tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Adrenalina i... wypoczynek mentalny – Luiza Złotkowska opowiada o Himalajach

Polskie łyżwiarki z powodzeniem zakończyły wyprawę w Himalaje, zdobywając szczyt Kala Pattar (5642 m n.p.m.). Skąd wziął się taki pomysł, co zaskakującego wydarzyło się na szlaku, czy podczas wspinaczki można rzeczywiście wypocząć – o tym i nie tylko opowiedziała SPORT.TVP.PL Luiza Złotkowska, która tę niesamowitą przygodę przeżyła z Natalią Czerwonką.
Luiza Złotkowska w Himalajach


Za młoda na sukces. Mistrzyni olimpijska relegowana do juniorek?

Dawid Brilowski: – Jeżdżenie na łyżwach – zawody i treningi zabierają wam bardzo dużo czasu. Jesteście często poza domem. Masz czas na hobby?
Luiza Złotkowska: – Rzeczywiście, spędzam jakieś 280 dni w roku poza domem i łyżwiarstwo stanowi większość mojego życia. Nie ma mnie też ze względu na inne zajęcia – jestem w Komisji Zawodniczej zarówno Europejskiego Komitetu Olimpijskiego, jak i Międzynarodowej Unii Łyżwiarskiej (ISU). Co roku mam kilka wyjazdów z tym związanych, choć wtedy jest bardziej na luzie. Od pewnego czasu jak gdzieś jadę, to staram się być tam 2-3 dni wcześniej, żeby cokolwiek zobaczyć. Lubię podróżować, zwiedzać.

– Podczas zawodów nie ma czasu na choćby zobaczenie miasta?
– Po igrzyskach często pytano mnie jak było w Pjongczangu, a ja... nie wiem, bo nie byłam. Łyżwiarstwo szybkie zaplanowano w Gangneung, czyli 40 kilometrów dalej. Choć byłam tam 26 dni, nie miałam ani dnia wolnego, żeby móc pojechać i zobaczyć jak wygląda Pjongczang.

– W trakcie weekendu zwiedzacie tylko hotel i lodowiska?
– Po latach doświadczeń staram się zawsze wygospodarować czas, żeby móc coś zobaczyć i wyjść z hotelu. Oczywiście zawody zawsze są priorytetem. Na przykład na igrzyskach nie było szans, żeby cokolwiek zobaczyć – siedziałam w wiosce skupiona na startach. Ale podczas pozostałych wyjazdów często zdarza mi się coś zobaczyć. Podróżowanie to jedno z hobby. Drugim jest pole dance. Już od kilku lat staram się chodzić na te zajęcia regularnie. Jest to bardzo wymagająca dyscyplina – nie, jakby ktoś mógł przypuszczać, taki ot taniec na rurce. Ćwiczenia wymagają ogromu pracy.

– A ty lubisz wymagające ćwiczenia, przekraczanie barier
– Chyba mam to we krwi, adrenalina i ciągłe dążenie do celu musi być.

– I Himalaje były takim połączeniem podróży, adrenaliny i dążenia do celu?
– Myślę, że tak

– Skąd pomysł wyjazdu akurat w Himalaje?
– Historia jest dość długa. Postanowiłyśmy z Natalią Czerwonką jeszcze na początku sezonu, że jak pojedziemy na igrzyska, to po nich będziemy chciały wynagrodzić sobie lata treningów, wyrzeczeń i skupienia tylko na łyżwach i spędzimy wakacje inaczej, niż zawsze. Że nie będzie to tydzień na leżaku, tylko coś „wow”. Na początku chciałyśmy wejść na Kilimandżaro – najwyższą górę Afryki. Okazało się jednak, że w kwietniu jest tam pora deszczowa i wejście nie jest możliwe. Wtedy zaczęłyśmy przeglądać inne wyjazdy i wpadłyśmy na trekking w Himalajach. I tak już zostało. Byłyśmy przerażone, bo oprócz wydolności fizycznej i zdrowia nie miałyśmy doświadczenia w górach. Dla mnie pierwsza noc wspinaczki była pierwszą w życiu w śpiworze. Śmieję się, że strefa komfortu została gdzieś w samolocie, lecącym do Nepalu. Każdy dzień tam był ogromnym wyzwaniem i czymś nowym.

Cel wyprawy Luizy Złotkowskiej i Natalii Czerwonki - Kala Pattar

– Nie kusiło, żeby jechać dopiero na koniec następnego sezonu? Ten był wyjątkowo długi, trudny i jeszcze na koniec wspinaczka?
– Nie, to miała być nagroda za przygotowania do igrzysk i oderwanie. Fizycznie odpoczęłam po sezonie przed wyjazdem. Podczas wyjazdu odpoczęłam mentalnie. To niesamowite jak głowa może odpocząć w górach, gdy nie ma zasięgu w telefonie, gdy tylko w niektórych miejscach można było wykupić sobie internet i to w limitowanym czasie. W górach żyje się bez telefonu, bez rachunków, bez maili, bez facebooka, bez codziennych rzeczy, które nas otaczają. Tam są tylko góry, piękne widoki – myśli się w zasadzie tylko o tym, czy da się radę dojść wyżej i co będzie za kolejną górą.

– Ten brak stałego kontaktu ze światem zewnętrznym nie sprawiał wam kłopotu?
– Nie. To była naprawdę wielka ulga i mi tego nie brakowało. Jak jestem tutaj – siedzę, piję kawę i co chwilę sięgam po telefon, żeby coś zobaczyć – tam nie miałam tego odruchu.

– Jak przygotowywałyście się do tej wyprawy?
– Najdłużej zajęło nam zbieranie ekwipunku – zdobycie plecaka i dobrych butów. To też zabawna historia, bo buty trzeba było rozchodzić, na co oczywiście nie było czasu. Po sezonie Natalia pojechała bodaj na Babią Górę, ja na Mazowszu nie miałam możliwości pójścia w góry, dlatego wieczorami chodziłam w butach trekkingowych po mieście. Na szczęście się udało, nie obcierały. Śpiwór też był dobrze dobrany. A propos reszty ekwipunku – widząc na trasie Szerpów, którzy noszą rzeczy i są poubierani bardzo prosto, zostawiłyśmy im część naszego ekwipunku – buty, rękawiczki, spodnie.

– Co poza zbieraniem ekwipunku?
– Przed wyprawą czytałyśmy książki Wandy Rutkiewicz, Jerzego Kukuczki – przydatną bibliografię.

– Weszłyście łatwo w klimat wyprawy
– Trzeba było. Choć przyznam, że zdobywanie gór wysokich mnie nie kręci. I na pewno nie będę pięła się wyżej, bo ryzykowanie zdrowia i życia nie jest dla mnie. Fajnie jest popatrzeć na góry – weszłam na 5600 m n.p.m. i to mi wystarczy – nigdy nie będę próbowała wyżej.

– A co trzeba zrobić, żeby tam pojechać?
– Wiza do Indii była najtrudniejszą, jaką w życiu wypełniałam. Siedziałam nad tym trzy godziny, wpisując najróżniejsze, szczegółowe dane, takie jak wykształcenie rodziców. Poza tym oczywiście szczepionki – w siedem dni miałam dziewięć. Na szczęście była pomoc znajomych, którzy lepiej znają się na chodzeniu po górach.

– Wyprawę zaczęłyście lotem z Warszawy do Katmandu. Lot mniej więcej tak długi, jak na zawody w Azji. Pomagało to, że masz już doświadczenia z tamtej części świata?
– Zdecydowanie tak. Nieco dziwne było tylko przesunięcie czasowe w Nepalu, bo zmienia się tam strefa o... 3 godziny 45 minut. Ale sam lot i aklimatyzacja po nim przebiegły łagodnie.

– Pierwszy lot był spokojny. Przygody były na lotnisku w Lukli. Przeglądałem wasze zdjęcia i nadal nie wierzę, że da się czekać tyle i nadal być tam uśmiechniętym. Jaka jest recepta za zachowanie optymizmu w takich sytuacjach?
– Przesiedziałyśmy na lotnisku dobę. Jak zachować optymizm? Tam po prostu było wesoło. W Lukli jeden ze strażników celnych przyszedł z gitarą i zaczął grać, pasażerowie zaczęli śpiewać. Było zabawnie. Cały dzień byłyśmy na lotnisku i jedyne co mogłyśmy zjeść to batoniki, ciasteczka lub zupki chińskie, które były bardzo ostre. Wyjadałam na początku makaron i szłam po dolewkę wody. Po czwartym rozcieńczeniu byłam w stanie normalnie jeść.

Oczekiwanie na wylot do Lukli (fot. (fot. archiwum prywatne Luizy Złotkowskiej))

– Poza tym czekaniem, miałyście jakieś niespodziewane sytuacje?
– Było wiele rzeczy, które mnie zaskoczyły. Trekking nie był taki łatwy. Oczywiście jego trudność zależy też od tego, ile osób niesie twoje bagaże. Zdarzają się tacy, którzy niosą butelkę wody, a resztę dźwigają Szerpowie, a są i tacy, którzy biorą wszystko ze sobą.

– Było niebezpiecznie?
– Z naszej sześcioosobowej grupy jeden z mężczyzn złapał infekcję i nie był w stanie iść dalej. Natomiast już po zdobyciu szczytu, przy schodzeniu – na wysokości mniej więcej 4900 m n.p.m. – jedną dziewczynę z chorobą wysokościową i obrzękiem płuc zabrał helikopter. To był też dla mnie najtrudniejszy poranek. Nasza druga noc na 4900. Miałam katar, wstałam rano ze spuchniętą twarzą i sinymi ustami. Nie mogłam oddychać przez nos, byłam mocno niedotleniona. Akurat jak otworzyłam drzwi pokoju, to zobaczyłam tę dziewczynę w masce tlenowej. Ten poranek był straszny, ale na szczęście jeszcze tego samego dnia zeszłyśmy 1000 metrów niżej i mi się poprawiło, oddychało się lżej. Tej historii nie ujawniałam ze względu na moją rodzinę, która zapewne przyleciałaby tam po mnie, gdyby się o tym dowiedziała.

– W dniu, w którym zdobyłyście szczyt po raz pierwszy napisałaś o tej wyprawie, określając ją mianem wakacji, w cudzysłowie. To był ten moment, w którym doszło do ciebie, że...
– …że to nie jest zabawa. Absolutnie tak. Tego dnia wyszłyśmy ze schroniska o 5. nad ranem, było -15, śnieg dookoła, wiatr i mróz. Szliśmy 12 godzin – oczywiście z przerwą na śniadanie i obiad. Choć jestem świetnie przygotowana fizycznie, to jednak oddychanie na tej wysokości jest trudne i bardzo ciężko się szło.

Szczyt Kala Pattar (5642 m n.p.m.)

– Mimo wszystko uważasz, że da się wypocząć w górach?
– Mentalnie. Głowa bardzo wypoczęła. Na pewno nie będę żałowała. Były to świetne wakacje – nadal w cudzysłowie. Fantastyczny wyjazd. Po Himalajach byłyśmy jeszcze kilka dni w Indiach.

– Tam już były wakacje w pełnym znaczeniu tego słowa?
– Indie są bardzo brudnym krajem, a brudowi towarzyszy ogrom biedy. Bardzo chciałam pomóc każdemu z tych ludzi, szczególnie dzieciom, które na ulicy prosiły o pieniądze. Bardzo przykre było uświadomienie sobie, że nie mogę pomóc wszystkim.

– Da się porównać Nepal i Indie?
– Wydaje mi się, że Nepal – mimo dużego ubóstwa – był bardziej uśmiechnięty. W Indiach biedę widać na każdej ulicy.

– Następne wakacje też wspinaczkowe? Będzie wejście na Kilimandżaro?
– Kilimandżaro nie mówię nie. Do kolejnych wakacji jeszcze trochę czasu. Teraz korzystam jeszcze z tych – w maju wybieram się na kilka dni regat do Giżycka. Jak nie góry, to woda – ważne, żeby gdzieś się ruszać.

najpopularniejsze

Złowione w sieci: echa skandalu w Buenos Aires. Raków gratuluje Robertowi Kubicy

Pierwsza konferencja Nawałki: praca w Lechu Poznań to wyzwanie

Grupa marzeń i śmierci Jerzego Brzęczka. Selekcjoner wybrał rywali w eliminacjach

Co dalej ze Stocznią Szczecin? "Titanic tonie"

Podanie Slaughtera i "czucie gry" Mateusza Ponitki. Piękna akcja Polaków