tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Skazani na żużel. Tajemnice rodziny Dudków

Dojrzewali w oparach metanolu. Ona w Unisławiu Pomorskim, on w Zielonej Górze. Musieli w końcu na siebie wpaść w tym małym środowisku. No i wpadli. Dziś są rodzicami żużlowego wicemistrza świata – Patryka Dudka, który w poniedziałek po raz pierwszy w tym roku pojawił się na torze.
Tai Woffinden (L), Patryk Dudek (Ś) i Bartosz Zmarzlik (fot. PAP)

Rozrabiara Honoratka

– Tata pracował na stacji CPN-u, którego właścicielem, w tamtych czasach, być nie mógł. Ale i tak nie mieliśmy na co narzekać, bo wiadomo, kto miał wówczas dobrze – ksiądz, milicjant i "cepeeniarz" właśnie – uśmiecha się pani Dudek, która w żużlowym towarzystwie obracała się od dziecka. I od małego próbowała rozdawać karty.

– To prawda, byłam niezłą rozrabiarą, ale nie powiem panu, co takiego nabroiłam. W każdym razie kibicowałam wiernie, a gdy z powodu słabszych ocen mama zabraniała wizyt na stadionie, dostawałam furii i potrafiłam pozbijać wszystkie lampy w polonezie taty – nie ukrywa.

Honoratka dzięki miłości do speedwaya częściej zaglądała do książek. – No, można tak powiedzieć, bo mama zawsze miała na mnie haczyk. Bywało, że zgłaszałam się w piątek w szkole i mówiłam "pan mnie spyta, bo na żużel nie pójdę" – wspomina. Była na tę dyscyplinę skazana. Rodzice również spełniali się na trybunach, a brat ojca, Andrzej Marwitz, jeździł nawet w toruńskich barwach, lecz bez większych sukcesów. Poza tym ojciec kumplował się z Janem Ząbikiem, a ona znalazła dla siebie w tym towarzystwie rolę wcale nie drugoplanową – szofera.

– Prawo jazdy zrobiłam już jako szesnastolatka, wtedy można było jeździć w tak młodym wieku z osobą starszą u boku. No i się jeździło na zawody z żużlowcami, ze Stefanem Tietzem, Krzyśkiem Kuczwalskim i Markiem Kończykowskim. Dla mnie to była sprawa! A jak w Gnieźnie uścisnęłam dłoń Andrzeja Huszczy? Rok jej miałam nie myć – zauważa fanka z Unisławia.

Patryk Dudek z ukochaną (fot. Facebook) Jeden wyrżnął, połowa uciekła

W rozkochanej w dyscyplinie Zielonej Górze głównym miejscem kultu był stadion, a główną drogą życiową - ta z domu na stadion. – Mój ojciec żużlowcem nie został, choć próbował – przyznaje Sławomir Dudek, czołowy krajowy zawodnik lat 90. – Czasy mieliśmy takie, że trudno było się przebić. Tata pozostał jednak zapalonym kibicem, bo poza żużlem nic innego w mieście właściwie nie było. Dlatego cała Zielona chodziła na speedway i słowo "chodziła" jest tu najwłaściwsze. Z dzielnicy Jędrzychów mieliśmy na stadion może ze cztery kilometry. No i dwa razy w miesiącu szło się przez lasy, jeden szereg za drugim. To były pielgrzymki, a ja lądowałem często u ojca na barana, bo jako czterolatek nie zawsze wytrzymywałem kondycyjnie. Nie dawałem rady po prostu. Szybko połknąłem bakcyla i już w przedszkolu zbierałem chłopaków, formowaliśmy się w drużyny i ścigaliśmy dookoła barierek. Na nogach.

Dziś tabuny chętnych nie szturmują już żużlowych szkółek jak w dawnej, szarej rzeczywistości. Bezpieczniej skręca się w lewo na konsoli... W latach 80. wyglądało to jednak inaczej. – Przychodziło ponad pięćdziesięciu chłopaków, więc nie było łatwo dostać się do grupy wybrańców. Dlatego robiono nam egzaminy: testy wydolnościowe, podciąganie się na drążku, przysiady na jednej nodze, sprawdziany zwinnościowe, bieganie na czas. A jazda? W latach 1983-84 przerabiało się sueski na crossówki, taki sprzęt musiał wystarczyć. Po testach zostawało nas około dwudziestu, a do dyspozycji mieliśmy pięć motocykli i pięć kombinezonów. Zatem na jeden zestaw przypadało czterech chłopaków, jeden się rozbierał i wskakiwał następny. Na pierwszym treningu jeden z nas paskudnie się jednak przewrócił i zaraz połowa uciekła. Dzięki temu mieliśmy mniejsze kolejki – tłumaczy papa Patryka.

Od słabego śmierdzi berbeluchą

Musiał też być z seniora Dudka niezły dyskotekowy bajerant, bo na youtube'ie można znaleźć filmik, jak tańczy w parku maszyn moonwalka, czyli księżycowy taniec Michaela Jacksona, z papierosem w dłoni. Taka bowiem panowała wciąż moda w ówczesnym speedwayu, spuścizna po latach PRL-u. Żużlowiec to był wtedy gość, o czym wspominał raz obecny selekcjoner, częstochowianin Marek Cieślak: – Mój późniejszy trener Beniek Kacperak zadał raz nam, młodym, zagadkę, po czym poznać dobrego żużlowca w południe. Nikt nie wiedział. "Od dobrego żużlowca w południe pachnie koniakiem, a od słabego śmierdzi berbeluchą", wytłumaczył obrazowo.

Wracając do seniora Dudka, te kocie ruchy miał wyćwiczone czy może w genach zapisane? – Chyba muszę podziękować mamie, której jako mały bajtel stawałem na stopach, a ona tańczyła. Dobra była w te klocki, ojciec również i często chodzili na zabawy zakładowe – wyjaśnia. Zatem z techniką na parkiecie problemów nie miał. A na torze? – Starałem się, chociaż wirtuozem nie byłem. Miałem braki w opanowaniu sprzętu, bo bez motocykla w garażu musiałem w miesiąc opanować jako tako jazdę na nim przed pójściem do szkółki.

Sławek i Honorata Dudkowie (fot. archiwum rodzinne) Ojciec cepeeniarz, bierz ją!

No, ale jak doszło do spotkania Honoraty ze Sławomirem? – Przez wypadek Darka Michalaka (zawodnik Falubazu złamał kręgosłup w bydgoskim finale Młodzieżowych Drużynowych Mistrzostw Polski i trafił na wózek inwalidzki – WoK). To był kumpel Sławka, a ja się wtedy opiekowałam dziewczyną Darka, która przyjeżdżała do Bydgoszczy i u mnie mieszkała. Ale też wcześniej widywaliśmy się już na stadionach, w Gnieźnie i Bydgoszczy. I chyba Sławek posłuchał kolegów, którzy mówili mu: "bierz ją, ojciec cepeeniarz, poloneza ma" – dworuje sobie dziś małżonka.

W parku maszyn zaiskrzyło. W 1991 roku Sławomirowi wiodło się nie tylko na torze. Wziął brązowy medal Indywidualnych Mistrzostw Polski, w Toruniu, ale i Honoratę za żonę. Nie tylko jemu się wtedy wiodło, w całym zielonogórskim klubie było bogato, a to dzięki sponsorowi Zbigniewowi Morawskiemu, który swoje nazwisko dodał do nazwy klubu, a zawodnikom ponoć wsadzał banknoty, w formie premii, za plastron lub do kasku. Prawda to czy legenda?

– Mieliśmy płacone normalnie w złotówkach, przez klub, a po meczach zdarzały się też premie. Pamiętajmy, że Morawski inwestował wtedy nie tylko w żużel, ale też w firmę zajmującą się przetwórstwem runa leśnego. W Lubsku-Janiszowicach postawił wielkie hale, toalety dla mężczyzn były biało-niebieskie, a dla kobiet biało-czerwone. Normalnie, zachód. Te wszystkie chłodnie robiły wrażenie, a na teren firmy wjeżdżał TIR za TIR-em. On już wtedy chciał robić show, choć warunki jeszcze nie sprzyjały, nie było tak efektownych stadionów jak dziś, brakowało sztucznego oświetlenia. Dlatego jak sprowadził na stadion grupę Lombard, to zaczynała grać już o godz. 12, a Morawski liczył, że ludzie przyjdą posłuchać, a później zostaną na meczu. On chciał wtedy przyciągać tłumy. Po każdym meczu, zawsze w poniedziałek, mieliśmy też zebrania omawiające ostatnie spotkanie. Pojawiali się na nich wszyscy, łącznie z działaczami i mechanikami. Czasem był ochrzan, a czasem pochwała. A na koniec padało pytanie, co jemy, co pijemy i siadaliśmy do stołu. Morawski był hojny, pamiętam gdy wysłał kogoś do Danii specjalnie po jedną oponę Dunlopa, żeby Andrzej Huszcza mógł z niej skorzystać w dość prestiżowym wtedy Kryterium Asów. Jego biznes jednak podupadł, chyba przez Czarnobyl, bo grzyby okazały się skażone, ale jak było w rzeczywistości – nie wiem. Wiem natomiast, że był to dobry człowiek, który ufał ludziom i nie miał uprzedzeń. Bardzo mądry facet, to wtedy pojawiły się poduszki do siedzenia z reklamą jego firmy. Zawsze mieliśmy zarezerwowane hotele i porządne posiłki, nie jadło się już kiełbasy z grilla po drodze na mecze albo gdzieś po dworcach – z sentymentem wspomina Sławomir.

Patryk Dudek (fot. archiwum rodzinne) Na początku był... breakdance

20 czerwca 1992 roku, w rok po ślubie, przyszedł na świat Patryk. I siłą rzeczy stał się najmłodszym członkiem teamu. Towarzyszył od małego ojcu. – Najpierw zapisaliśmy go na breakdance. Sławek twierdził, że dzięki temu poprawi gibkość, a to się może kiedyś przydać. Chłopak był usportowiony, świetnie radził sobie jako piłkarz i tenisista, no i należał również do niego rekord szkoły w skoku w dal, zdaje się, że było to 5,18. Co ciekawe, wisiał ten rekord bardzo długo, dopiero ostatnio został pobity, o czym poinformował nas dyrektor szkoły – chwali się mama.

Dziś wicemistrz świata, jak wiadomo, lubi udzielić kilku wskazówek warsztatowych pismakom, a zalążki tej zadziorności były już w dzieciństwie.

– No był to buntownik. Jak nie odrobił lekcji i dostał karę, to uznawał, że już nic nie musi robić. Bo ma karę. W ten sposób przestał chodzić na treningi piłki nożnej, a trener przyjeżdżał do domu i namawiał do powrotu. W wieku 12 lat syn zbuntował się i przestał jeździć z nami na zawody żużlowe. Ale, ale… Jeśli chodzi o początki przygody z motorsportem, to muszę wspomnieć o jednym wydarzeniu. Patryk miał cztery latka, gdy Sławek – przy pomocy Piotrka Protasiewicza – sprowadził mu crossówkę, "pięćdziesiątkę" yamahę. Mąż zobaczył taki motorek u Antona Nieschlera, tunera, który wtedy szykował silniki Piotrowi. No i Patryk wsiadł na ten motor, wyjechał na tor i… wyrżnął w bandę. Boże, jak myśmy się wtedy strachu najedli, bo był bez żadnych ochraniaczy. Ale jak mąż podbiegł, to się okazało, że wszystko jest OK, a syn mówił, żeby mama nie krzyczała, bo nowe spodnie pobrudził... – wspomina pani Honorata.

Patryk Dudek (fot. archiwum rodzinne) Przeżył śmierć Kurmanka

No ale co z tym buntem 12-latka? – Nie wiem, może wpływ kolegów, z którymi chciał grać w piłkę na podwórku. Chociaż jeśli dobrze składam fakty, to mogło chodzić o śmierć Kurmanka (w 2004 roku zielonogórzanin Rafał Kurmański popełnił samobójstwo – WoK). Przyjechaliśmy wtedy z Węgier, z zawodów i nie mogliśmy uwierzyć w to, co ludzie mówią. Pamiętam, że syn dostał wtedy wysokiej gorączki, przeżył to bardzo i musieliśmy wrócić do domu. Od tego czasu bardzo rzadko jeździł z nami na zawody, zostawał z dziadkami. Ale bawił się wtedy w speedrower – dopowiada mama.

Dziś Patryk to mentalny twardziel, uznany mistrz ostatniego łuku, na którym z zimną krwią potrafi przeprowadzić szykowany atak końcowy. Początki bywały jednak różne. – Pamiętam, gdy miał pojechać do Gniezna na speedrowerowy Brązowy Kask. Potrzebna była szkolna legitymacja, którą celowo zapodział. Nie wiem, czy się przestraszył, w każdym razie powiedział, że nie ma i nie pojechał – wspomina pani Honorata.

W wieku 14 lat znów jednak zatęsknił za skręcaniem w lewo na czymś, na czym nie trzeba pedałować. – Był koniec szkoły i pakowaliśmy się tradycyjnie, by spędzić dwa miesiące w Unisławiu. Do dziś mamy tam garaż z niezbędnym osprzętem żużlowym, taką drugą bazę, więc nie musimy niczego zabierać z domu. Pamiętam, że Patryk do mnie przyszedł i powiedział, że chciałby się przejechać, więc ja poszłam z tym do męża, który nie raz taką przejażdżkę mu obiecywał. No i Robert Sawina, nasz sąsiad z Unisławia, dał kevlar, Tomek Chrzanowski sprezentował kask, a mąż pożyczył swój najlepszy motocykl. I tak pojechali do Poznania, gdzie Patryk kręcił swoje pierwsze w życiu kółka. Nie chcę się tu wymądrzać, ale podobno radził sobie po czterech, pięciu treningach tak, jak większość po pół roku. Kolejnym krokiem był więc telefon do Janka Ząbika, który w soboty o godz. 9 rano urządzał treningi adeptom na starym stadionie Apatora przy Broniewskiego. Gwiazdami pana Janka byli wtedy bracia Pulczyńscy, z którymi syn wygrał. I tak żeśmy zaczęli jeździć po Polsce, trenować też w Gnieźnie i Bydgoszczy, gdzie pomagał Zdzichu Rutecki. Tylko w Zielonej Górze mieliśmy problemy, bo pan Grabowski miał swoje zasady. Myśmy już ustalili warunki, na których Patryk miał przystąpić do licencji jako zawodnik Apatora, klub miał tylko przelać pieniądze, ale nie zrobił tego. Za to do Zielonej Góry dotarła wieść o utalentowanym chłopcu. Robert Dowhan spotkał raz Patryka, zapytał, "czy to ty jesteś ten Dudek", później porozmawiał ze mężem i w dwie minuty załatwił temat. A myśmy już zrobili remont mieszkania w Toruniu, gdzie syn miał iść do szkoły... – wspomina pani Honorata.

Patryk Dudek z ukochaną (fot. archiwum rodzinne) Kwintesencja macierzyństwa

I ten Toruń powraca niekiedy zimą, przy prasowych spekulacjach, kto, gdzie, za ile. – Owszem, ale to jedynie medialne spekulacje. Tak naprawdę tylko raz mieliśmy stamtąd konkretną ofertę, od pana Karkosika. Nie chcieliśmy jednak narażać nazwiska za parę złotych więcej. A reszta? Czyste dywagacje, równie dobrze można by napisać o Lesznie i Krośnie, bo tam również mamy rodzinę. Mnie już, niestety, przypięli łatkę tej najgorszej, dlatego w rozmowach staram się nie uczestniczyć. Prawda jest taka, że blisko naszego odejścia z Zielonej Góry było raz, przed rokiem, kiedy to Patryk był już na 99,99 procent w Lesznie. Nie chciał być traktowany w Zielonej Górze gorzej niż obcy, a tak jest z reguły z miejscowymi. Koniec końców syn się wycofał, a ja uważam, że szefowie Falubazu już dziś powinni myśleć o podpisaniu z nim umowy na dłuższy okres – zauważa mama.

Z reguły, w trakcie zawodów, zajmuje miejsce na trybunie głównej i już kilka ładnych lat temu przyuważyliśmy, ile ją ten żużel syna kosztuje. Spocone i wyraźnie trzęsące się dłonie ściśnięte między kolanami, obgryzanie paznokci, nerwowe tupanie nogami – to chleb powszedni, obrazek towarzyszący dosłownie każdemu wyjazdowi syna na tor. I kwintesencja macierzyństwa.

Już dwa razy witał się z Bogiem

– Dlatego czasem sobie mówię, że nie chciałabym już wszędzie jeździć. Wie pan, dlaczego? Bo nie chciałabym robić z siebie pośmiewiska. Ja się cała trzęsę i płaczę, a ostatnio ktoś mnie nawet nagrał. Ktoś inny myślał, że ataku padaczki dostałam. Ja się po prostu boję, że powiem coś głupiego, czego będę żałowała. Bo jestem wtedy wyłączona. Przecież Patryk już dwa razy witał się z Bogiem...

Pierwszy raz po wypadku w Bydgoszczy. – Lekarze mówili o zbiciu łydki, a zrobiła się zakrzepica. To było krótko po tym, jak zmarła Kamila Skolimowska, na zakrzepicę właśnie. Polska medycyna wsadziła wtedy syna w gips, a on nie miał nawet siły kilku kroków postawić, upadł po czterech. Na szczęście wymiotował i wszystkie skrzepy wyszły górą – wspomina mama.

Drugi raz? Sześć lat temu, Gorzów, derbowa wojenka ze Stalą. Patryk wpadł w koleinę na drugim łuku, a złamane w czasie upadku żebra to było nic przy urazie wątroby. Pani Honorata: – Gehenna. Lekarz zauważył drobną plamkę na wątrobie i zostawił Patryka na noc, a my wróciliśmy do Zielonej Góry. Następnego dnia rano chcieliśmy go odebrać, a lekarz zapytał, czy jesteśmy wierzący i przekazał, że zamówił już księdza. Wątroba Patryka, wielkości 20 centymetrów, była zalaną krwią na odcinku 17 centymetrów. Mogła pęknąć w każdej chwili. Na szczęście zajęli się nim świetnie, ściągnęli najlepszego lekarza ze Szczecina. I ten doktor trzy dni ze szpitala nie wychodził. Niby wątrobę można ruszyć, ale tym razem chodziło o takie miejsce, że lekarze nie mieli jak się tam dostać. Zostawały tabletki na zbicie ciśnienia, czekanie i modlitwa. Do domu wypuścili Patryka po dwóch tygodniach.

Patryk Dudek z ukochaną (fot. archiwum rodzinne) Ostra za kierownicą

Do Melbourne, skąd Patryk przywiózł w październiku tytuł wicemistrza świata, pani Honorata wysłała męża i syna. Za dużo nerwów, za dużo godzin w samolocie. – Zawiozłam ich do Berlina i wystarczy. Tam na lotnisku zobaczyłam tylko, że o 7.05 odlatuje do Londynu pięć samolotów. I traf tu do właściwego. Taka światowa to ja nie jestem, po rosyjsku się dogadam, bo takiego języka nas kiedyś uczono, po angielsku już nie dam rady – zdradza.

Na miejscu została też partnerka Patryka – Kasia. Skrzypaczka, mieszkająca w Zielonej Górze, lecz studiująca od poniedziałku do piątku w Poznaniu. – Rok temu udało im się polecieć na Dominikanę, ale o wspólne wakacje w sezonie jest ciężko. Ten wyjazd był w czasie, gdy Patryk powinien szykować się już do nowego sezonu. A trenera, Radka Walczaka, ma surowego, nieważne czy święta czy nie, ćwiczyć trzeba. Kawał kata z tego Radka, wspólnie z Grześkiem Zengotą tak zapieprzają - tłumaczy pani Dudek, na której głowie spoczywa wiele obowiązków. Rodzina wciąż trzyma się razem, w dwupoziomowym mieszkaniu w Zielonej Górze, które kupił sobie Patryk. – On jest na górze, my na dole. Mogę posprzątać, poprasować. A jak nas w końcu syn wyrzuci, to wrócimy do siebie – dodaje główny szofer teamu. To pani Honorata bierze z reguły kierownicę busa w swoje ręce, a trzeba wiedzieć, że lubi niekiedy „zamknąć zegary”, jak mawiają rajdowcy, chętnie obserwujący wskazówkę prędkościomierza na końcu podziałki. – Dla mnie pokonać 300 km to jak dla innych pojechać z Zielonej Góry do Sulechowa. Lubię to. A mandaty? Ostatni dostałam w zeszłym roku, po gorzowskim finale IMP. Gorzej, jak te z zagranicy zaczną przychodzić. Wtedy będzie problem – ocenia. Ona czuje się pewnie na czterech kołach, dwoma kółkami zajmują się mężczyźni, a nad logistyką czuwa menedżer Krystian Plech, syn wielkiego Zenona.

Wykład o odpowiedzialności

- U nas niekiedy bywa szał zakupów, ale ja już się przekonałem, że gdy trafisz jeden dobry silnik, to możesz nim opędzić nawet cały sezon. W sobotę mamy Grand Prix, w niedzielę ligę, we wtorek jedziemy do Szwecji, a po trzech meczach robimy serwis i zaczynamy od nowa. Czasem jest jednak tak, że jeden nie jedzie, drugi, dziesiąty, aż w końcu wyciągamy kolejne cztery spod biurka. Bywa, że nakłada się na jakiś „karę” i odkłada do kąta, a po miesiącu znów go wyciąga. I stwierdzamy, że, oho, nagle zaczął jechać. Bo przez ten miesiąc mogła się pogoda zmienić lub forma zawodnika pójść w górę. I jeszcze większy mętlik w głowie, a czasu mało, stąd nerwowe ruchy i loteria - odkrywa tajemnice pan Sławek.

Rodzicom trzeba oddać, że stworzyli od początku do końca nie tylko indywidualnego wicemistrza świata na żużlu, ale też ukształtowali człowieka. Pan Sławomir wspominał ostatnio o jednym z wywiadów syna, w którym Patryk zdradził, że dawno temu na jeden z meczów ligi czeskiej pojechał, powiedzmy, nie do końca przygotowany, bo w zasadzie prosto z młodzieżowego wypoczynku nad jeziorem. I wtedy papa, jak tłumaczył, pewne życiowe standardy zaczął synowi objaśniać, tłumacząc, że, owszem, żużel w Polsce i żużel w Czechach to może dwie różne dyscypliny, jednak w tym czeskim klubie też jest jakiś prezes. Też jest trener, działacze, zawodnicy i jedni przed drugimi za coś odpowiadają. A jeśli chcesz, żeby szanowali ciebie, to ty musisz szanować innych. Również, sorry, w czeskim zaścianku.

Patryk Dudek (fot. PAP) Dał rodzicom popalić

Ojciec poznał speedway od każdej strony. Też go odczuł, dosłownie, na własnej skórze. – Wiem, jak żużel potrafi boleć i jakie to cierpienia, nie raz wracało się gdzieś z daleka, z Lublina dla przykładu, na tylnym siedzeniu poloneza czy fiata, jadąc w pięciu jednym autem. Ja zawsze mówię, że żużel jest podobny do skoków narciarskich, które lubię śledzić. To też niebezpieczny sport, uprawiany na poważnie w kilku krajach i też trzeba trzymać wagę, jeszcze bardziej niż w żużlu – przekonuje. A więc wychowując jedynego syna na żużlowca Dudkowie sami sobie zgotowali ten los. Wieczny stres. Więcej dzieci mieć nie chcieli?

– No coś już później nie poszło. Nie da się ukryć, że za młodu syn dał nam trochę popalić. Pamiętam pierwszy rok po jego narodzinach, mieszkaliśmy w kawalerce, a chłopak się budził w środku nocy zapłakany. Nosiłem go wtedy do rana na rękach, a o siódmej trzeba było wyjeżdżać na zawody. Dlatego nie myślało się później o następnym dziecku. A gdy już z Patrykiem było spokojniej i złapaliśmy drugi oddech, to coś nie wychodziło. Może mój sprzęt już był niezdatny po wypadkach torowych... A może miłość była mniejsza? Bo przecież dzieci biorą się z miłości, prawda? – puszcza oko głowa rodziny.

Przed blisko 26-letnim Patrykiem kolejny sezon w barwach Falubazu i kolejny w elitarnym cyklu Grand Prix, gdzie wspiąć może się już tylko szczebel wyżej. Na szczyt. A to cholernie niebezpieczne zajęcie, bo głowę trzeba wkładać niekiedy tam, gdzie miejsca jest jedynie na paczkę krakersów. Stąd też trudno się dziwić na pozór zwyczajnym słowom mamy, gdy pytamy ją o najmilszą chwilę w karierze:

– Piękne są wszystkie te chwile, gdy cali i zdrowi wracamy razem do domu.

najpopularniejsze

Francuskie bogactwo. Pięć jedenastek z pięciu różnych lig

To oni wychowali Sadio Mane. Unikalna akademia piłkarska Senegalu

Juskowiak: to jeszcze nie jest ten Milik, ale na mundial będzie w pełni gotowy

Bartosz Jurecki: na następny sezon zostaję w Puławach

Kolejny dobry mecz Bednarka w Premier League