tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

W narożniku Gołoty. Boks, "Masa" i ciosy poniżej pasa

W piątek Andrzej Gołota kończy 50 lat. Z tej okazji zapraszamy na wywiad z jego żoną, Mariolą. Od początku stała w jego narożniku. Także wtedy, gdy po porażkach kolejni przyjaciele odwracali się od niego. W obszernej rozmowie ze SPORT.TVP.PL opowiedziała o blaskach i cieniach kariery męża, życiu "po sporcie" oraz ostatnich walkach i ciosach poniżej pasa... na sali sądowej.
Andrzej Gołota na różnych etapach kariery (fot. PAP/Getty)

WOJNY LISTOPADOWE. HISTORIA TRYLOGII BOWE – HOLYFIELD

Z boksu próbował odejść kilka razy, jednak zawsze wracał. Nigdy nie został mistrzem świata, ale jako jedyny Polak nie przegrał mistrzowskiej walki w wadze ciężkiej. Choć w najważniejszych pojedynkach ponosił porażki, to w pamięci kibiców zapisał się jako dawca niezapomnianych wrażeń. W ostatniej "złotej erze" królewskiej kategorii bił się z najlepszymi – Mikiem Tysonem, Lennoksem Lewisem i Riddickiem Bowem. Pracował z Lou Duvą i Donem Kingiem. Jego walki w USA pokazywały w systemie Pay-Per-View największe stacje – HBO i Showtime.

Ostatni zawodowy pojedynek stoczył w 2013 roku. Rok później dał się namówić na pokazową walkę pożegnalną. Od tamtej pory wciąż pojawia się na bokserskich imprezach, ale już w nieco innej roli. W październiku 2017 roku podczas gali w Żyrardowie stał w narożniku wiceprezydenta miasta, który rywalizował z Marcinem Najmanem.

* * * * *

Kacper Bartosiak, SPORT.TVP.PL: Jakie to uczucie zobaczyć po tylu latach męża jako trenera?
Mariola Gołota: Pierwszy raz widziałam go w takiej roli i byłam zadowolona. Andrzej naprawdę mocno się w to zaangażował. To miała być walka pokazowa nastawiona na cel charytatywny, ale mąż podszedł do tego bardzo poważnie. Tak zaangażował się w rozgrzewkę wiceprezydenta Żyrardowa, że ten już wychodząc do ringu był zmęczony (śmiech).

Pod koniec kariery pojawiały się opinie, że mąż świetnie odnalazłby się właśnie w roli trenera. Co pani na to?
– Decyzja zawsze należała do Andrzeja, ale to chyba nie jest coś dla niego. Odbyliśmy kilka rozmów, jednak zawsze trochę omijał ten temat. Wszystko rozbija się głównie o to, że mąż nie widzi kogoś, kogo chciałby trenować.

Czy 3 lata od pożegnalnej walki boks jest wciąż ważnym tematem w domu Gołotów?
– Wraca przy okazji właśnie takich gal jak ta w Żyrardowie. Poza tym Andrzej wciąż codziennie trenuje. Od 2010 roku stoczył tak naprawdę tylko dwie zawodowe walki i jak na kogoś, kto był tak mało aktywny, pozostaje w dobrej kondycji. Nie stał się takim nudnym "tatusiem" z kanapy – to też świadczy o tym jakim był sportowcem. Latami żył boksem i choć to się skończyło, to sport pozostaje obecny w jego życiu. Andrzej zgodził się też ostatnio na objęcie patronatem nowo powstającego klubu bokserskiego w zaprzyjaźnionym z nami Krotoszynie. 14 grudnia gościliśmy na spotkaniu w tej sprawie. Trzymamy za tę inicjatywę kciuki, ponieważ organizatorzy chcą poprzez sport pomagać dzieciom i młodzieży w trudnej sytuacji życiowej.

Sporo mówiło się o tym, że nową miłością męża stał się tenis.
– Tak rzeczywiście było. Nasz syn trenował tę dyscyplinę od czwartego roku życia. Andrzej był strasznie zawiedziony, gdy dowiedział się, że nie wiąże z tym poważniejszych planów. Powiedział nam nawet, że ostatnie 2 lata trenował właściwie tylko dla nas, bo sam już dawno stracił do tego serce. Mąż ogląda wszystkie największe turnieje tenisowe – nawet częściej niż boks.

Andrzej i Mariola Gołotowie (fot. PAP/Grzegorz Michałowski)

Co pani czuje patrząc na innych wielkich przedstawicieli lat 90. – Tysona, Holyfielda i Bowe'a? Kiedyś mieli fortuny, potem znaleźli się na dnie. Dlaczego państwa losy są tak różne?
– Niektórzy pięściarze nie wiedzą kiedy zejść ze sceny, ale to normalne. Zawsze wychodzą do ringu z myślą, że zwycięstwo może otworzyć kolejne drzwi. Chcą jeszcze raz poczuć dreszczyk adrenaliny, uwielbienie kibiców i radość z wygranej. Trzeba kilka razy przegrać żeby mieć świadomość, że organizm odmawia, choć duch wciąż młody.

Jeśli chodzi o kwestie finansowe, to problem jest szerszy i nie dotyczy tylko pięściarzy, ale ogólnie sportowców. Według jednego z badań średnio 5 lat po przejściu na emeryturę sportowcy w USA bankrutują. Gdy ktoś zarabia wielkie pieniądze, to szybko przyzwyczaja się do luksusowego trybu życia. Nie myśli wtedy racjonalnie o tym, co wydarzy się za 5-10 lat. Wydaje mu się, że skoro te pieniądze są, to zawsze się znajdą. I wtedy nagle – po jednej czy drugiej porażce – te wpływy robią się już zdecydowanie mniejsze.

U nas myślenie o tym, że to wszystko się kiedyś skończy, zaczęło się jakieś 15 lat temu. Bardziej u mnie, bo Andrzej długo nie dopuszczał do siebie tej myśli. Wtedy zaczęliśmy poważniej myśleć o inwestycjach. Wielu pięściarzy tak jednak nie robi. Mają żony, potem się rozwodzą, pojawiają się problemy z alimentami, a potem rosnące długi. Nie ma takiego rodzinnego planowania przyszłości. Wszyscy wokół chcą jak najwięcej wycisnąć z takiego sportowca i nagle okazuje się, że z dawnej fortuny zostaje już niewiele. Nie ma takich pieniędzy na świecie, których nie można zmarnotrawić.

Holyfield w pewnym momencie miał na koncie ponad 200 milionów dolarów. Andrzej był przy tym, gdy budował swoją posiadłość. To był jednak bardziej jego pomnik – dowód na to, że udało mu się coś osiągnąć. Do tego pomnika trzeba było jednak cały czas dokładać. Koszty utrzymania tego wszystkiego zrobiły się kosmiczne. W pewnym momencie zabrakło mu pieniędzy na ich bieżącą obsługę. Gdyby w odpowiednim czasie zainwestował – nawet w akcje na giełdzie – to żyłby może nie tak wystawnie, ale miałby większą pewność. Każdy robi jednak tak jak uważa za stosowne.

Żaden sportowiec nie jest przygotowany na emeryturę. Jest w tym wiele z takiego myślenia nastolatka – "będę żył wiecznie, a to wszystko będzie wciąż trwać". Tak nie jest. Ten moment w końcu przychodzi i trzeba być na niego gotowym. Mariola Gołota

Państwa sytuacja to jednak ewenement w bokserskim świecie. Czy rodzina była taką "kotwicą" Andrzeja Gołoty?
– Andrzej od zawsze był bardzo rodzinny. Gdy jeszcze mieszkał w Warszawie, to opiekował się młodszą kuzynką. Kiedy urodziła się Ola – nasze pierwsze dziecko – od razu wszystko wiedział. Wstawał w nocy, przewijał – nigdy nie miał z tym problemów. Nie czuł się ponad to wszystko. Jeśli trzeba było coś zrobić – szczególnie z dziećmi – nigdy nie próbował dzielić tych obowiązków. Dzieci i rodzina były zawsze obecne w jego życiu. Gdy jeździliśmy na wakacje czy do znajomych, to tylko całą rodziną.

Nie obawiała się pani wiązać z pięściarzem?
– Gdy Andrzej wylatywał do USA na początku lat dziewięćdziesiątych, to odbyliśmy poważną rozmowę na ten temat i podjęliśmy decyzję, że nie będzie boksował. Przez pierwszy miesiąc ja jeździłam do pracy, a on siedział z malutką córką w domu. Powoli zaczął szukać jakiegoś zajęcia przez dalszych znajomych. Tak pojawił się pomysł, by zostać kierowcą ciężarówki. Andrzej zaczął się uczyć, zdał nawet egzamin pisemny, ale wtedy to ja zaczęłam mieć opory. Gdyby miał jeździć w trasy, to nie byłoby go w domu tygodniami. Boks to było przede wszystkim ryzyko zdrowotne, ale wyjazdy na zgrupowania też zajmowałyby dużo czasu. Koniec końców byłoby podobnie.

Wtedy też Andrzej spotkał na drodze ludzi, którzy zaczęli go namawiać na powrót do sportu. Pojawiła się poważna oferta, ale... z innego stanu. Uznaliśmy jednak, że przenosiny nie mają sensu ze względów rodzinnych – to było kilka godzin jazdy samochodem z Chicago. Wtedy jednak boks jakoś tylnymi drzwiami wrócił do naszego życia. Postanowiłam znaleźć Andrzejowi coś bliżej domu i sama zadzwoniłam do Windy City Boxing Club. Gdy usłyszeli tam nazwisko "Gołota", to z miejsca chcieli z nim pracować. Wcześniej nawet oficer imigracyjny go rozpoznał jako brązowego medalistę olimpijskiego i życzył powodzenia na samym początku drogi w USA. Można jednak powiedzieć, że w tamtym momencie życia Andrzej próbował ten boks odsunąć od siebie, ale na dłuższą metę okazało się to niemożliwe.

Dwaj brązowi medaliści igrzysk w Seulu (1988): Janusz Zarenkiewicz (L) i Andrzej Gołota podczas ligowego meczu w 1989 roku (fot. PAP//Teodor Walczak)

Patrząc na karierę męża już z dystansu, na chłodno – czego żałuje pani najbardziej?
– Żałuję, że na samym początku rozstał się z Samem Colonną. To był jego pierwszy trener w Chicago i to od niego się wszystko zaczęło. Lou Duva – późniejszy szkoleniowiec – był bardziej showmanem. Więcej mówił niż słuchał, a Andrzej nigdy nie był bardzo rozmowny. W kilku walkach naprawdę była taka sytuacja, że myślał, że przegrywa, bo nie dostawał odpowiednich sygnałów ze strony narożnika. Colonna był inny – potrafił słuchać. Jestem pewna, że w krytycznych sytuacjach komunikacja z nim wyglądałaby lepiej.

Gdy ponownie zaczęła się współpraca z Samem w roli pierwszego trenera, to Andrzej walczył już inaczej – na przykład z Mikiem Mollo i Kevinem McBridem. To był już inny, starszy i dojrzały Gołota, ale to wciąż były dobre walki w jego wykonaniu.

Skoro jesteśmy przy Lou Duvie – opisał współpracę z mężem w niedawnej autobiografii. Między słowami pojawiło się pomówienie o doping...
– Całej książki nie czytałam, ale rozdział o Andrzeju tak. Trudno mi się do tego odnosić. Wiem, że na koniec życia Duva miał spore problemy zdrowotne. Odnoszę wrażenie, że ktoś chciał na nim zarobić, a wiadomo, że kontrowersja zawsze dobrze się sprzedaje.

Co do sterydów – jestem pewna, że nigdy nie było takiej sytuacji. Andrzej miał opuścić obóz treningowy, a ktoś w jego pokoju znalazł jakieś zużyte strzykawki. Tylko że do czegoś takiego nigdy nie doszło! Nigdy nie zdarzyła się taka sytuacja, by mąż opuścił zgrupowanie. Trenowali razem, a potem przychodził dzień walki. Duva musiał z kimś Andrzeja pomylić – nie widzę innego wytłumaczenia.

Podczas całej kariery mąż był wielokrotnie badany na obecność dopingu – można to sprawdzić. Nigdy żaden wynik nie rzucił nawet cienia podejrzeń. Nigdy! Wiem skąd brały się te plotki – mąż całe życie zmaga się z "adult acne" [trądzik dorosłych – przyp. red.]. Gdy w 1991 roku pojawił się w Stanach Zjednoczonych, to przez jakiś rok w ogóle nie trenował i wciąż miał ten trądzik.

Ten temat jednak często powraca – nawiązał do niego też między innymi Mike Tyson w swojej książce.
– Powiem jasno – tak, Andrzej miał z tym problem. Teraz już tego tak nie widać, ale na początku naszego pobytu w USA byliśmy nawet na konsultacji u dermatologa. Padła propozycja leczenia, ale Accutane – lek polecony nam przez lekarza – chociaż skuteczny, to mógł mieć bardzo negatywny wpływ na nasze dzieci. Nam wtedy urodziła się Ola i myśleliśmy o kolejnym dziecku, dlatego koniec końców nie zdecydowaliśmy się na podjęcie tej terapii. I to tak naprawdę cała historia. Gdy poznałam Andrzeja, to miał problemy z cerą. Co mogę więcej powiedzieć?

Evander Holyfield – który napisał przedmowę do książki Duvy – został przecież zarejestrowany jako jeden z klientów człowieka, który dostarczał sportowcom doping. Pod pseudonimem "Evan Fields", ale z własnym numerem telefonu i adresem! Może wszystko rozbija się właśnie o to, że mąż nigdy nie został mistrzem świata? Innych pięściarzy posiadanie pasa w jakimś stopniu chroni. Wokół tworzy się grupa ludzi, która chce wyrażać się o mistrzu tylko dobrze. Pamięci o moim mężu mogą pilnować tylko jego kibice.

"Gołota zostałby mistrzem świata, gdybym był jego promotorem" – stwierdził niedawno Andrzej Wasilewski. Argumentował, że trafiał na złych trenerów, miał nieodpowiednich sparingpartnerów i wychodził do walk, do których wychodzić nie powinien.
– Nie zgodzę się. Czasy z Main Events i Lou Duvą były pod tym względem dobre. Andrzej miał wartościowych sparingpartnerów. Jeśli chodzi o przygotowanie fizyczne, to moim zdaniem nigdy potem nie był tak silny jak wtedy. Boks był wówczas jego wielką pasją, nie był nim jeszcze tak zmęczony. Faktycznie brakowało może kogoś, kto by go słuchał tak jak Sam Colonna na samym początku i potem pod koniec kariery. Z nim czuł się pewniej, bo wreszcie miał kogoś na kim mógł polegać. Zdarzały się wtedy trudne sytuacje, ale Sam potrafił zrobić coś, czego wielu trenerów nie umie – wychodził przed szereg i sam stawał w ogniu krytyki, broniąc w ten sposób swojego pięściarza.

Gwarantuję panu, że Sam Colonna nigdy nie napisze książki, w której zaatakuje któregoś ze swoich byłych zawodników. To nie ten typ człowieka. Pięściarze wychodzą do ringu – ryzykują zdrowiem i życiem. Trenerzy w tamtych latach zarabiali naprawdę godnie – 10 proc. od gaży zawodnika. Gdy Andrzej zarabiał 2 miliony dolarów za walkę, to Duva inkasował 200 tysięcy. Za obóz trwający kilka tygodni! Mariola Gołota

Po której walce po raz pierwszy pomyślała pani, że ten boks to może jednak nie jest taki zły pomysł na życie i jest w nim jakaś przyszłość dla męża?
– Gdy Andrzej podjął decyzję, że chce walczyć zawodowo, to jego pierwsi promotorzy każdego przeciwnika przedstawiali jako najlepszy z możliwych wyborów. "To sama czołówka, Andrew!" – mówili. W praktyce musiał jednak przebyć typową drogę dla każdego pięściarza. Poprzeczka stopniowo szła w górę. Każda z tych pierwszych walk miała go na coś przygotować. Byli rywale łatwiejsi, trudniejsi, mańkuci – reprezentowali różne style i poziomy.

Marion Wilson (6-6-2, 4 KO) był chyba pierwszym takim bardziej wymagającym przeciwnikiem. Przegrał wcześniej parę razy, ale walczył z dobrymi pięściarzami. Nigdy nie przegrał przed czasem, nigdy nie był na deskach. Andrzej walczył z nim w swojej trzynastej walce i też go nie powalił, ale poradził sobie z nim z łatwością. W tym momencie pokazał, że jest już gotowy na więcej.

W 1996 roku wystąpił na gali HBO. Reklamowano ją jako "Noc Młodych Ciężkich". W innych walkach wystąpili późniejsi mistrzowie świata – Shannon Briggs i John Ruiz, pojawił się także David Tua. Rywalem męża w walce wieczoru był wysoko notowany Danell Nicholson (24-1, 19 KO). Jak ważny był to moment?
– Nie rozpatrywaliśmy tego w takich kategoriach. Nie znałam wówczas na tyle bokserskiego świata, by do końca zdawać sobie sprawę z rangi tego pojedynku. Myślałam wówczas, że nawet jeśli Andrzej przegra, to przecież na pewno pojawią się potem kolejne okazje. Okazało się jednak, że to zwycięstwo rzeczywiście otworzyło mu drzwi do naprawdę wielkich walk.

Tuż po tym zwycięstwie na drodze pojawił się wielki Riddick Bowe. Czy to wtedy zaczął się "boom" na Gołotę?
– Tak, przy okazji pierwszej walki i tej słynnej awantury. To było szaleństwo! Byłam wtedy w Madison Square Garden z malutką córką. Nikt nie był przygotowany na to, do czego doszło. Nigdy w historii nie było tam takiej sytuacji. Było trochę poszkodowanych – Polacy to nie są ludzie, którzy w takich chwilach chowają się pod krzesła.

Co do wydarzeń w ringu – gdyby Andrzej nie miał założonych rękawic, to jestem przekonana, że poradziłby sobie z każdym napastnikiem. Sama z małym dzieckiem siedziałam wtedy w wyższym rzędzie i widziałam wszystko z góry. Nie miałam zamiaru czekać aż ta awantura do nas dojdzie. Mąż musiał sobie poradzić, a my uciekałyśmy w popłochu.

Zapamiętałam jeszcze jedno z tamtego dnia – policjanci, którzy w końcu pojawili się w hali oraz ci, którzy ochraniali obiekt w późniejszych walkach Andrzeja w Madison Square Garden, byli bardzo zadowoleni, że mogli się wykazać i dorobić po godzinach i dziękowali... Andrzejowi. Bardzo mnie to dziwiło, bo to przecież nie jego wina, że został zaatakowany. To nie była awantura między ekipami Gołoty i Bowe'a – to był jednostronny atak. Ciosy poniżej pasa nie są zgodne z regulaminem, ale są częścią – taką czy inną – tego sportu. Bandyckie ataki po walce już nie. To byli zwykli bandyci.

POZNAJ HISTORIĘ NIEZAPOMNIANYCH WALK BOWE – GOŁOTA!

Skrót walk Bowe – Gołota:

Walka zakończyła się tak a nie inaczej, ale o Gołocie mówili wtedy wszyscy. Pojawił się nawet w talk-show Conana O'Briena.
– Był wtedy wszędzie. Następnego dnia te wydarzenia relacjonowały wszystkie stacje telewizyjne! Czegoś takiego wcześniej po prostu nie było. Chcąc nie chcąc, Andrzej zyskał wtedy dużą rozpoznawalność.

"Foul Pole" – "faulujący Polak" – tak został wówczas nazwany przez jednego z amerykańskich dziennikarzy. Ciężko się żyło z taką łatką?
– Michael Katz – bo to on stworzył ten termin – miał od samego początku jakiś wielki problem z Andrzejem. Mam wrażenie, że po prostu go nie lubił. Kiedyś podczas jednej konferencji Katz zaatakował innego starszego dziennikarza i doszło do regularnej bójki... na laski. Miał już wtedy ponad 50 lat – dziwny człowiek...

Walki z Bowem często "zlewają" się w jedną, bo kończyły się podobnie. Jest jednak sporo różnic – do pierwszej z tych walk rywal w ogóle się nie przygotował i wyszedł najcięższy w karierze. Przed rewanżem było inaczej – miał dużo do udowodnienia, a dostał najcięższe manto w karierze. Polak wygrywał na punkty, a do końca przedostatniej, dziewiątej rundy zabrakło wówczas kilku sekund.
– Andrzej ostatnie rundy tej rewanżowej walki boksował ze złamaną szczęką. Ból był tak ogłuszający, że stało się to co się stało... Moim zdaniem te ciosy poniżej pasa były w pewnym stopniu właśnie reakcją na to co mu się przydarzyło. W ringu pojawia się adrenalina, która umożliwia większy wysiłek, ale takiego bólu nawet ona nie jest w stanie zagłuszyć. W takiej krańcowej sytuacji można zrobić różne rzeczy.

Widziałam na własne oczy, że Bowe wystraszył się Andrzeja na ważeniu przed pierwszą walką. Jego trener był przerażony – zobaczył rywala bez grama tłuszczu i z tym trądzikiem na plecach, który tłumaczyli sobie tak, a nie inaczej. I wtedy zaczęło się kombinowanie... Dzień pierwszej walki to był jeden wielki cyrk. Najpierw rękawice – obóz Bowe'a koniecznie chciał zmienić je na mniejsze. Prawdopodobnie uznali, że tak słabo przygotowany Bowe może nie będzie mógł nadążyć za Andrzejem, ale jak go trafi mniejszą rękawicą, to będzie po wszystkim.

Inna sprawa to liczba rund – tu doszło do kolejnego zamieszania. Całe zgrupowanie Andrzej przygotowywał się z trenerami na 10 rund. I nagle w dniu pojedynku okazało się, że rywal chce walki dwunastorundowej.

Riddick Bowe (L) i Andrzej Gołota (fot. Getty)

Choć mistrzowski tytuł nie był przecież stawką tej walki...
– Andrzej powiedział krótko: "w takiej sytuacji nie wychodzę do ringu". Doszło wtedy do zaniedbania – w kontrakcie znalazł się zapis, że pojedynek może odbyć na dystansie "10 lub 12 rund", ale Duva mu o tym nie powiedział i potem bardzo namawiał na przyjęcie tych warunków.

Atmosfera była wtedy ciężka. Mąż siedział ze spuszczoną głową w szatni i zastanawiał się co zrobić. Każdy ze znajomych i doradców miał inny pomysł. "Nic ci nie zrobi, zobacz jaki jest gruby, na pewno nie dociągnie nawet do tej dziesiątej rundy" – mówił jeden. Drugi radził coś zupełnie innego. Bowe był doświadczony, wiele razy walczył na pełnym dystansie. Andrzej bał się, że zabraknie mu kondycji. W końcu podniósł głowę i powiedział, że może się zgodzić na te warunki, ale za dopłatą. W końcu dostał 75-80 tysięcy dolarów za te dwie dodatkowe rundy.

Wszystko było kwestią podjęcia pewnego ryzyka. Gdyby nie zgodził się na te warunki i nie wyszedł do walki, to w oczach TV i kibiców wyszedłby na tchórza i byłby skończony. W boksie o wielu rzeczach nie mówi się głośno. My te wszystkie niuanse poznawaliśmy na własnej skórze – metodą prób i błędów. Już ten pierwszy pojedynek dał się rywalowi mocno we znaki, ale rewanż... To było prawdziwe manto, które de facto zakończyło karierę Bowe’a.

Jak po tych dwóch porażkach udało się dostać od razu mistrzowską szansę z Lennoksem Lewisem?
– Co by nie mówić, to w obu walkach z Bowem Andrzej pokazał coś wyjątkowego. Takiej techniki nie miał wtedy nikt w wadze ciężkiej. Wtedy też promotorzy i ludzie z wielkich stacji dostrzegli jeszcze coś innego – potencjał tkwiący w amerykańskiej Polonii. To był taki nieodkryty jeszcze rynek. Wcześniej Polacy pozostawali niezauważani, a tu nagle pojawiło się mnóstwo osób. Wszyscy w barwach narodowych i każdy płacił za bilet.

CZYTAJ TEŻ: HISTORIA WALKI LEWIS – GOŁOTA

Walka Lewis – Gołota:

Wróćmy jeszcze na moment do tego, co wydarzyło się tuż przed walką. W jakich okolicznościach doszło do tego słynnego zastrzyku?
– Andrzej długo miał problemy z kolanem. Miał zaufanego lekarza z Florydy, który się tym zajmował. W dniu walki powiedział, że to kolano boli go dużo bardziej niż wcześniej. Byliśmy wtedy jeszcze w pokoju hotelowym i lekarz zrobił mu zastrzyk z lidokainy. Widziałam to ja, Andrzej, Lou Duva i sam doktor. Dlaczego Duva wyparł się potem wszystkiego i umył ręce? My nie znaliśmy wtedy dokładnie przepisów. Nie spodziewaliśmy się, że lek – który nie jest przecież sterydem – musi zostać zgłoszony komisji bokserskiej. Duva w tym biznesie siedział tyle lat, że powinien zrobić jedną z dwóch rzeczy – wyjść i udawać, że o niczym nie wie albo zgłosić całą sprawę urazu. Gdyby jednak to zrobił, to walka by się nie odbyła, a on nie dostałby pieniędzy za obóz i przygotowanie Andrzeja.

Sytuacja znów była trudna. Ludzie wykupili bilety, telewizja i promotorzy nakręcali zainteresowanie walką, a Andrzej już po ważeniu miał powiedzieć, że boli go noga i nie będzie walczył? Obawialiśmy się, że po czymś takim może być skończony. Pierwotnie Andrzej dostał karę w wysokości 5 tysięcy dolarów za przyjęcie tego zastrzyku. Lou Duva dostałby wyższą, więc pewnie dlatego też się nie przyznał.

Andrzej wyszedł do ringu usztywniony, sprawiał wrażenie zamrożonego. To była jakaś reakcja na lidokainę. Po wszystkim – gdy kibice już rozeszli się domów, a służby medyczne zdążyły odjechać – w szatni stracił przytomność. Na szczęście był przy tym inny lekarz z New Jersey. Andrzej w pewnym momencie stanął, wyciągnął ręce do góry i przez moment wyglądało na to, że się przeciąga. Po chwili jednak padł nieprzytomny na podłogę. Miał zapaść. Lekarz zaczął go cucić, ja przerażona wybiegłam gonić ambulans. Nie było telefonów komórkowych...

Gdyby Andrzejowi stało się wówczas coś poważniejszego, to Lou Duva by za to odpowiadał. Był w boksie 40-50 lat – powinien o tym wszystkim wiedzieć. Gdy potem zaczęłam mówić o tym zastrzyku i całej sytuacji po walce – bo dziennikarze widzieli przecież jak Andrzeja zabierał ambulans – to Duva kategorycznie zakazał mi o wszystkim mówić. Próbował argumentować, że jeśli to była zapaść, to męża mogą już nigdy nie dopuścić do walki. Teraz wiem, że on tak naprawdę bardziej bał się o siebie i o swoją firmę promotorską – na wypadek, gdyby Andrzej doznał trwałego uszczerbku na zdrowiu.

Długo o tym nie mówiłam, ale teraz mogę to zrobić. Mam żal, że po tylu latach zachował się nie w porządku wobec Andrzeja. Gdy myślę o Duvie, to wciąż czuję taką sympatię – bo bardzo się wtedy lubiliśmy i mieliśmy dobry kontakt – zmieszaną właśnie z żalem.

Nie żałuje pani, że do tej walki z Lewisem w ogóle doszło? Czy to nie był właśnie taki moment, w którym należało walnąć pięścią w stół i powiedzieć, że to nie ma sensu?
– W Ameryce w takich sytuacjach znajduje zastosowanie zasada "show must go on". Gdyby Andrzej nie wyszedł do ringu, to byłby skończony w oczach ludzi rządzących telewizją. Nigdy nie dostałby głównej walki. Byłby postrzegany jako ktoś na kim nie można polegać. To była duża gala sprzedawana w systemie Pay-Per-View. Musiał wtedy wyjść do ringu. Inna sprawa, że my wtedy nie wiedzieliśmy tak naprawdę jak dobry jest Lennox Lewis... Po latach okazał się jednym z najlepszych w historii wagi ciężkiej.

Inny dramatyczny moment to walka z Mikiem Tysonem. Nie brak ekspertów i kibiców zarzucających Gołocie tchórzostwo, ale mało kto wie, że boksował ze złamaną już w pierwszej rundzie kością policzkową.
– Andrzej nigdy się o nic nie prosił. Gdy ktoś zachowywał się źle wobec niego, to on po prostu odwracał się plecami. Czasem pewne zjawiska są kreowane przez osoby, które kierują się osobistymi motywacjami. Gdy Andrzej opuszczał Polskę, to na jego temat pisano naprawdę okropne artykuły. Czasami się nie dziwiłam, że on do ludzi ze świata bokserskiego podchodził w taki sposób. Mógł sprawiać wrażenie zamkniętego lub aroganckiego, ale to nie brało się z powietrza. Ci sami ludzie, którzy przed chwilą chwalili go po pięknych walkach na igrzyskach, kilka miesięcy później wypisywali na jego temat okrutne rzeczy.

Sama walka była specyficznym wydarzeniem. Tyson po swoich wybrykach dostał licencję tylko w jednym stanie w USA. On w tym czasie – co sam przyznał w autobiografii – miał dość boksu. Brał narkotyki, imprezował... Stacja Showtime mocno wówczas w niego zainwestowała. Z tego co się dowiedziałam, to gdy Tyson wychodził do walki z Andrzejem, to był tak naprawdę u szefów tej stacji zadłużony na kilka czy kilkanaście milionów, które otrzymał z góry przy podpisaniu kontraktu. Jay Larkin – szef Showtime – uwielbiał Tysona, ale jeszcze bardziej uwielbiał pieniądze. I on dał Tysonowi te pieniądze. Sposobem na ich odzyskanie było zmuszanie go do walki.

To nie była tak naprawdę walka Tyson – Gołota. To był pojedynek, który miał przygotować grunt pod walkę Tysona z Lennoksem Lewisem – wszystko szło w tym kierunku. Larkin wiedział, że dopiero ten pojedynek wygeneruje naprawdę gigantyczny zysk. Żeby do tego doszło, to musieli najpierw zmienić image Tysona. Został skazany za gwałt, miał na koncie pobicia, odgryzł ucho Holyfielda... Było tego trochę, ale w Ameryce kochają przemiany. Wszystko zorganizowano z myślą, by Tyson wypadł jak najlepiej na tle Andrzeja.

W ringu spotkały się ambicje dwóch mężczyzn. Andrzej pokazał, że nie jest barankiem idącym na rzeź. Gdy pięściarz wychodzi do ringu, to musi czuć wsparcie ze strony narożnika. Sędzia jest neutralny, ale trener jest od tego żeby reagować, gdy coś dzieje się nie tak.

Gdy robiłam licencję sędziego boksu, to na kluczowy temat zdrowia pięściarzy poświęcono tak naprawdę może 10 minut. Jakie mogą być objawy urazu mózgu? Powiększone źrenice, krew z nosa, uszu albo ust oraz usztywniony chód. I to wszystko. Tam nie uczy się sędziego szczegółów. Od tego jest trener – gdy widzi, że dzieje się coś złego, to powinien interweniować, bo najlepiej zna swojego pięściarza.

Al Certo – ówczesny trener Andrzeja – zachował się zupełnie inaczej. Nie mam na to zupełnie żadnego dowodu, ale po latach zastanawiam się, czy jego reakcja nie była spowodowana innymi przesłankami. Jak inaczej wytłumaczyć takie zachowanie?

Sam nie potrafię tego zrozumieć. Trener jest od tego, by bez względu na okoliczności bronić w takich sytuacjach swojego pięściarza i jego decyzji. Może się z nią nie zgadzać i może to wyrazić prywatnie, ale zrobienie tego w ten sposób przed kamerami było jednak pewnym ewenementem.
– Nigdy nie przepadałam za Certo, ale wychodziłam z założenia, że bez względu na wszystko nie mogę wchodzić między Andrzeja a jego trenerów. To inny rodzaj relacji i starałam się to uszanować – nawet jeśli wiele rzeczy mi się nie podobało. Przed pojedynkiem z Tysonem doszło do walki z Orlinem Norrisem (50-5) w Las Vegas. I na konferencji prasowej przed tym pojedynkiem Certo zachwalał swoich bratanków, którzy pomagali mu w narożniku. Większość konferencji była na ten temat – jak oni pomagali w przygotowaniach i jacy to są świetni. Słuchałam tego i się zastanawiałam: "hmm, to kiedy będzie coś o Andrzeju?".

To mi się nie podobało, ale jeśli mąż nie miał z tym problemu, to nie zamierzałam się wtrącać. Odniosłam jednak wrażenie, że Certo nie lubił Andrzeja. Lubił pieniądze – to na pewno. Też zmagał się ze swoim bagażem życiowym – w młodości w bójce ulicznej zabił człowieka. Może dlatego życie i zdrowie pięściarza nie miało dla niego tak dużego znaczenia? Wtedy tego wszystkiego nie wiedziałam. Nie było takiego dostępu do internetu, takie informacje zdobywało się inną drogą. Teraz wystarczą dwa kliknięcia, by wiedzieć o kimś prawie wszystko. On był z New Jersey, my byliśmy z Chicago. Nie wiedzieliśmy o nim prawie nic – oprócz tego, że był trenerem i... krawcem.

WALKA, KTÓREJ NIE BYŁO. HISTORIA SPOTKANIA GOŁOTY Z TYSONEM

Andrzej Gołota (L) podczas walki z Mikiem Tysonem (fot. Getty)

Jak wyglądały relacje z nim tuż po walce? Wasze drogi od razu się rozeszły?
– Gdy Certo zaczął krzyczeć, że Andrzej jest tchórzem i ma wracać do ringu, to Larkin z Showtime powiedział, że w takim razie nie zapłaci. Frekwencja wtedy nie do końca dopisała. Organizatorzy liczyli na kibiców Tysona, ale wszystko odbyło się w miejscu, które niezbyt kojarzyło się z boksem i część biletów trzeba było rozdać. Można więc powiedzieć, że to wszystko było im na rękę. Mogli chwalić Tysona, że pokazał się jako dżentelmen, a Andrzeja równocześnie przedstawiać jako kogoś, kto znowu zawiódł.

Wtedy Certo zaczął się wycofywać i przepraszać. Zdał sobie sprawę, że jeśli jego pięściarz nie dostanie gaży, to i jemu przepadną pieniądze. Nas jego zachowanie tak zabolało, że założyliśmy mu sprawę w sądzie – między innymi o zniesławienie. Potem okazało się, że Showtime jednak zapłaci Andrzejowi, ale potrąci 200 tysięcy dolarów, więc Certo też dostał odpowiednio mniej.

Tyson przed walką odmówił oddania moczu do testów. Po walce to zrobił i wyszło, że w jego organizmie była marihuana. Dostał karę, ale wszystkim zależało na tym, by nie stracił licencji – wtedy nie mógłby walczyć już nigdzie w Stanach. Ostatecznie doszło do ugody. Tyson miał przyznać się i zapłacić komisji bokserskiej stanu Michigan 200 tysięcy na cele charytatywne. Sądzę, że te pieniądze to właśnie te same 200 tysięcy, które potrącono Andrzejowi.

Pod koniec 1999 roku – tuż przed walką z Tysonem – doszło do wypadku. Zmarł znajomy podróżujący w samochodzie, a lewa ręka pana Andrzeja została mocno pogruchotana. Firmowy lewy prosty nigdy nie był już potem taki jak kiedyś?
– W 1999 roku najpierw byliśmy na wakacjach w Polsce. Tydzień po powrocie do USA dostaliśmy informację, że zmarła babcia, która opiekowała się Andrzejem gdy był mały, więc natychmiast wróciliśmy. Później rozchorowała się moja mama i zmarła. Zanim to się stało, miał miejsce ten wypadek. Wszystko wydarzyło się na autostradzie – cztery pasy w jedną i drugą stronę. Panowały trudne warunki – padał deszcz, który zamarzał przy gruncie. Na drodze wytworzył się "czarny lód". Znajomy spał na tylnym siedzeniu, a Andrzej kierował i wpadł w poślizg, zjechał na przeciwny pas i wpadł prosto pod rozpędzoną ciężarówkę. Z samochodu nie zostało nic – był kupą złomu, został zmiażdżony.

Andrzej był mocno pokiereszowany. Gdy na miejsce przyjechała policja i zapytała się go czy pił alkohol, to... nie potrafił sobie przypomnieć. Pamiętał tylko, że odbierał znajomego z domu, a on mieszkał przy barze. Oczywiście w szpitalu okazało się, że nic nie pił, ale po prostu tego nie pamiętał – w takim był szoku.

W szpitalu powiedzieli nam, że kość w lewej łopatce jest pęknięta, ale wszystko się zrośnie i nie będzie problemu. Okazało się jednak, że nie tylko kość była pęknięta – uszkodzone były też nerwy. Jego ciosy stały się krótkie, szarpane. Teraz Andrzej mówi: "o, wiesz, wreszcie wyleczyłem sobie tę rękę". Po 17 latach...

Okres poprzedzający walkę z Tysonem wspominam jak najgorzej. Pogrzeb babci, wypadek, potem pogrzeb mojej mamy... A dalej wcale nie było lepiej – w marcu 2000 roku zmarł kolega Andrzeja. Chodziliśmy tylko na pogrzeby. Gdy Andrzej wychodził do walki z Tysonem, to miał rany na duszy. I zdecydowanie nie miał już tej samej lewej ręki. Mariola Gołota

Po walce z Tysonem przyszła długa przerwa, która trwała prawie 3 lata. Czy wtedy pojawiła się "depresja sportowca" i koniec kariery stał się naprawdę realny?
– To był dla nas bardzo trudny czas. Andrzej zostawił wtedy boks, ale tak samo oddalił się od nas – od swojej rodziny. Przestało go interesować wszystko to, czym do tej pory żył. Moim zdaniem taką przerwę powinien zrobić sobie przed walką z Tysonem, po tych wszystkich trudnych przejściach. Wtedy nawarstwiło się zbyt wiele rzeczy. Gdy dodatkowo słyszy się szefa Showtime, który mówi, że za cel w życiu postawił sobie to, by Andrzej Gołota nigdy nie wyszedł już do ringu...

Jak to się stało, że jednak wyszedł? Ten powrót rzucił na całą karierę inne światło.
– Dwa słowa: Don King. Kiedy karierę próbuje blokować jeden taki "diabełek", to trzeba znaleźć większego. King mógł wtedy wszystko. Ceną bycia z nim było jednak to, że Andrzej przestał zarabiać większe pieniądze. Miał te walki mistrzowskie, ale inkasował za nie dużo mniej niż wcześniej. Coś za coś.

"Nikt nie oszukuje tak jak Don King, ale nikt nie zapewnia takich okazji" – tak mówiło się o nim wtedy. King był wtedy związany kontraktowo z mistrzami świata i "podstawiał" im do walki Andrzeja Gołotę – innego pięściarza, z którym podpisał umowę. Na żadnym scenariuszu tak naprawdę nie tracił. Nie czujecie się jednak jakoś przez niego wykorzystani?
– Nie. Andrzej chciał dostawać mistrzowskie szanse – tylko o to mu wtedy chodziło. Nikt go przecież do tego nie zmuszał. Mąż doskonale znał warunki i świadomie się na nie godził, ale był w specyficznej sytuacji. Realia były wtedy takie, że to King rozdawał karty i trzeba było się z tym pogodzić.

To był okres bezkrólewia – ze sceny zniknęli Tyson i Lewis, a mistrzowie zmieniali się często.
– Najgorsze w tym wszystkim było co innego. Kontrakty z Donem Kingiem były tak skonstruowane, że pięściarze byli zobowiązani do stoczenia określonej liczby walk w roku. Gdy to kryterium nie zostawało spełnione, to umowa była automatycznie przedłużana na innych warunkach. W pewnym momencie – już po walce z Tomaszem Adamkiem – sama nie była pewna czy Andrzej jest nadal związany z Kingiem – do tego stopnia to wszystko było zagmatwane. Straciliśmy wtedy 2 lata na ustalanie tych spraw kontraktowych, bo chcieliśmy wszystko rozegrać polubownie, bez angażowania sądów. Jedyne pretensje jakie mogę mieć do Kinga dotyczą właśnie tego okresu końcowego, który został jednak trochę zmarnowany.

CZYTAJ TEŻ: O KROK OD TYTUŁU. CZY GOŁOTA POKONAŁ BYRDA?

Andrzej Gołota (L) i Don King (fot. PAP/EPA)

Don King budzi skrajne reakcje w środowisku bokserskim. Czy rzeczywiście jest tak obrotnym biznesmenem, na jakiego się kreuje?
– Można o nim mówić wiele, ale na pewno jest bardzo inteligentnym i bystrym człowiekiem. Wszyscy kojarzą go z machaniem chorągiewkami i hasłem "only in America", a mało kto wie, że on niesamowicie wszystkiego pilnował. Dbał o każdy szczegół i wszystko od początku do końca sam nadzorował.

Wracając do tematu pani licencji sędziowskiej: podobno ją pani wyrobiła, ale nie znalazłem żadnego dowodu na to, by faktycznie oceniała pani jakąś walkę. Dlaczego?
– To prawda, nigdy nie sędziowałam żadnej oficjalnej walki. Do tego potrzeba czasu i poświęcenia. Trzeba po kolei pokonywać kolejne szczeble, a ja nigdy nie czułam się na siłach, by się tego podjąć. Zaczyna się pracę od walk amatorskich – po prostu bałam się, że kogoś tam skrzywdzę. Zapisałam się na ten kurs, bo chciałam lepiej zrozumieć boks i spojrzeć na niego z innego strony. Chciałam poznać kryteria, którymi kierują się sędziowie.

Podczas walki z Byrdem kontrowersje pojawiły się zwłaszcza wokół karty punktowej Melviny Lathan...
– To prawda. Ta pani została potem przewodniczącą nowojorskiej komisji i przyznała się do przyjmowania prezentów od bokserskich promotorów. Gdybym wtedy wiedziała, że ma taki zwyczaj, to może sama bym jej coś sprezentowała przed walką z Byrdem? (śmiech).

Pojedynki z Byrdem i Ruizem różniły się jednak od siebie – pierwsza z tych walk była dynamiczna, ciągle coś się w niej zmieniało, w drugiej po ciekawym początku, gdy mistrz dwa razy znalazł się na deskach, tempo spadło.
– Walka z Ruizem była brudna i trudna do oglądania. Patrząc na to myślałam, że po prostu marny z niego mistrz. Andrzej – nawet wtedy – był od niego dużo lepszy technicznie. Nie wiem jednak czym sugerowali się sędziowie. Może w takich momentach o wszystkim przesądziły te wszystkie kontrowersyjne opinie, które ciągnęły się za mężem?

Po dwóch wyrównanych walkach mistrzowskich przyszła trzecia szansa i szybka porażka z Brewsterem. Nie pomyślała pani wtedy, że to koniec?
– To zawsze była decyzja Andrzeja. Oczywiście chodziło o naszą wspólną przyszłość, ale to była jego kariera. Wtedy czuł, że ma jeszcze coś do udowodnienia i chciał się jeszcze sprawdzić.

Najjaśniejszym momentem tego kolejnego powrotu była walka z Mikiem Mollo. Gołota został wyzwany przez młodego wilka, który miał wysokie aspiracje. Pokazał wtedy to, co wszyscy od początku kariery kwestionowali – silną psychikę. Walkę kończył z całkowicie zapuchniętym okiem. Jak pani wspomina to ostatnie zwycięstwo w zawodowej karierze męża?
– Byłam wtedy przeszczęśliwa i bardzo dumna – właśnie ze względu na te okoliczności. Andrzej pokazał wtedy niezwykłą dojrzałość i opanowanie. Tuż przed walką dostaliśmy spodenki, w których miał wyjść do ringu. Był na nich błąd – ktoś napisał "Golotta". Gdyby coś takiego wydarzyło się kilka lat wcześniej, to Andrzej byłby niepocieszony i waliłby głową w mur. Zasugerowałam, że mogę to odpruć, ale ostatecznie udało się zamówić jeszcze jeden komplet. Mimo to mąż podchodził do wszystkiego z ogromnym spokojem – wzruszył tylko ramionami i chyba zdał sobie sprawę, że nie zawsze przed każdą walką wszystko będzie idealnie i że na pewne czynniki losowe nie ma wpływu. Wtedy właśnie przestał zwracać uwagę na takie detale. Nawet w bólu radził sobie z tym wszystkim. Nie zablokował się – po prostu walczył i wygrał.

W boksie istnieje takie pojęcie jak "prime" – można je luźno tłumaczyć jako "złoty okres" w karierze danego pięściarza. Nie ma pani wrażenia, że u męża "prime" fizyczny minął się z psychicznym? Pierwszy przyszedł w drugiej połowie lat 90., drugi pod koniec kolejnej dekady.
– Trochę właśnie tak było. Andrzej zawsze był perfekcjonistą. Gdy coś szło nie tak, jego uwaga się rozpraszała i było to widać. Kiedy Bowe złamał mu szczękę, to ten ból był tak promieniujący, że nie mógł dalej walczyć. Z Mollo sytuacja też była poważna, ale potrafił przezwyciężyć wszystkie niedogodności i wygrać.

To była jedna z walk, do której przygotowywał się z Samem Colonną. On wtedy współpracował również z Mollo i obaj chcieli mieć go w narożniku podczas tego pojedynku. Sam wtedy powiedział, że od początku kariery był z Andrzejem i po prostu jest mu to winny. Mollo wyzwał wtedy Andrzeja do walki po swoim zwycięstwie z Arturem Binkowskim, ale między samymi pięściarzami nie było żadnej wrogości.

Półtora roku po ringowej wojnie z Mollo przyszła walka z Tomaszem Adamkiem. Kilka lat wcześniej coś nie do pomyślenia.
– W 2009 roku wspólny znajomy dzwonił do mnie praktycznie codziennie. Przekonywał, że ta walka musi się odbyć i że Andrzej powinien walczyć. Powiedziałam mu wtedy definitywnie, że nie chcemy tej walki i nie chcemy mieć z tym pomysłem nic wspólnego. Mnie nie przekonał, ale przekonał Andrzeja... Gdy mąż do mnie zadzwonił, to bez żadnego ostrzeżenia po prostu poinformował mnie, że właśnie wsiadają do samolotu i lecą do Dona Kinga podpisać umowę na walkę z Adamkiem. I to wszystko.

To nie był mój pomysł. Do nikogo nie chowamy jednak urazy. Byliśmy niedawno na bankiecie, na którym pojawiło się wiele osób, z którymi mężowi nie zawsze było po drodze. Gdy tam zmierzaliśmy to powiedział mi: "wiesz co, w sumie to każdemu mogę podać rękę". "Andrew, good job" – odpowiedziałam (śmiech).

To była pierwsza walka Adamka w wadze ciężkiej – nie ma pani wrażenia, że została stworzona właśnie po to, aby na plecach Gołoty wypromować nowego gracza na tej scenie?
– Wtedy w ogóle tak na to nie patrzyliśmy. Pod wieloma względami wszystko wyglądało tak jak przed innymi walkami, ale sporo się wtedy dowiedzieliśmy o wielu osobach ze środowiska, które kiedyś kibicowały Andrzejowi, a od tego momentu nagle zaczęły kibicować Adamkowi. To była dla nas taka bolesna życiowa weryfikacja.

Andrzej Gołota (L) podczas walki z Mikiem Mollo (fot. PAP/EPA)

Na koniec była jeszcze walka z Przemysławem Saletą w 2013 roku. Miało do niej dojść wiele lat wcześniej.
– Tak – w 2005 roku, tuż po porażce Andrzeja z Brewsterem. Wtedy mąż nabawił się jednak kontuzji łuku brwiowego i jego miejsce zajął Oliver McCall. Do tego starcia doszło ostatecznie kilka lat za późno.

W Polsce jest coś takiego, że gdy nie idzie i spadasz na dno, to najbliżsi tworzą taką siatkę ochronną. W USA jest inaczej – aby osiągnąć sukces, trzeba naprawdę poświęcić wszystko. Przecież Saleta też próbował tam sił, ale mu nie wyszło. Jeśli ktoś osiągał sukces w Ameryce – przy takiej konkurencji – to znaczyło, że mógł poradzić sobie wszędzie.

Saleta przyznał po wszystkim, że nie czuje się lepszym pięściarzem od Gołoty. Zastanawiam się – co ten pojedynek miał dać? Czy to miała być ta wymarzona walka na pożegnanie z boksem?
– To miało być pożegnanie z ringiem, ale ja wierzyłam, że Andrzej wygra. Jak odejść po przegranej z kimś, kto kilka lat wcześniej nie był w ogóle na zbliżonym poziomie? To miała być pożegnalna walka dla obu, a de facto okazała się promocją Salety. Nigdy nie patrzymy z podejrzliwością na ludzi i ich intencje, ale może gdybyśmy to jednak robili, to pewne sprawy dotyczące kariery męża wyglądałyby lepiej...

Czy były jakieś duże walki, które "prawie" się odbyły? Wiem na pewno o starciu z Rayem Mercerem w 1997 roku.
– Z Mercerem było tak, że walka była dwukrotnie przekładana – najpierw z powodu kontuzji Andrzeja, potem za sprawą urazu rywala. Poznaliśmy się z Mercerem po latach i wspominaliśmy to na wesoło – okazał się niezwykle sympatycznym człowiekiem.

A inne takie niedoszłe pojedynki? W późniejszych latach w kontekście męża pojawiały się także nazwiska braci Kliczków i Evandera Holyfielda.
– O Kliczkach nigdy nie było mowy. Holyfield długo był związany z Main Events i Lou Duvą, ale nigdy nie było konkretów w tym temacie. Tylko Ray Mercer przychodzi mi głowy. Andrzej był takim pięściarzem, który nigdy nie unikał wyzwań. Przygotowałby się na każdego. Nigdy nie próbował dyktować warunków – był od boksowania.

Od lewej: Przemysław Saleta, Don King i Andrzej Gołota. Zdjęcie z lipca 2005 roku - do walki Gołota vs Saleta miało dojść miesiąc później, ale ostatecznie obaj spotkali się w ringu niespełna 8 lat później (fot. PAP/EPA)

Było o pojedynkach w ringu, a teraz chciałbym zapytać o walkę na sali sądowej. Jarosław Sokołowski – znany jako "Masa" – publicznie stwierdził, że mąż "ustawił" starcie z Michaelem Grantem. Miał postawić duże pieniądze na wygraną rywala, celowo przegrać – choć wygrywał – i się na tym obłowić. Jest jeden problem – to Grant był dużym faworytem bukmacherów w tym pojedynku.
– Widzi pan – "Masa" swoje, fakty swoje (śmiech). To jest oczywiście bardzo łatwe do sprawdzenia. Jeśli jakiś zakład miał sens i się opłacał, to było to stawianie na Gołotę. "Pershing" latał od kasyna do kasyna i wszędzie obstawiał 10 tysięcy dolarów – bo taki był maksymalny limit – ale na wygraną męża. O tym, jak to wyglądało naprawdę, wie więcej osób – między innymi pan Andrzej Kostyra, który był tam na miejscu. To się po prostu nie spina logicznie – za wygraną Granta w przypadku postawienia na jego zwycięstwo można było zarobić naprawdę mało.

Jak wyglądają te rozprawy? Czy "Masa" się w ogóle na nich pojawia?
– Nie pojawił się raz, bo był chory. Za drugim razem też się nie pojawił, bo przyszło pismo od Centralnego Biura Śledczego, że ma... grypę jelitową. To jest kuriozalne – my przylatujemy na te rozprawy ze Stanów Zjednoczonych, a on nie potrafi na żadną z nich dotrzeć ze swojego domu w Polsce. Gdyby chciał, to zjadłby tabliczkę czekolady i by mu przeszło. Tym bardziej, że nie stanowiło dla niego problemu przybycie na sprawę, którą wytoczył mi w Rzeszowie. Wtedy – chcąc jak sądzę wywrzeć wrażenie na składzie sędziowskim – przyjechał do sądu w obstawie kilkunastu policjantów z długą bronią. To był istny cyrk. Duży chłopiec, a jak widać przestraszył się kobiety.

Teraz wygraliśmy w pierwszej instancji, on wtedy złożył apelację. Sąd uznał, że jeśli CBŚ nie chciał podawać danych lekarza, który wystawił zwolnienie, to mógł to obejść zamazując je. Oni jednak bali się, że ktoś znając jego dane będzie mógł dotrzeć do "Masy". To naprawdę dziwne, bo to w której siłowni on trenuje w Łodzi nie jest dla nikogo żadną tajemnicą.

Sąd apelacyjny uznał, że dane "Masy" są tajne i sprawa wróciła do ponownego rozpatrzenia. W międzyczasie komornik próbował ściągnąć pieniądze zasądzone w pierwszej instancji na fundację Feliksa Stamma, ale okazało się, że Jarosław Sokołowski nie istnieje, a wskutek apelacji egzekucję należało przerwać.

To absurd – my przylatujemy te rozprawy ze Stanów Zjednoczonych, a on nie potrafi na żadną z nich dotrzeć ze swojego domu w Polsce! Mariola Gołota o procesie z "Masą"

Jak to? Nie można namierzyć autora, który miał sprzedać ponad milion egzemplarzy swoich książek?!
– Oficjalnie cała jego pensja to to, co pobiera jako świadek koronny. Nikt nie robi nic za darmo – a już na pewno nie były przestępca – jednak "Masa" oficjalnie nie pobiera za to wynagrodzenia. To jest wykorzystywanie nieszczelnego systemu.

28 grudnia sąd w Warszawie wyda wyrok w sprawie, w której mój mąż pozwał tego byłego przestępcę. 14 grudnia zeznawał świadek powołany przez "Masę", z którego słów wynika, że Sokołowski w sprawie ustawienia walki Andrzeja zwyczajnie skłamał. Jest to nie tylko ważne dla zamknięcia sprawy warszawskiej, ale również daje to podstawę do stwierdzenia, że miałam prawo nazwać "Masę" kłamcą.

Czekamy zatem na sprawiedliwy wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie, na podstawie którego nasi polscy prawnicy będą do skutku egzekwować od "Masy" nałożone przez sąd obowiązki. Zapewnili, że nie odpuszczą na krok. Z tego co wiem, procesów jest więcej, a wkrótce mają ruszyć kolejne innych poszkodowanych przez "Masę" osób.

Po co mu to wszystko? Historia walki Gołota – Grant jest przecież do zweryfikowania w kilka minut.
– Zauważyłam jedną rzecz – "Masa" przy okazji wydania każdej książki porusza jakiś nośny temat i próbuje się promować. Mediom się wydaje, że wykorzystują jego, by sprzedać więcej egzemplarzy gazet, a tak naprawdę jest na odwrót – to on wykorzystuje media, by sprzedać więcej książek.

Inne z tych wątków pojawiły się w książkach, ale te słowa o Andrzeju już nie – powiedział to tylko w jednym z wywiadów. To też nie jest przypadkowe – wtedy mielibyśmy podstawę do tego, by ściągnąć tę książkę z półek. Ten mechanizm działania powtarza się cały czas.

Jako osoba zajmująca się prawem – jak ocenia pani funkcjonowanie systemu ochrony świadków w porównaniu z tym, co jest w USA?
– Czasami mam żal do polskiego wymiaru sprawiedliwości. W Stanach też nie od razu wszystko wyszło idealnie. Na początku funkcjonowania tego systemu kilku świadków potrafiło zafundować żonom operację powiększania piersi na koszt rządu. Te błędy zostały jednak wyeliminowane. Tam podpisuje się kontakt, gdzie świadek koronny ma jasno określone to co może i czego nie może. Jeśli złamie barierę, to zostaje usunięty z programu – i tyle.

Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów złamania przepisów jest podawanie swoich "dawnych" danych – czyli coś, co "Masa" nagminnie robi. Wiem, że jest jednym z pierwszych świadków koronnych w Polsce i mam po prostu nadzieję, że ktoś wyciągnie wnioski z tych błędów. O innych uczestnikach tego programu jakoś się nie słyszy... Inna sprawa jest taka, że większość ludzi z taką przeszłością wstydzi się tych faktów, a on się nimi wręcz chełpi. Nie mam wątpliwości, że gdyby wróciły tamte czasy, to on dalej robiłby to co wtedy robił. Uwielbiał rozgłos i uważał się za króla życia.

Mieliście wcześniej jakieś kontakty?
– Andrzej jest z Warszawy i całe życie tu mieszkał. W tamtym czasie było tak, że wystarczyło chodzić na dyskoteki i pewnych ludzi się po prostu kojarzyło. Mąż wiedział kto jest kim. Ja "Masę" widziałam tylko raz w życiu – na promocji książki. Wtedy ktoś – Andrzej albo jego wujek – zwrócił mi na niego uwagę. Myślałam, że to po prostu bramkarz, bo z jego sylwetką sprawia takie wrażenie. Widziałam go przez chwilę z daleka i tyle – to był jedyny taki kontakt.

Co jakiś czas wracają plotki, że "Masa" miałby stoczyć walkę w MMA...
– Tak, przecież chciał się w ten sposób zmierzyć właśnie z moim mężem. To jest jak zły sen!

Wróćmy na koniec do boksu. Wciąż nie doczekaliśmy się polskiego mistrza świata w wadze ciężkiej – w ostatnich latach porażki w mistrzowskich walkach były bardzo wyraźne. Widzi pani na horyzoncie jakiegoś następcę Andrzeja Gołoty?
– Nie śledzę zbyt mocno tego co dzieje się na ringach amatorskich, ale widzę wystarczająco, by wiedzieć, że jest tam pewien problem. Na olimpijski medal czekamy od 1992 roku – to mówi samo za siebie. To złożony problem, ale duża część odpowiedzialności za taki obraz spada także na promotorów. Każdy musi z czegoś żyć, ale w wielu przypadkach zdolni amatorzy zbyt szybko przechodzą na zawodowstwo. Olimpijski medal naprawdę otwiera wiele drzwi i umożliwia start z zupełnie innego pułapu.

Był taki czas, że jako "nowego Gołotę" promowano Artura Szpilkę. Państwa relacje z nim także były trudne. Ostatnio – po porażce z Adamem Kownackim – Artur przeprosił męża i innych pięściarzy, którym kiedyś zarzucał "brak serca". Jak pani zareagowała?
– Szpilka przez długi czas był takim młodym i zbuntowanym chłopakiem, który oburzał się nawet gdy ktoś chciał dla niego dobrze. Andrzej jest takim człowiekiem, że na siłę nie chce nikomu nic doradzać i zalecać. Nie próbuje uratować świata. Wtedy jednak trochę spróbował – zalecał Arturowi, żeby nie angażował się w to życie więzienne i jak najszybciej wyszedł na wolność i wracał do sportu. To chyba jakoś Szpilkę ubodło i padło wtedy z jego strony parę niepotrzebnych słów. Dopóki wszystko się układało i wygrywał kolejne walki, to trwał w tym uporze.

Wszystko zmieniło się w USA – to tam przegrał dwie ostatnie walki. Ten specyficzny amerykański rynek też go w jakimś stopniu zweryfikował?
– W polskim boksie wszystko jest ze sobą jakoś powiązane. Pamiętam, gdy podczas jednej z walk Andrzeja w USA Tomasz Adamek mówił, że powinien już odejść na emeryturę i dać sobie spokój. Nie myślał wtedy pewnie, że za parę lat sam znajdzie się w podobnej sytuacji i to jemu kibice będą mówić takie rzeczy. Mnie do tego daleko – nikomu nie zamierzam mówić co powinien robić, ta decyzja należy do sportowca i jego rodziny. Szpilka teraz wydoroślał, ale nie wiem czy te ostatnia walki nie zostawiły na nim jakiegoś śladu. Andrzej miał wiele trudnych walk, ale nigdy nie został tak ciężko znokautowany, że musiał opuszczać ring na noszach. Nie zliczę jednak ile razy po wszystkim jeździliśmy na prześwietlenia i badania...

W walce z Rayem Austinem pękł mu mięsień w bicepsie i po prostu się zwinął. Poszliśmy wtedy do znanego lekarza, aby umówić się na zabieg. Andrzej wtedy powiedział mu podczas pierwszej wizyty: "wiesz, tylko musisz to dobrze zrobić, bo moja żona jest adwokatem i skarży lekarzy". Doktor wtedy pobladł i powiedział, że go nie przyjmie. Musieliśmy znaleźć innego (śmiech).

Andrzej był wielokrotnie zszywany, miał powybijane łokcie, które też były operowane. Boks to jest sport, który nie zostawia człowieka w takim stanie w jakim go znalazł. Mariola Gołota

Rozmawiałem na ten temat z neurochirurgiem – doktorem Maciejem Bujką. Gdy opisywał obrazowo co dzieje się z mózgiem pięściarza, który przyjmuje cios, to mnie zmroziło. Nie bez przyczyny boks jest jedynym sportem, w który nie da się "grać". Z perspektywy czasu – warto było?
– Andrzej był stworzony do boksu. Potrafił jeden cios trenować godzinami, aby doprowadzić go perfekcji. Wie pan jaką trzeba mieć do tego cierpliwość? Codzienne mordercze treningi po 6-7 godzin... Do tego trzeba mieć po prostu specyficzny charakter. Taki zadaniowy – krok po kroku, aż do celu. Na początku naszego pobytu w USA Andrzej trenował codziennie – nawet w niedziele. Potrafił w dresie przyjść do kościoła, bo akurat wracał z treningu. Starsze panie patrzyły na niego z dezaprobatą, ale przecież liczyło się to, że przyszedł. Mam wrażenie, że dzisiejsza generacja pięściarzy jest inna. Pozostałe aspekty życia pochłaniają ich do tego stopnia, że nie trenują tyle co kiedyś. W przypadku męża to były tysiące godzin spędzonych na treningach. Miał w życiu różne momenty – także trudniejsze, gdy musiał odsunąć się od boksu. Ale zawsze wracał na salę treningową i gdy to robił, to wtedy czuł się naprawdę w swoim żywiole. Jeśli tam wszystko szło po jego myśli, to zaczynało się układać także w życiu. To był element jego planu dnia.

Nie wyobrażam sobie Andrzeja w jakiejkolwiek innej pracy. Kiedyś próbował przez moment pracować jako kierowca – miał wozić pewnego biznesmena. Gdy tamten wsiadł na pierwszą jazdę, to wychodził z samochodu blady – mąż lubi szybko jeździć. Tamten wysiadł i poszedł na jakieś spotkanie. Miał wrócić o określonej godzinie, ale go nie było. Andrzej poczekał 15 minut, 20 minut, aż wreszcie rzucił kluczykami i powiedział, że ma to gdzieś (śmiech).

Boks to była dla niego jedyna droga. Może mógłby być wojskowym? Na pewno uwielbia broń, ale nie wiem czy to czyni z kogoś dobrego wojskowego. Fizycznie na pewno dałby radę sobie radę, ale mąż zawsze miał problem z osobami, które chciały nim rządzić. Jeśli to układ partnerski – to OK. Żeby zostać autorytetem dla Andrzeja, to trzeba sobie na to prostu zasłużyć. Nic nie dzieje się automatycznie. Kimś takim w młodości był dla niego Janusz Gortat i to od niego się wszystko zaczęło.

Wojsko to jednak też dyscyplina. Tu mogłyby być problemy, żeby się temu wszystkiemu podporządkować. MMA? To jednak inny sport i wtedy nie był tak popularny. Rundy są krótsze, a te walki wyglądają jednak zupełnie inaczej. Fenomen Andrzeja opierał się na technice – potrafił zmieniać w ringu pozycję i robić rzeczy, o które bym go w życiu nie podejrzewała. Miał naturalne predyspozycje fizyczne i wielki talent, ale to wszystko było poparte ciężką pracą. To musiał być boks – innej opcji nie było.

Rozmawiał: Kacper Bartosiak

Najlepszy polski pięściarz na ringach zawodowych to...
Najlepszy polski pięściarz na ringach zawodowych to...
  • 12.3%Tomasz Adamek
  • 73.4%Andrzej Gołota
  • 12.6%Dariusz Michalczewski
  • 0.9%Krzysztof "Diablo" Włodarczyk
  • 0.8%ktoś inny

KREW, SZWY I ŁZY... OSTATNIE TANGO LENNOKSA LEWISA


TRAGEDIA PIĘŚCIARZA. PO 22 LATACH NIE MA WINNYCH...

najpopularniejsze

Złowione w sieci: echa skandalu w Buenos Aires. Raków gratuluje Robertowi Kubicy

Pierwsza konferencja Nawałki: praca w Lechu Poznań to wyzwanie

Grupa marzeń i śmierci Jerzego Brzęczka. Selekcjoner wybrał rywali w eliminacjach

Co dalej ze Stocznią Szczecin? "Titanic tonie"

Podanie Slaughtera i "czucie gry" Mateusza Ponitki. Piękna akcja Polaków