tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Szymon Marciniak. Oczy szeroko zamknięte

Przylot samolotu z Dohy, rejs numer QR259 opóźniony o 30 minut. Sobota, trwa konkurs na normalnej skoczni w Pjongczangu. Minęła 15:50. Restauracja na Okęciu...
Szymon Marciniak (Fot. Getty)

Marciniak będzie gwizdał na mundialu w Rosji

Jerzy Chromik: – Boję się, że możesz być w Rosji dłużej niż kadra Nawałki.
Szymon Marciniak: – Nigdy nie zastanawiam się nad rzeczami, na które nie mam de facto wpływu.

– Dyplomacja, polityka...
– Tego nauczyło mnie sędziowanie. Tak było na EURO 2016. Będąc arbitrami międzynardowymi jesteśmy uzależnieni od sukcesu lub braku sukcesu "swojej" drużyny narodowej. Uświadomiłem to sobie, jak poznałem Howarda Webba...

– Najlepiej jakby naszych tam nie było?
– Nie no, zawsze człowiek kibicował i byłoby przykro, jakby naszych zabrakło. A z kolei sędziowie z topu siedzieli we Francji i obgryzali paznokcie, zastanawiając się, czy ich zespół przejdzie kolejną rundę. W filmie "Zabić sędziego" Włoch i Hiszpan siedzą i czekają na rozstrzygnięcie, bo od tego zależy, kto będzie gwizdał w finale. To jest coś, co nie zależy od nas.

Howard Webb (Fot. Getty)

– A obejrzałeś oscarowy film "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri"?
– Nie.

– A już myślałem, że porozmawiamy o kinie światowym.
– Uwielbiam sale kinowe, lubię się wyalienować...

– Z narzeczoną chodziłeś do kina czy na film?
– Na film!

– Były inne miejsca, gdzie można było potrzymać się za ręce.
– Pewnie, że tak. Nie byliśmy tak zaganiani. Świat był trochę fajniejszy...

– Będę ciągle przerywał, bo tego nauczyły mnie rozmowy z Andrzejem Strejlauem. Gdy jemu nie przerwiesz, to za chwilę będzie przy piątej dygresji i nieważne staje się to, o co pytałeś na wstępie. Pochodzisz z biednej rodziny?
– Mogę powiedzieć, że rodzice starali się bardzo, byśmy mieli z bratem godne życie. Ojciec spędził nawet kilka lat w Rosji.

– Brakowało rubli, więc częste były rozłąki...
– Wyjeżdżał na dwa tygodnie, czasami na miesiąc.

– Był dla was surowy?
– Trzymał nas twardą ręką. Człowiek docenia to po latach.

– A czy zauważyłeś, że jesteś dla dzieci taki sam, jak ojciec był w dzieciństwie dla ciebie?
– Czasem się na tym łapię, ale aż tak to nie...

– Uderzył cię?
– Kiedyś było inaczej, pewnie, że człowiek nie raz dostał w dupsko.

– A ty uderzyłeś syna?
– Też dostał klapsa, ale raczej staram się docierać inaczej. Dziś jest inna relacja między synem a ojcem – teraz młodzież jest wygadana, więc mamy bardziej koleżeński układ niż ja z ojcem. Kiedyś na ojca patrzyło się rzeczywiście jak w obraz.

– Przychodził z pracy i miał dostać kapcie na nogi?
– Najpierw jadł tata, później jadła reszta.

Marciniak i Grzegorz Wojtkowiak, 2010 rok (Fot. PAP/Artur Reszko)

– Jest piękny dowcip. Masz starszego, ale prosisz o herbatę młodszego, mija kwadrans, a on ci jej nie zrobił. Wtedy starszy mówi – co będziesz gówniarza prosił, jak będziesz robił sobie, to zrób i dla mnie.
– To jest dobre, to jest dobre...

– Też miałeś taki układ. Między tobą a młodszym bratem są trzy lata różnicy?
– Tak. Musiałem się nim opiekować, ale też go wykorzystywałem. Ta historia z herbatą tu idealnie pasuje. Przy mniejszych rzeczach, mniej ważnych, to po prostu go wykorzystywałem, ale kiedy była potrzeba…

– Jak odprowadzenie trzy kilometry rano...
– No tak, mieliśmy trochę do przedszkola, mama wychodziła, ojca nie było, bo był w Rosji i trzeba było wziąć młodszego za rękę. Szliśmy sobie…

– Odpowiedzialności uczyłeś się od małego…
– Taka była kolej rzeczy. Starsi wychowywali młodszych, opiekowali się rodzeństwem. Nie było za to wyścigu szczurów. Mniej bezpiecznie, ale nie było problemu, żeby codziennie iść tą samą drogą do przedszkola. Ja mam bardzo dobre wspomnienia, jeśli chodzi o to dorastanie.

– Dobrze, ale wróćmy do twojej szkoły, wiem, że dzielnica była nieszczególna. Potrafiłeś się bić na pięści o swoje?
– Trzeba było. Może nie tam, gdzie mieszkałem, ale chodziłem do SP nr 12, która jest w dzielnicy złej sławy. Tam jest pogotowie opiekuńcze dla dzieciaków, które się pogubiły i wielu, którzy tam mieszkają ma przeszłość niezbyt ciekawą. Starsi byli z różnych zakątków, albo z poprawczaka i przychodzili na boisko szkolne, a my tam siedzieliśmy całe dnie, bo człowiek wykorzystywał każdą chwilę, żeby pograć w piłkę. Dochodziło do różnych sytuacji i trzeba było sobie radzić.

– Będąc dobrym uczniem dogadywałem się bez problemu z tymi, którzy byli po raz drugi lub trzeci w tej samej klasie. A ty?
– Mnie zwykle sport ratował.

– Dobrze grałeś w piłkę...
– Tak, wyróżniałem się. Pamiętam, że jak byłem w drugiej albo trzeciej klasie podstawówki, to brali mnie do składu ósmoklasiści.

– Ale nie na bramkę?
– Nie, nie, grałem w polu, wuefiści mnie zwalniali, bo starsi mieli nade mną pieczę. Ja byłem zawsze lubiany.

– Prymus z pierwszej ławki. No i pewnie stąd też ta kariera z gwizdkiem, decydują o wszystkim zdolności interpersonalne.
– By zostać sędzią, podobnie jak dobrym sportowcem, potrzeba splotu wielu korzystnych czynników. Po drodze udawało mi się spotykać dobrych ludzi, ktoś coś podpowiedział i nauczyłem się sędziować, bo gwizdać to każdy umie. Kiedyś nikt by mnie nie namówił na to, ale tak się losy potoczyły, że dzisiaj jestem arbitrem. Nie cierpiałem kiedyś sędziów.

– A jak nazywali się ci starsi panowie dwaj, na których trafiłeś i od których sporo zależało na tym pierwszym kursie UEFA CORE...
– Anglik David Elleray i Holender Jaap Uilenberg.

David Elleray (Fot. Getty)

– Dużo im zawdzięczasz?
– Tak, bardzo dużo.

– Wpadłeś im w oko, bo co?
– To był pierwszy CORE, więc dla nich to było coś dużego, bo to był też pierwszy taki projekt UEFA, oni byli za to odpowiedzialni, szczególnie David Elleray jako szef…

– A kto tam cię wysłał z kraju?
– Wysyłano młodych zdolnych, tych którzy już sędziowali ekstraklasę, ale nie byli sędziami międzynarodowymi. Takie było założenie.

– A kto był wtedy przewodniczącym Polskiego Kolegium Sędziów? Chyba akurat Janusz E.
– Wydaje mi się, że Kaziu Stępień. A może Janusz? To był 2010 rok.

– Była wiosna, lato czy zima, jak cię wysłano?
– Po raz pierwszy pojechałem w październiku, bo tak się zaczął kurs, to trwało dwa tygodnie, taki wstępny introductory course, no i tam byli przedstawiciele z ośmiu państw, a były to mocne państwa...

– Zaskoczenie, że przyjechał młody Polak, nie pod wąsem, nie z brzuszkiem i dobrze mówiący po angielsku?
– Tak było, bo ja się wyróżniałem fizycznie...

– Jedziesz na kurs i oni cię zauważają, bo nie pasujesz do stereotypu Polaka z gwizdkiem?
– Nie dlatego, oczywiście że nie. Po pierwsze mieli nasze portfolio, widzieli nasze mecze, pokazywaliśmy im dobre oraz złe momenty, to co nas wyróżnia. Tam sędziowaliśmy też dwa mecze ligi francuskiej. No i nieskromnie powiem, wypadliśmy bardzo dobrze z moimi chłopakami.

– A był jeszcze jakiś rodak?
– Nie.

– To bardzo dziwna historia. Jak do tego doszło, że akurat ty ze swoimi asystentami?
– Akurat jako jedyny łapałem się w widełki, część była już międzynarodowymi, więc nie byli brani pod uwagę. Ja byłem najmłodszy, sędzia musiał być przed 30 rokiem życia. No, chyba że można byłoby wysłać kogoś z drugiej ligi. To był pierwszy CORE, więc każdy kraj chciał wysłać, że tak powiem nieskromnie, tych najlepszych. Był Anglik, był Belg, byłem ja…

– Czyli wysłano takiego przystojnego, który zna języki…
– Dużo składało się na to rzeczy...

– Znałeś niemiecki i angielski?
– Tak, wtedy niemiecki znałem perfekt.

– A teraz, ile jeszcze znasz?
– Zacząłem uczyć się trzeciego, wziąłem się za hiszpański.

Marciniak i Arturo Vidal (Fot. Getty)

– Nie będziesz zgłębiać rosyjskiego? Tata jest pewnie niepocieszony.
– Nigdy nie mów nigdy, ale chcę poświęcić się hiszpańskiemu przez te cztery miesiące, żeby się przygotować...

– Chyba nie grozi ci transfer do Realu?
– Różne są projekty, że tak powiem tajemniczo. Być może dojdzie wreszcie do tej wymiany, o której się głośno mówi...

– Po hiszpańsku to mówi więcej niż półkula.
– Nie chodzi tylko o Hiszpanię, cała Ameryka Południowa spokojnie się w nim dogaduje, a to może być mi pomocne na boisku. Kiedy zawodnik się dowie, że znasz jego ojczysty język, to możesz zamknąć krótko rozmowę dwoma, trzema zdaniami. A tak trzeba się męczyć po angielsku.

– Wróćmy do pierwszego kursu, do tych dwóch mocodawców. Nie musiałeś, jak twoi starsi koledzy przed laty, wozić kryształów albo szkła z Krosna?
– Holender wygoniłby mnie chyba od razu z tego kursu, bo to człowiek z żelaznymi zasadami, taki dżentelmen w angielskim stylu.

– To pewnie nauczyłeś się pić whisky, lubisz single malt czy mieszanki?
– Single, ale teraz trudno mi powiedzieć, kiedy napiłem się lampki wina, bo po pierwsze nie ma na to czasu, a po drugie szkoda mi trochę formy.

– A z żoną, jeśli już, to co najchętniej?
– Wino prosecco, bąbelkowe, lubiliśmy napić się do kolacji, ale już się nauczyłem, że za dużo mnie to kosztuje. Przez parę ostatnich tygodni piłem tylko wodę, aż się śmiałem, że wypłuczę z siebie wszystkie witaminy. Wiem, ile kosztuje na co dzień trening, żeby utrzymać wszystko w normie. Mam dzisiaj swój czas. Jeśli się na chwileczkę zatrzymasz, to są następni, którzy cię dogonią i przejadą po tobie jak ciężarówka i zostanie tylko wspomnienie. Trzeba się pilnować i cały czas uciekać, bo nie chciałbym być tylko wspomnieniem.

– Najchętniej przegadałbym z tobą ze dwie noce, bo tematów by nie zabrakło, ale... sięgajmy po te najtrudniejsze. Zapewniasz, że szkła nie woziłeś obserwatorom UEFA, ani na kursy, ale byłeś przecież człowiekiem Janusza Eksztajna.
– To jest za duże słowo. Pamiętam, że początki mieliśmy trudne… Nie chcę powiedzieć, że byłem wyszczekany, ale zawsze miałem swoje zdanie.

– Nie kryłeś się z nim. A wiesz, co powiedział Einstein? Na drodze dojścia do sukcesu są dwa warunki. Trzeba trzymać język za zębami i być pracowitym.
– Coś w tym jest.

Marciniak i Luka Modrić (Fot. Getty)

– W twoim przypadku pracowitość się zgadza, ale nad językiem już nie panujesz.
– Trzeba wiedzieć, co kiedy powiedzieć.

– Ale mówisz za dużo, jesteś gadułą.
– Mówię dużo.

– To akurat jest wdzięczne dla dziennikarza...
– Jeśli trzeba o coś zawalczyć, to potrafię, szczególnie dla naszej grupy sędziów.

– Grupy sędziów? A to ciekawe. Stałeś kiedyś na czele czegoś na kształt niezależnego, samodzielnego związku arbitrów w Polsce?
– Rzeczywiście, zostałem wybrany na przewodniczącego stowarzyszenia.

– To jeszcze działa?
– Tak, stowarzyszenie cały czas jest aktywne, ale po czasie dowiedzieliśmy się, że jest drugie, które zostało założone przez starszych sędziów i obserwatorów. Później był konflikt, bo gdzieś trzeba było oba umocować w PZPN, a nam nie chodziło o to…

– A prezes nie powiedział, że nie życzy sobie tego stowarzyszenia?
– Nie. Był problem, bo były dwa stowarzyszenia i albo trzeba było połączyć to w jedno, dogadać się…

– Stałeś na czele jednego, a na czele drugiego…
– Było kilka osób, które nie mogły brać czynnego udziału z racji jakichś historycznych nieprzyjemności. Stąd problem.

– Historycznych nieprzyjemności, ładnie nazwane.
– Nie moje czasy, więc co ja będę zabierał głos. Nie wiem, jak było i jakoś mnie to dzisiaj nie interesuje.

– A wiesz, gdzie mieści się prokuratura we Wrocławiu? Ja byłem tam już parę razy.
– Nie wiem i się nie wybieram.

– Czyli nikt niczego nie ustala, nie kłóci się, tak jak o status Czesława Michniewicza i nie będziesz na razie świadkiem koronnym?
– Tego nie wiem, to ty powiedziałeś, ale ja się z panem Czesławem bardzo lubię i mamy dobry kontakt. Zresztą, jest pierwszym, którego wyrzuciłem. Zawsze jak mnie widzi, to mówi: "Pan mnie pierwszy wyrzucił".

– Dlaczego Przesmycki cię nie wyrzucił, skoro byłeś człowiekiem Eksztajna?
– Nie wiem, czy w ogóle padło kiedykolwiek takie stwierdzenie.

– Jakbyś się wcześniej urodził, to musiałbyś być człowiekiem Fryzjera albo... pana Saksa.
– Jak ustaliliśmy, fryzjera nie potrzebuję od dawna. Nie wiem, kto mi bardziej pomógł w karierze. Leszek Saks na pewno bardzo…

– Mówią, że nocowałeś z nim w jednym pokoju.
–To był mój pierwszy obóz. Pamiętam, że rzeczywiście złożyło się tak, iż pojechaliśmy do Turcji i miałem "jedynkę", a ktoś powiedział – młody pojechał i będzie mieć "jedynkę". Tak nie może być...

– Ale potrafisz układać się, nie tylko do snu, z ludźmi, którzy o czymś decydują.
– Rzeczywiście, z Januszem Eksztajnem było tak, że grupa mnie wysyłała, jeśli chciała cokolwiek załatwić.

– On ci dał plakietkę międzynarodowego?
– Plakietkę dostałem w 2011, to trzeba by sprawdzić, kto był wtedy szefem…

Marciniak od dawna sędziuje mecze międzypaństwowe (Fot. Getty)

– A może kosztem kogoś, kto miał dostać, a nie dostał?
– Nie, ja miałem to szczęście, że odchodził akurat Tomek Mikulski, ze względu na wiek. To jest też tak, że międzynarodowi są teraz w wieku takim mniej więcej jak ja.

– Pamiętam, że kiedyś było 45.
– Nawet jak bardzo zdolny sędzia trafi na generację pomiędzy 38, 42, 47 lat to nie ma szans dostać plakietki, jeśli oni sobie dobrze radzą. Teraz, żeby dostać plakietkę, musiałby robić kilka meczów z rzędu, a to się rzadko zdarza. Ja miałem to szczęście, że akurat Tomek Mikulski kończył, bo miał 45 lat i ja przejąłem po nim plakietkę.

– Łatwo się "zaprzyjaźniasz" z tymi, od których coś zależy.
– No i łatwo się z nimi kłócę. Pamiętam początek ze Zbyszkiem Przesmyckim, wszyscy się śmiali, bo pierwsze słowa, jakie wypowiedział to: – "Szymon, to ty jesteś tym człowiekiem Eksztajna", a ja od razu wstałem i powiedziałem, co miałem do powiedzenia.

– To ciekawe, bo skreślił prawie wszystkich, którzy byli podejrzewani, że są jego protegowanymi. A ciebie nie skreślił.
– Rozmawialiśmy kilka razy, zawsze szanował mnie jako sędziego. Wiedział, że ja raczej nie włożę głowy w piasek.

– Przesmycki był dobrym sędzią?
– Nie wiem, w ogóle nie pamiętam jego kariery.

– A jako człowiek? Często z niego żartujesz?
– Dlaczego mam żartować? Nie mam powodów. My się widujemy tylko w Spale. Kiedy Zbyszek Przesmycki zostawał przewodniczącym, to ja byłem kroczek od elity.

– Nie potrzebowałeś jego łaski?
– "Łaska" to chyba za dużo powiedziane. Takie rzeczy dochodzą do człowieka po latach. Ma wielu sędziów i trzeba na jednego postawić. Powtarzam – była taka sytuacja, że jak Zbyszek Przesmycki został przewodniczącym, to ja byłem już krok od elity.

– Ale mógł ci tę furtkę domknąć albo otworzyć szerzej...
– Właśnie chyba raczej nie.

– Czyli wychodzi jednak, że najwięcej zawdzięczasz Eksztajnowi.
– Wszystkim po trochu. Szczerze, przecież moje awanse zaczęły się od…

– Nie był to raczej Listkiewicz, bo już go wtedy nie było.
– Nie, nie, nie. Zresztą Michała Listkiewicza to ja poznałem dużo później.

– A propos Listkiewicza. Jak to się stało, że masz w trójce syna Michała? Przecież nie jest z Płocka, tak jak Sokolnicki.
– Ale Sokolnicki też nie pochodził z Płocka, był z Warszawy. Przeprowadził się ze trzy albo cztery lata temu do Płocka. Jak go zapoznałem z koleżanką, z którą pracowałem…

– Asystentów poznałeś też w tym samym czasie?
– W tym samym czasie. Paweł był sędzią, jeździł z wieloma. Z Hubertem Siejewiczem, z Granatem, z Wernerem.

Tomasz Listkiewicz (Fot. PAP/Grzegorz Michałowski)

– Twój przyszły asystent jeździł z Granatem?
– To byli jedyni, że tak powiem sędziowie, którzy byli w moim wieku, bo reszta była dużo starsza.

– Ale nie wmówisz mi, że młody Listkiewicz to przypadek.
– Ale to jest przypadek.

– Nikt nie powiedział ci, że warto byłoby wziąć do trójki syna pana Michała?
– Inaczej, na pierwsze mecze dostawałem oczywiście bardzo doświadczonych asystentów. To było mądre podejście, żebym czegoś nie zepsuł i żeby oni coś mi podpowiedzieli.

– Czyli nie miałeś wpływu na obsadę.
– Tak było, że dostawałem asystentów w pakiecie. Później był taki moment, że powoli zaczęły się tworzyć zespoły, szczególnie na wyjazdy międzynarodowe i nadal tak jest. W Polsce jest tak, że sobie asystenta nie wybieram, ja dostaję nazwiska dwóch.

– A często sobie bierzesz Bońka na wyjazdy?
– Nigdy.

– Nawet do Emiratów?
– A, raz był ze mną w Emiratach, w Arabii Saudyjskiej. Ja go zabrałem, bo miał wcześniej bardzo poważną kontuzję. Pomyślałem, że to będzie dla niego fajne, w ramach rekompensaty. Pojedzie też posędziować i potrenować. U nas była zima, a tam było ciepło.

– Mówię o Zbigniewie Bońku. Fajnie jest zabrać ze sobą członka Komitetu Wykonawczego UEFA.
– Nigdy nie potrzebowałem tego. Zdaję sobie sprawę, że zawsze gdy prezes gdzieś jest, to mówi o mnie dobrze.

– Oni teraz nie mogą z tobą źle żyć. Jesteś wizytówką, która jest duża jak parawan, zasłania niekompetencję PKS.
– Ale teraz jest tak, że jak gdzieś jadę, to każdy postrzega nas jako bardzo mocną federację.

– Ale nie powtórzy się szybko drugi taki sędzia jak Marciniak w polskim futbolu. Ile upłynęło lat od Jarguza, potem była bardzo długa przerwa do Listkiewicza.
– Paradoksalnie uważam, że to nastąpi szybciej, dlatego że trafiliśmy na dobrą generację arbitrów.

– Historycznie próbowałeś to ułożyć?
– Kiedyś spotkaliśmy się przed mistrzostwami Europy z panem Michałem.

– Jesteście na "pan"?
– Tak, mówię "panie Michale". On mi wtedy uświadomił, że jestem pierwszym, który pojedzie na finały mistrzostw Europy. Polacy jeździli dotąd tylko na mistrzostwa świata.

– Ciekawie układają się nam nazwiska. Tak jakoś parami. Mamy dwóch Bońków, mamy dwóch Listkiewiczów, brakuje na razie dwóch Sawickich… Nie mamy perspektywicznego arbitra o nazwisku Sawicki?
– Nie znam, nie znam...

– Śmiejesz się...
– Śmieję się, bo podpuszczasz. A często przecież tak jest, że syn idzie śladami ojca. Ja też początkowo chciałem, aby mój grał w piłkę.

– Miałby powtórzyć twoją drogę z gwizdkiem? Po co?
– W pewnym momencie przestałem napierać, ale miałem takie marzenie. Szybko się wycofałem, bo zobaczyłem, że ja go pcham, wożę na treningi i nie widzę tyle pasji, ile ja miałem. Aby mnie ściągnąć z boiska, ojciec musiał zrobić groźną minę, pogrozić.

– Byłbyś drugim kolarzem Kwiatkowskim, gdyby nie ta piłka?
– Tak mówiono, miałem ogromne szanse, bo byłem bardzo silny.

Michał Kwiatkowski (Fot. Getty)

– Historia, gdy na trasie wyścigu ocierałeś łzy liściem. I ta obolała noga, której nie można było wyjąć z kolarskiego buta. To robi duże wrażenie.
– Tak szczerze, to nigdy bym nie chciał, żeby mój syn trenował kolarstwo, bo wiem, jaki to jest ciężki sport. Z drugiej strony ten sport gdzieś ukształtował mój charakter.

– Gdyby jeszcze nie ten doping, naturalny sąsiad kolarstwa.
– Tak, przyznaję, że to też mnie trochę wystraszyło, bo jak usłyszałem od razu – to były czasy, kiedy to wszystko zaczęło wychodzić na wierzch – to tak po ludzku się przestraszyłem, że może i ja też będę musiał brać. Ale przyznaję też bez bicia, że piłka nożna zawsze była numerem jeden. Jeździłem, bo pasjonowało mnie wygrywanie, lubiłem chwile, jak stoisz na pierwszym miejscu, na pudle.

– Rozwiążmy tę zagadkę – dlaczego rzuciłeś rower po przejściu tej cudownej drogi od składaka do kolarki?
– Musiałbyś zobaczyć ten pierwszy rower. To był naprawdę wspaniały składak, który tata przywiózł z Rosji...

– Radziecki rower?
– Rosyjski. Jak zobaczyli mnie z nim na starcie... A były to naprawdę dzieciaki bogatych rodziców na drogich kolarzówkach.

– Ja marzyłem o rowerze kilkanaście lat. Pierwszy pożyczyłem, zepsułem i tak został w garażu...
– Mówię: tata, jakbyśmy ten rower zatrzymali, to miałby dzisiaj dużą wartość.

– Co się z nim stało?
– Chyba go zajeździłem.

– Wracamy do początków sędziowania. Wróciło już może to zapomniane nazwisko sędziego, któremu najwięcej zawdzięczasz?
– Stanisław Żyjewski, świętej pamięci, to on dał mi szansę. Pamiętam, dostałem dwa mecze w 2009 i wypadły dobrze.

– Nigdy nie musiałeś nikogo podkopać, żeby twoje było na wierzchu?
– Nie, ale rzeczywiście zawsze się rozpychałem łokciami. I walczyłem, ale walczyłem na boisku.

– Mówią, że gdybyś był gorszy na boisku, to miałbyś też mniejsze szanse z gwizdkiem.
– Możliwe.

– Są takie cykliczne spotkania reprezentacji okręgowych związków piłki nożnej sędziów, prawda?
– Nie, to nie to. To były mistrzostwa Polski sędziów.

– Księża też mieli kiedyś reprezentację Polski.
– Z nimi sparingów nie mieliśmy. Ale siłą rzeczy grałem w piłkę, wyróżniałem się w tych mistrzostwach.

– Ulubione miejsce na boisku od trampkarza?
– Wszystkie pozycje, od prawej obrony do ataku. To paradoksalne, bo Wisła Płock zawsze mocna była, ale w ręczną…

– No dobrze, jest Płock, więc będziemy się trzymać Płocka. Dyrektor Strejlau i prezes Dmoszyński niebędący obcym nazwiskiem we Wrocławiu…
– Tego nie wiem, ja tak naprawdę spotkałem się z panem Krzyśkiem tylko kilka razy.

– Don Kichot walczący o uczciwą piłkę, a na drugim biegunie…
– Gdy ja byłem juniorem, tam była naprawdę świetna generacja. Był Bartek Grzelak, który skończył w Legii i reprezentacji Polski. Był Łukasz Pachelski, który był supertalentem, ale przez kontuzje nie udało mu się zrobić kariery. Byliśmy juniorami, którzy gdzieś tam się dobijali, ale nie było łatwo się przebić do pierwszej drużyny.

Bartłomiej Grzelak (Fot. Getty)

– Zacząłeś więc gwizdać zamiast kopać. Znam tę opowieść o arbitrze, dzięki któremu poszedłeś na kurs, a po latach zabrałeś go na ważny mecz.
– To był Adaś Lyczmański. Przestałem grać, bo miałem lekką kontuzję, wróciłem z Niemiec, byliśmy tam razem z Magdą… Powiedziała, że nie wyjedzie ze mną, że nie chce tam mieszkać.

– A w Niemczech pracowałeś na budowie?
– Nie, grałem w piłkę.

– Ale to nie był patent na dorobienie się?
– Pojechałem po prostu sobie pograć i zarobić. Tak się umówiłem. Mnie wtedy ten język bardzo się podobał. Dogadałem się z działaczami, że po treningach będę chodził sobie do szkoły na język niemiecki, na angielski i na historię. Chodziłem po trzy godziny dziennie.

– Ale kierunek ukończonych studiów jest dosyć dziwny.
– Dlaczego? Skończyłem pedagogikę.

– Kariera sędziowska potoczyła się jak nauka w szkole. Po roku w każdej klasie. Opowiedz jak było w A-klasie, a potem w B...
– Z B do A przeszedłem bodajże po pół roku. Z A do okręgowej też mogło być w pół roku, albo rok.

– A uciekałeś kiedyś przed kibicami?
– Nie, bo byłem bardzo lubiany. Wszyscy mnie znali jako bardzo zdolnego juniora. I sędziowałem też kolegom, to paradoksalnie jest bardzo trudne, bo wszyscy mawiali: "Kurde, Szymon, ale jaka czerwona, tylko żółta". Z czasem trzeba było sobie posegregować te znajomości boiskowe.

– Podano ci kaczkę za przychylne sędziowanie. Na którym to było poziomie rozgrywek?
– W A-klasie...

– A wódka, podstawiona młodsza córka prezesa?
– Nie było takich ofert, bo byłem tak nastawiony na sukces, że ode mnie aż to biło.

– Kiedy był przełomowy dzień?
– Mistrzostwa sędziów bardzo mi pomogły, bo wtedy wszyscy mnie zobaczyli. To były mistrzostwa Polski w Gdańsku. Z Tomkiem Musiałem się tam poznałem na tych mistrzostwach i się pokazałem, bo rzeczywiście dobrze pograliśmy, zdobyliśmy srebro.

– Często jest tak, że sędzia jest dobrym piłkarzem.
– Czy ja wiem? Michael Oliver z Anglii grał w Newcastle i on był ze mną na CORE. Jest kilku naprawdę dobrych, którzy nieźle grali. Oczywiście nie każdemu udało się dojść daleko, ale są sędziowie, którzy grali dobrze w piłkę. Myślę, że wtedy jest łatwiejsze ocenianie gry, bo jeżeli ty kopałeś piłkę, kilka razy ciebie kopnęli, widziałeś co i jak, znasz "język piłkarski", słownictwo szatni, to masz łatwiej.

Michael Oliver (Fot. Getty)

– Są ludzie, którzy nigdy nie kopnęli piłki, a udają, że się znają.
– Dzisiaj jest tak chyba ze wszystkim. Każdy lubi komentować poczynania drugiego.

– Ostatnio znamy się na zdobywaniu gór.
– Wszyscy się teraz znają na himalaizmie. Ta sama historia z sędziowaniem. Kończy się mecz i rozmawiają nie o tym, czy ktoś był lepszy, tylko czy sędzia coś zepsuł.

– Skoro o błędach mówimy, to wspomnijmy półfinał Pucharu Polski. Na szczęście nie pomyliłeś się na niekorzyść, tylko na korzyść Zawiszy. Tam były dwa błędy czy jeden?
– Na szczęście powiedziałem głośno, że według mnie to był mój błąd, a wszyscy oceniali drugą sytuację z Hermesem jako kontrowersję. On nie widział piłki i ją dotknął ręką. Sędzia zawsze chce obronić swoją decyzję. Po miesiącu powiedziałem, że chcę dwa tygodnie dla siebie, bo miałem megadoła.

– Gdybyś miał dwie decyzje złe dla Zawiszy, to byś z miesiąc albo i dwa odpoczywał.
– Niby dlaczego? Dość często sędziowałem Zawiszy. Nie byłem dla nich szczęśliwym sędzią, jeśli popatrzymy na wyniki. Kiedy przyjechałem na Zawiszę, to grał tam mój przyjaciel i powiedział: "Kurde, Szymon, tyle lat się znamy, a jesteś tak pechowy dla mnie, że co nie przyjedziesz, to ja tracę pieniądze".

– Jaki dałbyś tytuł do naszego wywiadu? Mam jeden roboczy, nie wiem, czy dobry – "Imperator z gwizdkiem".
– Śmieję się, bo dwa dni temu miałem rozmowę z Pierluigim Colliną. Staliśmy z kolegą, ocenialiśmy pewną sytuację, a on powiedział do niego: "Stój przy nim jak najdłużej, to może przejdzie na ciebie trochę jego pewności siebie". Powiedzmy tak – nie wyobrażam sobie sędziego na tym poziomie, który jest bardzo skromny, chodzi zawstydzony, niepewny siebie. Mówię o tych największych.

– Potrafisz nie posłuchać uwagi asystenta przez radio…
– Rzeczywiście, zdarzyło mi się też coś takiego. Ale wynika to z tego, że kilka razy dostałem podpowiedzi nie do końca dobre. Ale to jest też niebezpieczne, bo czasem może być tak, że kolega ma rację. Na boisku się dogadujemy, znamy się z chłopakami na tyle dobrze, że ten mechanizm działa. Pierluigi zawsze mi powtarza, że go dziwiło, że wszedłem jako anonimowy gość z Polski w ten świat wielkiej piłki. Chiellini w tunelu przed wyjściem pytał mnie, czy odczuwam stres, bo przecież debiutuję. Dotarło do mnie, że oni wiedzą, że to mój pierwszy raz. Powiedziałem, że nie. Wiedziałem, że ten mecz to jest moja przepustka. Byłem tak zmotywowany i tak nastawiony, że ten mecz dobrze pójdzie. W tamtym czasie mieliśmy szare spodenki, wyglądały jak piżama. Włoch powiedział: "Zapomniałeś piżamę zdjąć". Nieźle zaczęliśmy współpracę już w tunelu.

Pierluigi Collina (Fot. Getty)

– Kiedyś wszyscy gwizdali na czarno, a teraz jesteście jak kolorowe ptaki?
– Śmiałem się, bo kiedyś ubrali nas nawet w różowe stroje. Myślałem sobie, do czego to doszło, przecież całe życie gwizdałem w czarnych.

– Nie boisz się, że punktualnie o szóstej zapukają inni ubrani na czarno?
– Podatki płacę na czas.

– Znasz powiedzenie: siebie kocham najbardziej.
– Nie jestem narcyzem.

– Inteligencja nie musi się aż tak wytwornie ubierać?
– Mam dystans do wszystkiego, wiem skąd pochodzę.

– Ale dbasz o siebie.
– Oczywiście, że dbam. Każdy chce dobrze wyglądać. Trenuję po to, żeby się dobrze czuć.

– Ile masz luster w domu?
– Dużo nie mam. Dla siebie cztery.

– Lubisz w nie patrzeć?
– Nie mam z tym problemu. Nie mam z tym problemu...

– Mówiliśmy o kolarstwie i dopingu. Czy sędzia musi coś przyjąć, co mu pomoże być w każdym miejscu przez 120 minut?
– To już nie te czasy, kiedy ktoś kielicha strzelił przed meczem dla kurażu. Znałem starszych sędziów. Mówili, że robią to dla odwagi...

– Znam inną opowieść. Zostawiasz celowo marynarkę na krześle bez opieki i gospodarze mają szansę coś włożyć.
– Noszę taki blezer bez ani jednej kieszeni, są za to dziury, więc nawet jakby coś włożyli, to by wypadło.

– Dobrze, ale czy próbowano?
– Mnie nigdy nie proponowano. Musisz też pamiętać o tym, że kiedy ja dostawałem szansę, to byłem w drugiej, czyli pierwszej lidze .

– Żadnej łapówki nie dostałeś? Nawet paczki nowych 500 zł?
– Nie, bo byłem zbyt gorliwy. To wszystko co złe w PKS wylazło na wierzch znacznie wcześniej.

– Interesowałeś się tym?
– Nie, bo tak naprawdę namówiono nas na to sędziowanie. Musieli brać młodych, szczególnie tych z doświadczeniem piłkarskim. To nie tylko ja, bo to także Musiał, Raczkowski, Jakubik, Przybył, Złotek. Oni wszyscy kopali dobrze piłkę.

– Odkładasz coś na starość? Inwestujesz trochę?
– Tak, coś tam inwestuję.

– Najzabawniejsze historie, choćby dwie, może jedna?
– Kiedyś, niechcący, w B-klasie zamknęli mnie w szatni. To nawet nie była szatnia, ale stodoła. Wygrali, awansowali do A-klasy. To był na pewno ostatni mecz sezonu. My się przebieraliśmy, a po jakimś czasie przekręcono zamek. Zreflektowali się jednak, że nie ma za długo sędziów. "O kurczę, trzeba ich znaleźć".

– Pukałeś od środka?
– Waliliśmy tak, że prawie drzwi wywaliliśmy, bo przecież jak pojadą, to będziemy tam spali. Druga historia już sympatyczna – od paru lat, na koniec sezonu, na dwie ostatnie kolejki jeździłem na okręgówkę, albo na A–klasę. W ramach roztrenowania. Pojechałem do Świtu Staroźreby. Przyszedł po meczu zawodnik i powiedział – pan jest najlepszym sędzią w okręgówce. A ja już wtedy sędziowałem Ligę Mistrzów. Po prostu mnie nie skojarzył. Dopiero jak podszedł do niego trener i powiedział: ty głupku, wiesz, kto to jest? Zawsze wspominam to bardzo sympatycznie, zrobiliśmy sobie fotkę.

Marciniak i Wesley Sneijder (Fot. Getty)

– A szerzej o najniższych ligach?
– Różne rzeczy działy się w wioskach. Po meczach zawsze były grille, bo nieważne, czy ktoś wygrał czy przegrał, ważne, aby było swojsko. Jak gwizdałem w okręgówkach, to naprawdę miałem wielu kumpli z trybun. Czasem można było się zobaczyć dopiero na konkretnym meczu, bo prowadziłem intensywne życie. Praca do 13, o 13.18 miałem autobus, we Włocławku trening i o 21 byłem w domu. To był taki dzień świstaka.

– Jakbym słyszał monolog Józefa Nalberczaka w filmie "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz"...
– Nie było łatwo. Przyznaję, jak mi po latach zaproponowano kontrakt, to jakby gwiazdka z nieba spadła, bo dotąd trudno było to wszystko pogodzić. Syna nie widywałem. Wracałem, to był już po kąpieli i kładł się spać. A rano znowu trzeba wstawać do pracy i kolejny dzień świstaka.

– Nie boisz się? Żona sędziego jest jak żona marynarza...
– Nie zdarzają się aż takie rozłąki, ale rzeczywiście trzeba znaleźć ten wspólny mianownik i poukładać sobie to wszystko. Dzisiaj, kiedy jestem sędzią zawodowym, jest znacznie łatwiej.

– Żona pracuje?
– Pracuje. Chce pracować. To też fajne, bo ma ambicje i zainteresowania. Troszkę mniej, troszkę krócej.

– Dlaczego studia kończyłeś w Łodzi?
– Dzisiaj to rzadkość, żeby ktoś studiował w swoim mieście. To był przypadek. Tak się po prostu złożyło. Spotkałem kanclerza uczelni i od słowa do słowa, zaproponował mi tam studia.

– Jaka zmyślona historia najbardziej boli?
– Wszystko co jest związane z podejrzeniami, że "tych kocha, a tych nienawidzi". Nie ma co robić niektórym niepotrzebnych reklam. Wiadomo, że wszystko jest związane z piłką. Tak jak mówiłeś o Leszku Saksie – że byliśmy razem w pokoju na wyjeździe.

– Nie raz i nie dwa?
– Na jednym obozie. Nie mam z tym problemu.

– Co ci teraz grozi? Ekstraklasa, a potem?
– Zgrupowania mamy teraz co miesiąc. 15 kwietnia kolejne. Znowu lecimy na tydzień do Dubaju. W maju jedziemy do Rosji. To oczywiście ze względów pogodowych, klimatycznych. Potem jesteśmy w Katarze, w kwietniu we Włoszech, a w maju znów będziemy w Rosji.

– Mówimy o trójce sędziowskiej – mógłbyś z asystentami konie kraść albo zjeść beczkę soli?
– Cała grupa jest zgrana. Wiedziałem, że aż tyle dni będziemy poza domem i że to będzie ważne.

– Macie te same zainteresowania?
– Bardzo podobne. Nadajemy na tych samych falach. Bo czy Tomek Musiał czy Paweł Raczkowski, to są, mogę otwarcie powiedzieć, przyjaciele.

Paweł Raczkowski (Fot. Getty)

– No właśnie – jakie jest twoje kryterium?
– Wiem, że na kogoś mogę zawsze liczyć.

– Ale ile lat musi minąć, żebyś mógł o kimś powiedzieć "mój przyjaciel"?
– Kilka ładnych lat. My w jednym zespole pracujemy już pięć. Przeżyliśmy gorsze momenty, bo tak było.

– Jest pokusa, żeby któregoś z nich albo dwóch zmienić przed Rosją?
– Nie. Jeśli chodzi o sędziowanie w Europie, to nie mam powodów. Trzeba powiedzieć, że ja ten sukces osiągnąłem z nimi.

– Maturzystom życzy się połamania piór. A co powiedzieć sędziemu? Zapomnienia gwizdka?
– Połknięcia! Taki jest idiom, jeśli chodzi o życzenia dla sędziego. Na Zachodzie raczej nie wierzą w przesądy, wierzą w szczęście.

– Ty nie jesteś przesądny?
– Nie. Są tacy, którzy mają różne gadżety w szatni.

– A twój najśmieszniejszy numer?
– Pod ścianą udaję, że boksuję...

– Masz worek pięściarski w garażu, ale chyba nie wozisz ze sobą?
– Nie, nie. Ale byłem u Przemka Salety, potrenowałem trochę, naprawdę dobrze się w tym czuję. Dla mnie to jest megaodskocznia, nawet lepsza niż kino.

– Stąd miłość do filmu "Rocky"?
– Nie przesadzajmy. Wiadomo, to nie jest moja przyszłość, ale sztuki walki zawsze mnie pasjonowały.

Sylvester Stallone jako Rocky (Fot. Getty)

– Kolarstwo, potem piłka, bieganie z gwizdkiem i na stare lata boks?
– Bardziej muay thai, trenuję, chodzę trzy razy w tygodniu. Jest to coś innego. A ile można biegać? Pamiętajmy o tym, że zespół trenuje razem, a sędzia, czy pada deszcz, czy jest słońce, zawsze sam. Ale ile możesz w tej samotności słuchać tej muzyki. A tak idziesz, masz zawsze przeciwnika. Fajnie, fajnie.

– Czy pani psycholog, do której możesz zadzwonić nawet w środku nocy, jest ładna?
– Piękno kobiety zależy od gustu. Ja mam inny. Moja żona wie, że mamy panią psycholog do dyspozycji. Ale śmiejemy się z tego z Pauliną, bo nigdy nie korzystałem z tych rad.

– Nigdy ci nie pomogła?
– Wiesz co, ja lubię być w kryzysie sam ze sobą. Taki jestem trochę pokręcony, ale jak zawalę mecz, to dobrze o tym wiem. Co mi da, że pójdę i pani powie mi, żeby zapomnieć? Ja wiem, co muszę zrobić. Trzeba zagryźć zęby przez chwilę, bo to zawsze trochę kosztuje, ale to trzeba zrobić samemu. Założę rękawice, założę kask, ochraniacz na zęby i idę na sparing. Jakoś mi przechodzi. Potem trzeba właściwie się przygotować, bo jest następny mecz.

– Kojarzysz sędziego Wita Żelazkę? Dusza człowiek...
– Oglądałem piłkę, ale temat sędziowania nie interesował mnie do pewnego momentu.

– A "Piłkarski poker" cię śmieszy?
– Ja traktuję ten film jak tragedię, w nim nie ma z czego się śmiać. Rozmawiałem kiedyś z kimś, kto musiał przestać sędziować. Ten system był chory. Ludzie żyli w takich czasach.

"Łapówka", "Laguna" i "Prezes Kmita" – bohaterowie "Piłkarskiego pokera" (Fot. PAP/Witold Rozmysłowicz)

– Jak ty podejmowałeś decyzję o wejściu, to chyba doskonale wiedziałeś, jakie to bagno.
– Kiedy ja zaczynałem, to już było po temacie wrocławskim.

– Ale było to coś w rodzaju mementum, pamiętaj o śmierci. Przynajmniej cywilnej.
– Oczywiście, że tak. Byłem jednak tak sfokusowany, że interesowało mnie tylko dziś i jutro. Gdy byłem w okręgówce, powiedziałem chłopakom po meczu, fenomenalnie poprowadzonym, że będę sędziował kiedyś finał mistrzostw świata i... Ligi Mistrzów. A oni na to – młody, pamiętaj, że jutro trzeba jechać do Pcimia. Musisz się spakować. Tak ze mnie zażartowali.

– Piękny przykład, że można wszystkim udowodnić, że da się sięgnąć gwiazd. Przynajmniej piłkarskich. Najważniejsze jednak, żeby nie kosztem konkurentów. Obierasz kierunek, idziesz na szczyt, ale po drodze nie strącasz innych do przepaści.
– W sędziowaniu nie jest tak jak w piłce, że masz jedenastu piłkarzy i ten jest najsłabszy, to on w tej dziesiątce się skryje. Nie ma takiego ojca chrzestnego, jak możesz się uchować na boisku, pojechać na Juventus czy Barcelonę, będąc średnim.

– Byłeś kiedyś asystentem głównego?
– Próbowałem. Nawet jeździłem z chorągiewką na początku. Pomagałem na linii. Czułem to, a zresztą od razu mówili mi obserwatorzy, że ja się nie nadaję na bok, bo za bardzo ingeruję w pracę głównego.

– Za dużo machałeś.
– Tak, i chociaż mnie muchy nie gryzły, to odganiałem wszystko od siebie.

– A jak z badaniami serca? Robisz raz w miesiącu?
– Nie, raz na rok. Ale mówią, że ja nie mam serca, mam tylko mięsień sercowy...

Rozmawiał – Jerzy Chromik
Współpraca – Dawid Król

najpopularniejsze

Jerzy Engel w magazynie "4-4-2": nie byliśmy przygotowani do meczu

Jan Tomaszewski po meczu z Włochami: Brzęczek doprowadził do kompromitacji i śmiechu

Niesamowity karny w Rosji! Zdobył bramkę uderzeniem z... backflipa

Żewłakow: Lewandowski potrafi wytrzymać ogromny rygor profesjonalisty

Igrzyska Olimpijskie Młodzieży (Argentyna) – taekwondo