tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Szaleńcy na łyżwach. "Trzeba mieć nie po kolei w głowie"

Zawrotna prędkość, spektakularne kraksy i tysiące widzów na trybunach – tak w skrócie można opisać zawody ice cross downhillu. Ekstremalne wyścigi na łyżwach wymagają od zawodników determinacji i... odrobiny szaleństwa. Cechy te ma na pewno Łukasz Korzestański, który w tym sezonie osiągnął historyczne rezultaty.
Cameron Naasz (fot. Getty)

Cracovia w trudnej sytuacji. GKS Katowice bliżej finału

Ice cross downhill to ekstremalne wyścigi na łyżwach. Zawodnicy ścigają się w czteroosobowych rundach pokonując lodowy tor, naszpikowany ostrymi zakrętami, skoczniami i muldami. Zasada jest prosta. Wygrywa ten, który jako pierwszy dojedzie do mety.

Dyscyplinę można porównać do konkurencji znanych z igrzysk olimpijskich, czyli snowboardowego crossu lub skicrossu w narciarstwie dowolnym. Łyżwiarze podczas trasy rozwijają prędkość nawet do 80 km na godzinę, co doprowadza do licznych upadków. Czasami do mety dojeżdża się… leżąc i odbijając od band. To właśnie dlatego obowiązkowym wyposażeniem każdego są ochraniacze i kask zakrywający twarz.

– Żeby to robić trzeba mieć nie po kolei w głowie. Bardzo ważna jest umiejętność jazdy na łyżwach i rywalizacji bark w bark. Słyszałem, że to jest jak połączenie hokeja z rollercoasterem – powiedział w rozmowie ze sport.tvp.pl Łukasz Korzestański, reprezentant Polski.

Motorem rozwoju dyscypliny okazała się seria Red Bull Crashed Ice. Pierwszy wyścig touru, w którym obok prestiżu są do zdobycia spore pieniądze, został rozegrany w 2001 roku w Sztokholmie. Wtedy mistrza świata wyłoniły jedne zawody. Obecnie w kalendarzu jest ich dziewięć – cztery cyklu Crashed Ice i pięć mniejszego, Riders Cup.  Rywalizację śledzi na żywo w centrach największych miast – Ottawy, Moskwy i Marsylii nawet 100 tysięcy. Rekord frekwencji padł w ubiegłym roku w Saint Paul, gdzie na trybunach pojawiło się 140 tysięcy.

Ten sport jest niezwykle widowiskowy, co przyciąga kibiców, którym podobają się zwłaszcza kraksy. A otoczka zawodów to niesamowite show.

Dyscyplina z roku na rok zyskuje fanów w kolejnych krajach, w tym także w Polsce. Historyczne sukcesy odnosił w tym sezonie Łukasz Korzestański. Zanim jednak trafił do ice cross downhillu, jak większość "ekstremalnych łyżwiarzy", grał w hokeja.

(fot. Getty) – Downhill od lat był blisko mojego życia, spotkałem różnych ludzi z nim związanych, oglądałem zawody. Nigdy jednak nie myślałem poważnie o tym, że będę w nich startował.

Okazję podsunął los. Korzestański, obiecujący hokeista toruńskich Sokołów wyjechał do Szwecji, aby sprawdzić się w tamtejszej lidze. Po dwóch udanych sezonach, w trzecim nie powiodło mu się na testach, a następnie ciągnęły się za nim liczne kontuzje, w tym ta najpoważniejsza – zerwanie więzadeł w kolanie.

– Po tym urazie wróciłem do Polski, a podczas rehabilitacji spotkałem Roberta Heisiga, który zajmuje się tym sportem w naszym kraju. Miał okazję zobaczyć mnie na lodzie i stwierdził, że powinienem spróbować, bo nadaję się do tego – wyznaje torunianin.

Te same słowa padły także z ust jednej z największych postaci tej dyscypliny, Austriaka Marco Dallago, mistrza świata z 2014 roku. Wkrótce Korzestański otrzymał list z oficjalnym zaproszeniem na mistrzostwa świata juniorów w Marsylii. We Francji zajął szóste miejsce, rewelacyjne jak na początkującego.

– Nigdy nie zapomnę tego pierwszego zjazdu. Ogromny stres, nogi jak z waty i wielki tor przede mną. Trochę czasu zajęło mi odnalezienie się na tym lodowym gigancie, ale wynik jak na pierwszy raz nie był zły.

Ten sezon był jeszcze bardziej imponujący. We wszystkich tegorocznych startach meldował się w najlepszej ósemce, a zajmując trzecie miejsce w fińskim Jyvaskyla stanął na podium cyklu jako pierwszy Polak w historii dyscypliny. Rezultat ten poprawił w weekend w Edmonton, gdzie w finale dał się wyprzedzić jedynie niepokonanemu w tym sezonie Mirko Lahtiemu z Finlandii. Dzięki tak udanemu startowi Korzestański w klasyfikacji generalnej touru zajął trzecie miejsce, zdobywając w ten sposób brązowy medal juniorskich mistrzostw świata. "Tutaj moja przygoda z juniorami się kończy, ale przynajmniej odchodzę z hukiem” – napisał na Facebooku po starcie.

Polaka czeka teraz zdecydowanie trudniejsze zadanie, czyli powtórzenie tych sukcesów w gronie seniorów. Nie będzie to jednak łatwe, bo rywalizacja najlepszych zawodników jest nieporównywalna. Dość napisać, że punkty do światowego rankingu zdobyło w tym sezonie ponad 360 łyżwiarzy.

– Odpocznę teraz kilka tygodni, a później zacznę ciężką pracę, żeby jak najlepiej wejść w kolejny cykl startów. Mam świadomość, że poprzeczka będzie teraz zawieszona wyżej i trudniej będzie przebić się do finału. Celem jest miejsce w czołowej ”30”.

W tym roku Korzestański już kilkukrotnie rywalizował ze starszymi rywalami, najwyżej – na 38. miejscu kończąc zawody w Marsylii. W przedsezonowych wyścigach cyklu Riders Cup w Austrii był piętnasty. Szansę występu wśród seniorów w Edmonton zabrała mu pogoda. – W Kanadzie wszystkie siły rzuciłem na wyścigi juniorów i kwalifikacje seniorów pojechałem oszczędzając się, aby tylko wejść do TOP64. Niestety, złe warunki pogodowe sprawiły, że organizatorzy odwołali pierwszą rundę i nie mogłem wystartować.



Kluczem do lepszych wyników będzie przede wszystkim dobra technika jazdy na przeszkodach i odpowiednie przygotowanie fizyczne. Polak w krajowych warunkach musi korzystać z alternatywnych metod treningu.

– Nie mamy u nas miejsca do ćwiczeń. Staram się jednak być kreatywny i wykorzystywać to co mam pod ręką. Lodowiska, siłownie, skate parki – to wszystko pomaga w przygotowaniach, ale niestety w Polsce jest niewiele takich obiektów i nie są na tyle duże by odwzorować tor. Czasami czuję się jak taki chłopiec wzięty na zawody prosto z ulicy.

Wiele zmienić może włączenie tej dyscypliny do programu igrzysk olimpijskich o czym w kuluarach mówi się już od dłuższego czasu. Biorąc pod uwagę popularność sportu w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie oraz coraz większą wśród Europejczyków, już wkrótce powinno się to udać. Zwłaszcza, że domagają się tego sami zawodnicy. – Sport jest na bardzo dobrej drodze, by znaleźć się na igrzyskach. Mam nadzieję, że uda się już w Pekinie, ale wszyscy jeszcze niecierpliwie czekamy na decyzję komisji. Chciałbym powalczyć o medal olimpijski, to jedno z moich największych sportowych marzeń.

Obok startów w ekstremalnych wyścigach, Korzestański wciąż aktywnie gra w hokeja. Jego zespół, Nesta Mires już w najbliższy piątek zagra z Zagłębiem Sosnowiec. Stawką spotkania będzie awans do Ekstraklasy. 21-letni obrońca, który znalazł się w składzie ekipy z Torunia na ten mecz, ma zatem okazję po raz kolejny znaleźć się wśród najlepszych.

Szalone wyzwanie hokeisty. "Pierwszy raz bałem się zjechać"