tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Piotr Reiss: Lech nie ma już takiej duszy jak kiedyś

W barwach "Kolejorza" rozegrał ponad 400 spotkań. Był królem strzelców Ekstraklasy, dwukrotnie sięgnął po Puchar Polski i raz po Superpuchar. Poznał także klubową piłkę zagraniczną, między innymi w Berlinie oraz Duisburgu. Jak wspomina przygodę z niemieckim futbolem? Dlaczego uważa, że tradycja kibicowania Lechowi powoli zanika? Jak mocno wpłynęła na jego życie afera korupcyjna i który z piłkarzy był gotów walczyć z kibicami Legii, gdy ci posłali w jego stronę deszcz kamieni? Bogatą w przygody karierę podsumowuje Piotr Reiss.
Piotr Reiss (fot. PAP)

Polak na gali Joshuy. "Jingle Bells" i przekręty

Marcin Borzęcki, SPORT.TVP.PL: – Jesteśmy w akademii, którą prowadzi pan od kilku lat. Zaraz po zakończeniu kariery pojawił się taki pomysł?
Piotr Reiss: – Prawdę mówiąc to jeszcze grając w piłkę miałem taką koncepcję. Zrodziła się, gdy skończył mi się kontrakt w Lechu i już wtedy wydawało mi się, że zajmę się szkoleniem młodzieży. Przyszła jednak propozycja z I-ligowej Warty Poznań, na którą przystałem. Akademia zaczęła działać w 2010 roku, a dzisiaj mogę powiedzieć, że rozwija się w bardzo dobrym kierunku. Cieszę się, bo w czasach, kiedy królują smartfony, konsole, internet i tak dalej, mimo wszystko można wyciągnąć dzieci z domu i zachęcić do uprawiania sportu. Krzewienie kultury fizycznej jest bardzo ważne, bo dzięki temu nowe pokolenie będzie zdecydowanie zdrowsze.

– Wzorował pan się na kimś czy projekt powstał z własnych doświadczeń?
– Nie miałem żadnego pierwowzoru i teraz działamy w zupełnie inny sposób niż kluby w Polsce. To wciąż młody projekt, ale mamy nadzieję, że wychowamy grupę piłkarzy, którzy będą grali w Ekstraklasie i reprezentacji Polski. Nie jesteśmy może dobrze odbierani przez Polski Związek Piłki Nożnej, utrzymujemy się w 90 procentach ze składek rodziców. Z drugiej strony są kluby w Ekstraklasie, które dostają dotacje zarówno z PZPN, miast i... pobierają składki, więc mówienie, szczególnie przez działaczy związku, że jesteśmy typową komercją, jest nie fair. My cieszymy się przede wszystkim z tego, że wyciągamy zdolnych chłopców. Dotychczas talent, szczególnie w mniejszych miejscowościach, nie miał szans przebicia. Jeśli przez rok, dwa się nie przebił, to znikał. A my właśnie takim dajemy szansę na co oczywiście Polski Związek Piłki Nożnej nie zwraca uwagi, bo dla nich liczą się tylko kluby, które przynoszą pieniądze.

– A czy drużynom w akademii przyświeca jakaś ogólna zasada? Rozmawiałem ostatnio z Marcinem Mięcielem, który nie mógł zrozumieć "gry na wynik" na młodzieżowym szczeblu i stwierdził, że chce kłaść nacisk na technikę i rozwój, a nie tylko gole.
– Oczywiście nie mogę powiedzieć, że nie zwracamy uwagi na wyniki, bo każdy klub stara się zawsze wygrywać, natomiast priorytetem jest styl. Już po kilku latach działalności styl gry zespołów, które występowały w turniejach, był zauważalny. To z nami chciano współpracować, to nas zapraszano na lepiej obsadzone turnieje, to my niespodziewanie wygrywaliśmy takie rozgrywki na przekór większym klubom. Kładziemy duży nacisk na szkolenie. Dużo mówi się o Lechu i Legii, że bardzo dobrze szkolą, a ja powiem, że te zespoły opierają się w dużej mierze na skautingu, chcą wyciągnąć jak najlepszych 12- lub 13-latków z rynku. My wykonujemy tę syzyfową pracę trenując zawodników od 5. do 12. roku życia. U takich dzieci trzeba zaszczepić pasję do sportu, rozwinąć talent i to u nas przechodzą najważniejszy etap szkolenia. A tego się niestety nie zauważa. Na pewno muszę pochwalić Zagłębie Lubin, które ma bardzo fajne obiekty, mądrą politykę i jeśli na kimś miałbym się w Polsce wzorować, to na nich.

(fot. PAP/Jakub Kaczmarczyk)

– Próbowano podebrać zawodników?
– Pewnie że tak, jesteśmy monitorowani przez wszystkie kluby Ekstraklasy. Przyjeżdżają do nas drużyny ze Szczecina, Wrocławia, Warszawy, Poznania... Spodziewamy się tego, jesteśmy na to przygotowani.

– A nie było nigdy koncepcji współpracy z Lechem? Wydawałoby się to naturalne.
– Był taki moment, gdy dyrektorem akademii Kolejorza był Marek Śledź, dziś Lech zmienił podejście do nas, bazuje na naszym know-how i buduje akademię. Dlatego boli mnie to, że o nas mówi się jako o projekcie komercyjnym, podczas gdy w klubie składki są większe niż u nas.

– Nawiązując do początków kariery: nie pochodził pan raczej z rodziny o sportowych tradycjach.
– Zdecydowanie nie. To tata ukierunkował mnie na piłkę i to pod jego okiem stawiałem pierwsze kroki. To było jego niespełnione marzenie, bo chciał zostać piłkarzem, ale mu się nie udało i przerzucił oczekiwania na mnie. Ja też zadbałem o miłość do sportu swego syna. Na razie gra w IV lidze, ale zobaczymy.

– A pierwsze mecze w karierze juniorskiej szły w parze z kibicowaniem Kolejorzowi?
– Wychowałem się w sąsiedztwie stadionu przy ulicy Bułgarskiej, kiedy jeszcze był budowany. Wcześniej jeździłem z tatą na mecze na Dębiec i później, jako 11-latek, zacząłem z kolegami odwiedzać trybuny.

– Wyjazdy też były?
– Oj, były...

– To mama chodziła chyba zdenerwowana po pokoju.
– Dlatego czasami nawet nie wiedziała, że pojechałem w Polskę.

– Dla takiego chłopaka podpisanie kontraktu z Lechem było więc spełnieniem marzeń.
– Na pewno, choć... inaczej sobie to wyobrażałem. Do dzisiaj pozostało coś takiego, że wychowanka traktuje się w najgorszy możliwy sposób, bo jeśli klub chce ściągnąć zawodnika, to jest mu w stanie dać wszystko. Proszę sobie wyobrazić, że debiutując w Łodzi z ŁKS-em, nie miałem podpisanego kontraktu. Teraz oczywiście, ze względu na przepisy, jest to niemożliwe, ale w tamtych czasach było takie kuriozum. Pojechałem, strzeliłem gola, wygraliśmy i to pomogło mi negocjacjach. Inne czasy, ale nadal jedno się nie zmieniło – trudniej wychowankowi podpisać lepszy kontrakt niż komuś z zewnątrz.

– Ale zmieniła się chyba hierarchia w szatni. Wówczas – starsi i młodsi. Teraz chyba wszystkich traktuje się równo.
– Zdecydowanie, choć tak zwaną falę poznałem w wojsku, bo przez 540 dni byłem żołnierzem, jeszcze zanim zadebiutowałem w Ekstraklasie. Trenowałem raz w tygodniu, czasami byłem zwalniany na spotkania ligowe, więc ta półtoraroczna przerwa trochę zakłóciła moją przygodę, ale marzeń nie porzuciłem. Rzeczywiście, będąc wówczas piłkarzem Lecha, nie miałem tych samych praw, co ci bardziej doświadczeni. Trochę lat jednak minęło i piłka się zmieniła.

Piotr Reiss w barwach Herthy (fot. Getty Images)

– Hertha była pierwszym zagranicznym klubem, który się zgłosił?
– Wcześniej byłem na rozmowach w Duisburgu, który był mną niezwykle zainteresowany. Tam nie dogadałem się jednak co do warunków indywidualnego kontraktu, wróciłem do Poznania i po kilku dniach dostałem ofertę gry w Hercie. Było blisko, pojechałem, zrobiłem niesamowite wrażenie na trenerach już po dwóch treningach i do podpisania kontraktu doszło bardzo szybko. W kilka dni przeprowadziłem się do Berlina i zostałem zawodnikiem klubu z Bundesligi.

– Ciężkie były treningi w wydaniu zachodnim?
– Kolosalny przeskok, także organizacyjny. Przyjechałem z klubu, w którym czasami ciężko było się po treningu wykąpać, bo nie było ciepłej wody. Ogromna różnica również pod względem infrastruktury. Tam mieliśmy kilka boisk, także podgrzewanych i sztucznych, co na tamte czasy było w Polsce marzeniem. Do Berlina wyjechałem bodajże na przełomie listopada i grudnia, temperatura była już zimowa, debiutowałem przy -10 stopniach Celsjusza, więc warunki do treningu były bardzo ważne. Natomiast muszę przyznać, że na początku towarzyszyło mi dziwne uczucie, wręcz dziwiłem się, czy tamci piłkarze mają tak słabe umiejętności, czy też ja jestem na tyle zdolny. Początki miałem fantastyczne, lecz trudno mi powiedzieć z czego to wynikało. Pewnie pomógł fakt, że wszedłem tam na totalnym luzie, bez oczekiwań. Już z późniejszych opowiadań kolegów i trenerów wiem, że wywarłem na nich spore wrażenie.

– A tempo gry w lidze niemieckiej?
– Tempo było zdecydowanie szybsze, poziom gry taktycznej również inny, ale trafiłem na dobry dla siebie okres. W Polsce było już po rundzie jesiennej, zdążyłem trochę odpocząć, złapałem świeżość i wszedłem do Herthy wypoczęty. Miało to efekt, bo zaprezentowałem się dobrze na tle zawodników, którzy byli bardziej zmęczeni.

– Dlaczego na dłuższą metę ta przygoda nie była tak efektowna, jak jej początek?
– W zasadzie to... trudno powiedzieć. W Niemczech balansowałem między klubami, bo cały czas starał się o mnie Friedhelm Funkel z Duisburga, gdzie trafiłem, potem znów wróciłem do Berlina, przeniosłem się do Greuther Fuerth. I tak to się skończyło, a pewnie mógłbym więcej zdziałać choćby w Hercie. Zabrakło mi chyba trochę cierpliwości, bo rotacja była spora i gdybym trochę dłużej wytrzymał, to pewnie dostałbym jeszcze trochę szans.

– Ale i konkurencja była duża. Michael Preetz, Alex Alves...
– Michael miał niepodważalną pozycję w klubie, ciężko było z nim rywalizować. Był jeszcze Ilija Aracić, kolejno wspomniany Alves, który został zakupiony za kilka milionów euro pojawił się jeszcze Ali Daei, więc konkurencja była bardzo duża.

Kadr z meczu Hertha – Amica Wronki (fot. PAP)

– W Hercie był też konflikt z trenerem Juergenem Roeberem.
– Niepotrzebnie powiedziałem dwa słowa za dużo w jednym z wywiadów i to się za mną ciągnęło. Siedziałem na ławce, obserwowałem jak grają inni i można się domyślić jak to na mnie działało. Alves nie był wówczas w jakiejś wyśmienitej formie, ale został ściągnięty za duże pieniądze, a ja – mimo że prezentowałem się na treningach zdecydowanie lepiej – szans nie dostawałem, co mnie frustrowało. W jednej z rozmów powiedziałem o tym i było trochę niemiło. Z perspektywy bardziej rozumiem tę sytuację, swoje zrobił wiek i koniec końców odbiło się to na kontaktach z trenerem.

– Największego wirtuoza berlińczycy mieli chyba jednak w drugiej linii. To Sebastian Deisler.
– Bardzo młody piłkarz, uważany za wielki talent. Przyszedł do nas z Borussii Moenchengladbach i już po pierwszym sezonie chciał go Bayern, do którego potem trafił. Znakomity piłkarz, aczkolwiek nie poradził sobie z presją. Miał problemy psychiczne, choć ostatnio spotkał go nasz wspólny kolega i mówił mi, że Sebastian ma się dobrze. Ale naprawdę, jako piłkarz... Nieprzeciętne umiejętności.

– Wyglądał już wówczas na człowieka przygniecionego oczekiwaniami kibiców i działaczy?
– Właśnie nie wyglądał na chłopaka, którego presja może przygnieść. Grywał już jako nastolatek w reprezentacji Niemiec, był uznawany za talent niemieckiej piłki. Potem jednak przyszły i kontuzje, i coraz intensywniejsze zainteresowanie ze strony mediów i niestety nie spełnił oczekiwań.

– Symbolem tamtej Herthy był Gabor Kiraly, który niechętnie ściągał szare, dresowe spodnie.
– Oj tak, zawsze na treningu w tych samych spodniach, choć na co dzień ubierał się normalnie. Z nim dzieliłem często pokój na zgrupowaniach. Bardzo fajny, sympatyczny gość. Mamy jeszcze kontakt, byłem na EURO we Francji i miło było oglądać zawodnika z którym razem stawialiśmy pierwsze kroki w piłce.

– Podobnie jak Ivica Olić i Pal Dardai.
– A propos Olicia, to przegrał ze mną rywalizację. Dardai natomiast bardzo dobry, solidny piłkarz, który dziś jest związany z Herthą, tak jak wspominany Preetz. Przy ostatniej wizycie w Berlinie miałem okazję porozmawiać z Palem, opowiadał mi o stylu gry jaki chcą prezentować, o celach.

– Akurat Hertha słynie w Bundeslidze z najbardziej siermiężnego stylu gry. Ogląda się ich źle, są do bólu zdyscyplinowani taktycznie, choć oczywiście – liczy się efekt.
– Niestety, Hertha nigdy nie będzie dysponowała takim budżetem jak Bayern, Borussia czy Schalke, więc nie może inwestować w wirtuozów. Pal zna swoje miejsce w szeregu, wie że nie może robić wielkich transferów, ale chce zbudować klub stabilny. W ostatnich latach berlińczycy balansowali między pierwszą a drugą ligą, teraz są zespołem środka tabeli, ciągną do góry, grają solidnie. Są skuteczni i to na razie najważniejsze, bo choć nie pokazują piłki widowiskowej, to punktują. Stabilizacja, w obliczu przeżyć z ostatnich lat, jest w tym momencie kluczowa. Nie chcą martwić się o spadek i to się udaje.

(fot. Getty Images)

– W Duisburgu natomiast było się panu chyba trochę łatwiej zaaklimatyzować. Znalazł pan tam rodaka, Tomasza Hajtę.
– Fajny, mały, robotniczy klub o rodzinnym charakterze. Miałem okazję dołączyć do Tomka, który już wtedy rządził szatnią, do tego Litwin Gintaras Stauce, Czech Pavel Drsek i na dobrą sprawę we czterech rządziliśmy w zespole. Aż trener się momentami dziwił, że z naszymi osobowościami udało nam się zapanować nad resztą. Mam stamtąd bardzo dobre wspomnienia. Niewiele osób pracowało wówczas w Duisburgu, więc czuło się atmosferę wzajemnej pomocy. Ale, to trzeba podkreślić, zespół z tradycjami.

– Grając dla MSV strzelił pan gola szczególnie ważnego dla kibiców. W meczu derbowym z Borussią Dortmund.
– Szczególne uczucie, bo to bramka zdobyta na terenie Borussii, a pilnował mnie ówczesny kapitan tego zespołu, Juergen Kohler. Trafiłem wówczas jeszcze na tę bramkę, gdzie z tyłu siedzieli kibice gospodarzy, więc rzeczywiście wspomnienie nie do zapomnienia.

– Koehler swoją drogą, ale zanotowałem skład, który – w ciemno strzelam – był najlepszym z jakim przyszło panu kiedykolwiek rywalizować. Barthez, Blanc, Desailly, Thuram, Lizarazu, Petit, Zidane, Deschamps, Djorkaeff, Trezeguet, Wiltord. Francja – Polska, rok 2000.
– Czyli drużyna, który trzy miesiące po tym spotkaniu zdobyła mistrzostwo Europy, a była też ówczesnym mistrzem świata. Niesamowita rzecz zagrać taki mecz i to na nowo powstałym Stade de France. Miałem zresztą niezła okazję do strzelenia gola, ale zabrakło kroku żeby piłkę sięgnąć, bo może coś by z tego było. Przegraliśmy dość niefortunnie, mieliśmy kilka okazji, a ostatecznie to Zidane zdobył w końcówce bramkę. Nie grało się łatwo przeciwko bardzo silnej i mądrze grającej defensywnej.

Dobrze pamiętam też starcie z innym Francuzem, Bixente Lizarazu, choć to akurat w Monachium z Bayernem. W bramce Oliver Kahn, a w obronie właśnie Lizarazu. W jednej akcji strasznie wkręciłem go w ziemię, całą drogę powrotną koledzy się z tego śmiali, no ale bramkarza już pokonać się nie udało. Piotr Reiss

– Zidane to najlepszy piłkarz przeciwko któremu pan grał? Obaj w tamtym meczu mieliście na plecach dziesiątkę...
– Chyba tak, mam nawet gdzieś w domu zdjęcie na którym toczymy pojedynek o piłkę, dwie dziesiątki w swoich reprezentacjach. Dobrze pamiętam też starcie z innym Francuzem, Bixente Lizarazu, choć to akurat w Monachium z Bayernem. W bramce Oliver Kahn, a w obronie właśnie Lizarazu. W jednej akcji strasznie wkręciłem go w ziemię, całą drogę powrotną koledzy się z tego śmiali, no ale bramkarza już pokonać się nie udało.

– Generalnie jednak kariera w kadrze to chyba spory niedosyt.
– Na pewno. Tylko cztery mecze w kadrze to stosunkowo niewiele jak na zawodnika, który był królem strzelców Ekstraklasy. Zawsze jednak staram się patrzeć na to z drugiej strony, bo przecież mogłem osiągnąć zdecydowanie mniej biorąc pod uwagę, że jako nastolatek nie byłem nigdy powoływany nie tylko do młodzieżowych reprezentacji Polski, ale i okręgu.

– Z tych trzech niemieckich przygód, w HSV, Duisburgu i Greuther Fuerth, którą najlepiej pan wspomina?
– Najgorzej na pewno Greuther, gdzie byliśmy rzucani bez własnej bazy treningowej i raz trenowaliśmy w jednym miejscu, kiedy indziej w innym i wyglądało to bardzo chaotycznie. Natomiast pobyt w Duisburgu i Hercie wspominam dobrze. Do dziś często jeżdżę do Berlina, mam tam wielu kolegów, przyjaciół. Kontakty z MSV nie przetrwały próby czasu, ale tamten czas był bardzo fajny i owocny. Szybko znalazłem porozumienie z kolegami, trzymałem się z Tomkiem Hajto, chłopakiem, który wszędzie dominował, w każdej szatni i nie inaczej było tam. Nic dziwnego, że po spadku z Bundesligi poszedł do Schalke.

Piotr Reiss i Marcel Desailly (fot. Getty Images)

– Najprzyjemniejsze wspomnienia z czasów kariery ma pan jednak z Polski, a konkretniej: z finału Pucharu Polski z 2004 roku.
– Zdecydowanie najbardziej pamiętny mecz. Graliśmy na własnym stadionie z Legią, wygraliśmy 2:0 po moich dwóch golach strzelonych Arturowi Borucowi. Stołeczni mieli wówczas bardzo mocny skład, a my zagraliśmy znakomite spotkanie. Trenował nas wtedy Czesław Michniewicz, mieliśmy bardzo fajny zespół ze świetną atmosferą w szatni i chętnie wracam myślami do tamtego czasu. Znakomicie układała nam się współpraca z trenerem, bo wcześniej znaliśmy się z boiska i gdy później Czesiu zakończył karierę i nas objął, doskonale wiedzieliśmy, czego od siebie wzajemnie oczekujemy i to było najważniejsze. Mieliśmy w drużynie Tomka Iwana, Piotra Świerczewskiego, czyli zarówno doświadczonych zawodników, ale i młodych, którzy dopiero wchodzili do zespołu. A przede wszystkim ludzi związanych z regionem, którzy doskonale rozumieli, jak ważny dla Poznania jest klub. Takiego zespołu Lech już chyba nie będzie miał w najbliższym czasie. Dziś trudno nie tylko o piłkarzy z Wielkopolski, ale w ogóle o Polaków. Wydaje mi się, że na tamte czasy była to szatnia pełna facetów kibicujących Kolejorzowi.

– O pomeczowej imprezie chodzą legendy.
– Była huczna, wracaliśmy po tym wieczorze jak z dobrego wesela. Ale mimo to nie przeszkodziło nam to w tym, by kilka dni później pokonać w meczu o Superpuchar mistrza kraju, Wisłę Kraków. Pokazaliśmy, że bez względu na okoliczności, potrafimy się sprężyć i wygrać kolejny, ważny mecz.

– A propos Wisły to był pan kiedyś o krok od przeprowadzi na południe Polski.
– Byłem bardzo blisko transferu, chyba najbliżej ze wszystkich, które nie doszły do skutku. Miałem już prawie podpisany kontrakt, ale koniec końców nie dostałem zgody na odejście z Lecha i pewnie dlatego nigdy nie zdobyłem mistrza Polski. Miałem oczywiście rozterki sercowe, ale pomogły mi one wynegocjować bardzo dobry kontrakt. Początkowo w ogóle nie chciałem przenosić się do Białej Gwiazdy, bo przywiązanie do Lecha było zbyt mocne, ale było to mocnym argumentem w negocjacjach. Według mnie warunki, które wtedy postawiłem, były nie do zrealizowania przez Wisłę, a mimo to Bogusław Cupiał zgodził się na nie przystać. Byłem w szoku, jak Wisła była zdeterminowana, by mnie pozyskać.

– Wspominał pan kiedyś, że najzdolniejszym piłkarzem tamtej drużyny był nieco zapomniany już Damian Nawrocik.
– Fenomenalny chłopak. Miał przeogromne możliwości, natomiast szereg kontuzji i problemów zdrowotnych przeszkodziło mu zrobieniu kariery. To był facet, który kochał grać w piłkę. Kończył trening i szedł na podwórko kopać dalej. Nie dawał sobie czasu na odpoczynek, przeciążył organizm, później skutkowało to urazami. Nie rozwinął się zgodnie z oczekiwaniami.

– Piotrek Świerczewski z kolei to pewnie świetny kompan i do gry, i do zabawy. Słyszałem, że po wspominanym finale wykazał się odwagą.
– Zaatakowano nas po wręczeniu medali, ruszyło na nas kilku kibiców, poleciały kamienie. Piotrek oczywiście, w swoim stylu, stanął pierwszy do akcji i zamiast uciekać, był gotowy wyjaśniać problemy napastników. To w ogóle chłopak z którym blisko się trzymałem. Znakomity facet prywatnie i to w nim bardzo szanuję, natomiast to też góral, więc wiadomo – gdy pojawiała się jakaś zaczepka, stawał z wypiętą klatą i różnie bywało.

(fot. PAP)

– Mam wrażenie, że niezbyt miło wspomina pan natomiast późniejszego trenera, Franciszka Smudę.
– Czy niezbyt miło... Teraz mamy fajny kontakt. Jako trener bardzo dużo ode mnie wymagał, czasami był krnąbrny i złośliwy. Ja też mam charakter, swoje spojrzenie na pewne sprawy i dość mocno się zderzaliśmy. Jednoczył nas cel, czyli pragnienie zwycięstw, bo obaj byliśmy niezwykle ambitni. Kiedy Lech ściągał nowego piłkarza, Smuda zawsze powtarzał: – No, wreszcie będę mógł cię posadzić na ławce. A ja wciąż broniłem się umiejętnościami. Trwało to bardzo długo aż w końcu przyszedł Robert Lewandowski i już wtedy wiedziałem, że wyrasta na tak dobrego zawodnika, że trzeba mu ustąpić miejsca. Fajnie się to ułożyło.

– Było już wówczas widać po nim potencjał na Bundesligę?
– Przede wszystkim świetnie wyglądał pod względem koordynacyjno-ruchowym. Natomiast popierał to też ciężką pracą. Przyszedł do nas ze Znicza i tak naprawdę był nieznaną postacią, a u nas zrobił ogromny krok do przodu i eksplodował. Z perspektywy czasu myślę, że mało kto wróżył mu aż tak wielką karierę, ale miał szczęście do dobrych klubów, dobrych trenerów i dziś jest czołowym napastnikiem świata.

– Pełnił pan przez chwilę w Lechu funkcję dyrektorską.
– Byłem doradcą zarządu do spraw sportowych przez pierwsze dwa lata po zakończeniu kariery, co zwieńczyłem mistrzostwem Polski. Po tym sukcesie podziękowaliśmy sobie za współpracę, nie miałem wspólnego języka z trenerem Maciejem Skorżą i rozeszliśmy się w swoje strony.

– Pana rozstania z Kolejorzem generalnie były chyba dość gorzkie.
– To prawda. Jakoś nigdy nie byłem ulubieńcem prezesa Rutkowskiego, co można było odczuć. Starałem się swoim profesjonalizmem dawać Lechowi jak najwięcej i żadnej zadry w sercu nie mam, ale zawsze właściciel coś do mnie miał i ta współpraca nie przebiegała różowo. Ale naprawdę, nie z mojej winy, bo z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że nie robiłem niczego złego, nie narzucałem się właścicielowi klubu, a to on decyduje dzisiaj o wielu rzeczach. Nie wiem czym to jest spowodowane. Może dlatego, że przez wiele lat walczyłem w ciężkich derbach z Amicą i nie zawsze się o niej dobrze wypowiadałem?

– Do fuzji z klubem z Wronek podchodził więc pan chłodno.
– Boli to, że Lech nie gra na swojej licencji, tylko na licencji Amiki. Myślę, że to Kolejorz ma tradycje i historię, a w dziwny sposób zostało to rozmyte. Żal mi tego, bo Lech – odkąd pamiętam – był zawsze klubem kibiców, a to wszystko się teraz zamydliło. Nie ma dla mnie ten klub takiej więzi, duszy, dzięki czemu żyło nim kiedyś całe miasto. A gdy teraz patrzę... Gdyby nie studenci, kibice przyjezdni spoza Poznania, z Wielkopolski, to myślę że coraz mniej mówiłoby się teraz o tym zespole. Bardzo nad tym ubolewam, bo historia tworzyła się prawie sto lat, a powoli to zanika...

– Bardzo ciężko jest połączyć dwie szatnie?
– Z jednej strony tak, bo do momentu fuzji ostro rywalizowaliśmy, ale z drugiej strony – wszyscy się też doskonale znaliśmy. Nie był to wielki problem, do tego doszedł trener Smuda, który chciał to w pewien sposób zdominować. Łatwo nie było, ale też myślę że poukładaliśmy to zaskakująco szybko. Już w pierwszym sezonie kibice mogli emocjonować się fantastycznymi spotkaniami. Graliśmy niefrasobliwie, potrafiliśmy przegrywać 0:3, a potem doganiać rywali. Kibicom się to niezmiernie podobało, ale koniec końców był to bardzo dziwny sezon. Pokazywał charakter zespołu, lecz wiem że nie graliśmy na miarę możliwości.

Piotr Reiss jako zawodnik Warty Poznań (fot. PAP/Adam Ciereszko)

– Wątek korupcyjny to najbardziej przykry moment kariery?
– Zdecydowanie. Zostałem wplątany w rzeczy, które rzuciły cień na moją wieloletnią przygodę z piłką i do dziś – a minęło już wiele czasu – zarzutów mi postawionych nie zweryfikowano i po części rzutuje to na moją osobę. Kibice, zwłaszcza w internecie, chętnie mi to wypominają. Muszę z tym żyć, bo zabić się nie zabiję i choć wiem co zrobiłem, a czego nie zrobiłem, to staram się być sobą, bo tak jak mówię – niczego mi nie udowodniono.

–Opinia publiczna jest bezlitosna, takie sprawy potrafią się ciągnąć za człowiekiem przez lata.
– Ta historia była bardzo medialna, nie wiem czy to nie było najbardziej spektakularne zatrzymanie. Takie czasy – by przykryć jedną aferę, trzeba było pokazać drugą. Teraz mam swoje spostrzeżenia na tę sprawę, być może napiszę o nich w kolejnej części autobiografii. Polityka jest bezwzględna i na to nie ma rady.

– Ówczesny transfer do Warty przeprowadzony był pewnie z ogromnym bólem serca.
– Z bólem, ale też Warta nigdy nie była traktowana jako konkurent dla Lecha. Nie ma wielkich animozji między kibicami, ten klub traktowany jest dość neutralnie. Oczywiście najchętniej związany byłbym tylko z jednym zespołem z tego miasta, ale wciąż grałem dla drużyny z rodzinnej miejscowości, więc chciałem się prezentować jak najlepiej. Strzeliłem ponad 30 goli, więc mimo uciekających lat prezentowałem wyborną formę, troszkę też rozreklamowałem klub, dzięki czemu chciała go przejąć pani Pyżalska. Pamiętam też wiele świetnych spotkań, między innymi jak pokonaliśmy dwukrotnie w sezonie Górnik Zabrze Adama Nawałki i to są miłe wspomnienia. Trener Bogusław Baniak stworzył fajny zespół, atmosfera była świetna, dużo się działo, czasami na mecze wyjazdowe jeździło się samochodami, więc jest to nieco dziwna, ale mile wspominana przeze mnie historia. Wiadomo, że wolałbym tamten okres spędzić w Lechu, ale skoro nie byłem tam mile widziany...

– Skąd wziął się pomysł powrotu na Bułgarską?
– Nie miałem mocnych relacji z klubem, lecz znałem się z Mariuszem Rumakiem i sam zainicjowałem ten transfer. Zadzwoniłem do trenera, zapytałem co sądzi o tak szalonym pomyśle. Zaczynałem karierę w Lechu, zrobiłem wiele dla tego klubu, więc uznałem, że przydałby się w szatni na tyle doświadczony piłkarz. A i ja chciałem spiąć to klamrą i zakończyć karierę w tym zespole. Do szatni wchodziła wówczas spora rzesza młodych zawodników, mogłem otoczyć ich opieką, posłużyć za wzór do naśladowania. Pomysł spodobał się zarówno trenerowi, jak i działaczom i wróciłem do Lecha. Najpierw na pół roku, potem prolongowano umowę na kolejne sześć miesięcy. Udało się w międzyczasie zdobyć bramkę mimo niewielu występów i to na własnym stadionie, więc mam prawo być zadowolony.

–Miał pan w życiu krótką przygodę z pracą trenera. Definitywnie zboczył pan z tej drogi?
– Trudno powiedzieć, choć zderzyłem się wówczas z dość specyficzną sytuacją. Prowadziłem klub w trzeciej lidze, Tarnovię Tarnowo Podgórne, gdzie szkoleniowiec musiał być odpowiedzialny za wszystko. Okazało się wówczas, że piłkarz z ponad 300 występami w najwyższej klasie rozgrywkowej musiał pompować piłkę zawodnikowi, który nigdy pewnie nie zagra nawet na poziomie drugiej ligi. To mnie trochę przerażało. Gracze nie przyjeżdżali na treningi, bo mieli pracę, był to klub amatorski i jest to chyba poziom na który już nigdy nie wrócę. Chciałem się trochę zrealizować w tym zawodzie, podchodziłem profesjonalnie do sprawy, ale nie miało to większego sensu.

Nikt nie chce z Lechem współpracować, bo Lech nie potrafi nawet podziękować za to, że dostanie od kogoś fajnego zawodnika. Co to za wyczyn dać 10 piłek albo 20 koszulek i mieć dobre relacje i obustronne profity? Piotr Reiss

– Teraz skupia się pan na szkoleniu, ale już tylko młodzieży.
– I świetnie się w tym odnajduję. Mamy w akademii dwie ścieżki. Jedna jest dla chłopców, którzy raczej nigdy nie zostaną piłkarzami, ale spełniają swoje marzenia i nie zabraniamy im trenować. Zapewniamy im odpowiedni poziom, szykujemy osobne rozgrywki. Ale z tej grupy wybieramy najlepszych i przenosimy ich na inny poziom szkolenia w jedną grupę, zgłaszamy te zespoły do lig i rywalizujemy. Stworzyliśmy też zespół seniorski, by 16-latkowie mieli płynne przejście do poważnej piłki, więc wszystko spina się ładnie klamrą. Jeździmy na turnieje, również zagraniczne, rozpoczynamy teraz współpracę z Zagłębiem Lubin. Bierzemy wyróżniających się chłopaków od nas, od nich, mieszamy i jedziemy razem grać. Dla nich to możliwość zobaczenia jak nasi zawodnicy wyglądają na tle ich graczy, a współpracując z tym klubem dajemy naszym piłkarzom szansę trafienia do akademii klubu z Ekstraklasy.

Generalnie uważam, że nie potrafimy docenić w Polsce tego, że piłkarze rodzą się również w bardzo małych miejscowościach. Trafia się taka perełka raz na jakiś czas, ale jeśli trenuje w drużynie, w której jest 12 zawodników i nie ma profesjonalnego treningu, to po pewnym czasie taki chłopak gaśnie. Szukamy i wyciągamy takich ludzi, uświadamiamy rodziców na temat możliwości i obowiązków z tego wynikających, a dla takiego dziecka może to być jedna z nielicznych dróg prowadzących do życia na poziomie.

– Jakie są więc sprecyzowane cele na przyszłość?
– Twierdzę, że wyszkolimy bardzo dobrych zawodników. Jesteśmy otwarci na współpracę z każdym klubem, ale wydaje mi się, że większe marki są zbyt zakochane w sobie. Można robić fajną robotę dla piłki, jeśli patrzy się również na mniejsze zespoły. Będąc za granicą zauważyłem, że wszystkie małe kluby pracują na ten największy w regionie i to jest fajne, każdym się tym szczyci. A u nas jest tak: nikt nie chce z Lechem współpracować, bo Lech nie potrafi nawet podziękować za to, że dostanie od kogoś fajnego zawodnika. Co to za wyczyn dać 10 piłek albo 20 koszulek i mieć dobre relacje i obustronne profity? A oni działają trochę na zasadzie tego podebrać, tamtego zabrać i nic w zamian nie dać. Otoczka jest fajna, ale tylko tyle. Kolejorz powinien być w skali polskiej siłą, a nie przegrywać z o wiele mniejszym Lubinem. Oglądałem ostatnio mecz obu drużyn z rocznika 2005. I co się okazało? W Zagłębiu grało więcej poznaniaków. Absurd. Coś poszło nie tak. A to dopiero 13-latkowie...

najpopularniejsze

Nowe zasady rankingu FIFA. Polska nadal w "Top 10"?

Heung-Min Son uniknie powołania do wojska? Przed nim turniej ostatniej szansy

Mundial 2022. Katar chce być jak Real Madryt i piłkarze ręczni

Mundial 2018. Belgia – Tunezja 1:0: gol Hazarda

Mundial 2018. Belgia – Tunezja 2:0: gol Lukaku