tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. Historia Eusebio Di Francesco

Choć Eusebio Di Francesco urodził się ponad 200 kilometrów od włoskiej stolicy, w życiu zawodowym jest wręcz skazany na Rzym. Aktualne podejście do pracy na Stadio Olimpico jest jego trzecim. Po raz pierwszy, jako piłkarz, zdobył z Giallorossi scudetto. Po raz drugi, jako dyrektor zespołu, został zwolniony po roku. Teraz, pełniąc funkcję trenera, pisze kolejną historię, która zapowiada się najciekawiej z dotychczasowych.
Eusebio Di Francesco (fot. Getty Images)

Gdy późną wiosną zaczęliśmy analizować potencjalnych kandydatów na trenera Romy, zwracaliśmy uwagę na konkretne sprawy. Chcieliśmy przede wszystkim szkoleniowca z wizją, który myśli długofalowo. Zależało nam też na kimś, kto będzie potrafił wprowadzać do zespołu młodzież. Chodziło o człowieka inteligentnego, dobrze znającego włoską piłkę, a jednocześnie wciąż młodego i głodnego sukcesów – wspomina właściciel Romy, James Pallotta.

Tym sposobem padło na Di Francesco. Trenera na dorobku, bez wielu sukcesów, ale jednocześnie uznawanego na Półwyspie Apenińskim za przyszłość włoskiej myśli szkoleniowej. To rzadkość by w tak zasłużonym klubie zatrudniano człowieka z, mimo wszystko, tak ubogim CV. Pescara, Lecce, Sassuolo – nazwy tych klubów nie robią na nikim wrażenia, ale gdy się jednak głębiej przyjrzeć, pracą wykonaną w ostatnim z tych klubów, Di Francesco w pełni zasłużył na szansę, którą teraz wykorzystuje.

Zanim jednak rozsławił malutki, prowincjonalny klubik z północy, był piłkarzem. Solidnym, przyzwoitym, ale na pewno nie wirtuozem. Sam zresztą mówi o sobie, że jeśli ktoś miał w drużynie nosić fortepian, by inni mogli na nim grać, to właśnie on. Uznanie kibiców zdobywał nie błyskotliwymi rajdami i efektownymi golami, a determinacją i zawziętością. Te zresztą doprowadziły go do mistrzostwa Włoch, które w 2001 roku zdobył z Romą. Był wówczas u szczytu kariery. Wcześniej grał w mniejszych ośrodkach typu Empoli czy Piacenza, potem rozegrał jeszcze kilkadziesiąt spotkań w Anconie i Perugii. Ale u boku takich piłkarzy jak Batistuta czy Totti nigdy wcześniej, ani nigdy później nie było mu już dane występować.

Eusebio Di Francesco jako trener Sassuolo (fot. Getty Images)

Na piłkę nożną skazany był jednak już od małego, choć okoliczności dorastania mogły pokierować go w zupełnie inną stronę. Przede wszystkim zagorzałym kibicem był jego ojciec, wielki fan Portugalczyka Eusebio. Na jego cześć ochrzcił zresztą syna, co doprowadziło do wściekłości matkę Di Francesco. – Od kiedy się urodziłem, w domu trwała zażarta walka między rodzicami. Mama nie mogła się pogodzić z tym, że będę się nazywał tak, jak gwiazda Benfiki. Zależało jej na normalnym imieniu, ale w końcu udało się dojść do porozumienia i dlatego moje drugie imię to Luca – opowiadał włoski szkoleniowiec.

Idola ojca udało mu się zresztą spotkać na jednym z turniejów charytatywnych na Półwyspie Apenińskim. Co więcej – zrobił nawet "Perle z Mozambiku" zdjęcie, które jednak potem zgubił. Oczywiście, najbardziej z tego powodu cierpiała głowa rodziny…

Niewiele jednak brakowało, by dziś Romę prowadził kto inny, a sam Di Francesco zamiast schematów piłkarskich, analizował... wyścigi kolarskie. – Urodziłem się w okolicy zakochanej w kolarstwie. Abruzja to prowincja mistrzów, na czele z Vito Taccone. Mając kilka lat fascynowałem się tym sportem, ale jednocześnie dużo grałem w piłkę, choć w bardzo surowych warunkach. Bramki tworzyliśmy z butelek i na szczęście dla nas, na ulicach było zdecydowanie mniej samochodów, więc nie musieliśmy przerywać często rozgrywki… – wspomina.

Wcale jednak nie musiał pójść w sport, mógł postawić nawet na branżę gastronomiczną. – Moja rodzina od lat prowadzi restauracje, sam – będąc nastolatkiem – pracowałem jako kelner w rodzinnym hotelu Dragonara w Sambuceto. Zarabiałem grosze, przynosiłem wodę do stołu, ale dla tak młodego chłopaka w pełni to wystarczyło.

Di Francesco jako piłkarz Romy (fot. Getty Images)

Okazało się jednak, że do piłki naprawdę miał talent. Szybko zwrócili na niego uwagę skauci Empoli i Fiorentiny. Negocjacje były długie, młody Di Francesco się wahał, ale ostatecznie trafił do pierwszego z tych zespołów. – To był dla mnie szok również pod kątem finansowym. Za pierwszą pensję kupiłem sobie wymarzony, czerwony sweter – opowiadał po latach.

Z Empoli przeniósł się do Lucchese, potem do Piacenzy, aż w końcu trafił do Romy. Przygoda w Rzymie trwała cztery lata i miała słodko-gorzki smak. Z jednej strony udało się zdobyć scudetto, z drugiej – trapiły go kontuzje. Cierpiał na odmę płucną, miał zerwane więzadła krzyżowe. Być może na Olimpico grałby znacznie dłużej, ale przewlekłe urazy zastopowały jego rozwój. Wkrótce odpuścił i zszedł poziom niżej – kolejno do Piacenzy, Ancony oraz Perugii.

Koniec piłkarskiej kariery był, jak dla wielu zawodowców, sporym szokiem i brutalnym zderzeniem z rzeczywistością. Szybko wyciągnęła jednak do niego rękę Roma mianując go dyrektorem. Drugie podejście do pracy w stolicy Włoch okazało się jednak kompletnie nieudane, bo już po roku został zwolniony. Wówczas spasował. Odpuścił, odsunął się od piłki. Znalazł zatrudnienie w roli… zarządcy zakładem kąpielowym Stella d'Oro w rodzinnej Pescarze. Wstawał rano, doprowadzał do porządku plażę, wiódł spokojne, pozbawione presji życie. Wszystko zmienił dopiero telefon od prezesa grającego w niższych ligach klubu Val di Sangro…

Tym sposobem powrócił do futbolu. Najpierw znów w roli dyrektora, potem już jako trener. Oczywiście celem prowadzonych przez niego klubów były zwycięstwa, ale jego prywatnym – oszukanie przeznaczenia. W trakcie kariery piłkarskiej naznaczony był bowiem rzadko spotykanym pechem. Z Empoli spadł z ligi dwa razy z rzędu. Smak relegacji poznał też grając w Perugii, Piacenzie oraz Anconie. Dopiero jako szkoleniowiec zdołał się odkuć i choć początki nie były łatwe, wkrótce zaczął wygrywać.

(fot. Getty Images)

Przepustką do wielkiej piłki była praca w Sassuolo. Niewielki klub, skromny budżet, adekwatna do tego presja. Di Francesco przejął czarno-zielonych w drugiej lidze, kolejno awansował do Serie A, a potem zajął nawet szóste miejsce w elicie i wystąpił w fazie grupowej Ligi Europejskiej. Na kilka tygodni stracił pracę w 2014 roku, ale działacze szybko poszli po rozum do głowy i przywrócili młodego trenera na stanowisko. Na Mapei Stadium dał się poznać jako szkoleniowiec odważny, świetnie przygotowany do pracy pod kątem taktycznym, ale jednocześnie nastawiony na ofensywę.

Nic jednak dziwnego, skoro jego największą zawodową inspirację stanowi Zdenek Zeman. – Poznaliśmy się, gdy prowadził Romę, do której zostałem ściągnięty. Od początku byłem pod wrażeniem jego profesjonalizmu. Chciał bardzo intensywnej gry, chciał zawsze atakować, jego drużyny zawsze oglądało się z przyjemnością. Z jego treningów biła inteligencja – chwalił po latach opiekun Romy.

Jego wybór na nowego trenera Giallorossich nie zdziwił nikogo. Jak widać bowiem, wszystkie drogi rzeczywiście prowadzą do Rzymu. Di Francesco trafił tu już po raz trzeci w trakcie swojej kariery w piłce i tym razem ma szansę, by osiągnąć zdecydowanie najbardziej spektakularny sukces. Po fantastycznym dwumeczu z Barceloną rzymianie są już w półfinale Ligi Mistrzów...

Kijów chce śpiewająco zdać egzamin z Ligi Mistrzów

najpopularniejsze

MŚ 2018: gwiazdor Romy poza składem Belgii

Kibic Legii ma dość! Dlaczego rzucam Ekstraklasę?

Media: niespodzianki w składzie Hiszpanów. Gracze Chelsea nie pojadą do Rosji

Bayern – Eintracht 1:1: gol Roberta Lewandowskiego!

Mecz Lech – Legia w TVP2