tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Zapomniany finał Śląska. "Niemcy zapłacili więcej"

Poznajcie zespół, który zdobywał seryjnie mistrzostwo Polski. Na ławce miał trenera, który czekał na 30. urodziny. Do tego pomoc psychologa, odnowa biologiczna, dwa obozy w ciągu roku... Nawet teraz wiele polskich klubów może pomarzyć o takim wsparciu. Wtedy – w latach 70. – z takiego zaplecza korzystali piłkarze ręczni Śląska Wrocław. Apogeum ich sukcesów przyszło 40 lat temu, w 1978 roku, gdy dotarli do finału Pucharu Europy.
Śląsk Wrocław, SC Magdeburg, reprezentanci Polski IO 1972 (fot. archiwum prywatne Bogdana Kowalczyka; imago/ND-Archiv)

Przybecki: zawodnicy Vive w kadrze? Zamknięty temat

O trofeum najważniejszych klubowych rozgrywek zmierzyli się z Magdeburgiem, wtedy jednym z czołowych zespołów NRD. Finał zwykle był rozgrywany w Dortmundzie, często z udziałem niemieckiego VfL Gummersbach. Tym razem było inaczej. Organizatorzy nie byli zainteresowani meczem Magdeburg – Śląsk, czyli klubów z bloku wschodniego. Federacja IHF, która wtedy zarządzała rozgrywkami, zarządziła licytację "kto da więcej?". W peerelowskiej Polsce tzw. dewizy były sporym problemem i mistrz Polski stał na straconej pozycji. Działacze Magdeburga, przy wsparciu jednego z miejscowych zakładów, "kupili" więc finał i zorganizowali mecz u siebie.

Niemcy zaczęli od mocnego uderzenia. W przenośni i dosłownie. Na początku meczu, po faulu jednego z rywali, boisko opuścił Daniel Waszkiewicz, obecnie trener Azotów Puławy. – Przepraszam, ale niewiele pamiętam z tego finału... Jedynie to, że rzuciłem jedną bramkę i musiałem zejść z boiska z powodu kontuzji – tłumaczy i dodaje z uśmiechem: – Proszę się odezwać do trenera Kowalczyka. Ma lepszą pamięć.

Waszkiewicz miał rację – Bogdan Kowalczyk ma doskonałą pamięć. Nie tylko w kwestii pucharowej przygody Śląska, ale też funkcjonowania klubu, który nawet teraz mógłby uchodzić za wzór. Poza tym, mimo 71 lat, jest w doskonałej formie i nie porzucił piłki ręcznej. W marcu został trenerem kadry młodzieżowej i spróbuje z nią sprawić niespodziankę podczas ME w Słowenii. – Kontuzja Daniela? To nie był wcale zwykły uraz. Zastanawialiśmy się nawet, czy nie będzie konieczna wizyta w szpitalu. Jego miejsce zajął Jacek Moczulski, młody i utalentowany, ale jednak trochę słabszy. Daniel w 1978 roku był już kadrowiczem i zagrał w mistrzostwach świata w Danii. Myślę, że jego zejście miało duży wpływ na wynik finału.

Nie jest prawdą, że podkradaliśmy innym najlepszych zawodników. Drużynę tworzyli wychowankowie Śląska albo Juvenii Wrocław. Jeśli trafiał ktoś z zewnątrz, to jako zdolny nastolatek. Nie można więc nam zarzucić, że sprowadzaliśmy tylko reprezentantów Polski. Sami pracowaliśmy ciężko na sukces. Bogdan Kowalczyk, trener Śląska 1973-78

– Z jednej strony wiedzieliśmy czego się spodziewać po Magdeburgu. Mieliśmy taśmy z meczami, swoich wysłanników na ich spotkaniach... Z drugiej, zawiodłem się na rywalach. Liczyłem, że zagrają bardziej czysto i skupią się na grze w piłkę ręczną. Tymczasem urządzili prawdziwą bitwę. Grali bardzo ostro i nie zawsze fair – wspomina Bogdan Kowalczyk. – Nie mogliśmy za to narzekać na warunki przed meczem. Gospodarze spisali się na medal. Hotel, wyżywienie, możliwość treningów – wszystko było idealne. Inaczej niż podczas naszych wcześniejszych wyjazdów w Pucharze Europy.

Do przerwy Magdeburg prowadził 18:10 i wynik finału był praktycznie przesądzony. Śląsk ostatecznie przegrał 22:28 i stracił okazję na historyczny wynik klubowej piłki ręcznej w Polsce. Trenera w szatni pocieszał m.in. wspomniany Jacek Moczulski: "Trenerze, w sporcie tak bywa, że gdy się dochodzi do czegoś wielkiego, to za pierwszym razem się zwykle przegrywa. Za drugim wygramy!". Tyle, że drugiej szansy nie było... Z klubu niespodziewanie odszedł Bogdan Kowalczyk, a w kolejnych sezonach opuszczali go także czołowi zawodnicy.

Pytany o powody odejścia milczy przez dłuższą chwilę. – Spędziłem w Śląsku dziesięć lat, w tym pięć jako trener. Z perspektywy czasu, gdy próbowałem to na chłodno analizować, doszedłem do wniosku, że osiągnąłem wszystko. Zdobywaliśmy co sezon mistrzostwo, po drodze był także Puchar Polski i wreszcie finał Pucharu Europy. Zgoda, mogłem jeszcze powalczyć o kolejny finał i tym razem go wygrać. Czy to było możliwe? Pewnie tak, ale tego już się nigdy nie dowiemy.

– A prawdziwe powody odejścia z klubu były inne. Chociaż minęło już 40 lat, to nie mogę i nie chcę o nich oficjalnie mówić. Po prostu tak czasami bywa, że drogi trenerów i klubu się rozchodzą... Jakiś czas później, gdy już pracowałem na Islandii, otrzymałem list z propozycją powrotu do Śląska. Adresatem był mój największy przeciwnik, czyli pierwszy sekretarz KW PZPR we Wrocławiu i jednocześnie członek zarządu sekcji. List przechowuję w moim domowym archiwum do teraz.

Śląsk Wrocław w latach 70. (fot. archiwum prywatne Bogdana Kowalczyka)

* * *

Legenda głosi, że inne zespoły nie miały szans w rywalizacji ze Śląskiem, bo podkradał im najlepszych graczy. – Nieprawda – obrusza się Bogdan Kowalczyk. – Za moich czasów trafił do nas tylko jeden już ukształtowany zawodnik – Wacław Smagasz z Tarnowa. Okazał się dużym wzmocnieniem na środku rozegrania. Podnosi ze stolika almanach "90 lat piłki ręcznej w Polsce" i analizuje skład mistrzowskiego zespołu w latach 1973-78. Sezon po sezonie.

– Drużynę tworzyli albo wychowankowie Śląska, albo Juvenii Wrocław. Jeśli trafiał ktoś z zewnątrz, to jako zdolny nastolatek. Nie można więc nam zarzucić, że sprowadzaliśmy tylko reprezentantów Polski. Sami pracowaliśmy ciężko na sukces. Przykładem skrzydłowy Zdzisław Antczak z Ostrowa Wielkopolskiego, który miał zaledwie 19 lat i nikt o nim wcześniej nie słyszał. Albo Jerzy Klempel, który został zawodnikiem Śląska w wieku 17 lat. Wcześniej przez kilka miesięcy był zawieszony przez Gwardię Opole, gdy – skuszony przez działaczy z Zabrza – próbował zmienić klubu. Przykładów mógłbym podać więcej… Owszem, wielu naszych zawodników trafiło później do reprezentacji Polski, ale to u nas rozwinęli skrzydła.

Jurek Klempel był najlepszym egzekutorem, jakiego znałem. Świetnie rzucał z dystansu. Miał znakomicie ułożoną rękę, dzięki... grze w hokeja. Rzadko się mylił z rzutów karnych. Można żałować, że tak późno trafił do Bundesligi, ale takie mieliśmy w Polsce prawo. Bogdan Kowalczyk, trener Śląska 1973-78

Jednak nie każdy traktował ofertę z Wrocławia jak los na loterii. Bramkarz Piotr Krok, który dołączył do drużyny w 1976 roku, wcale nie był zainteresowany grą w Śląsku. Poza tym równie dobrze mógł zrobić karierę jako oszczepnik albo piłkarz. – Wypatrzyłem go na mistrzostwach jednostek wojskowych na Śląsku – wspomina Bogdan Kowalczyk. – W jednym meczu grał na boisku, w drugim na bramce. W dodatku był niesamowicie sprawny. Po turnieju podszedłem do niego i zaprosiłem do Wrocławia. Odmówił! Dopiero jeden z pułkowników namówił go do zmiany decyzji. Wystarczyło 1,5 roku treningów, aby został bramkarzem pierwszej drużyny. Później wyszło na jaw, że kiedyś z powodzeniem trenował rzut oszczepem. Jest jeszcze jedna ciekawa historia… Podczas zgrupowania w Wągrowcu spotkaliśmy się z piłkarzami Arki Gdynia. Piotrek stanął w bramce i rzucał się jak szalony. Był lepszy od ich bramkarzy. "Kupujemy" – ogłosili działacze Arki i próbowali dobić targu. Nie byliśmy zainteresowani…

Inną ciekawą postacią w składzie Śląska był Jerzy Klempel. Wraz z jego przyjściem rozpoczęła się złota era klubu – siedem mistrzowskich tytułów z rzędu i finał PE z Magdeburgiem. Z jego gry i znakomitej lewej ręki korzystała też reprezentacja Polski, z którą zdobył m.in. brązowe medale IO 1976 w Montrealu i MŚ 1982 w Niemczech. Praktycznie w każdym turnieju, w którym zagrał, był wybierany do najlepszej siódemki. Rekordzista pod względem liczby bramek w meczach kadry. Uznawany za najwybitniejszego zawodnika w historii polskiej piłki ręcznej. Słusznie?

– Wybitny? Jako trener jestem ostrożny z takimi opiniami, bo przecież na statystyki Jurka pracowali też koledzy – ocenia Bogdan Kowalczyk. – Wiem, że kibice i dziennikarze zwracają w pierwszej kolejności na liczbę rzuconych bramek, zapominając, że bez dobrego bramkarza, gry w obronie czy rozegrania nie ma szans na sukces.

Daniel Waszkiewicz (fot. PAP/Wojtek Jargiło)

– Na pewno Jurek był najlepszym egzekutorem, jakiego znałem. Potrafił znakomicie rzucać z dystansu. Miał świetnie ułożoną rękę, dzięki… grze w hokeja. Niewiele osób wie, że karierę zaczynał na lodzie, a dopiero później trafił do szczypiorniaka. Do tego był pierwszym wyborem przy rzutach karnych. Rzadko się mylił. Nawet taki zawodnik miał jednak braki, choćby w grze jeden na jeden. Można żałować, że tak późno trafił do Bundesligi, w dodatku do klubu, który nie należał do czołówki. Niestety, takie mieliśmy w Polsce prawo, że zawodnicy mogli wyjeżdżać dopiero po 30. roku życia. W Niemczech nie stracił nic ze swoich atutów. Został trzykrotnie królem strzelców!

Takiego talentu do rzucania bramek nie miał Daniel Waszkiewicz, ale był graczem nietuzinkowym i trudnym do rozszyfrowania. Może dlatego w finale Pucharu Europy rywale z Magdeburga postanowili wyeliminować jego, a nie Klempela. – Zanim do nas trafił grał z powodzeniem w koszykówkę, siatkówkę i piłkę ręczną. Nie wiem, czy kiedykolwiek poznałem podobnego zawodnika. Chyba nie. Błyskawicznie się uczył. Na boisku potrafił zaskoczyć i zagrać inaczej niż wszyscy. Szybko trafił do pierwszego zespołu i niestety szybko zniknął. Gdy już mnie nie było w Śląsku, doszło do konfliktu w drużynie. Mimo że Daniel miał rację, musiał odejść. Kto na tym stracił? Śląsk. Przez kilka lat nie potrafił nic wygrać. Z kolei Daniel dołączył do Wybrzeża Gdańsk, z którym jeszcze dwukrotnie zagrał w finale Pucharu Europy.

Mecz w Sofii? Ordynarna kradzież! Nie mieliśmy gdzie spać, nie dostaliśmy nic do jedzenia, nie mogliśmy trenować... Ostatecznie zagraliśmy na klepisku w jednostce wojskowej. Bez publiczności, obserwatora i przerwą wydłużoną o 20 minut. Byliśmy fizycznie lepsi, ale to było za mało. Przegraliśmy jedną bramką i odpadliśmy. Bogdan Kowalczyk, trener Śląska 1973-78

Nie byłoby jednak sukcesów Śląska, gdyby nie Bogdan Kowalczyk. – Przejście do Śląska, to najlepsze, co mogło mnie spotkać w karierze – tłumaczy. – Zaczęło się od reprezentacji Polski, w której zacząłem grać już jako 18-latek. Tam poznałem Kazimierza Frąszczaka, który był jednocześnie trenerem i zawodnikiem Śląska Wrocław. Zbliżyła nas miłość do ciastek. Podczas jednego ze zgrupowań w Oliwie, zabrał mnie do Sopotu i zaproponował grę w Śląsku. Akurat klub szukał nowego bramkarza. Zgodziłem się. Niestety, nie miałem okazji, aby dłużej z nim popracować, bo zmarł zaledwie cztery miesiące po moim przyjściu…

Przez trzy sezony musiał się zadowolić jedynie tytułami wicemistrza kraju. Zwłaszcza ten trzeci, przegrany z Grunwaldem Poznań, sprawił, że zaczęto dyskutować o zmianie trenera. Zmiana stała się faktem w 1973 roku, a szansę otrzymał… 26-letni Bogdan Kowalczyk. Odważna decyzja działaczy Śląska, przysporzyła mu jednak wrogów. – Huczała o tym cała Polska. Katowicki "Sport" chciał mnie zniszczyć, problemy stwarzał też związek… Decyzję podjął pułkownik Ryszard Stasik, ówczesny szef klubu.

– O dziwo, najlepiej przyjęli to zawodnicy – kontynuuje. – We Wrocławiu trafiłem na wyjątkowo zdolną grupę. Nie znudziły ich kolejne sukcesy i mieli w sobie ciągle wolę zwyciężania. Mimo że byliśmy kolegami z boiska, to nie było taryfy ulgowej. Musiałem być stanowczy i konsekwentny. Trenowaliśmy nawet więcej niż obecnie. Graliśmy w weekend dwa mecze – jeden w sobotę, drugi w niedzielę, a już w poniedziałek mieliśmy trening. Na początku byłem wciąż czynnym zawodnikiem. Po skończonych zajęciach z zespołem musiałem... przeprowadzać indywidualne treningi z samym sobą.

Na kim wzorował się Śląsk w latach 70.? – Na nikim. Graliśmy inaczej niż świat i Polska. Stosowaliśmy krzyżówki, obiegi… Wtedy dominował prostopadły atak. Wiem o tym i mam porównanie, bo nie opuściłem żadnych mistrzostw świata między 1967 a 1995 rokiem. Najpierw jako zawodnik, później trener i wreszcie jako obserwator oraz kibic – chwali się Bogdan Kowalczyk.

Reprezentanci Polski przed wyjazdem na IO w Monachium 1972 (fot. archiwum prywatne Bogdana Kowalczyka)

O ile sukcesy w Polsce przyszły dość szybko, o tyle w Europie szło jak po grudzie – Śląsk odpadał w początkowych rundach. W pierwszym roku trenerskiej pracy Kowalczyka przeszkodą nie do przejścia okazał się bułgarski Lokomotiw Sofia (porażka w dwumeczu 32:33). – To była ordynarna kradzież! – wspomina trener Śląska. – Po przyjeździe do Sofii nie mieliśmy gdzie spać – nie dość, że łóżka były za krótkie, to jeszcze się połamały. Nie dostaliśmy nic do jedzenia. Chcieliśmy potrenować, ale tylko pocałowaliśmy klamkę – gospodarze podobno malowali linie i dlatego hala była zamknięta. Ostatecznie nie zagraliśmy meczu w żadnej hali, ale… na klepisku w jednostce wojskowej. Bez publiczności, obserwatora, z sędziami z Rumunii i przerwą wydłużoną o 20 minut. Byliśmy fizycznie lepsi, ale w tej sytuacji to było za mało. Przegraliśmy jedną bramką i odpadliśmy.

W kolejnych sezonach Śląsk wypadł nieco lepiej, ale i tak maksimum okazywał się ćwierćfinał. Dwukrotnie (1975/76, 1976/77) poległ po wyrównanych meczach z niemieckim Gummersbach, obok THW Kiel najbardziej utytułowanym zespołem Bundesligi. Finał udało się osiągnąć dopiero za szóstym podejściem! – Dlaczego trwało to tak długo? Powody były różne, nie zawsze przegrywaliśmy po sportowej walce, czego przykładem mecz w Sofii. Jednak zawsze traktowaliśmy występy w pucharach bardzo poważnie. W końcu reprezentowaliśmy Polskę. Z tego powodu nie mogliśmy jednak liczyć na żadną taryfę ulgową i na przykład zmianę terminarza. Pamiętam tydzień, w którym rozegraliśmy dwa mecze w weekend, czekała nas podróż na Islandię i po powrocie znów liga w weekend. Takie były czasy…

Żeby w sezonie 1977/78 zagrać o główne trofeum, mistrzowie Polski musieli wyeliminować trzech innych rywali. Trzech, bo w 1. rundzie – podobnie jak Magdeburg – mieli "wolny los". W 1/8 finału okazali się lepsi od HV Sittardia Sittard z Holandii (63:38 w dwumeczu), w ćwierćfinale od Fredericia KFUM z Danii (46:44), a w półfinale od BC Calpisa Alicante z Hiszpanii (52:39). Z kolei Magdeburg zwyciężył Partizana Bjelovar z Jugosławii (54:51), Duklę Praga z Czechosłowacji (47:42) i Honved Budapeszt z Węgier (41:38). Chciał powtórzyć sukces innego mistrza NRD, SC DHfK Lipsk, który triumfował 12 lat wcześniej. Dla Polaków był to pierwszy finał europejskich pucharów w historii…

Wówczas jednak nikt nie przypuszczał, że tamten finał będzie początkiem końca wielkiego Śląska. Odwrotnie niż dla Magdeburga, który nie miał sobie równych w NRD – w latach 80. zdobył sześć mistrzowskich tytułów z rzędu, a na dokładkę raz jeszcze wygrał Puchar Europy (1981). Tymczasem we Wrocławiu nastąpił powolny rozkład drużyny. Odszedł trener, znikali czołowi zawodnicy, a następcy nie mieli już tego talentu i serca. Śląsk przestał odnosić sukcesy, a jego miejsce zajęło Wybrzeże Gdańsk, z Bogdanem Wentą i odrzuconym Danielem Waszkiewiczem...

Finał Pucharu Europy 1977/78
Magdeburg, 22 kwietnia 1978

SC Magdeburg – Śląsk Wrocław 28:22 (18:10)
Magdeburg: Wieland Schmidt, Gunar Schimrock – Reinhard Schuette 1, Ingolf Wiegert 5, Gert Uecker, Hartmut Krueger 8, Udo Rothe 3, Guenter Dreibrodt 3, Manfred Pfeifer, Ernst Gerlach 5, Harry Jahns 2, Manfred Hoppe 1.
Trener: Klaus Miesner.
Sląsk Wrocław: Piotr Krok, Krzysztof Sip – Wojciech Burzyński 1, Wacław Smagasz 3, Jerzy Klempel 8, Bogdan Falęta 3, Jacek Moczulski 3, Andrzej Kocjan 1, Krzysztof Kowacki 1, Andrzej Sokołowski 1, Jan Czykaluk, Daniel Waszkiewicz 1.
Trener: Bogdan Kowalczyk

najpopularniejsze

Cracovia nadal na dnie. Zagłębie wśród najlepszych

Kapitalny finisz Święty-Ersetic. Polka mistrzynią Europy!

Lekkoatletyczne mistrzostwa Europy. Sztafeta 4x400m kobiet (finał): Polki ze złotym medalem

ME w Berlinie: złoty medal Anity Włodarczyk

75. TdP: "piłkarski" etap z Chorzowa do Zabrza (kronika 06.08.2018)