dobre, dobre!
– Ty przeważnie miałeś, mijałeś przeciwników z piłką przy nodze. Dłonie bolały od oklasków.

Przyjechał do Wrocławia z rodzinnej Częstochowy. Babcia ustawiła się w nowym mieście, potem ściągnęła córkę z dwoma synami. Mieli po 6-7 lat. Pod nowym adresem Janusz wychodził z kundelkiem na Pereca. Siadał na ławce i patrzył, jak wyżsi rówieśnicy kopią piłkę. Potem psa zostawiał. Któregoś dnia usłyszał: – Chodź mały, brakuje nam jednego.

Był wstydliwy, nie chwalił się, co umie zrobić ze sznurowaną piłką, ale gdy zaczął mijać wyższych od siebie jak słupy, jeden z ośmieszonych zaproponował: – Mały, jedź z nami na Olimpijski. Później kolega, uznany trampkarz na Oporowskiej, zabrał go na trening Śląska. Dość szybko zadebiutował...

Ciągle miał kłopot z doborem koszulki. Wszystkie były za duże, a jak taka namokła, to sięgała mu do kostek. Wyróżniał się techniczne, dryblował jak nikt. Szybko awansował do trampkarzy starszych...
– Czy widzisz podobieństwa tamtego Sybisa z tym Messim?
– Szczerze? Widzę! Ta sama łatwość prowadzenia piłki. Przyspieszenie, środek ciężkości obaj mamy nisko. Też byłem niewywrotny, umiałem dryblować. Moimi wzorami byli wtedy jednak Keegan, Tahamata i Simonsen... W Polsce podobnie grał, ale był wolniejszy Szołtysik.

Nigdy nie upominał się o pieniądze. Pierwszą gotówkę dostał w 1973 roku za awans. Owszem, kwitował co miesiąc zakładowe pieniądze za 5-6 etatów. Podpisywał też za innych. 2000 złotych zatrzymywał dla siebie, resztę przekazywał kolegom. Płacili mu Mostostal i Transbud. Były premie, trzynastki, utrzymywał więc rodzinę. Dobrze pamięta tamte fikcyjne wypłaty. Stawał w kolejce do kasy, ale szybko rozpoznany słyszał: – Panie Januszu, proszę poza kolejką. - Ty, to Sybis, Janusz Sybis! Nigdy nie nazwano go darmozjadem, który powinien oddać pieniądze. Był idolem szarego robotnika!

Najważniejszy wyjazd? Ten pierwszy na Zachód, do Cannes, na Lazurowe Wybrzeże. Zobaczył drzewa palmowe, panienkę w bikini z tygrysem na plaży. Był tam najlepszy w turnieju. Gdy wrócił, to nie mógł przez tydzień dojść do siebie. Zaszył się na Brochowie u babci i nie wychodził z domu. Gdy wychylił nos, usłyszał:
– Ty gówniarzu, my cię szukamy już trzy dni. Masz powołanie na turniej do Korei Północnej!

Poleciał. Zobaczył drugi biegun świata. Było gorzej niż w PRL. Komu się nie podobał tamten reżim, to rzeźbił w kamieniu albo robił wykałaczki. Wracali samolotem nad Murem Chińskim. Bardzo bali się zestrzelenia.

Grał trochę w zespole Kazimierza Górskiego. Gadocha po lewej stronie, Sybis po prawej. Z Deyną dzielił nawet pokój. Na początku mówił do niego panie Kazimierzu, ale usłyszał: – Mów mi Kaka albo Kaziu. Łączyła ich słabość do kobiet. Deyna brał do ręki dezodorant, na kark nowy ciuch i znikał, bo wolał zmienne fragmenty gry miłosnej od stałych fragmentów boiskowych, powtarzanych wielokrotnie na treningach. On to umiał jak nikt inny. Odnaleźli się po latach w USA. Deyna był w San Diego, Sybis grał w Pittsburghu. Przy okazji meczów szli na wspólny obiad lub kolację. Kaka zabierał często gościa na granicę meksykańską. Obaj byli rozrywkowi, nad wyraz kochali życie...

Pierwsze stacje benzynowe otwarte całą dobę zobaczył w Cannes, ale kieszonkowe nie pozwalało na wielkie zakupy. Janusz nie handlował, ale przemycał innym kryształy i kawior z Legnicy. Nigdy nie zarobił za dużo, bo "trzepali" na odprawach. Innych brali na osobistą, ale lepiej bez nazwisk.

Liverpool na Stadionie Olimpijskim to było wydarzenie nie tylko w mieście i regionie.
– Boisko było trudne, Anglicy mieli po trzy pary butów, a my tylko wałbrzyskie "lanki". Płyta była jeszcze podgrzewana, ale coś się zepsuło. Ślizgaliśmy się jak dzieci. Gole straciliśmy w 60. i 73. minucie. Skończyło się jeden do dwóch. Władek Żmuda grał po zastrzykach, kazano mu grać oszczędnie, bo był potrzebny reprezentacji narodowej.

Sybis obrusza się, gdy słyszy, że przez sport prowadzi najkrótsza droga do kalectwa.
– Patrz!

Podwija obie nogawki.

fot. Jerzy Chromik – Mam golenie jak niemowlak. Żadnych śladów po faulach. Byłem za szybki dla obrońców. A grałem bez ochraniaczy. Trener Lenczyk kazał mi wkładać „dechy” pod getry. Sprawdzał po meczu w szatni. No to dawałem po drodze trampkarzowi, a on oddawał mi po meczu. Źle przysłużyła mi się tylko ta "halówka" w Stanach. Musiałem ratować ostatnio biodra. Wstawiono mi dwie endoprotezy i teraz chodzę jak dawniej. Mogę pokopać, ale grać nie chcę. Za duże ryzyko. Zrobiłem operacje, bo idąc kołysałem się i podejrzewano, że pochlałem albo byłem na dyskotece… A piłem zawsze z umiarem! Piwa nie lubiłem, wolałem drinki, wódka z oranżadą lub sokiem. 48 h przed meczem była jednak całkowita abstynencja. Organizmu nie można było oszukać. Ci, co nadużyli procentów, to po tzw. schodach i płotkach od razu wymiotowali na treningu.
– A seks w noc przed meczem?
– Tak, zamykali nas, ale to było bez sensu, bo jak ktoś chciał, to do pokoju zawsze wprowadził niewiastę. Zawsze na boku była jakaś studentka, nie trzeba było płacić, wystarczał autograf na plecach. Szybka gra, szybkie samochody i ładne, szybkie kobiety. To były moje żywioły.
Wyciąga smartfon.
– Patrz, obecna partnerka, młodsza ode mnie. Podoba ci się?
– Ładna...
– Jestem z nią od 20 lat. Raczej ostatnia.

Agnieszka ma dziś 46. Wygląda na mniej. Jak poznał? Był prawie po rozwodzie, jeździł więc na kawę i „polowanko” do dyskoteki na Borowskiej. Siadał w rogu i obserwował samotne pod wieczór. On nieśmiały, one były dwie, przychodziły zawsze razem. Agnieszka i Renata. Czekał, aż któraś pójdzie do toalety i podchodził do drugiej z zaproszeniem na poczęstunek.

– A czy mogę razem z koleżanką? – słyszał w odpowiedzi.
Kiedyś szły wzdłuż parku, podjechał maluchem.
– Czy mógłbym bezinteresownie podrzucić panie na Kazanów? Zgodziły się po krótkim wahaniu.
Nazajutrz zaprosił je do Monopolu, nie mieli rezerwacji, ale nie ma kelnera w mieście, który nie wpuściłby go poza rozdzielnikiem.
– Dzień dobry panie Januszu, zapraszamy do środka.
Panie długo nie wiedziały, czy to aby nie policjant w cywilu, skoro nie ma przed nim zamkniętych drzwi.
Gdy zaproponował wycieczkę do Karpacza, zapytały zdumione:
– Maluchem?
– Nie, pożyczę od kolegi audi 80.

To było jego drugie auto, ale ukrywał to, bo nie chciał szpanować.

Zanim Renata wyjechała do Stanów, minęło kilka tygodni. Agnieszka wreszcie została sama. No, nie do końca! Od tamtej pory są razem. Ona ma dobrą pracę, sumuje kwoty mandatów w drogówce. Obejrzeli kiedyś film Wojciecha Smarzowskiego. Nie mieli uwag.

– Włosy zawsze miałem długie, ale nie naśladowałem Keegana. Były kręcone, musiałem zakładać nawet siatkę na noc. Kiedy wyszły? Nawet nie zauważyłem. Pewnie po karierze przez ciągłe czesanie. Zawsze miałem lusterko i grzebień w tylnej kieszeni. Teraz na ostrzyżonych na zero z przodu nie zwracają już uwagi, ale za mojej młodości panienki nie lubiły łysych.

Po powrocie ze Stanów wziął rozwód, bo nie układało się z pierwszą, typowa różnica charakterów. Ma syna i córkę z pierwszego małżeństwa. 20 lat nie bierze alkoholu do ust, bo jak twierdzi "wóda to zguba". Koledzy są jak stawiasz, a w PRL jak ktoś nie pił, to donosił. Dziś potrafi znaleźć się na weselu, nawet bez piwa. Nigdy nie palił papierosów. Raz spróbował wioząc mamę. To był biały fiat 125p. Okno zaparowało, dostał torebką w głowę, bo omal nie skończyli w rowie. Innym razem chciał zaszpanować wioząc studentkę w mini spódniczce. Była oparta bokiem o drzwi, zrobił nawrót, a ona wypadła z auta… Dobrze, że miała na sobie wzmocnioną kurtkę kadry Górskiego na MŚ w 1974.

Janusz Sybis (fot. Jerzy Chromik) Medal za mistrzostwo Polski, ale premii nie pamięta, nigdy nie liczył banknotów. Wyznawał zasadę, że ma i nie pożycza. Kupował ciuchy z Peweksu, z wyjazdów zagranicznych przywoził suweniry dla kochanek. Akademików było w latach 70. w bród. Przy Placu Grunwaldzkim stał długi, miał neon. Nie zawsze paliły się wszystkie litery. W haśle „Młodość, nadzieja i uroda miasta” zgasło kiedyś „r” i za nim „o”.

Powszechnie rozpoznawalny piłkarz mógł zmieniać partnerki jak rękawiczki. Podjeżdżał od tyłu pod akademik i włączał klakson. Schodziły pojedynczo. Teraz jest pewien, że najwięcej złotówek podniesionych z trawy wydał na kobiety. Takie czasy… Kraj szary, smutny, ale wrocławskie studentki niezapomniane. Świdnicka kipiała urodą.

Gole? Dużo! Ponad 100 bramek. Był królem strzelców II ligi, a w I strzelał po kilkanaście w sezonie. Zawsze lepsza była prawa noga, ale zamykając akcje, więcej bramek zdobył lewą! Wspólne wyjścia „w miasto” z kolegami go nie interesowały. Chodził jak kot swoimi ścieżkami. Najczęściej do Hali Ludowej, gdzie była dyskoteka z automatami. Jednoręki bandyta to drugie hobby, które zabierało dużo pieniędzy. Per saldo wyszedł jednak z hazardu na zero.

Nie narzeka na zdrowie, a cmentarzy nie lubi. Ojciec spoczywa w Częstochowie, brat w Głogowie. O śmierci nie myśli, żyje każdym dniem. Mecze Śląska ogląda sam w pokoju. Agnieszka ma seriale w drugim.

Te endoprotezy nie należały do tych najtańszych refundowanych przez NFZ. Są ponoć wyjątkowe.
– Jak chcesz, to pokażę ci te same zwody i zwroty, co w latach 70.
– Poczekaj, spróbuję to nagrać, bo nikt nie uwierzy...

Zabolało? Trochę, taki punktowy ból. No to dajmy sobie spokój z pokazem...

Dopił butelkę wody mineralnej, przemierza korytarze budynku klubowego. Na ścianach sporo fotografii drużyn z XXI wieku. Mistrzowie z 2012 są bogato reprezentowani.
– Smutno mi, że nie ma naszych czarno-białych chłopaków z lat 70.

PIĄTEK, dzień trzeci

Plan był ambitny. Wspólne obejrzenie wyjazdowego meczu Śląska w miejscowym pubie, w towarzystwie piłkarzy z różnych dekad historii zespołu. Tadeusz Pawłowski musiał jednak zająć się chorym synem, bo akurat tego dnia zwolniła się opiekunka. Darek Sztylka miał do 19 trening przy Stadionie Olimpijskim.

Waldemar Prusik (fot. PAP) Przyszedł tylko Waldemar Prusik. W pubie sieć Plus była na minus. Zero zasięgu, więc pan Waldek długo nie mógł znaleźć lokalu, bo wejście schowane. Na ścianach dziesięć telewizorów z dostępem do kanałów sportowych. Do piwa wyłącznie paluszki lub czipsy. Nic na ciepło. A mimo to zgromadziło się ponad 30 kibiców WKS, dziewczęta i chłopcy z klubowymi szalikami. Obywa się jakoś bez przekleństw.

Śląsk był dla Prusika od dziecka numerem jeden w regionie. Kolega z klasy zapisał się do trampkarzy, odczuwał zazdrość, więc na następny trening poszedł już z nim. Miał jedenaście lat i tak to się potoczyło aż do końca kariery. Na seniorów chodził regularnie, podawał nawet piłkę na Stadionie Olimpijskim podczas meczu z Liverpoolem. Co zapamiętał? Anglicy mieli inne, lepsze buty i mniej się ślizgali. A najsmutniejszy mecz? Ten z krakowską Wisłą w 1982 roku, gdy stracili mistrza Polski. Ale o tym opowiadał już Tadeusz Pawłowski. Niezapomniany był też finał PP! Najlepsze występy to te przeciwko Pogoni. Śląsk miał patent na szczecinian. Na Legię już nie, ale raz wygrali 3:0, gdy występowali w niej Dziekanowski i Kazimierski.

Dziś jako emerytowany gracz nie ma karnetu na spotkania ligowe i pucharowe. Owszem, odczuwa potrzebę bywania na nowoczesnym stadionie, ale nie docenia się byłych piłkarzy. Niektórzy, bardziej rzutcy, są zapraszani, przychodzą, ale siedzą dwa, trzy piętra nad lożami VIP. Interweniował nawet w tej sprawie i czeka na odpowiedź. Klub nie dysponuje najdroższymi miejscami. Są w gestii spółki Stadion Wrocław. Józef Kwiatkowski, napastnik z mistrzowskiego zespołu 1977, nie czeka jednak na porozumienie dwóch miejskich spółek. Płaci po kilkaset złotych za mecz w strefie VIP, bo lubi komfort, a go na to stać...

Lista nieobecnych

O 70-leciu klubu było głośno przez kilka godzin. Na mecz z Legią zaproszono bowiem kilka pokoleń graczy. Można było odnieść wrażenie, że klub rozpoczął z fasonem obchody jubileuszowe. Pan Waldek prostuje: – To stowarzyszenie kibiców, nic nie wiem by to klub, zorganizowało nam spotkanie w pomieszczeniach pracowników. Żadne sale VIP. Niektórzy koledzy pokonali po kilkaset kilometrów, żeby powspominać na własny koszt. Nocowali u rodziny lub przyjaciół, poczęstunek był na miarę ambitnych organizatorów - zawiesza głos.

– Może następne obchody będą już z dostępem do strefy VIP i uroczystą kolacją – nie traci nadziei.

Goście wrócili do domów z niedosytem. Ani prezydent miasta, ani prezes klubu nie mogli się spotkać. Czy ktoś wyciągnie wnioski z afrontu? 70 lat minęło... Coraz dłuższa jest lista tych, którzy nigdy nie przyjadą: Marciniak, Szarek, Jarecki, Kowalczyk, Zygmunt Garłowski. Dziś trudno mówić o przywiązaniu do barw, nikt nie będzie tak jak Prusik grał 19 lat pod tym samym adresem, więc na stulecie może już nikt nie przybyć...

Prezes nie zaprasza zbyt sentymentalnych do gabinetu. Nie dba przesadnie o PR. Oblicza teraz przychody z każdego dnia meczowego, likwiduje absurdalne zderzenie interesów ratusza. Ma być swoistą klamrą spinającą dwie spółki – Stadion Miejski i Wrocławski Klub Sportowy. I remedium na całe zło. Kiedyś Krzysztof Wągrodzki napisał po powrocie do redakcji "Sportowca" pierwsze zdanie reportażu: – Choć z prezesem Kowalskim wypiliśmy litr wódki, to jednak w klubie nie dzieje się dobrze...

SOBOTA, dzień 4

Umówiony w środę kibic, niezadowolony z tego co dzieje się w klubie, odwołał esemesem spotkanie w hotelu. Obawy? Pozostały ostatnie dwie godziny w mieście młodości. Jest czas na wizytę w sklepie z wątpliwymi pamiątkami. Kubek z nielegalnym znakiem towarowym za 35, koszulka na 70-lecie, bezpośrednio od producenta, za 199 złotych plus nazwisko z numerem płatne ekstra.

Ostatnia czynność przed odjazdem. Odbiór bagażu z hotelowej poczekalni i krówka na drogę od recepcjonistki. Nikt, nigdzie nie odprowadza nieproszonych gości. Pendolino czeka, ale wszystkie drzwi są zamknięte, bo trwa ostatnie, jakże ważne sprzątanie. Uwagę odwraca pasażerka z ciężkim bagażem. Biegnie przez pół długiego peronu, przekonana, że jest spóźniona. Zdyszana odstawia walizki na peron. Pyta konduktora:
– Przepraszam bardzo, o której ten pociąg odchodzi?
– Jak ruszy, to niech pani spojrzy na zegarek...

Jerzy Chromik

Dworzec Wrocław Główny (fot. Jerzy Chromik)

najpopularniejsze

Rafał Rostkowski: gdy wstyd zasłania chwałę

Mundial 2018. Vive la France! Drugi tytuł Trójkolorowych

Mundial 2018. Finał nie zburzył braterstwa. Wzruszające słowa Modricia i Rakiticia

Mundial 2018. Chorwackie media: nie chcemy francuskich win ani szampana

Mundial 2018: Modrić, Mbappe, ktoś inny? Wybierz piłkarza MŚ