tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Urodziny Tomasza Golloba. Walcz i wstań, Mistrzu!

Ludzie od zawsze mówili, że na torze potrafi wyczyniać cuda. Zatem modlimy się o jeszcze jeden taki z udziałem Tomasza Golloba.
Tomasz Gollob (fot. PAP)

Tomasz Gollob, indywidualny mistrz świata na żużlu z 2010 roku, obchodzi dziś 47. urodziny. Niestety, w bydgoskim szpitalu i kiepskim stanie. Podczas niedawnego pobytu w Chinach, gdzie poddawał organizm m.in. zabiegom akupunktury, jego stan nie tylko się nie poprawił, lecz wręcz pogorszył. Byłemu żużlowcowi wciąż najbardziej doskwierają bóle spastyczne, których nie może się pozbyć. Każdego dnia walczy jednak tak samo dzielnie, jak czynił to na torze.

Dziś "Chudy", wtedy "Baryła"

Gollob urodził się 11 kwietnia 1971 roku i wychował na bydgoskim Londynku, trudnej poniemieckiej dzielnicy. Choć dziś nosi pseudonim „Chudy”, to wtedy był jeszcze… "Baryłą", grubaskiem z ciemnymi włosami. Ich większa część wypadła w trakcie kariery, a część się przyprószyła. Był też Gollob "Diabłem", bo miewał diabelskie pomysły. Pierwszy bonus od życia dostał wtedy, gdy wpadł rowerkiem pod autobus.

Jako chłopaczek grał w hokeja, chodził na zajęcia z łyżwiarstwa figurowego, pływał, natomiast z prędkością oswajał się na nartach. Przygodę z Polonią Bydgoszcz rozpoczął od futbolu, biegał w koszulce tego klubu, ale i Zawiszy, będąc wyróżniającym się piłkarzem.

Śmierć na pierwszym treningu

Pierwszy kontakt ze speedwayem? Był traumatyczny. Tata, Władysław, zabrał dwójkę swoich synów, również starszego o dwa lata Jacka, na trening Polonii. Miało być miło, a wyszło paskudnie. Na tym właśnie treningu śmiertelnych obrażeń doznał Jerzy Kowalski. Papa rychło wyprowadził synów ze stadionu i na kilka lat temat żużla w rodzinie ucichł. O braciach cicho jednak nie było, bo zaczęli odnosić sukcesy w innych odmianach motorsportu (motocross, wyścigi szosowe), więc i żużel musiał się o nich upomnieć.

Po latach Tomasz przyznawał, że ojciec długo się zastanawiał, czy w ogóle żużel synom pokazywać. Być może chodziło o tamten tragiczny wypadek. – W końcu zdecydował, że pojedziemy i zobaczymy. Do dziś pamiętam tamten dzień. Mieliśmy pecha, bo zaczął padać deszcz, tor zrobił się za trudny. Ojciec porozmawiał z trenerem i przekazał nam, że wracamy. Wtedy powiedziałem, że jeśli dzisiaj stąd odjedziemy, to już nigdy nie wrócimy. Albo teraz, albo nigdy, przecież w treningach crossowych deszcz nam nie przeszkadzał. Uparłem się, wreszcie otworzyli nam tor. Od razu weszliśmy w ślizg i… lufa. To była ogromna frajda, jeden wielki żywioł. Jeszcze przez rok jeździłem na crossie, w wyścigach drogowych i trenowałem piłkę. W końcu ojciec wziął mnie na poważną rozmowę i powiedział, że tak się dłużej nie da, że muszę coś wybrać – opowiadał Gollob w jednym z wywiadów. No i wybrał żużel.

(fot. PAP)

Podniósł w pojedynkę żelazną kurtynę

1989 rok. Osiemnastoletni Tomek zdobywa w Lesznie brązowy medal Indywidualnych Mistrzostw Polski. Dzieciak przegrywa tylko z dwójką starych repów: Wojciechem Załuskim i Janem Krzystyniakiem. Był to czas, gdy familia Gollobów przemierzała jeszcze żużlową Polskę polonezem ciągnącym za sobą przyczepę z motocyklami, a wysłużony kombinezon Tomka wołał do sponsorów, by go zapełnili. I już za chwilę ci sponsorzy się pojawili. To Gollob właśnie, na początku lat 90., w pojedynku podniósł żelazną kurtynę, za którą gnił polski żużel. Osobiście wprowadził dyscyplinę na salony, pokazał, że Szwedzi, Duńczycy, Anglicy, Amerykanie czy Australijczycy nie są ulepieni z lepszej gliny.

Kończyła się era jednodniowych finałów IMŚ, które w 1995 roku zastąpił cykl Grand Prix. Pierwszy turniej, we Wrocławiu, wygrał przy pełnych trybunach Gollob. Ostro jeżdżący i nierzadko jeszcze faulujący Polak, trzymający się z boku i nie pijący po zawodach piwa z rywalami, dodatkowo otoczony jeszcze wtedy barierą językową, uchodził w towarzystwie za intruza. Również groźnego dla otoczenia w sensie czysto sportowym. Gdy więc na koniec cyklu, w Londynie, Polaka znokautował bokserskim ciosem Craig Boyce, nikt za Gollobem nie stanął. Ba! Sam Ermolenko i spółka składali się na finansową karę, którą otrzymał Australijczyk. To był cios wymierzony przez większą część światowej czołówki. Powód? Polak wyrastał na groźnego rywala, obsesyjnie pragnął tytułu indywidualnego mistrza świata, za który dałby się pokroić i przemielić. Dopiął swego dopiero w wieku 39 lat, a ten wyśniony tytuł bardzo go zmienił. Wtedy dopiero otworzył się na świat, zrzucił skorupę, która chroniła przed obcymi. Wróg już nie czaił się za rogiem.

(fot. PAP)

Przeklęty Rickardsson

Złoto IMŚ wywalczone w 2010 roku sprawiło, że nie musieliśmy już gdybać, co by było, gdyby 11 lat wcześniej Gollob nie przeleciał przez bandę podczas wrocławskiego finału Złotego Kasku. Mit powstał bowiem taki, że gdyby nie wspomniany karambol, to już wtedy zamieniłby Polak kask na koronę mistrza świata. Bo był wówczas liderem cyklu Grand Prix przed ostatnią rundą i, teoretycznie rzecz biorąc, wystarczyło to tylko spokojnie dowieźć. Niby wszystko miał w swoich rękach. No właśnie, czy miał? Niekoniecznie, bo najwięcej zależało już w tamtej części sezonu nie od Golloba, lecz od Tony’ego Rickardssona.

Zerknijmy w liczby i regulamin z tamtego okresu. Otóż przed ostatnim turniejem w Vojens Gollob miał cztery oczka przewagi nad Szwedem. Tymczasem punkty w każdym z sześciu turniejów przyznawano w sposób następujący: za zwycięstwo – 25, za drugie miejsce – 20, za trzecie miejsce – 18 i za czwarte miejsce – 16. Zatem Szwedowi – by wyrwać rywalowi złoto – wystarczało wygrać, bez oglądania się za siebie. Tymczasem od połowy rozgrywek to był dominator. Fakt, zaczął wtedy licho, lecz statystyki z drugiej części sezonu miał wymowne – otóż od połowy cyklu, czyli w trzech ostatnich turniejach, wszystkie wyścigi kończył na pierwszym bądź drugim miejscu. Wszystkie, bez wyjątku! I wszędzie bił Golloba, nawet w Bydgoszczy. Za to Polak, przeciwnie, po świetnym początku sezonu w drugiej jego części nie potrafił wjechać do finału. Przed wypadkiem również. Koniec końców Szwed w Vojens wygrał, a czy zdrowy Tomasz byłby mu w stanie przeszkodzić, możemy dziś tylko gdybać i się spierać.

Samolot na drzewach

Cała kariera Golloba naznaczona była potężnymi kraksami różnej maści – motocyklowymi, drogowymi, a nawet lotniczymi. Kiedy w 2003 roku odszedł z Bydgoszczy do Tarnowa, nie miał już stadionu pod nosem, co wiązało się z częstszymi podróżami. W 2007 roku na lotnisku sportowym w Tarnowie Tomasz i Rune Holta rozbili się awionetką pilotowaną przez wówczas 70-letniego Władysława Golloba. Zamiast na pasie, usiedli na drzewach. Zawodnik tarnowskiej Unii doznał kolejnego w karierze wstrząsu mózgu i przesunięcia jednego z kręgów. Papa odniósł poważniejsze obrażenia – złamał podudzie i obojczyk. Tomasz nie winił jednak ojca za ten wypadek. Mało tego, zawsze podkreślał, że to ojciec ich uratował. Że nie spanikował i tak położył maszynę, iż wszyscy przeżyli.

Kolejne życie dostał Gollob pod Pniewami, jadąc autem. Miał na zegarze setkę, gdy z podporządkowanej wyjechał mu inny samochód, też z setką na liczniku. Obaj kierowcy przeżyli, z samochodów nie zostało nic. Do dziś mieszkańcy nazywają to miejsce skrzyżowaniem Golloba.

Po medale IMŚ Gollob sięgał w sumie siedem razy, wpisując do CV cztery brązowe krążki, dwa srebrne i jedno złoto. Tylko jedno, bo przecież talentem oraz umiejętnościami nie ustępował ani Rickardssonowi (sześć tytułów), ani też Jasonowi Crumpowi czy wciąż aktywnemu Nickiemu Pedersenowi (po trzy tytuły). No i trzeba też pamiętać, że gdy odbierał Polak wspomniany tytuł, to… ze złamaną nogą. Kontuzji doznał na motorze crossowym przed ostatnią rundą w Bydgoszczy, lecz tytuł zapewnił sobie już wcześniej w Terenzano. Uff...

(fot. PAP)

Potrącony przez Woffindena

W cyklu Grand Prix rozbijał się Gollob przez 19 sezonów (1995-2013). Zaliczył 162 turnieje, 53 razy stał na podium, 22 razy na najwyższym stopniu. Siedmiokrotnie zwyciężał w rodzinnej Bydgoszczy. Potrafił wygrywać na 400-metrowym torze we włoskim Terenzano, ale i na 275-metrowym w Kopenhadze, mimo że te jednodniowe nawierzchnie nie były skrojone pod niego. 21 września 2013 roku po raz ostatni ścigał się w cyklu Grand Prix jako stały uczestnik. W Sztokholmie. Potrącony w ferworze walki przez Taia Woffindena uderzył głową o tor, długo dochodząc później do zdrowia. Ta sytuacja pomogła mu podjąć decyzję o pożegnaniu z IMŚ. Od tej pory chciał się już żużlem bawić.

23 kwietnia zeszłego roku Gollob szykował się do wieczornego meczu PGE Ekstraligi, miał bronić w Grudziądzu barw swojego MrGarden GKM-u. Tradycyjnie, szykował się w sposób aktywny. W godzinach południowych zaplanował sobie jeszcze start w wyścigu motocrossowym w Chełmnie, lecz w czasie treningu i objazdu trasy fatalnie upadł na jednym ze zjazdów. Złamał kręgosłup, spędził wiele miesięcy w bydgoskim szpitalu wojskowym i do dziś porusza się na wózku. Codziennie walczy z potwornym bólem, wywoływanym przez spastyczność - nadmierne i niekontrolowane napięcie mięśni. Za kilkanaście dni minie rok od tamtego wydarzenia, które przewróciło życie Mistrza do góry nogami. Tomasz wielokrotnie powtarzał, że chce dożyć w zdrowiu stu lat, a jako 80-latek zamierza być jeszcze aktywny sportowo. Miał mnóstwo planów, chciał się m.in. ścigać na motocrossie, przejechać Rajd Dakar.

Kickbokser Marek Piotrowski, inna legendarny polski sportowiec, również mający poważne problemy zdrowotne, powiedział swego czasu: - Przychodzi w życiu człowieka czas, kiedy dźwiga krzyż naciągnięty bólem, cierpieniem, niespełnionymi marzeniami, brakiem radosnych perspektyw. Często ten krzyż go przygniata, ciężko jest wtedy wstać, znaleźć sens dalszej egzystencji. Ale ja ci mówię, wstań i walcz. To twoje życie, twój największy skarb.

Walcz i wstań, Mistrzu! Jesteśmy z Tobą!

Łzy Tomasza Golloba. Mistrz pożegnał się z reprezentacją

najpopularniejsze

GOL! Polska – Irlandia 1:1: bramka Mateusza Klicha

Mecz towarzyski: Polska – Irlandia 1:1 (skrót meczu)

Mistrz olimpijski w biathlonie otrzymał listy z pogróżkami

MŚ siatkarzy: z Argentyną po awans do najlepszej "szóstki"

NFL: pierwsza wygrana Cleveland Browns od grudnia 2016 roku