tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Klub daleko od szosy. Historie nie z tej ligi...

W rundzie jesiennej pokonali jako jedyni Zawiszę Bydgoszcz, zdobywcę Pucharu Polski z 2014 roku. Byli na tamtym finale na Narodowym. A 20 lat wcześniej założyli klub piłkarski Rawys. Drewna na bramki szukali na budowie.
(fot. własne)

Stadion nazywa się Leśny. Lasu już nie ma. Rok temu zabrała go wichura. Ta sama, po której kilkoro harcerzy nie wróciło do domu z obozu, a ci, którzy z uszli z życiem, do ostatnich swoich dni będą wychodzić z traumy. Dwa dni po – kilku wyszło na boisko sprzątać to, co na trawę zaniósł wiatr. Ale o piłce nikt nie myślał. Trzask łamanych gałęzi przerywało wycie pił mechanicznych, między kikutami drzew wozy Ochotniczej Straży Pożarnej. Pod lasem stawali najbardziej zagorzali kibice miejscowego klubu. To była żyleta. Przytwierdzili nawet długą dechę z takim napisem. Konary sosen chroniły ją przed wiatrem znad jeziora.

"Oddajta chłopu drewno"

Budka i bordowe rury z kranikiem przy linii bocznej są świadkami historii małego, klubu z Raciąża, niewielkiej wsi w województwie kujawsko-pomorskim. Barak stoi kilkanaście, może dwadzieścia parę metrów od boiska. Przez lata, nim na emeryturę wysłał go budynek Orlika, służył jako szatnie, schowek na sprzęt, pomieszczenie gospodarcze. Powstał własnym sumptem. Tak jest w Rawysie. Czego nie zrobisz sam, nie będzie. Wszystko to dobra wola i serce do piłki "Marysia" – założyciela i prezesa klubu Mariana Hoffmanna, jego synów, piłkarzy byłych i obecnych, ich przyjaciół i sympatyków. Nie mają z tego nic. Poza punktami zdobytymi i satysfakcją. No i piwo w przydrożnym sklepie też wtedy lepiej smakuje.

Zaczęło się zwyczajnie. Młodzi chcieli grać w piłkę, uczestniczyć w rozgrywkach, rywalizować z innymi drużynami. Mieli piłkę i ambicje. Brakowało bramek. Znaleźli na budowie drewno i zbili własnoręcznie. A że właściciel słupków i poprzeczek tego entuzjazmu nie podzielał i zabrakło materiału na dokończenie dachu, to jego zięć ich nękał. – Oddajta chłopu drewno – słyszeli dzień w dzień. Dom sąsiada powstał. Boisko i klub w końcu też.

(fot. własne)

Kilka kilometrów od Raciąża leżą Gackowice. Pochodzą stąd dwaj już byli piłkarze – bracia Przemek i Bartek. Ten drugi, teraz prokurator w wielkim mieście, kiedy przyjeżdża na urlop, zamienia togę na strój piłkarski i przychodzi pokopać z kolegami. Pamięta o nich i o tym, jak niegdyś wozili go na egzaminy. W 1995 roku powstał zespół LKS Gockowice z inicjatywy Franciszka Szmaglińskiego. Z powodzeniem zagrał w kilku turniejach, a to rozochociło. Poszli o krok dalej i zgłosili nową drużynę do B klasy. Tak zrodziło się ukochane dziecko prezesa ”Marysia” – Rawys. By nie skrzywdzić zawodników, nazwę poskładano z pierwszych liter miejscowości, z których pochodzili: Raciąż, Wysoka i Stobno.

Okno na zachód

W Silnie, to też niedaleko, mieszka Peter Niederlaender. Bronił kiedyś w niemieckim klubie. Zrządzeniem losu trafił w pobliże Raciąża. Jak każdy pasjonat futbolu, kiedy ktoś biegał po boisku, przystawał i patrzył. Obejrzał parę spotkań z udziałem młodych i powiedział prezesowi łamaną polszczyzną: "ja mam chęć tu grać". A "Maryś" się zgodził i uczynił przybysza grającym trenerem. Tu nikt nie mówi na niego inaczej niż "Pejta". Brzmi swojsko, lepiej niż twarde "Peter". Zresztą, teraz i tak nikt nie wiedziałby, o jakiego "Petera" chodzi.

To było lata temu, ale "Pejta" nadal żyje klubem. Przyjeżdża na mecze, a kiedy zawodnik ma stanąć na ślubnym kobiercu, przychodzi na "polterabendt", tradycyjne przyjęcie dzień przed weselem. Z własnej interpretacji języka polskiego wyszły powiedzonka, które wracają w opowieściach do dziś. Kiedyś wkurzył się nie na żarty podczas meczu z Tarpanem Mrocza. Rawys prowadził na wyjeździe 2:0. W doliczonych dwóch minutach stracił dwa gole. Grali w potwornym upale, więc "Pejta" wziął wiadra, by piłkarze mogli się schłodzić. Po meczu kopnął jedno z nich z takim impetem, że woda dosięgła miejscowych działaczy. Na ich oburzenie i pretensje odpowiedział po swojemu: – Mój wiadro i ja robi z nim, co chcę.

(fot. własne)

"Pejta" młodym otworzył okno na całkiem inny świat. Pokazał, jak wygląda zachód. Takie to były czasy, kiedy masowy odpływ na Wyspy do Anglii czy Irlandii leżał na pograniczu jawy ze snem. On organizował wyjazdy do Niemiec. Kronika klubowa prowadzona przez panią Marię, matkę jednego z bardziej zasłużonych zawodników i działaczy, a dziś sponsora klubu, Jerzego Jasionowicza, przypomina, że niektórzy pierwszy raz pojechali wtedy za granicę. "Pejta" zabierał piłkarzy Rawysa do Merchweiler, gdzie przed emigracją do Polski grał w miejscowym klubie. Tamci zawodnicy też przyjechali do Raciąża.

Byłeś na meczu? No to pokaż buty

W dziewiczym sezonie zespół rozgrywał mecze na boisku w Wysokiej. Z Raciąża jedzie się tam dobrych kilka minut. Najpierw na Chojnice, potem za znakiem Stopu, koło domu "Wójta", bocznego obrońcy, w prawo w dół. Przez rok pod tamten las zwieziono 240 przyczep ziemi i wyrównano teren pod trawę. W czynie społecznym. Stadion "Leśny", jak ochrzczony został z racji usytuowania tuż przy ścianie lasu, doczekał się inauguracji 15 sierpnia 1996 roku.

Miesiąc później przyjechała drużyna z Niemiec. B-klasowiec zagrał mecz z zagranicznym klubem – to było coś! I jeszcze zwycięstwo miejscowych 6:2, a później zabawa w barze "Jagoda". Kiedy pierwszy raz awansowali do A klasy, jeździli na otwartej pace samochodu dostawczego z beczką piwa i świętowali. Mieli nawet cheerleaderki, dziś szczęśliwe mamy. Dwadzieścia lat temu wielu rzeczy mogło brakować – polotu i chęci nigdy.

(fot. własne)

Jeszcze niedawno na boisko prowadziła wyjeżdżona, polna droga. Kiedy ktoś tam jechał, to wiedzieli wszyscy w pobliskich domach. Nad ulicą unosiły się tumany kurzu. Teraz jest kostka. Jedzie się lepiej, no i nie trzeba wdychać pyłu. Ale wtedy nikt nie mógł zarzucić kibicowi absencji na meczu. Wystarczyło spojrzeć na jego buty... To miało swój klimat.

Łokietek, Strażak i rozczarowanie

Szaro-różowawa brukowa droga nie pamięta meczu z 2013 roku. Do ostatniej kolejki sezonu ważyły się losy awansu do A klasy. Miejscowych urządzał remis na własnym terenie, Łokietek Wierzchucin musiał wygrać. Na dwie godziny przed pierwszym gwizdkiem sędziego pan Jasiu kończył malować linie. To już rytuał. Jest gospodarzem od niepamiętnych czasów. Dogląda budynku klubowego, przygotowuje boisko, kosi trawę. Kiedyś robił to zwykłą, małą kosiarką. Potem kupiono mu traktorek.

Na mecz z Łokietkiem przyszła ponad połowa mieszkańców. Dwóch fanów przyjechało specjalnie z Wrocławia. Wszyscy w koszulkach klubowych, z szalikami. Z kibicami także wiążą się historie dobre do ogniska, piwa i śmiechu. Starsi piłkarze wspominają, jak po pewnym meczu ze Strażakiem w Przechowie prezes dwóch zagubionych kibiców znalazł w nocy w – Grudziądzu. Ogrywali miejscowych w karty na dworcu, żeby uzbierać na bilet powrotny. Jeden z nich poszedł w kapciach wyrzucić śmieci. Wrócił do domu następnego dnia rano. A mecz? Żona nie wiedziała.

Fani gości przyjechali do Raciąża rozśpiewani, wynajętym autokarem. Takiej liczby przyjezdnych nikt się nie spodziewał. Kilku "ochotników" z konieczności robiło w plastronach za stewardów. Niewiele z tego wyszło, bo pilnowanie nie było im w głowie – kibicowali. Zresztą pilnować nikogo nie musieli. Pełen spokój. A potem rozczarowanie. – Wiedziałam już, jak się skończyło, zanim wrócił mąż. Słyszałam w domu jak jechali – mówiła jedna z pań, która na mecz nie poszła. Rawys przegrał 0:1. A wystarczył remis. – W sumie to dobrze, że tak się wtedy stało – patrzą na to z perspektywy czasu zaangażowani w działalność klubu. A brak awansu powetowali sobie już w następnym sezonie.

(fot. własne)

Nie ma, że boli

Część zawodników dojeżdża po kilkadziesiąt kilometrów, część głowi się, jak ułożyć zmiany w pracy, a jeden musi w lecie łączyć żniwa z przygotowaniami do sezonu. To jego praca, ale wcale nie zniechęca do gry. Jeśli opuści trening bądź dwa, każdy zrozumie. Jeśli wyjdzie potem w pierwszym składzie, też. Zarabiać na życie trzeba, a piłka nie jest przecież głównym źródłem utrzymania. Ale nie robią tego dla pieniędzy. Napastnik, wcześniej bramkarz, a jeszcze wcześniej ratownik na pobliskim kąpielisku, grywał w klubie. Potem wyjechał do Gdańska, założył firmę i wracał – co tydzień. Przyjeżdżał na każdy mecz. Dojazdy na treningi, w jedną stronę 120 kilometrów, w drugą tyle samo, i to w dni robocze – nie dałby rady. Postanowił więc trenować z jedną z gdańskich drużyn występujących w dużo wyższej klasie rozgrywkowej. Za treningi musiał płacić.

Ma firmę hydrauliczną. W 2014 roku chciał zrobić coś dla klubu. W skwarze, upale i palącym słońcu, w środku tygodnia, po godzinie 15 na boisko przyszło kilka osób. Trzeba było wykopać 400 metrowy rów na rury doprowadzające wodę. Zaczęło się od grupki, w tym prezesa i jego synów Dariusza i Grzegorza. Oni też kiedyś grali w klubie, nim sprzeciwiły się temu kolana. Co chwilę ktoś dochodził. Każdy z łopatą, przynosił ją z domu. Jeden z sąsiadów miał koparkę. Przyjechał pomóc, przecinać korzenie, bo o sztych w spalonej ziemi nie było łatwo.

Przyszła pora treningu. Zawodnicy chwycili za szpadle. W ramach przygotowań do sezonu – tak zarządził trener. Dla niego łopaty już nie starczyło, to chodził i zwilżał trawę przed kopaniem. Wieczorem, po ciężkiej robocie, było spotkanie przy schłodzonym piwie, długie rozmowy, zakłady, kto mistrzem Anglii za rok – Chelsea czy Manchester. Od rannych godzin, dokładnie od ósmej praca wre na nowo, bo "nie ma, że boli". Kilka tygodni później na inaugurację sezonu mieszkańcy przyszli zobaczyć mecz i zraszacze polewające trawę. Taki widok znali z TVP i środowych transmisji Ligi Mistrzów. Chcieli tak mieć u siebie...

Zawisza padł w Raciążu

Irek Synak namówił znajomych, żeby pojechali 10 lat temu "na Małysza" do Zakopanego. Potem byli na Polska – Niemcy na Narodowym i na skokach w Planicy. Myślał, jak stworzyć coś, co będzie cementowało społeczność. Całą, bo do Słowenii pojechało pięć osób. Dobrze wie, że w tygodniu praca, jedni na rano, drudzy na nockę, ale w sobotę wszyscy znajdują wspólny mianownik. Wymyślił klub kibica. – Niewiele mamy poza Rawysem. Ludzie tym żyją, spotykają się co weekend – mówi szczerze. Dziś zbierają środki, dla członków klubu kibica organizują ogniska, zabawy taneczne, każdy dostaje szalik, bluzę. Z pieniędzy opłacają rehabilitacje piłkarzom, kiedy trzeba łatają budżet drużyny. Bo to łączy.

W 2014 roku zamówili autokar na finał Pucharu Polski na Narodowym. Powiedzieli, że jadą na mecz i eskortowała ich policja. Zawisza Bydgoszcz po rzutach karnych zwyciężył Zagłębie Lubin. A 23 września 2017 kilka minut przed 16 wyszli z domów i poszli jak w co drugą sobotę na boisko. Na szóstą kolejkę A klasy. Zawisza przyjechał do Raciąża. Pewny siebie. Rawys okazał się jedyną drużyną, która w rundzie jesiennej pokonała bydgoszczan. Jedną z dwóch, która wbiła mu gola...

najpopularniejsze

Jerzy Engel w magazynie "4-4-2": nie byliśmy przygotowani do meczu

Jan Tomaszewski po meczu z Włochami: Brzęczek doprowadził do kompromitacji i śmiechu

Niesamowity karny w Rosji! Zdobył bramkę uderzeniem z... backflipa

Żewłakow: Lewandowski potrafi wytrzymać ogromny rygor profesjonalisty

Igrzyska Olimpijskie Młodzieży (Argentyna) – taekwondo