tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

"Żyjemy w tenisowej erze czterech Jordanów"

– Novak Djoković, Andy Murray, Rafael Nadal i też w pewnym sensie Roger Federer niesamowicie "wymaksowali" ten sport. To tak, jakby jednocześnie w NBA grało czterech Michaelów Jordanów. Wszyscy są połączeniem niesamowitego talentu i jeszcze większej pracy – powiedział trener Maciej Synówka w podkaście tenisowym "As". Wywiad do posłuchania w całości w serwisie Soundcloud.
Synówka: porażka buduje relację zawodnika z trenerem
Rafael Nadal, Roger Federer, Andy Murray, Novak Djoković (fot. Getty)

Mamy nowe Radwańskie? "Nie różnimy się od światowych potęg"

Maciej Łuczak, Hubert Błaszczyk, SPORT.TVP.PL: – Od kilku lat specjalizujesz się w pracy w cyklu WTA. Skąd zainteresowanie tenisem kobiecym?
Maciej Synówka: – Zupełnie przypadkowo. Wcześniej w strukturach Polskiego Związku Tenisowego, podczas pracy z młodzieżą zajmowałem się chłopakami. Natomiast w pewnym momencie uświadomiłem sobie, że w kobiecym tenisie bardzo liczy się strona psychologiczna, a to jest coś, co zawsze lubiłem i w czym się doskonaliłem.

– Tenis staje się coraz bardziej fizyczny. Liczy się przede wszystkim przygotowanie atletyczne. Jako zwolennik podejścia mentalnego masz inne zdanie?
– Tenis cały czas ewoluuje. Zawodnicy trenują tak dużo i tak często, iż trudno wprowadzić coś zaskakującego. Jeżeli mówimy o przygotowaniu fizycznym, to najbardziej zmienia się dbanie o ciało, to co zawodnik robi przed treningiem – jak się rozgrzewa, jak regeneruje. Tenisiści stali się instytucjami, które przede wszystkim dbają o swoje ciało. Śpią odpowiednią liczbę godzin, by wejść w konkretną fazę snu. Nie jedzą po to żeby się najeść tylko, żeby dostarczyć organizmowi odpowiednie składniki...

Djoković, Murray, Rafael Nadal i też w pewnym sensie Roger Federer niesamowicie "wymaksowali" ten sport. To tak, jakby jednocześnie w NBA grało czterech Michaelów Jordanów. Maciej Synówka

Roger Federer (L), Rafael Nadal (P) (fot. Getty) – Wspomniałeś o tym, że wszyscy w światowym tourze trenują niezwykle ciężko. Co tam twoim zdaniem wyznacza różnice rankingowe? Właśnie przygotowanie mentalne?
– Zarówno tenisowe, jak i mentalne. Natomiast zakres pracy mentalnej opiera się również na tym, jak dana zawodniczka znosi codzienny wysiłek, który wkłada w trening. Poza tym każdy człowiek inaczej podchodzi do tego, że musi około 40 tygodni spędzić poza domem. Jeżeli pomnożymy to przez 10 lat, to wychodzi 400 tygodni poza domem. W pewnym momencie zaczyna się zauważać, że czegoś brakuje.

– W tenisie często jest tak, że każdy tydzień kończy się porażką. Tylko wybitne jednostki są w stanie wygrywać turnieje. Uważasz, że jeżeli chodzi o podejście czysto psychologiczne, to tenis jest jednym z najtrudniejszych sportów?
– Tenis jest indywidualnym sportem. Nie ma możliwości, by trenując 40-45 dni w roku codziennie wstawać z uśmiechem na ustach, być pełnym energii i chęci do pracy. Zawodnicy rywalizują pod presją, czyli nie jest to przyjemne, trenują w pełnym bólu, bo pchają organizm do granic wytrzymałości. Jeżeli pomnożycie to przez 5-7 lat, to trudno jest psychicznie wytrzymać. Dlatego strona mentalna staje się szczególnie ważna w takim sporcie jak tenis.

– Był taki czas, że właśnie ból i przekraczanie granic stało się dla Novaka Djokovicia, Andy'ego Murraya codziennością. Potrafili przewracać się na korcie, ale mimo to walczyli dalej.
– Djoković, Murray, Rafael Nadal i też w pewnym sensie Roger Federer niesamowicie "wymaksowali" ten sport. To tak, jakby jednocześnie w NBA grało czterech Michaelów Jordanów. Wszyscy są połączeniem niesamowitego talentu i jeszcze większej pracy. Łatwo jest powiedzieć, że Szwajcar jest utalentowany, ale on talent poparł niezwykłą pracą, której przeciętny człowiek nie wytrzymałby nawet przez dwa dni. Wszyscy ostatnie dziesięć lat spędzili w niewyobrażalnym reżimie treningowym.

Prezes PZT: Radwańska zagra na Stadionie Narodowym

Agnieszka Radwańska (fot. Getty Images) – U kobiet wahania formy w trakcie spotkania są zdecydowanie częstsze niż u mężczyzn. Znamy mecze, w których zawodniczki przegrywały ze stanu 5:0. Na ile sfera mentalna jest istotna w cyklu WTA?
– Mówiąc o sferze mentalnej musimy zrozumieć jeden czynnik. Kobiety są zdecydowanie bardziej emocjonalne od mężczyzn. Z tego wynika główna trudność w trenowaniu i rywalizacji. Jeśli mamy emocjonalną zawodniczkę, funkcjonującą pod dużą presją, to często nie widzi ona sytuacji na korcie, tak jak ona rzeczywiście wygląda. Jeżeli mężczyzna przełamie przeciwnika, to mruga do swojego teamu i pyta, gdzie zjemy dziś kolację. Natomiast kiedy zrobi to tenisistka, pojawia się stres. Najlepsze zawodniczki mają jednak męską mentalność. Potrafią doskonale dostosować się do wydarzeń.

– Zawodnicy żyją z presją i stale przekraczają fizyczne bariery. Czy tenis nadal sprawia im przyjemność?
– Wszyscy najwybitniejsi zawodnicy zaczynali grę z miłości do tego sportu. Po drodze, ze względu na zmęczenie i stres, gdzieś to się gubi. Szalenie ważna jest perspektywa. Jeśli poświęcasz się czemuś 24 godziny na dobę, to wydaje ci się, że tenis i wygrywanie to najważniejsza rzecz w życiu, dlatego u młodych tenisistów trzeba kształtować charakter i odpowiedni system wartości. Należy uświadamiać, że są ważniejsze sprawy, a sport to tylko wycinek życia.

– U Djokovicia i Murraya obserwowaliśmy szaleńczą chęć powrotu na kort. Czy to są ludzie, którzy mogą żyć bez tenisa?
– Oni są uzależnieni od sukcesu i doskonalenia się. Dorastając jako zawodnik cały czas słyszysz, że musisz być lepszy. To po pewnym czasie staje się nawykiem. Federer miał taką mentalność w wieku 35 lat, wracając po kontuzji. Djoković też chce być coraz lepszy. Dla niego oznacza to jednak powrót do tego, co było kilkanaście miesięcy temu – wygrywania turniejów wielkoszlemowych. Możemy to zaobserwować u Agnieszki Radwańskiej i Nicka Kyrgiosa. Oni cały czas są niezadowoleni, są perfekcjonistami. A tenis jest takim sportem, że nawet jeśli należysz do ścisłej czołówki, to wygrywasz tylko 57 procent punktów. Jak wytłumaczyć perfekcjoniście, że przez 43 procent czasu będzie przegrywał?

– Patrząc na język ciała Agnieszki Radwańskiej, to na przestrzeni ostatnich miesięcy zmienił się. Więcej jest gestów niezadowolenia niż w czasach świetności…
– Jeszcze raz sprowadziłbym to do perfekcjonizmu. Dbałość o szczegóły spowodowała, że spędziła siedem, osiem sezonów w czołówce. Ta sama dbałość powoduje, że ona nie przyjmuje do siebie faktu, że może przegrywać w pierwszej, drugiej lub trzeciej rundzie turnieju.

Mirjana Lucić-Baroni (fot. Getty) – Kiedy patrzysz z punktu czysto szkoleniowego, to gdzie szukałbyś przyczyn słabszej dyspozycji Radwańskiej?
– Bardzo dużym wyzwaniem jest motywacja. Tyle lat pracując na najwyższych obrotach trudno jest znaleźć energię, by walczyć np. o jedenasty sezon w dziesiątce. Dlaczego to robić, skoro odczuwa się, że organizm nie reaguje tak jak kiedyś? Niektóre rzeczy nie przychodzą już tak łatwo. Między innymi regeneracja. Trudno jest cały czas zasuwać na tych samych obrotach…

– Wracając do strony trenerskiej. Jak nawiązuje się w tourze współpracę na linii zawodnik – trener?
– To są bardzo indywidualne sprawy. W moim przypadku każda ścieżka była inna. Z Coco Vandeweghe nawiązałem współpracę poprzez firmę menedżerską, które reprezentowała zawodniczkę. W jej interesie leżało to, żeby wokół niej stworzyć jak najlepszy sztab szkoleniowy. Matka Amerykanki była podwójną olimpijką i na swojej ścieżce spotkała rosyjskiego trenera. Wschodnia szkoła kojarzyła się jej z olbrzymią pracą, a tego właśnie potrzebowała córka. Kiedyś udzieliłem wywiadu dla amerykańskiej strony internetowej i akurat został on obejrzany przez mamę Coco, która stwierdziła, że podoba się jej moja mentalność. Kojarzyłem się ze szkoleniowcem, który doprowadził ją do sukcesu w siatkówce. Z Mirjaną Lucić rozmawiałem po raz pierwszy tydzień przed zakończeniem współpracy z Vandeweghe. Wpadliśmy na siebie na siłowni. Zaczęliśmy rozmawiać o dopingu w sporcie. Bardzo spodobała się jej moja opinia na temat kontroli dopingowych…

– A co działo się wtedy z tymi kontrolami?
– Rozmawialiśmy ogólnie, między innymi o tym czy system antydopingowy w tenisie jest skuteczny. Nigdy nie miałem do czynienia z dopingiem w żeńskim tenisie i nie wiem jak to się odbywa. Natomiast ostatnia sytuacja z Marią Szarapową pokazuje, że temat istnieje.

– Czyli generalnie trochę sprowadza się do tego, żeby znaleźć się we właściwym miejscu i właściwym czasie?
– Tak, ale nie można tego sprowadzać do szczęścia czy też przypadkowości. Poświęciłem ostatnie 15 lat życia dla trenowania. Postawą i działaniem doprowadziłem do tego, że mogłem współpracować z zawodniczkami tej klasy.

Iwański: tenisowe życie w Polsce jest na śmiesznym poziomie

– Najtrudniej chyba dostać się do tego świata. Kiedy jest się już na trenerskiej karuzeli, to trudno z niej wypaść?
– Świat trenerski jest bardzo hermetyczny. Niewielu trenerów może pozwolić sobie, żeby być 40-45 tygodni poza domem. Jeżeli ma się rodzinę, dzieci to trudno przedkładać to nad podróże z tenisistkami i pomoc na turniejach. Najważniejszą rzeczą, z których trener jest rozliczany, są wyniki. A żeby je mieć, trzeba posiadać fachową wiedzę. Jeśli ktokolwiek by mnie spytał, żeby znaleźć się w absolutnym topie, to poleciłbym mu zdobyć wiedzę i doświadczenie.

– Na początku współpracy z Vandeweghe przyjechaliście do Wrocławia. Jaki był tego cel?
– Coco jest bardzo utalentowaną zawodniczką, ale kompletnie nie doceniała tego, że ma tak łatwy dostęp do kortów, sparingpartnerów, trenerów i pieniędzy. Dostawała dzikie karty do największych turniejów, od kiedy miała 16 lat. Przyjazd do Polski miał walor edukacyjny. Miała docenić to, co ma na miejscu w Stanach Zjednoczonych. To był kluczowy moment w tamtym sezonie. Vandeweghe nie mogła uwierzyć, że na jej treningi potrafi przyjść 20-30 osób. Młodzi adepci tenisa cały czas chcieli podglądać jej przygotowania. Było wielu sparingpartnerów w wieku 17, 18 lat. Oni nie mogli się doczekać, bo nigdy nie mieli okazji odbijać z kimś takim. Ich wysoki poziom spowodował, że Coco było głupio odpuszczać treningi. Automatycznie podniosło to cały poziom rywalizacji. Żaden Amerykanin nie pójdzie grać z dziewczyną. Czołowy 17-latek będzie grał zawodowo w tenisa, albo zdecyduje się na dobry college.

– Bardzo ciekawe jest to, co mówisz o warunkach do treningu. W Polsce panuje pogląd, że akurat w tym aspekcie bardzo odbiegamy od innych…
– To, że mamy tak trudno o korty, piłki, trenerów, powoduje lepsze przystosowanie do presji, z którą zawodnicy spotykają się na światowych kortach. Jeżeli przejdziemy w Polsce etap szkoleniowy, to w tourze nic już nas nie ruszy. Tak samo jest z obciążeniami psychicznymi. Jeśli wyjdzie się z bagna, które funduje polskie środowisko tenisowe, to bardzo łatwo poradzić sobie na turniejach. Nie chcę narzekać, bo najważniejsze jest uświadomić sobie, to co robimy dobrze jako Polski Związek Tenisowy. Na tym można budować sukces. Cały czas powtarzam, że w porównaniu z tym co dzieje się na zachodzie, mamy niesamowicie głodną młodzież. Fakty są takie, że prawdziwe pieniądze zarabia pierwsza 50-100. Jak zmotywować 16-latka, którego rodzice mieszkają w pięknej willi i mają dwa luksusowe samochody? Pojawia się więc problem z motywacją wśród amerykańskich nastolatków, którzy po trzech latach studiów mogą zarabiać 100-150 tysięcy dolarów. W USA traci się wiele talentów. U nas jeśli znajdziemy chłopaka, który chce rywalizować i stworzymy mu warunki, to jest dużo większa szansa, że się uda. Właśnie ze względu na głód sukcesu.

Jeśli mamy czołowego nastolatka, to myślimy tylko o tym, żeby czegoś nie zepsuć. To mnie najmocniej drażni. Pojawiają się pytania: czy on da radę w seniorskim tenisie? Maciej Synówka

Wielki spór o Puchar Davisa. Pieniądze kontra tradycja

Amanda Anisimova (fot. Getty) – Fakty są jednak takie, że trudno nam dotrzeć do setki w ATP i WTA. Gdzie widzisz największe problemy?
– Bardzo dużą przewagę organizacyjną i finansową mają kraje, które organizują turnieje wielkoszlemowe. Pieniądze z przychodów są inwestowane w szkolenie młodzieży. Chciałbym, żebyśmy mieli świadomość, że w Stanach Zjednoczonych nie inwestuje się w zawodnika, który jest setny lub 150. Na finansowanie mogą liczyć tylko tenisiści, którzy mają potencjał, żeby wygrać turniej wielkoszlemowy. Gdyby tak było w Polskim Związku Tenisowym, to najprawdopodobniej przez 50 lat nie zainwestowalibyśmy w nikogo. To jest zupełnie inny poziom i obciążenie mentalne. Kiedyś, gdy któryś z Polaków pojechał na turnieje Tennis Europe to cała Polska o tym wiedziała. Zazwyczaj był to mistrz Polski. Wyjazd pojedynczego zawodnika był ogromnym wydarzeniem. W seniorskim tenisie Bartek Dąbrowski był 200., a Magda Grzybowska trzydziesta, ale trenowała poza granicami kraju. Dostęp do zawodowego sportu był praktycznie niemożliwy. Po piętnastu latach szkolenie na etapie 15-18 lat ewoluowało do tego stopnia, że kilka tygodni temu mieliśmy kilku zwycięzców turniejów Tennis Europe z naszego kraju. Niczym nie różnimy się od światowych potęg, jeśli chodzi o sukcesy w drugim etapie szkolenia. W kobiecym tenisie jesteśmy na trzecim miejscu. Po raz pierwszy mamy też cztery zawodniczki w pierwszej setce ITF-u. Musimy skupić się na etapie przejścia z wieku juniora do zawodowego sportu. Tam trzeba kłaść główny nacisk.

– Mieliśmy już w przeszłości zdolnych juniorów. To nie jest tak, że teraz objawiła się jakaś niesamowita generacja. Widzisz jakieś systemowe błędy, powtarzane w naszym kraju?
– Jeśli mamy czołowego nastolatka, to myślimy tylko o tym, żeby czegoś nie zepsuć. To mnie najmocniej drażni. Pojawiają się pytania: czy on da radę w seniorskim tenisie? Jeżeli jest czołowym 18-latkiem to ma dużą szansę, że będzie jednym z lepszych 20-latków. Później trzeba włożyć dużą pracę i nadal można grać na bardzo wysokim poziomie. W wieku 10-12 lat każdy zapytany dzieciak odpowie, że chciałby być w pierwszej setce, albo wygrać turniej wielkoszlemowy. U nas w wieku 20 lat tenisista mówi, że marzy o punkcie ATP lub wyjeździe na challengera. W trakcie dziesięciu lat następuje zmiana w mentalności. Nie myśli się jak zwycięzca, pojawiają się wątpliwości.

– W Polsce jest tak, że jeśli ktoś nie przebije się do mitycznej setki, to szuka sobie innego zajęcia. Czy tracimy tenisowe talenty?
– Nie powiedziałbym, że dzieje się to częściej niż w innych krajach. W przejściu do zawodowego tenisa bardzo pomaga kontakt z zawodnikami, którzy już to zrobili. Dziesięć lat temu tego brakowało. Teraz powoli się to zmienia. Mamy Mariusza Fyrstenberga, Marcina Matkowskiego, Klaudię Jans-Ignacik, Łukasza Kubota. Oni powoli kończą kariery i dostęp do nich jest o wiele łatwiejszy. Kiedy ma się 20 lat, jest 300. na świecie, to można łatwo podjąć decyzję na bazie ich doświadczenia czy kontynuować grę w tenisa i jak wejść na wyższy poziom.

– W kobiecym tenisie pojawiły się ostatnio bardzo młode zawodniczki – Amanda Anisimova, Marta Kostiuk. Jak oceniasz ich przygotowanie i potencjał?
– Jest takie amerykańskie powiedzenie: you can’t buy experience, czyli nie możesz kupić doświadczenia. Jestem pod ogromnym wrażeniem Anisimovej. Poza wysokimi umiejętnościami technicznymi, taktycznymi i przygotowaniem fizycznym, wyróżnia się charakterem. Mówi wprost, że chciałaby wygrać turniej wielkoszlemowy. Najlepiej co najmniej po jednym razie w każdym. To pokazuje jej mentalność.

CiCi Bellis (fot. Getty) – Dostrzegasz jakieś nazwiska z drugiego szeregu, o których może być niebawem głośno?
– Jestem pod ogromnym wrażeniem charakteru i determinacji CiCi Bellis. To aktualnie najmłodsza zawodniczka w pierwszej pięćdziesiątce. Widziałem jej okres przygotowawczy w Orlando i ona żyje po to, żeby być codziennie lepsza. Talent mają też inne amerykańskie tenisistki. Jennifer Brady bardzo przypomina mi stylem gry Vandeweghe. Podobnie jest z Caroline Dolehide. Bardzo lubię też Szwajcarkę Jil Teichmann. Jest leworęczna i gra w męskim stylu. Zwracam też uwagę na Australijkę Priscillę Hon, która dysponuje potężnym serwisem. Awansowała już w tym sezonie z 300. miejsca do drugiej setki. Jest bardzo utalentowana.

– Mamy wrażenie, że Amerykanom jest trochę łatwiej. Mają zaszczepioną mentalność zwycięzców. Bellis pokazuje, że nie liczą się warunki fizyczne…
– Gra bardzo agresywny tenis, ale rzeczywiście ze względu na budowę fizyczną ma pewne ograniczenia. Nadrabia to charakterem. Pamiętam krótką rozmowę przy kawie, powiedziała wtedy, że ona żyje, żeby grać tie-breaki. Nie może się ich doczekać. A jej wymarzonym momentem jest tie-break trzeciego seta.

– Rozmawialiśmy o tenisistkach, w których widzisz duży potencjał, a czy są takie zawodniczki, dużo bardziej znane, które według Ciebie grają zdecydowanie poniżej swoich możliwości? Obserwujesz je i myślisz sobie, że gdybym ja z nimi trenował, to osiągnęłyby dużo więcej...
– Trzy lata temu zawodniczką, którą śledziłem i próbowałem nawiązać lepszy kontakt była Kristina Mladenovic. Zawsze lubiłem Alison Van Uytvanck, uważam, że ma ogromny potencjał, a teraz moją ulubioną tenisistką jest Maria Sakkari.

– W ubiegłym sezonie dwie bardzo młode zawodniczki zszokowały nas wszystkich podczas turniejów Wielkiego Szlema. Jelena Ostapenko wygrała French Open, a Sloane Stephens triumfowała w Nowym Jorku. Gdzie twoim zdaniem należy szukać przyczyn ich sukcesu?
– To prawda, obie sprawiły ogromną sensację. Jeżeli chodzi o Amerykankę, to ona zawsze miała potencjał. To, co działało przeciwko niej i przeciwko takim tenisistkom jak Madison Keys czy Vandeweghe, to fakt, że one już w bardzo młodym wieku były naznaczone jako przyszłe gwiazdy. Nie mogły za sukces uznać awansu do pierwszej setki. Sukcesem w ich przypadku będzie dopiero pokonanie Sereny Williams. Trudno jest żyć z takimi oczekiwaniami będąc bardzo młodym człowiekiem. Miałem okazję oglądać Stephens z bliska. Jest niesamowicie atletyczną tenisistką. Od zawsze słynęła z talentu, ale popiera go ciężką pracą i niezwykle pozytywnym nastawieniem. Uważam, że może się jeszcze rozwinąć. Jak na zawodniczkę, która tak łatwo generuje siłę gra zbyt pasywnie. Za dużo polega na obronie, a za mało gra w ataku. Zwycięstwo Ostepnko zaskoczyło mnie jeszcze bardziej. Poza agresywną grą niewiele dostrzegałem w jej tenisie. Natomiast ostatnie wywiady, jakie miałem okazje czytać i szczególnie coachingi w wykonaniu jej trenera, uwodniły, że poza ogromną siłą, jaką Łotyszka posiada, jest to też niezwykle inteligentną osobą, niezwykle mądrą taktycznie.

– Która z nich osiągnie więcej?
– Jako trenerzy mamy narzędzia by zbadać szybkość, wydolność, moc, ruch techniczny, ale jednego narządu zbadać się nie da – serca i siły woli. Oceniając to, o czym wspomniałem wcześniej uważam, że większy potencjał ma Stephens. Natomiast gdy spojrzymy na charakter i głód sukcesu, to tutaj przeważa Ostapenko.

– A dostrzegasz wśród nazwisk już znanych, lecz jeszcze nie utytułowanych zawodniczki, które niebawem mogą być zagrożeniem dla ścisłej światowej czołówki?
– Największy potencjał ma Aryna Sabalenka. Z charakteru przypomina młodą Wiktorię Azarenkę. Mam wrażenie, że wchodzi na kort, by zmieść przeciwniczkę. Z jej nastawienia wynika, że interesuje ją tylko zwycięstwo w Wielkim Szlemie...

***
Maciej Synówka – polski trener, który współpracował z tenisistkami z pierwszej setki rankingu WTA. Pod jego wodzą duży postęp poczyniła Amerykanka Coco Vandeweghe, do pierwszej trzydziestki awansowała Urszula Radwańska. Do czołówki przebiła się też Chorwatka Mirjana Lucić-Baroni. Synówka miał też okazję współpracować z Belindą Bencić i Christiną McHale.

najpopularniejsze

Juventus Turyn – Frosinone Calcio 3:0. Kolejny gol Cristiano Ronaldo

Ojciec Emiliano Sali: mam nadzieję, że znajdą go jak najszybciej

Puchar Świata w skokach narciarskich: wielki triumf Polaków w Willingen

"Okiem redakcji". Gra Polaków pod lupą

Magazyn piłkarski "4-4-2" (04.02.2019) – Wilkowicz, Żelazny, Engel