tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Ireneusz Mamrot. Zesłany do Białegostoku?

Spokojne, duże i tanie miasto, które kocha piłkę nożną. Mimo to, praca w tym miejscu związana ze sportem do łatwych nie należy. Podejmują się jej tylko najodważniejsi i najwytrwalsi. Czy Białystok to idealne miejsce do kariery?
Ireneusz Mamrot (fot. PAP/Artur Reszko)

Legia zareagowała na zachowanie Jagi. Kara dla białostoczan?

Urodzony 13 grudnia

Pamiętny rok 1970. Wydarzenia grudniowe w Gdańsku, a w Trzebnicy przyszedł na świat syn Krystyny i Jana Mamrotów, Ireneusz. Jedenaście lat później ogłoszono stan wojenny.

To były trudne czasy. Tata był kierowcą ciężarówek, mama prowadziła gospodarstwo rolne na potrzeby własne. Rodzice mieli ręce pełne roboty. Stan wojenny... Nie wiedziałem co się dzieje. Lęk na twarzach babci, mamy i taty był jednak zauważalny. Nie zdawałem sobie sprawy co to takiego jest i jakie wiąże się z nim zagrożenie. Myślałem, że to jakaś wojna. Do tego dochodziły obawy, że tata będzie musiał iść do wojska, a był jedynym żywicielem rodziny. Pamiętam duży strach rodziców.

Jeden chce zostać gwiazdą estrady, drugi policjantem, inny jeszcze lekarzem. Młody Irek wiedział, że będzie zawodowym piłkarzem. Bakcyla zaszczepił mu ojciec, który miał boiskowe epizody. Pan Jan grał przez kilka lat amatorsko na pozycji bramkarza w lokalnych klubach. Przez dwa sezony bronił także w trzecioligowej drużynie.

Kiedy Irek miał pięć lat, tata zabrał go na pierwszoligowy mecz pomiędzy Śląskiem Wrocław i Górnikiem Zabrze. Zapamiętał gorącą atmosferę na trybunach oraz zwycięstwo wrocławian. Od tamtej pory poza piłką nożną nie liczyło się nic innego. Na poważnie o karierze piłkarskiej zaczął myśleć w wieku trzynastu lat. Zawodową rozpoczął, gdy był szesnastolatkiem.

Tata zawsze mnie wspierał, podsuwał mi często wskazówki piłkarskie, które pomagały mi w grze. Dzielił się doświadczeniem. A mama… Mama zawsze mówiła – Irek, piłka ci chleba nie da.
Pomyliła się?
Teraz można powiedzieć, że tak, chociaż bywało różnie.

Za sukcesem mężczyzny stoi rozważna kobieta

Trener Jagiellonii nie był za młodu typem imprezowicza. Na dyskoteki nie chodził, a kiedy już się na takiej znalazł, to pilnował ścian, by nikomu nie spadła na głowę cegła. Żonę poznał w restauracji, w której znalazł się z kolegą. Od spotkania, do spotkania i w niedługim czasie doszło do zaręczyn.

Było to dla mnie bardzo stresujące.
A to była taka tradycyjna forma zaręczyn? Przed rodzicami?
Tak, tak.
Czyli dla mamy kwiaty, a dla taty whisky?
– Kwiaty tak, ale whisky nie było, przyszły teść dostał inny napój... Mówią, że jestem konserwatywny, ale sam nie chciałbym, żeby kiedyś, ktoś do mnie przyszedł w takiej sprawie, na przykład chłopak córki... Mogę dodać jako ciekawostkę, że mama zachowała chłodną głowę w trakcie zaręczyn. Było już po oficjalnej części, zapanowała cisza, nie wiedziałem o co chodzi. Wtedy mama mówi – No Irek, a pierścionek? – z wrażenia po prostu zapomniałem o tym co jest najważniejsze. Nie lubię takich oficjalnych sytuacji.

Po ślubie były codzienne problemy. Zaniedbywał czasami rodzinę. Piłka nożna stała się celem numer jeden. Było tak jeszcze na amatorskim poziomie trenerskim. Praca, trening, powrót do domu o godzinie 22. Ambicje brały górę. Gdy przyszła pierwsza oferta z Głogowa, pojawiły się pierwsze wątpliwości. To właśnie małżonka przekonała go wtedy do podjęcia tej pracy. Miała ogromny wpływ na tę decyzję.

Wahałem się, wtedy żona powiedziała: – Irek, całe życie na to pracowałeś, nie możesz teraz z tego zrezygnować.

Sprawa była o tyle problematyczna, że kontrakt nie do końca satysfakcjonował ówczesnego trenera Polonii Trzebnica. Obowiązywać miał przez półtora roku, ale pracę miał zagwarantowaną tylko przez sześć miesięcy. Kolejny rok kontraktu uzależniony był od awansu. Decyzja o podpisaniu umowy z klubem wiązała się z dużym ryzykiem. Ciężko jest jednak w wieku czterdziestu lat znaleźć taką pracę, która będzie zadowalająca. Nie chciał układać sobie życia na nowo po półrocznej przygodzie w Głogowie. Na szczęście Chrobry awansował.

Piłkarze Jagiellonii Białystok (fot. PAP)

Kładł się spać bez pieniędzy

Jako piłkarz nie zarabiał wielkich pieniędzy. Podobnie było na początku kariery trenerskiej. Te w wysokości tysiąca złotych wystarczały na dojazdy do klubu i zaspokojenie podstawowych potrzeb. Częstym kłopotem był też czas wypłacania złotówek przez klub. Kilkukrotnie czekał nawet trzy, cztery miesiące na wypłatę.

Zmuszony był do szukania dodatkowej pracy. Podjął ją w lokalnej gazecie, w której zajmował się marketingiem, czasami coś napisał. Okres dorywczego zatrudnienia w prasie pozwolił mu zrozumieć jak trudny zawód wykonują dziennikarze. Nauczył się szacunku do ich pracy, teraz zawsze, kiedy ktoś prosi go o rozmowę, to nigdy nie odmawia.

Temat niskich zarobków był tematem, o którym ciężko było nie myśleć. Małżonka nie sugerowała mu jednak, by zajął się czymś innym. Wspierała go w karierze trenerskiej. Mieli trudne czasy. Kładł się spać i myślał o finansach. Wychowany został bowiem tak, że to ojciec jest odpowiedzialny za utrzymanie rodziny.

Żona nie sugerowała mi, bym podjął się innej pracy. Jednak kiedy kładłem się spać, to myślałem o tym. Wychowany byłem w takich czasach, że mężczyzna odpowiadał za byt rodziny. Teraz to się zmienia. Bolało mnie to, że nie mogłem zapewnić najbliższym stabilizacji.

Gdybym odmówił Jagiellonii, nie wybaczyłbym sobie

W wieku dwudziestu lat trafił do zespołu trzeciej ligi. Rozegrał kilka dobrych meczów, które sprawiły, że zaczęły się nim interesować lepsze zespoły. Serce nie zawsze jest najlepszym doradcą. Rezygnacja z wyjazdu była jednoznaczna z tym, że drugiej szansy już nie dostał. Najbardziej szkoda mu było znajomych, rodziny, kolegów. To dla nich został w Trzebnicy. Dziś mówi, że drugi raz tego samego błędu by nie popełnił. Tamta historia nauczyła go podejmowania trudnych decyzji.

Piątek, dziewiąty czerwca 2017 roku. Trener Chrobrego Głogów, który tydzień wcześniej przedłużył kontrakt z pierwszoligowcem, był z rodziną na urlopie, po ciężkim i pełnym zawirowań sezonie. W godzinach popołudniowych zobaczył połączenie z nieznanego numeru. Już na początku poznał jednak głos prezesa Jagiellonii Białystok, Cezarego Kuleszy. Szok, nie dowierzał. Oferta poprowadzenia wicemistrza Polski nie zdarza się bowiem codziennie. Kiedy w nią uwierzył, nie przeszło mu nawet przez myśl, żeby jej nie zaakceptować.

Nie było strachu – choć wielu bałoby się objąć zespół po Michale Probierzu. Szczególnie po osiągnięciu takiego sukcesu. Nie było żadnych kalkulacji, choć znajomi podpowiadali, że drużyna może już tak nie zagrać, jak grała w sezonie wicemistrzowskim. Były to błędne diagnozy. Mocno wierzył, że determinacja pomoże mu w tym, aby klub odniósł kolejny sukces.

Gdybym odrzucił ofertę, to nie poradziłbym sobie z tym. Żałowałem jako zawodnik, a gdybym odmówił Jagiellonii to żałowałbym jeszcze bardziej. Męczyłbym się z tym każdego dnia.

Ireneusz Mamrot w roli trenera Chrobrego Głogów (fot. PAP/Adam Warżawa)

Ściana trenerskich sław

W wieku dwudziestu dziewięciu lat, na jednym z treningów, podszedł do niego trener. Nie owijając w bawełnę zakomunikował piłkarzowi, że ten raczej już wielkiej kariery nie zrobi i powinien jak najszybciej zająć się wyrabianiem papierów. Jak usłyszał, tak zrobił. Był prymusem w szkole trenerów. Uważnie robił notatki, uważał na zajęciach.

Przejechał Polskę po przekątnej, bo los dał mu wyjątkową szansę. Nie wygląda, by jej nie wykorzystał. Przedłużył niedawno kontrakt do 2020 roku. Obdarzony jest dużym zaufaniem ze strony klubu i kibiców. Nie czuje się tu jak zesłaniec. Żona Beata odwiedza go średnio co tydzień. Zdarza się też, że z młodszą córką przyjeżdża nawet na mecze wyjazdowe Jagiellonii.

Miałem już poważną rozmowę z młodszą córką – Kingą, która przyjechała do Wrocławia. Niepokorna córa siedziała w sektorze rodzinnym. Problem polegał na tym, że miała na sobie bluzę Jagiellonii Białystok, siedząc blisko sympatyków Śląska. Nasłuchała się ode mnie na temat bezpieczeństwa na stadionie.

Rundę finałową Jagiellonia rozpoczęła od porażki z Górnikiem. W Kielcach pewnie pokonała gospodarzy trzy do zera, by w spotkaniu z Wisłą Kraków w Białymstoku ulec 0-1. Po 34. kolejce, w której zremisowała z Legią, nic nie jest wiadome. Nadal ścisk w tabeli. Można śmiało snuć plany, bez względu na miejsce na finiszu…

Jakie ma Pan cele przed sobą?
– Prywatne, czy zawodowe?
Może najpierw prywatne.
Mam taką działeczkę od rodziców. Chciałbym na niej postawić wymarzony dom. Z siłownią, sauną. Lubię spędzać w taki sposób wolny czas.
A zawodowe?
Kiedy byłem w szkole trenerów, to była tam taka ściana, na której są nazwiska wszystkich szkoleniowców, którzy zdobyli mistrzostwo Polski. Jak popatrzy się na te nazwiska, to człowiek dochodzi do wniosku, że zaszczytem byłoby na niej również widnieć.
Czyli Jagiellonia w tym sezonie walczy o tytuł.
Zrobimy wszystko, aby tego dokonać. Klub czeka na tytuł zdecydowanie za długo.

O wiele krócej czekał Ireneusz Mamrot na awans zawodowy, bo Trzebnica, wbrew pozorom, nie leży aż tak daleko od Białegostoku.

Ostatnia szansa Jagiellonii Białystok

najpopularniejsze

Mundial 2018. Chorwaci łaskawi dla kolegi. Ten medalu… nie przyjmie

Mundial 2018. Belgia – Tunezja 1:0: gol Hazarda

Mundial 2018. Rozżalony Neymar. "To największe rozczarowanie w karierze"

Mundial 2018. Belgia – Tunezja 2:0: gol Lukaku

Mundial 2018. "Putin kazał być miłym", czyli zapiski z Rosji