tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Iwański: tenisowe życie w Polsce jest na śmiesznym poziomie

– Majchrzak nie wiedział, co ze sobą zrobić. Jeździł na jakieś turnieje, ale nie wiadomo w jakim celu. Nie widziałem tłumu ludzi, którzy chcieliby mu pomóc i zorganizować jego życie. Mimo że jest czołowym polskim zawodnikiem, nic z tego nie wynika – powiedział SPORT.TVP.PL trener, Tomasz Iwański. Wywiad do posłuchania w całości w serwisie Soundcloud.
Iwański: Radwańska musi szukać nowych rozwiązań i mocno trenować
Agnieszka Radwańska, Hubert Hurkacz, Kamil Majchrzak (fot. Getty/PAP)

Kamil Majchrzak: nie mamy tak lekko jak koledzy z Zachodu [WIDEO]

Maciej Łuczak, Hubert Błaszczyk, SPORT.TVP.PL: – Ostatnie lata w polskim tenisie były bardzo dobre. Jednak mniej więcej półtora roku temu zaczęły się kłopoty...
Tomasz Iwański: – Ostatnie lata były najlepsze w historii naszego tenisa, dzięki sukcesom Agnieszki i Urszuli Radwańskich, Jerzego Janowicza, Łukasza Kubota. Nie można jednak zapominać, dlaczego się to udało. Zasługi ma pan Ryszard Krauze, który stworzył program PZT Prokom. Mieliśmy namiastkę systemu i powinno być to cykliczne. Jednak słabością polskiego sportu jest brak kontynuacji…

– Czy przy obecnym "systemie" powinniśmy porzucić nadzieje, że możliwe są kolejne awanse Polaków do czołowej setki rankingów?
– Od wycofania się firmy Prokom mamy jedynie działania akcyjne. Nie można wykluczyć, że dzięki determinacji i pieniądzom rodziców, sponsorów będziemy mieli zawodnika, który zacznie grać na światowym poziomie. By coś zebrać, trzeba zasiać. A nam najlepiej wychodzi zasiewanie, ale fermentu.

– Zdolnej młodzieży nam nie brakuje. Młodzi tenisiści często osiągają sukcesy w kategoriach do lat 12, 14... Dlaczego nie potrafimy przełożyć tego na profesjonalny tenis?
– Fajnie, gdy ktoś jest 10. albo 20. juniorem świata, ale w tenisie liczy się to, na jakim czeku podpiszesz się mając dwadzieścia kilka lat.

– Na początku współpracy z Kamilem Majchrzakiem bardzo surowo ocenił pan jego tenis. Dlaczego czołowy junior był aż tak zaniedbany?
–Jeżeli Kamil miał dobre warunki, to jest to straszne.

Z nową ekipą jest mi zdecydowanie nie po drodze, bo są dowodzeni przez człowieka, który prawdę mówi tylko wtedy, gdy się pomyli. Iwański o Polskim Związku Tenisowym

Tomasz Iwański (fot. TVP) – Uważa pan, że inni mieli lepsze?
– W Polsce tworzy się różne martyrologie. Można mnożyć legendy o ludziach, którzy trenowali w złych warunkach, jak np. Ana Ivanović, która odbijała piłkę w basenie, gdy wokół spadały bomby. To się świetnie sprzedaje. Sport wiąże się z wyrzeczeniami, determinacją, ale trudno jest na starcie konkurować z tymi, którzy mają wszystko dobrze zorganizowane. To oczywiście niczego nie gwarantuje, ale pozwala oszczędzać czas i skupiać się najważniejszym, czyli treningu. W Polsce zanim wyjdziemy na kort musimy zorganizować sto tysięcy rzeczy. Wszędzie to trzeba zrobić, bo w niewielu krajach federacje zabezpieczają wszystko od A do Z, ale jeżeli chodzi o infrastrukturę i przede wszystkim organizację, jest to prowadzone po prostu lepiej.

– Niedawno – tak jak już wspomnieliśmy – polski tenis miał najlepsze wyniki w historii. Nie ma pan wrażenia, że środowisko tenisowe nie wykorzystało tego momentu?
– Jedną z podstawowych pretensji, jaką trzeba mieć do – celowo mówię tak zwanych – "działaczy", czyli teoretycznie w głównym stopniu PZT, jest to, że zainteresowanie prasy, to co pan nazwał "boomem", nie zostało spożytkowane.

– Kiedy próbuje pan szukać sponsorów jednemu z najbardziej zdolnych tenisistów, to odbija się od ściany? Tenis to sport, w którym trudno o pomoc z zewnątrz?
– W każdym sporcie trudno jest znaleźć sponsorów dla tych, którzy są dopiero na początku drogi. To problem ogólnoświatowy. Znacznie łatwiej jest "sprzedać" gracza za kilka milionów dolarów niż uzyskać dużo mniejszą kwotę na rozwój. To wynika ze strategii firm, które wolą kupić gotowy produkt, a nie podejmować ryzyko. To z punktu widzenia marketingowego można zrozumieć.

– W maju ubiegłego roku w PZT doszło do zmiany władz. Wielu wiązało z tym spore nadzieje.
– Z nową ekipą jest mi zdecydowanie nie po drodze, bo są dowodzeni przez człowieka, który prawdę mówi tylko wtedy, gdy się pomyli. Pewne działania można oceniać jednak pozytywnie i rozumiem kierunek tych zmian. Zbudowanie systemu będzie jednak bardzo trudne.

– Dlaczego jest panu nie po drodze?
– Umawialiśmy się na pewne rzeczy, ale słowa nie zostały dotrzymane. Miałem zostać szefem wyszkolenia, w Łodzi miało powstać centrum szkolenia federacji.

HUBERT HURKACZ (FOT. PAP/EPA/SOEREN STACHE) – Dlaczego tak się nie stało?
– Nie widzę powodów, dla których miałbym robić coś, co nie jest w moim interesie, który cenię ponad wszystko.

Wspomniał pan, że w Łodzi miało powstać centrum szkolenia…
– Wszystko jedno jak to nazwiemy. Miał powstać ośrodek, w którym zawodnicy mogliby trenować między turniejami, przed zgrupowaniami kadry. Teraz według moich informacji takim miejscem mają być korty Legii, które PZT chciałoby przejąć. Może się to uda. Życzę powodzenia. W Łodzi zrobić się tego nie udało.

– Czyli nie rozbiło się to o pieniądze, tylko ludzie zarządzający polskim tenisem mają po prostu inną wizję?
– Podam dość abstrakcyjny przykład: czy pan, gdy pójdzie na szkolenie, będzie z szacunkiem traktował dziennikarza, który nigdy z nikim nie przeprowadził wywiadu? W polskim tenisie szkolenia o prowadzeniu zawodników z pierwszej setki prowadzili ludzie, którzy nigdy nie mieli z takim czymś do czynienia. Działaczami byli ludzie, którzy zarządzali małymi klubikami w Pcimiu Górnym, ale zdobyli odpowiednie poparcie. Sposób zarządzania stowarzyszeniami jest jednak osobnym tematem. Ustawa o sporcie w tym aspekcie jest mocno niedoskonałym tworem.

– Taki ośrodek rozwiązałby jednak sporo problemów…
– Moje drogi przecinają się z Polskim Związkiem Tenisowym od 35 lat. I od tego czasu mówi się, że coś takiego ma powstać. Jestem już zmęczony roztrząsaniem tych samych problemów. Powinna zebrać się grupa ludzi i niezależnie od preferencji etycznych, moralnych wypracować koncepcję, którą będzie realizować. Tutaj większość koncepcji kończy się na wygłaszaniu mądrości. Każda z nich jest mądrzejsza niż wszystkie poprzednie.

– Ludzie polskiego tenisa wskazują często na brak współpracy. Dotyczy to wszystkich szczebli – trenerów, klubów, działaczy. Dlaczego tak się dzieje?
– Kiedyś Leo Beenhakker, którego nie byłem wielkim fanem ze względu na działania menedżerskie, powiedział fantastyczne zdanie, że w Polsce jest 40 milionów selekcjonerów i wszyscy znają się na tym lepiej niż ja. W tenisie jest tak samo. Każdy trener wie najlepiej, każdy działacz wie najlepiej, każdy jest najbardziej zainteresowany swoim interesem. To bardzo dobrze, bo kiedy nie robi się czegoś we własnym interesie, to zaczynam się niepokoić. W Polsce ludzie nadal wstydzą się, że zarabiają pieniądze, robią coś dla siebie i dobrze się z tym czują…

– Czy dostrzega pan w polskim tenisie pozytywne jednostki?
– W każdym środowisku są pozytywne jednostki i ludzie, których wiedzę można wykorzystać.

Problemem jest to, co zrobić z dzieckiem, którego trening nie kosztuje już 300 złotych miesięcznie, tylko w wieku 14 lat – 5000 złotych. A trzy lata później – 10 tysięcy dolarów na miesiąc. Iwański o szkoleniu talentów

Majchrzak w transie. Trzy asy z rzędu – Ich wiedza jest wykorzystywana? Czy marnujemy ich potencjał?
– Nie można generalizować. W tenisie jest taka sama statystycznie liczba dobrych i złych trenerów jak w siatkówce. Te proporcje będą się zmieniać. W tego typu środowiskach, żeby się rozwijać trzeba znaleźć wspólne wartości i punkty odniesienia. Wtedy można realizować coś, co ma doprowadzić do pozytywnego efektu. W Polsce jednak ludzie skupiają się na kłótniach, nienawiści, animozjach wynikających z idiotycznych przesłanek.

– Pan ma bardzo konkretne zdanie na wiele kwestii. Czy to zadecydowało, że ostatecznie szefem wyszkolenia PZT został ktoś inny?
– Gdybym był człowiekiem wierzącym, to składałbym ręce do modlitwy, że nie dostałem tego stanowiska.

– Przy tej ekipie nie udałoby się wprowadzić zmian?
– Kiedy za coś odpowiadam, to muszę mieć postawiony cel i zostawioną wolną rękę. Musiałbym zostać rozliczony po czasie, który potrzebuję na wykonanie zadań. Nie dam żadnemu prezesowi w jakikolwiek sposób ingerować w to, co robię. Nie jest to w ogóle możliwe. Na takiej zasadzie żaden prezes nie jest gotowy ze mną współpracować.

– Czy miał pan napisane jakieś zręby planu?
– Zręby planu zostały przedstawione na spotkaniu przyszłych członków zarządu. Wszystko zostało zaakceptowane, ale później została wykonana wolta, jak to zwykle bywa po wyborach…

– Jakie były główne założenia?
– Miało powstać centrum szkoleniowe – to było głównym założeniem. Organizacja szkolenia zawodników na nieco innym poziomie. Przeniesienie ciężaru szkolenia dla wybranych zawodników między turniejami do takiego ośrodka. Plan miał wiele różnego rodzaju podpunktów, których już nawet nie pamiętam, bo nie ma to żadnego znaczenia…

– Czy zawodnicy mieliby być na miejscu, uczyć się, trenować?
– Przeniesienie zawodnika z dala od jego miejsca zamieszkania do centrum nie jest najlepszym pomysłem. Są różne modele. Żeby było centrum kształcenia zawodników, to musi być bardzo dobrze ułożona współpraca z ich indywidualnymi trenerami. Najważniejsze jest to, jak tenisiści pracują na co dzień w klubach. Koncepcja opierała się na tym, żeby przyjeżdżali na zgrupowania ze szkoleniowcami, po to żeby zapoznać się, porozmawiać i robić burze mózgów nad właściwymi aspektami rozwoju.

MIROSŁAW SKRZYPCZYŃSKI – prezes Polskiego Związku Tenisoweg (FOT. PAP) – Kadencja zarządu Polskiego Związku Tenisowego trwa. Widzi pan nadzieję, że będzie lepiej?
– Obiektywnie rzecz biorąc, to wygląda lepiej. Z Syrenki przesiedliśmy się w Skodę Fabię.

– W jakich obszarach poprawa jest zauważalna?
– W każdym. Jest olbrzymi nacisk na popularyzację tenisa. I to jest słuszny kierunek. W ramach koncepcji piramidy, żeby wybił się ktoś wysoko, to musi być stabilny fundament – wielu ludzi grających i zainteresowanie. W polskich warunkach nigdy nie było problemów ze zorganizowaniem tej piramidy. Jeżeli będą hale, obiekty, odpowiednia promocja, to dzieci chodzące do szkoły będą grały w tenisa, bo takie zajęcia kosztują od 100 do 300 złotych miesięcznie w każdym miejscu w kraju. Rodzica będzie na to stać. W tej chwili może sobie na to pozwolić 50 procent społeczeństwa, a ten odsetek będzie jeszcze rosnąć. Problemem jest to, co zrobić z dzieckiem, którego trening nie kosztuje już 300 złotych miesięcznie, tylko w wieku 14 lat – 5000 złotych. A trzy lata później – 10 tysięcy dolarów na miesiąc.

– Mamy pojedynczych zawodników na najwyższym poziomie. A później jest przepaść. Brakuje sparingpartnerów…
– Pośrednio odpowiada pan na pytanie, że właściwym krokiem jest organizacja centrum szkoleniowego z właściwymi ludźmi odpowiadającymi za ten proceder. Czy ja uważam się za właściwego człowieka, do organizacji tego procesu? Tak, ale nie jestem uważany za takiego.

– Przejdźmy może do tematu Kamila Majchrzaka. Jakie cele pan przed nim postawił?
– Adam Małysz powiedział kiedyś, że jego celem jest skoncentrować się na dwóch równych skokach. W przypadku Kamila powiem trochę enigmatycznie… Głównym zadaniem jest koncentrowanie się na ulepszeniu jakości procesu treningowego i podniesienia jakości gry w każdym aspekcie. Na początku współpracy nie byłoby miejsca, którego dotknięcie nie spowodowałoby podniesienia poziomu jego tenisa. Majchrzak jest typowym przykładem organizacyjnego polskiego burdelu.

– To zawsze był zawodnik, na którym koncentrowała się uwaga ludzi…
– Zacząłem trenować z Kamilem, dlatego że najpierw jego trener przygotowania fizycznego, a mój wieloletni współpracownik – Mieczysław Bogusławski poprosił mnie, żeby poprawić mu serwis, bo ma z nim kłopoty. Przyszedł na parę treningów, trochę się pobawiliśmy. Po trzech tygodniach okazało się, że nie ma z kim i gdzie trenować, skończyły się też pieniądze. Nie wiedział, co ze sobą zrobić. Jechał na jakieś turnieje, ale tak w zasadzie nie wiadomo w jakim celu. Nie widziałem tłumu ludzi, którzy chcieliby mu pomóc i zorganizować jego życie. Mimo że jest czołowym polskim zawodnikiem, nic Z tego nie wynika. Jest wiele większych problemów niż te Kamila Majchrzaka – ludzie umierają, są epidemie, samolot się rozbił – tylko jeżeli mówimy o organizacji czegoś, to tenisowe życie w Polsce jest na śmiesznym poziomie.

Niezależnie od tego, co się teraz mówi Radwańska manualnie jest jedną z najlepszych zawodniczek w historii tego sportu. Tomasz Iwański o Radwańskiej

Kamil Majchrzak (fot. Getty) – Jak pan obserwuje Majchrzaka na co dzień, to gdzie jest pułap jego możliwości?
– To wszystko jest gdybaniem. Nauczyłem się przez całe życie sportowe, żeby nie dokonywać radykalnych ocen. Bardzo wielu zawodników, o których wypowiadałem się dość mocno, zaskakiwało mnie później swoimi wynikami. Działało to też w drugą stronę. Kamil jest cały czas bardzo młodym zawodnikiem. Zrobił przez ostatnie pół roku duży postęp. Lepiej serwuje, lepiej się rusza, jest agresywniejszy, lepiej gra z forhendu i poprawił woleja. Jeśli chodzi o grę przy siatce, to eufemizm. Będąc drugim zawodnikiem w Polsce strącał woleja, a nie grał go. Troszeczkę się tego nauczył. Problem polega na tym, że im wyżej się jest, tym trudniej zrobić zauważalny postęp. On nie rywalizuje z ludźmi, którzy nie wiedzą, czym to się je. Tylko z zawodnikami, którzy pracują w określony, sensowny sposób od wielu lat. On trenuje tak od niedawna. Te rzeczy w decydujących momentach meczów wychodzą. Brakuje mu bardzo niewiele, ale to jak w tej reklamie: prawie, czyni wielką różnicę. Kamil przegrywa mecze z bardzo dobrymi zawodnikami. Tak jak choćby z Rubenem Bemelmansem w Australii – 5:7 w trzecim secie, mając duże szanse na wygraną. W sporcie to jednak nikogo nie interesuje.

– Na koniec chcielibyśmy porozmawiać o Agnieszce Radwańskiej. Pan współpracował z czołową tenisistką na świecie, Nadieżdą Pietrową, a o Polce powiedział kiedyś, że wygląda na zawodniczkę zadowoloną, która nie uznaje żadnych autorytetów. Czy to jest głównym źródłem jej obecnych problemów?
– Trudno jest się wypowiadać o kimś, kogo nie widzi się na co dzień w treningu. Nie mówię tego z pobudek dyplomatycznych, mimo że środowisko związane z Agnieszką jest bardzo czułe na każde złe słowo. Po prostu nie mam pełnych danych, by w autorytatywny sposób rozważać powody jej słabszej gry, choć daj Boże każdemu takie słabsze rezultaty. Przez blisko dziesięć lat była czołową tenisistką świata, zarobiła dziesiątki milionów dolarów i na pewno jest sportowcem spełnionym lub przynajmniej prawie spełnionym. Jedyne, co mogę powiedzieć na bazie swojego doświadczenia i obserwacji z daleka, to żeby w obecnej chwili robić wielkie wyniki, szczególnie w wieku 29 lat, trzeba bardzo mocno trenować, a przede wszystkim szukać nowych rozwiązań. Domyślam się, że w kontrze dostanę słowa, że "my dalej szukamy, próbujemy".

– Mam wrażenie, że kobiecy tenis coraz bardziej idzie w stronę siły. Nowa generacja tenisistek uderza coraz mocniej, a tymczasem Agnieszka zatrzymała się na pewnym etapie.
– To nie stanowi problemu. Niezależnie od tego, co się teraz mówi Radwańska manualnie jest jedną z najlepszych zawodniczek w historii tego sportu.

– Tego nikt nie podważa.
– Fantastycznie przewiduje to, co się wydarzy na korcie, natomiast jej tenis od wielu lat jest dokładnie taki sam. To, że nowa generacja uderza coraz mocniej przy odpowiednim treningu nie powinno stanowić dużego problemu. Utarło się, że tenis staje się coraz bardziej siłowy, ale wielu zapomina, iż siła powinna iść w parze z odpowiednim kontrolowaniem uderzeń. Trenować powinno się przede wszystkim po to, by mieć coraz szerszy repertuar techniczno-taktyczny.

***
Tomasz Iwański – w latach 1988/94 był reprezentantem Polski w Pucharze Davisa. W rankingu ATP najwyżej notowany na 568. miejscu w singlu i 317. w deblu. Pracował w przeszłości z piątą zawodniczką światowego rankingu – Nadieżdą Pietrową. Aktualnie jest szkoleniowcem Kamila Majchrzaka.

Kamil Majchrzak: Puchar Davisa wywołuje niesamowite emocje

najpopularniejsze

Mundial 2018. Chorwaci łaskawi dla kolegi. Ten medalu… nie przyjmie

Mundial 2018. Rozżalony Neymar. "To największe rozczarowanie w karierze"

Mundial 2018. Belgia – Tunezja 1:0: gol Hazarda

Mundial 2018. Belgia – Tunezja 2:0: gol Lukaku

Mundial 2018. Belgia – Tunezja 2:1: gol Bronna