tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Robert Lis: jeszcze rok temu nie uwierzyłbym, że będę pracował z kobietami

– Miałem pięć dni na podjęcie decyzji. W mojej głowie pojawiały się raz czarne chmury, raz słońce. Miałem obawy, że po kilku miesiącach ucieknę z podkulonym ogonem. W końcu zdecydowałem się na ten eksperyment i… nie żałuję! – mówi Robert Lis, trener piłkarek ręcznych MKS Perła Lublin, 19-krotnego mistrza Polski. Przez lata pracował tylko z męskimi zespołami, w tym jako asystent Tałanta Dujszebajewa w reprezentacji.
Ulrik Wilbek, Robert Lis, MKS Lublin (fot. Getty Images; PAP)

Damian Pechman, sport.tvp.pl: – Niecałe sześć sezonów na ławce i doświadczenie, którego można pozazdrościć. Najpierw współpraca z męską reprezentacją, teraz prowadzenie najlepszej żeńskiej drużyny w kraju. Niektórzy wiele lat czekają na podobną szansę...
Robert Lis, trener MKS Perła Lublin: – Nigdy o tym nie myślałem w ten sposób. Staram się moją pracę wykonywać jak najlepiej. Do każdego zadania podchodzę poważnie i daję z siebie wszystko. Reprezentacja? Powtórzę słowa, które powiedziałem do Tałanta Dujszebajewa, gdy kończyliśmy współpracę: "To był cudowny, fantastyczny i wspaniały okres. Przeżyłem niezapomniane igrzyska i tylko szkoda, że trwało to tak krótko". Zakończenie nie było idealne, ale dzięki temu pojawiła się szansa na kolejne wyzwanie – praca w Lublinie.

– Skąd pomysł na pracę z kobietami?
– Spotkałem się z prezesem i dyrektorem klubu w Warszawie. Przedstawili swoją propozycję i... nie dali mi wiele czasu do zastanowienia. Była niedziela, a do piątku miałem podjąć decyzję. To były bardzo trudne dni. Toczyłem wewnętrzną walkę. Nie chciałem wchodzić w coś, z czym nie miałem wcześniej do czynienia i czego nie rozumiem. Obawiałem się, że się sparzę i po trzech miesiącach będę uciekał z podkulonym ogonem. Moja żona miała mnie już dość. Potrafiłem do niej zadzwonić w południe, żeby powiedzieć: "Magda, biorę to", a po godzinie wykonać kolejny telefon i zmienić zdanie.

– Największe wątpliwości?
– Było ich wiele. Nie chcę już wracać do tamtych dni i opowiadać, co kłębiło się w mojej głowie. Raz pojawiały się czarne chmury, raz słońce. Kosmiczne rzeczy. Teraz się z tego śmieje, ale wtedy nie było mi do śmiechu. Byłem na rozstaju dróg, ale odważyłem się, podjąłem wyzwanie i nie żałuję. Było warto!

Robert Lis i Tałant Dujszebajew (fot. Getty Images)

– Czym się różni żeński szczypiorniak od męskiego?
– Pod względem warsztatowym praca nie różni się niczym od tego, co robiłem wcześniej. Motoryka i siła są na innym poziomie, ale to akurat nie powinno nikogo dziwić. Konieczne jest podejście indywidualne. Nie mogę na moment zapomnieć, że pracuję z kobietami. Pewnych rzeczy nie można powiedzieć w taki sposób jak w męskim gronie. Nieoceniona jest pomoc mojej asystentki Izy Puchacz. Na początku umykało mi wiele spraw, na które ona zwracała mi uwagę. Właśnie w indywidualnym podejściu do zawodniczek. Dzięki niej udało się wybrnąć z kilku problemów i uniknąć zagrożeń, które mogły się pojawić.

– Zmienił się pan jako człowiek i trener? Stał się spokojniejszy?
– Jestem perfekcjonistą, zawsze daję z siebie wszystko. Jeśli nie wychodzi, to wtedy wybucham i krzyczę. Nigdy nie robię tego jednak złośliwie. Nie krytykuję nikogo bez powodu. Chcę, aby moje słowa były pozytywnym kopniakiem i aby cały zespół funkcjonował lepiej. Co do spokoju, to nigdy nie był częścią mojego charakteru. Chociaż... W tym sezonie dostałem tylko dwie żółte kartki, więc może coś w tym jest.

– Podpisał pan kontrakt tylko na rok. Dlaczego?
– To była wspólna decyzja – i moja, i klubu. To miał być okres próby, bo nikt nie wiedział, jak się ułoży naszą współpraca. Nikt nie wiedział, czy ten eksperyment wypali. Jaki sens miałaby długoterminowa umowa, którą trzeba byłoby zerwać po kilku miesiącach? Gdy współpraca układa się dobrze, to przecież można przedłużyć czy podpisać nowy kontrakt. To nie problem.

Ulrik Wilbek to znakomity przykład. Proszę mi wierzyć albo nie, ale właśnie jego osoba sprawiła, że w końcu zdecydowałem się podpisać kontrakt w Lublinie. Robert Lis

– Lublin to dłuższy przystanek w karierze czy priorytet ma piłka ręczna w męskim wydaniu?
– Nie wiem, co przyniesie los. Nie zamykam sobie żadnej drogi. Jeszcze rok temu nie uwierzyłbym, że będę pracował z kobietami, a tu – bach! – jestem w Lublinie. Dyskusja, co lepsze – praca z kobietami czy mężczyznami – nie ma dla mnie sensu. Wolę żeńską drużynę, z którą walczę o wysokie cele, niż miałbym na siłę szukać pracy z mężczyznami i grać o środek tabeli. Nie interesuje mnie klub bez większych perspektyw i ambicji. Najważniejsza jest dla mnie praca na najwyższym poziomie. Jako trener potrzebuję nowych wyzwań. Chcę się rozwijać, a to mogę osiągnąć właśnie w Lublinie. Mam okazję prowadzić zespół nie tylko w lidze, ale także w europejskich pucharach.

– Dobry trener poradzi sobie chyba w każdych warunkach...
– W pełni się z tym zgadzam.

– Wzorem może być Duńczyk Ulrik Wilbek. Zdobył kilkanaście medali największych imprez – najpierw w latach 90. z żeńską reprezentacją, a w XXI wieku z męską.
– Znakomity przykład. Proszę mi wierzyć albo nie, ale właśnie jego osoba sprawiła, że w końcu zdecydowałem się podpisać kontrakt w Lublinie. Nie żartuję! To dla mnie wzór. Wilbek potrafił się odnaleźć w różnych warunkach i osiągnąć sukcesy. Pokazał, że jest to możliwe zarówno z kobietami, jak i z mężczyznami. Pomyślałem, że skoro jemu się udało, to dlaczego nie spróbować? Nie żałuję. Zdobyłem fantastyczne doświadczenie.

Robert Lis (fot. PAP/Wojciech Pacewicz )

– Spodziewał się pan, że tak szybko pojawią się w Lublinie dobre wyniki?
– Jeszcze nic nie osiągnęliśmy. Przed nami ważna część sezonu i sporo meczów do rozegrania. Owszem, jesteśmy na dobrej drodze, ale ta dobra droga może się szybko skończyć. Pojawią się wyboje, zakręty i czar pryśnie. Na razie jestem zadowolony, a czy się tego spodziewałem? Naprawdę praca tutaj była dla mnie niewiadomą. Nie mam punktów odniesienia, bo pracuję zbyt krótko…

– Punktem odniesienia może być poprzedni sezon i czwarte miejsce w lidze. Teraz jesteście liderem.
– Powtórzę: sezon się jeszcze nie skończył. Wszelkie porównania i oceny zostawiam dziennikarzom. Przed nami dziewięć spotkań w lidze, dwa w półfinale Challenge Cup i dwa w półfinale Pucharu Polsce. Wszystko jest jeszcze możliwe. Może dojść do trzęsienia ziemi i zespół zajmie w lidze podobne miejsce jak przed rokiem. Wtedy się okaże, że nie zrobiliśmy żadnego postępu. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie, ale nie lubię za wcześnie zawieszać medali. Czekam z pokorą na kolejne spotkania. Wiele w sporcie już widziałem i wiem, że nic nie jest przesądzone. Na przykład ostatnio straciliśmy Gabrielę Besen, która doznała urazu. Mocno nam to pokrzyżowało plany. Mam nadzieję, że w dalszej części sezonu ominą nas takie przykre niespodzianki. Podsumowanie sezonu zostawmy na maj. Wtedy możemy usiąść, porozmawiać i szczerze ocenić grę zespołu oraz moją pracę.

– Oceńmy więc tylko dotychczasowe wyniki.
– Jestem miło zaskoczony postawą dziewczyn. Cieszę się, że bardzo szybko przyswoiły mój sposób prowadzenia drużyny – mocną i zdyscyplinowaną grę w obronie, do tego żadnych harców i indywidualnych popisów w ataku, tylko trzymanie się taktyki. Wydaje mi się, że moje oczekiwania do nich trafiły i zostały zaakceptowane przez większość zawodniczek. A może nawet wszystkie. Stąd dobre wyniki.

Jeszcze nic nie osiągnęliśmy. Owszem, jesteśmy na dobrej drodze, ale ta dobra droga może się szybko skończyć. Pojawią się wyboje, zakręty i czar pryśnie. Robert Lis

– Jest pan uważany za specjalistę od obrony. Słusznie?
– Od tego się wszystko zaczyna w piłce ręcznej. Mam do niej sentyment, bo lubiłem grać w obronie i na pewno przekłada się to na moją pracę. Jeśli drużyna będzie traciła mniej bramek niż przeciwnik, to wygra mecz. Proste. Chyba nie jestem jednak wyjątkiem i każdy trener w większym lub mniejszym stopniu skupia się na poprawieniu gry w obronie. Oczywiście nie zapominam o ataku, bo treningi, a później meczowa taktyka muszą być wyważone. Kiedyś słyszałem, że dobrą obroną można wygrać mecz, bo w ataku zawsze się coś rzuci. Z kolei bez dobrej obrony jest to trudne. Bramkarz rywali może mieć wspaniały dzień i nawet świetnie przygotowany atak sobie z nim nie poradzi.

– Ulubione ustawienie?
– Zawsze dopasowuję do ludzi, których mam w zespole. W Legionowie preferowałem obronę 5-1, bo miałem akurat odpowiednich zawodników. Z kolei w Lublinie gramy najczęściej 6-0.

– Przed sezonem do zespołu dołączyła m.in. Kinga Achruk. Miał pan wpływ na transfery?
– Żadnego. Nie znałem się jeszcze na żeńskiej piłce ręcznej i nie chciałem narobić głupot. Poza tym doszedłem z władzami klubu do porozumienia na początku czerwca. Wówczas skład był już zamknięty, transfery zrobione i nie miałem nic do powiedzenia. Pracuję więc z zespołem, który otrzymałem.

Robert Lis i zawodniczki MKS Lublin (fot. PAP/Wojciech Pacewicz )

– Minęło kilka miesięcy i wiedza na temat żeńskiego szczypiorniaka jest większa. Potrzebne są wzmocnienia?
– Jestem w stałym kontakcie z prezesem i doskonale wie o naszych brakach. Zespół powinien być dobrze zbilansowany, żeby nie powtórzyła się sytuacja z obecnego sezonu – mamy tylko po jednej skrzydłowej i cały sezon muszą grać praktycznie bez zmiany. Nawet jeśli nie zostanę w Lublinie na kolejny sezon, to będę chciał przygotować drużynę dla mojego następcy. Nikt mi nie zarzuci, że Lis zostawił drużynę kompletnie rozbitą. Obiecuję, że zespół będzie tak zbilansowany i tak przygotowany, że będzie można śmiało walczyć o medale... Wróć! O mistrzostwo Polski.

– Od czego zależy nowy kontrakt? Właśnie od mistrzostwa Polski?
– Myślę, że nie możemy tak długo czekać. Rozmowy już trwają. Dyskutujemy, negocjujemy...

– Walczycie o potrójną koronę – mistrzostwo, Puchar Polski i Challenge Cup. Które trofeum będzie cenniejsze?
– Oj, nie podchodzę do tego w ten sposób. Nie ma dla nas mniej i bardziej ważnych meczów. Chcemy wygrać każde kolejne spotkanie. Oczywiście, obawiam się kontuzji, ale co mam powiedzieć dziewczynom? Wejść do szatni i rzucić, że odpuszczamy Challenge Cup? Mogliśmy to zrobić już po pierwszym przegranym spotkaniu w Maladze, a wtedy mielibyśmy co najmniej dwa mecze z głowy. Tak nie będzie, bo jako trener mam inne podejście. Dziewczyny myślą podobnie. Wychodzą na boisko i niezależnie od rozgrywek oraz rywala chcą po prostu wygrać. Na początku naszej współpracy prosiłem, aby nie patrzyły na to, co będzie na koniec sezonu. Liczy się to, co tu i teraz. Skupiamy się na najbliższym meczu, a nie tym, który będzie za miesiąc.

Praca z warszawskim klubem w Superlidze? To byłoby niesamowite! Gdyby to była jeszcze Warszawianka... Tutaj wypłynąłem na szerokie wody i tutaj osiągnąłem pierwsze sukcesy. Robert Lis

– Myśli pan o tym, jak będzie wyglądała przyszłość? Jest w niej miejsce na reprezentację?
– Nie powiem nic nowego – to marzenie każdego trenera. I prędzej czy później każdy chce się znaleźć w reprezentacji. Miałem to szczęście, że byłem w kadrze asystentem Tałanta Dujszebajewa. Poznałem fantastycznego trenera, od którego wiele się nauczyłem. Byłem jednak tylko asystentem, a chciałbym wrócić do reprezentacji jako pierwszy trener. Zobaczymy jak się potoczy życie.

– Wśród marzeń jest też podobno prowadzenie zespołu z Warszawy w Superlidze.
– To byłoby coś niesamowitego! Gdyby to była jeszcze Warszawianka, w której zaczynałem… Tutaj wypłynąłem na szerokie wody, tutaj osiągnąłem pierwsze sukcesy, tutaj spędziłem wiele lat. Obawiam się jednak, że prędzej zostanę selekcjonerem gdzieś w Afryce niż poprowadzę drużynę z Warszawy w Superlidze. Stolica ma taki potencjał, że każda ważniejsza dyscyplina powinna mieć swojego reprezentanta na najwyższym poziomie. Może kiedyś pojawi się sponsor zakochany w piłce ręcznej, może ktoś w Urzędzie Miasta, kto będzie chciał odbudować piłkę ręczną… Może wtedy. Na razie to pozostaje moim niespełnionym marzeniem.

Robert Lis (L) w barwach Warszawianki (fot. PAP-Leszek Wroblewski )

* * *


Robert Lis – od czerwca 2017 roku trener piłkarek ręcznych MKS Perła Lublin. Wcześniej był asystentem Tałanta Dujszebajewa w reprezentacji Polski, która zajęła czwarte miejsce na igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro. Prowadził także KPR Legionowo oraz AZS UW Warszawa. Jako zawodnik był przez dziewięć lat związany z Warszawianką (1991-2000), z którą zdobył m.in. wicemistrzostwo i Puchar Polski; następnie wyjechał do Francji, gdzie grał do 2011 roku. Z klubem Paris Handball zdobył Puchar Francji. Z drużyną narodową wystąpił na trzech turniejach – ME 2002 w Szwecji, MŚ 2003 w Portugalii i ME 2004 w Słowenii.

najpopularniejsze

Transferowy rekord w Monachium? Chcą mistrza świata

"Lewy" w najlepszych "11". Znowu klasa światowa

Magdalena Piekarska – medalistka mistrzostw świata i Europy w szermierce wygrała z rakiem

Ranking WTA: Wozniacki wiceliderką, minimalny awans Radwańskiej

Luis Enrique: nie możemy marnować żadnego meczu, nawet towarzyskiego