tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Jakub Czerwiński: w domu byłem nieznośny, w klubie przyklejałem uśmiech

– Kiedy nie grałem, miałem wahania nastrojów. Chodziłem sfrustrowany i przynosiłem problemy do domu. Pomogła mi żona, która znosiła wszystkie humory. W klubie przyklejałem uśmiech do ust i harowałem – mówi Jakub Czerwiński, obrońca Legii Warszawa wypożyczony do Piasta Gliwice.
(fot. Getty Images)

Taras Romanczuk odebrał dowód osobisty

Mateusz Karoń, SPORT.TVP.PL: – Gdyby nie chęć bycia piłkarzem...
Jakub Czerwiński:
– Pewnie pracowałbym z tatą na budowie.

– Czyli umie pan położyć gładź?
– Gwoździa przybiję, ale bez przesady z tynkami. Ojciec nie zabierał mnie do pracy. Byłem zbyt młody. Wyjechałem jako 15-latek. Później pomagałem bratu przy budowie domu. Każdy może nosić pustaki, na tyle oceniano moje możliwości.

– Konieczna była ucieczka z Muszyny, miejsca nieznanego piłkarsko?
– Ostatnio oglądaliśmy zawody i znajomi zapytali, dlaczego nie zostałem skoczkiem narciarskim. Szukaliśmy też piłkarzy, którzy pochodzą z tego regionu i zbyt wielu ich nie naliczyliśmy.

– Droga stamtąd do poważnej piłki jest za długa?
– Warunki treningowe były mało sprzyjające, chociaż jak na starą czwartą ligę, niedramatyczne. W Popradzie Muszyna ćwiczyłem z seniorami, mieliśmy tylko podstawowy sprzęt. Zapadła decyzja o wyjeździe do Opalenicy. Gdybym tego nie zrobił, pewnie bym się nie wybił. Pamiętam, jak bardzo stresowałem się, kiedy wsiadłem do autokaru. Drugi koniec Polski, podróż przez całą noc, a o 4 nad ranem miał mnie odebrać dyrektor akademii. Nigdy tak daleko sam nie jechałem. Przeżywałem to mocno, ale mama jeszcze bardziej.

Jakub Czerwiński w pojedynku z Wojciech Trochim (fot. PAP)

– Nic dziwnego...
– W domu były dwie reakcje. Tata określił rachunek prawdopodobieństwa jako… mało prawdopodobny. Są tysiące utalentowanych chłopców. Dlaczego miałoby się udać akurat Czerwińskiemu? Wiedział, że się nie poddam, ale nie mógł mieć pewności, czy inne elementy, które muszą się na siebie nałożyć, byś gładko przeszedł do piłki seniorskiej, rzeczywiście się nałożą. Mama patrzyła na to inaczej. „Nie dowiesz się, dopóki nie spróbujesz. Potem będziesz żałował” - powiedziała.

– Skąd pomysł z Opalenicą? Przecież to 600 kilometrów od Muszyny.
– Trenowałem z pierwszym zespołem Popradu, gdy miałem 15 lat. Czułem, że jest szansa, by kiedyś grać profesjonalnie w piłkę. Zresztą, patrząc z dzisiejszej perspektywy, byłem tego pewien bardziej niż rzeczywiście powinienem. Marzył mi się wyjazd do większego miasta, chciałem być w jakiejś szkółce piłkarskiej. Myślałem o SMS w Mielcu albo Krakowie. Nie było tak jak teraz, że szkółka lub akademia jest w każdej miejscowości, a trener – nawet z mniejszego klubu – musi być bardzo oporny na wiedzę, by nie mieć styczności z materiałami szkoleniowymi. Wyjazd jawił się jako jedyna szansa, być albo nie być. Poprad prowadził Krzysztof Łętocha, który wysłał syna do Promienia Opalenicy. Dał mi płytę CD tej szkółki. „Obejrzyj, może warto spróbować…” – zaproponował. Po konsultacji z rodzicami pojechałem na testy. Można powiedzieć, że w tamtym czasie moje myślenie wyglądało tak: rzucam wszystko i wyjeżdżam, ciężko pracuję, a w zamian spełniam marzenia.

– I dlaczego wybrali akurat pana?
– Było mnóstwo chłopców. Oglądali nas przez tydzień. Zrobiono staranną selekcję, więc coś dostrzegli. Jestem wdzięczny, ta szansa pomogła mi zrobić karierę, choć samo przejście do Opalenicy było jedynie szansą, a nie gwarancją bycia piłkarzem. Wtedy myślałem inaczej. Może takie podejście paradoksalnie mi pomogło?

– Trudno przeżyć daleko od domu?
–Trafiłem do nowego otoczenia. Żeby było śmieszniej – tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego złamałem kość strzałkową. Rozpoczynałem go z gipsem. Nie było mi do niej po drodze. Rozstanie z rodzicami dokuczało. W Opalenicy uczyłem się bycia dorosłym.

– W tym wieku do głowy przychodzi dużo głupot...
– Mieszkaliśmy u rodzin. Na początku trafiliśmy w trójkę do jednego domu i nadzór był nam potrzebny. Wszystkie numery robiłem tak, by nikt się nie zorientował.

Jakub Czerwiński i Cristiano Ronaldo (fot. Getty Images)

– Jaki był największy?
– Powiedziałem, że wracam do rodziców, a spałem u kolegi.

– A tak na poważnie?
– Czerwiński był bezproblemowy. Wiedziałem, po co tam trafiłem. Doceniałem warunki, w jakich mogłem trenować. Wyjeżdżałem z malutkiej miejscowości w górach, gdzie brakowało niemal wszystkiego do profesjonalnej akademii. W Opalenicy ćwiczyłem być może w wówczas najlepszej w Polsce. Rodzice nie musieli płacić za nocleg i wyżywienie. Dodatkowo, mieliśmy pieniądze na buty, leczenie...

– Czyli trafił pan do raju?
Dojeżdżałem na treningi z mojej rodzinnej wsi Milika do Muszyny. To nauczyło mnie punktualności i poczucia obowiązku. Dlatego w Opalenicy odwdzięczałem się podejściem. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, by mogło być inaczej. Dziś młodzi mają zbyt dobrze. Chucha się na nich i dmucha. Nigdy wcześniej nie było aż takiego nastawienia, by młody dostał szansę. Te przychodzą zbyt łatwo, co w dłuższej perspektywie kończy się roszczeniowym podejściem. W większości nie są zahartowani, brak im determinacji i mają kłopot z respektowaniem hierarchii w drużynie; zazwyczaj nie radzą sobie z ego. Niby wychowałem się niedawno, ale to były zupełnie inne czasy. Dla mnie angaż w Opalenicy znaczył wiele. Był jak życiowa szansa. Jechałem tak ukierunkowany na wybicie się, że wyłącznie kłopoty zdrowotne mogły mnie zahamować. Jeśli jednego dnia odstawałem, to za miesiąc już się w tym elemencie treningu wyróżniałem.

– Mama i tata nie woleli, by syn zdobył wykształcenie?
– Nie miałem świetnych wyników, ale bez problemów przechodziłem do następnej klasy. Zwykłe, średnie oceny. Nie rzuciłem szkoły. Zdawałem sobie sprawę, że papierek prędzej czy później będzie potrzebny.

– Zwłaszcza, że nigdy nie wymieniano pana wśród największych talentów. W reprezentacji młodzieżowej powstała jedna notatka: „zbyt niski”...
– Nikt wprost mi tego nie powiedział. Jestem przekonany, że wielu oceniono tak w tym wieku i przez to dziś już nie grają. Jeśli chodzi o moje występy w reprezentacjach młodzieżowych, to Michał Globisz wysyłał powołania dość regularnie. Stefan Majewski zrobił to tylko raz, lecz akurat doznałem drobnej kontuzji. Nie mogłem zagrać, a później zniknąłem z radaru. Wiesz co? Dawniej musiałem mierzyć się z tym, że "środkowy obrońca powinien być wyższy", później, że "środkowy obrońca Legii powinien lepiej wprowadzać piłkę". Słyszałem takie, jakby to wytłumaczyć… Dalekie echo. Niby nikt tego głośno nie mówił, ale tak się przyjęło uważać. Początkowo kombinowałem, nieco urażony: "A ile centymetrów musi mieć? 185 czy raczej 190? I co to znaczy dobrze wprowadzać?". Jestem uparty. Skoro nie mogę być wyższy, to mam psi obowiązek wykorzystać maksymalnie możliwości skocznościowe i szybkościowe. Skoro są zawodnicy lepsi technicznie ode mnie, to mam próbować być na siłę efektowny? Efektywność dla obrońcy jest najważniejsza, w najlepszych ligach też. Możesz mieć najlepsze wprowadzające podanie i niesamowity, cięty przerzut. Tylko co twojej drużynie po tym, jeśli kilka razy w rundzie stracą gole, bo ty akurat szukasz kwadratowych jaj? Wiedziałem, że dla mnie najważniejsze będzie, by jak najszybciej poprawić grę na małej przestrzeni, pod presją przeciwnika. I tutaj są duże postępy.

Jakub Czerwiński i Pierre-Emerick Aubameyang (fot. Getty Images)

– Dlaczego tak rzadko słyszymy o Jakubie Czerwińskim?
– To mój atut. Wolę rozmawiać na temat piłki nożnej. Facebook służy mi do kontaktu ze znajomymi. Publikuję tylko zdjęcia na Instagramie. Profil prowadzę sam. Staram się, by wszystko było wyważone.

– A może pan coś o sobie opowie?
– Jestem facetem z charakterem, który uczy się na błędach. Częściej na cudzych, choć własnych też kilka było.

– Podobno nie przepada pan za dziennikarzami...
– Nie przepadam za ferowaniem wyroków, stawianiem tez, bez wnikliwej analizy. Jestem wychowany w taki sposób, by nie wypowiadać się na tematy, na których się nie znam i którymi nie żyję. Zwłaszcza w Legii miałem kilka mniej przyjemnych historii, chociaż jedna dziennikarka zaimponowała mi tym, że gdy doszło do niej, że treść artykułu nie była zgodna z prawdą, to się odezwała, przeprosiła. Szanuję bardzo. Podkreślmy to: nigdy nie miałem i nie mam problemu z dziennikarzami. Zwyczajnie oczekuję profesjonalizmu, ponieważ wasze słowa – pisane i mówione – trafiają do setek tysięcy kibiców, często ślepo przyjmujących je jako pewnik. Inna sprawa, że ja sam – niestety dopiero od niedawna – zrozumiałem, że jako piłkarz powinienem być dla was bardziej atrakcyjnym rozmówcą. Po prostu nie do końca odpowiednio rozumiałem rolę mediów w piłce. Zamiast kreować wizerunek, używałem okrągłych słów w wywiadach, powtarzałem frazesy, by uniknąć problemów. To była moja reakcja na nie najlepsze relacje z mediami.

–  Był taki wywiad w Weszło. Wyznał pan, że w Szczecinie jest tylko chwilowo. Potem miał być podbój ligi zagranicznej. Nie wyszło...
– Byłem na fali, czułem się pewnie, a Pogoń jawiła mi się jako doskonały przystanek do czegoś więcej. Oczywiście użyłem niefortunnych zwrotów, żaden kibic nie chce czytać takich słów o swoim klubie. Właśnie nauczony tamtym artykułem, później mówiłem już tylko tyle, ile trzeba było.

– W klubie też nie byli szczęśliwi...
– Żona się wystraszyła. Pytała, jak będę żył w mieście. Kibicom faktycznie nie spodobała się ta wypowiedź. Zaczęły się głosy, że Czerwińskiemu odbiło. Czerwińskiemu! A mnie to odbić się może co najwyżej piłka od głowy. Paradoksalnie nikt mi nie wypomniał twarzą w twarz wywiadu, usłyszałem nawet kilka ciepłych słów; na przykład, że jestem ambitny, choć były one śladowe. Napisaliśmy sprostowanie. To była moja inicjatywa, bardzo szanuję Pogoń, jej pracowników i kibiców. Byłem na siebie wściekły, że tak zacząłem w nowym klubie. Dyrektor sportowy kazał mi się dwa razy zastanowić, zanim coś powiem. Kary nie zapłaciłem.

– Naprawdę było takie podejście?
–  Z jednej strony: niepotrzebnie wypowiedziałem zbyt buńczuczne słowa i zupełnie nie w moim stylu. Z drugiej: sprostałem im, stosunkowo szybko trafiłem do Legii. A tym samym utwierdziłem się w przekonaniu, że mogę być kimś więcej niż solidnym ligowcem.

(fot. Getty Images)

– To aż tak trudne?
– Zajęło mi trochę czasu. Nabierałem pewności z każdym meczem. Miałem łatwiej, bo szefem obrony był Jarek Fojut. Starałem się mu dorównać, „rosłem” u jego boku. Kiedy coś nie wychodziło, naprawiał błędy. Czasami ja też jego...

– Do Ekstraklasy trafił pan –  bez urazy – z pierwszoligowej wsi, czyli Niecieczy. Zderzenie ze ścianą?
– Nie był to Nowy Jork, lecz Bruk-Bet Termalikę uznawano za jeden z lepiej zorganizowanych klubów zaplecza Ekstraklasy. Przeskok do Pogoni był, z tym, że nie aż tak znaczący, jak może się wydawać.

– A Legia Warszawa?
– Tam faktycznie wpadłem na mur. Zacząłem grać bez okresu przygotowawczego. Była Liga Mistrzów, gdzie było 0:6 od Borussii Dortmund. Zalała nas fala krytyki. Na każdej stronie internetowej było coś o Legii. Patrzyła cała Polska , a szło fatalnie.

– Wtedy zrozumiał pan, co to presja?
– Miałem w zespole lepszych zawodników, z dużo większym doświadczeniem. Od początku nie chciałem się za nimi chować, lecz dorównać. Zrozumiałem tę presję po roku pobytu w Legii.

– Graliście w fazie grupowej Ligi Mistrzów i Ekstraklasę zakończyliście na pierwszym miejscu, ale nie możemy powiedzieć, że w Legii wyszło. Dlaczego?
– Nie ma jednej przyczyny. Zostałem rzucony na głęboką wodę. Przeskok był zbyt duży, zmiana klubu ostatniego dnia okna… Ale drugi raz zrobiłbym to samo. Wtedy poszedłem do najsilniejszego zespołu w Polsce, który zagra w LM. Nie miałem czasu na zastanawianie. Wieczorem odebrałem telefon, a następnego dnia jechałem do Warszawy. Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Na razie tylko powąchałem. Liczę, że kiedyś jeszcze dostanę co najmniej lampkę...

– Po 0:6 przy Łazienkowskiej i wyniku 4:8 przywiezionym z Dortmundu był raczej kac.
– Jeszcze w barwach Popradu Muszyna zdarzyło mi się przegrać wynikiem dwucyfrowym. Wracałem do domu, płakałem. Zastanawiałem się, czy jest sens jeszcze grać w piłkę. W Dortmundzie czułem wściekłość, byłem bezsilny. Traciliśmy gola za golem, a nasze nastawienie się nie zmieniało. Próbowaliśmy atakować, grać z Borussią otwarty futbol. Rywale atakowali, my też. Niemcy chyba byli zadowoleni, ale sami mówili, że to szaleństwo z obu stron.

– Jacek Magiera wystawił laurkę. Powiedział, że poleciłby z czystym sumieniem.
– Dziękuję. Wolałbym usłyszeć od trenera, że uważa mnie za dobrego piłkarza, który dużo u niego grał. Niestety, było inaczej. Zapieprzałem na treningach, sumienie mam czyste. Ostatecznie skład wywalczyłem.

– To prawda, że stawiał Czerwińskiego za wzór?
– Zostałem wyróżniony za ciężką pracę, choć nie pojechałem z drużyną na mecz. Nie przytoczę słów, ponieważ ich nie słyszałem. Piłkarzy zbyt często chwali się za ciężką pracę. Taksówkarza nikt nie klepie po plecach, że wziął auto do pracy. Niełatwe momenty w Legii faktycznie miałem często.

(fot. PAP)

– Trudno było się z tym pogodzić?
– Ciężki okres pod względem mentalnym. Sprawdziłem siebie. Jednego dnia chodziłem wściekły, a następnego mi mijało. Jechałem na trening i chciałem pokazać, że jestem gotowy. Oczywiście zdarzało się też inaczej. Miałem chwile zawahania. Harowałem, a efektu długo nie widziałem. Trener wybrał inaczej, zdobył mistrzostwo, więc się nie pomylił. Dopiero latem wskoczyłem do jedenastki.

– Co należało zrobić, żeby się do niej dobić?
– Harować i być cały czas w pełni skoncentrowanym, mieć nastawienie, że szansa przyjdzie, a jak już jest, to musisz być w optymalnej dyspozycji. Pełna gotowość.

– Dlaczego Piast?
– Byli konkretni, zależało im na sprowadzeniu mnie. Znalazłem się w trudnej sytuacji, po ciężkiej kontuzji grałem bardzo mało, nowy sztab mnie nie znał. Chciałem czuć się potrzebny, grać co tydzień.

– Zawsze Czerwiński był jednym z wielu, a tu ma być ważną postacią. Nowa rola?
– Nie do końca. W Termalice u Piotra Mandrysza też wiele zależało ode mnie, ale w Ekstraklasie jeszcze takiej roli nie pełniłem. Nie boję się odpowiedzialności. Chcę sprawdzić, czy mogę być liderem. Czuję się gotowy. Zebrałem doświadczenia, bardzo pomogła mi gra z Fojutem. Dotychczas byłem obserwatorem i słuchaczem. Teraz czas pokierować obroną. Zakładam, że jeśli od pięciu meczów z rzędu nie straciliśmy gola, to wychodzi to lepiej niż nieźle. Zasługa całej drużyny i sztabu, ale moja też.

– Co takiego ma w sobie Fojut?
– Spojrzenie na piłkę z wielu perspektyw. Zawsze potrafił postawić się w sytuacji wszystkich zamieszanych w daną akcję. Próbowałem rozumieć piłkę tak jak on. W Pogoni mi nie wychodziło. Dopiero ostatnie półtora sezonu, obserwacja kolegów z Legii i kontuzja rzuciły na wszystko nowe światło. To podstawowa sprawa w piłce, zależało mi, by to opanować.

– A nauczył się pan cierpliwości?
– Chyba nigdy mi się nie uda. Nie chciałem zostać w Legii, nie mogłem znieść siedzenia na ławce, oczekiwania. Dla mnie ten klub nie był strefą komfortu, ale nie jest nim również Piast.

– To znaczy?
– Żona odczuła ten okres. Miałem humory, a ona wszystko tonowała. Potrafiła sprawić, że czułem się lepiej i chwilami zapominałem o problemach. Byłem nieznośny, przynosiłem kłopoty do domu, ale taką mam naturę. Ambicja nie pozwalała zachowywać się inaczej. Byłem sfrustrowany.

– A w klubie? Fajny chłopak, ale nie gra...
– Dokładnie. Ja chcę to zmienić na "fajny chłopak, bo gra". Żona pomagała mi dojść do siebie psychicznie, a kiedy jechałem na trening, to przyklejałem uśmiech i zasuwałem jeszcze ciężej.

– To co pan usłyszał od Magiery?
– „Pracuj, a twoja chwila nadejdzie”. Żadnej deklaracji. Nie oczekiwałem jej. Prędzej chciałem usłyszeć, co robię źle. Zawsze miałem takie podejście i ono pozwalało mi robić kolejne kroki. Z czasu w Legii żałuję tylko tej nieszczęsnej kontuzji. Kiedy już zostałem podstawowym zawodnikiem, a tyle mnie to kosztowało. Reszta pozwoliła stać się silniejszym.

Piast celuje w kolejne zwycięstwo. Bilety za złotówkę

najpopularniejsze

Juventus Turyn – Frosinone Calcio 3:0. Kolejny gol Cristiano Ronaldo

Ojciec Emiliano Sali: mam nadzieję, że znajdą go jak najszybciej

Puchar Świata w skokach narciarskich: wielki triumf Polaków w Willingen

"Okiem redakcji". Gra Polaków pod lupą

Magazyn piłkarski "4-4-2" (04.02.2019) – Wilkowicz, Żelazny, Engel