tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Nauczyciel pokoleń. Merci, Arsene

– Dlaczego się Pan uśmiecha? – Właśnie pomyślałem o dziesięciolatku, który w 1996 roku mógł przyjść z ojcem pierwszy raz na mecz Arsenalu. Teraz ten kibic ma 25 lat i widzi na ławce tego samego gościa. To czyni mnie menedżerem pokolenia.
Arsene Wenger (fot. Getty Images)

Siedem lat temu Arsene Wenger tak puentował rozmowę z Jeanem-Markiem Butterlinem na piętnastolecie pracy. Nie było w tych słowach przesady. Widok na ławce Arsenalu francuskiego dżentelmena, wyciągniętego jakby z innej bajki, był stałym elementem meczu, dla wielu jedynym konstansem w życiu. Zdawało się już, że naprawdę będzie zawsze, tymczasem niedzielne spotkanie z Huddersfield (1:0) było jego ostatnim.

W cieniu własnej wielkości

22 lata. 17 trofeów. Dwa dublety. Jeden złoty puchar za mistrzostwo bez porażki. Opowieść o dwóch dekadach największego trenera w historii Arsenalu wypada zacząć... od środka. Od słowa "Invincibles". "Niezwyciężeni". Ligowy tytuł bez przegranego meczu byłby w karierze każdego trenera osiągnięciem przyćmiewającym wszystko. Jedenastka, która tego dokonała, byłaby w większości klubów okrzyknięta najlepszym zespołem w dziejach. W przypadku Wengera nie jest to wcale oczywiste. Największym dokonaniem po przeszło dwóch dekadach w północnym Londynie nie jest ani złote trofeum, ani liczba Pucharów Anglii (tylko trzy kluby miały ich więcej niż Arsene), ani nowoczesny, 60-tysięczny stadion. Pomnikiem pracy Francuza jest dzisiejszy Arsenal: jego najnowsza historia, etos i marka.

– Kiedy codziennie jesz kawior, trudno ci wrócić do kiełbasek – mówił 20 lat temu, gdy kilka miesięcy po zdobyciu podwójnej korony fani wygwizdywali zespół za odpadnięcie z Ligi Mistrzów i remis z Middlesbrough. Chwytliwa przenośnia – jedna z wielu jakimi raczył dziennikarzy przez te lata – okazała się bardziej ponadczasowa niż życzyłby sobie autor. Obraz wielkiego, zwycięskiego Arsenalu, jaki pozostawił w głowach kibiców, stał się ostatnio niemożliwy do odtworzenia, a żywa pamięć o lepszych czasach tylko potęgowała frustrację kibiców. U schyłku kadencji Wenger nie był w stanie doskoczyć do poprzeczki, którą zawiesił bardzo wysoko. A Arsenal przestał grać piękną piłkę, z jakiej dzięki Francuzowi słynął – "Wengerball".

Ostatnie pięciolecie pracy przyniosło masę sprzeczności. Klub zostawił za sobą epokę finansowych ograniczeń, co obwieścił światu 42-milionowym transferem Mesuta Oezila, ale nie zbliżył się do tytułu bardziej, niż w pechowym sezonie 2007-2008, u szczytu budżetowej niemocy. Dawał się wyprzedzić rywalom, których przez lata trzymał w szachu, a równocześnie po bezowocnej dekadzie zdobył trzy puchary w cztery lata. Pierwsze od dekady wicemistrzostwo przyniosło zaś tylko rozgoryczenie, bo było równoznaczne z finiszem za Leicester.

Wspomina Theo Walcott, który pracował z nim przez 12 lat: – Kiedy inne kluby napotykają duże trudności, mają problem z odnalezieniem się. Zmieniają trenera, personel, filozofię. W Arsenalu, dzięki Bossowi radziliśmy sobie w takich momentach lepiej. Nawet kiedy sezon rozlatywał nam się w rękach, czuło się, że dążymy do czegoś większego. Rozwój tylko spowolnił, nie się zatrzymał.

Theo Walcott i Arsene Wenger (fot. Getty)

Więzień powołania

Słowa piłkarza podkreślają wyjątkowość szkoleniowca i człowieka. Przez 22 lata pracy nie raz i nie dwa płacił wysoką cenę za trwanie przy swoich wartościach – a jedną z naczelnych i najbardziej kosztownych, było bezgraniczne zaufanie i wiara w piłkarzy. Chociaż Wenger źle znosi porażki i bezpośrednio po kiepskim meczu bywa porywczy – obrywa się (werbalnie) sędziom, działaczom, federacji – nigdy nie skrytykował publicznie własnego gracza. Gdy trzeba było, emocjonalnie bronił podopiecznych nawet przed fanami Arsenalu. Kiedy na jednym z dorocznych spotkań ze Stowarzyszeniem Kibiców ktoś z publiczności nazwał dojrzałego, kiepsko dysponowanego Mikaela Silvestre'a "staruchem", Wenger eksplodował: – Nie mogę zaakceptować, w jaki sposób mówisz o piłkarzu własnego klubu. Atakując graczy robisz coś znacznie gorszego, niż atakując mnie.

Bezgraniczna wiara w zawodników okazywała się największym darem i przekleństwem Francuza. Gdyby nie ona, trener nie odważyłby się sprzedać Patricka Vieiry, by zaufać nastoletniemu Cescowi Fabregasowi. Po dziewięciu meczach bez gola nie wytrwałby w postanowieniu, by uczynić młodego skrzydłowego, Thierry'ego Henry'ego swoim etatowym napastnikiem. Nie przeczekałby też kontuzji i żmudnej walki o powrót do formy Aarona Ramseya, który później zdobył bramki na wagę dwóch Pucharów Anglii. Ale gdyby nie owa wiara, może nie musiałby w 2011 roku w pośpiechu łatać składu po odejściach młodych gwiazdorów, może w pomocy Arsenalu nie ziałaby przez lata luka po permanentnie kontuzjowanym Abou Diabym, i może bramki Kanonierów w półfinale Ligi Mistrzów strzegłby ktoś pewniejszy niż Manuel Almunia. Takie podejście do piłkarzy w dużej mierze odpowiada za najlepsze i najgorsze chwile wengerowskiego Arsenalu.

Trenerskie powołanie tkwiło w nim od zawsze. Kiedy jego przyjaciele – Jean-Noel Huck, Dario Grava i Marc Nolitor – przebili się do składu RC Strasbourg, zamęczał ich pytaniami o odprawy taktyczne, treningi czy dietę i na bieżąco notował odpowiedzi. Zapowiadało się, że jako jedyny nie zrobi kariery, a ostatecznie z czwórki kumpli tylko on zdobył mistrzostwo Francji. Był głębokim rezerwowym w słynnej ekipie Gilberta Gressa, do dziś jedynym zwycięskim zespole Strasbourga. Ściślej: był grającym asystentem trenera rezerw, któremu kontuzje lepszych graczy kilka razy otworzyły drzwi do pierwszego składu. Na mistrzowskiej fecie się nie pojawił. Za ważniejsze uznał poprowadzenie treningu młodzieżówki.

– Menedżer musi uczyć. Jedną z piękniejszych rzeczy w tej pracy jest moc pozytywnego wpływania na życie innych. W zasadzie o to chodzi w byciu menedżerem. Ulice pełne są utalentowanych ludzi, którzy nie mieli szczęścia znaleźć kogoś, kto by im zaufał. [Jako szkoleniowiec] mogę być tym, który daje innym szansę – opisał kiedyś swoją rolę sam Francuz. Innym razem dodał: – Menedżer to przewodnik. Skupia wokół siebie grupę ludzi i mówi "z wami sukces jest w zasięgu, a ja mogę wskazać wam drogę". Przewodnik, nauczyciel... W istocie – tak jawił się weteranom angielskiej piłki, których w 1996 roku zastał w szatni nowo objętej drużyny, ale wtedy podobne określenia nie budziły pozytywnych skojarzeń. We wspomnieniach legendarnych obrońców pamiętających epokę George'a Grahama – Tony'ego Adamsa i Lee Dixona – powtarzają się słowa "belfer", "obcy", "bez związku z piłką". Francuski elegant w charakterystycznych okularach nie pasował do ich świata i wcale tego nie kryli.

Podobnym lekceważeniem wykazał się wówczas sir Alex Ferguson: [Wenger] – Spędził rok w Japonii i trafił tu, do Anglii. Nie ma pojęcia o wymaganiach angielskiej piłki. Szkot nie przewidział, że przybysz zamiast tracić czas na przystosowanie do "angielskich warunków", na zawsze je zmieni. Sposób prowadzenia treningów, podejście do zawodników, dieta – Arsene wywrócił do góry nogami świat doświadczonych angielskich graczy. Kpili z jego akcentu, nazywali go "inspektorem Clouseau", ale polecenia wykonywali bez szemrania, a gdy poczuli różnicę, miano "nauczyciela" do reszty wytraciło swój prześmiewczy wydźwięk.

Arsene Wenger i Alex Ferguson (fot. Getty)

Ponad podziałami

Arsene i Arsenal. Dla dzieciaków stykających się z tym zestawieniem po raz pierwszy sprawa jest oczywista: klub nazywa się tak na cześć trenera. – Możecie mówić, że to zbieg okoliczności. Ja wolę wierzyć, że to przeznaczenie – kwitował sam zainteresowany. Coś w tym musi być, bo chociaż plan kiełkował w głowie dyrektora Arsenalu przez jakiś czas, to historia co najmniej dwa razy mogła zboczyć w zupełnie innym kierunku. W 1994 Wengera chciał zatrudnić Bayern. Spełnienie marzeń dla Alzatczyka – człowieka tożsamościowo zawieszonego między Francją a Niemcami – który od dziecka bywał na meczach Bundesligi i z nich czerpał wzorce. Gdyby Monaco zgodziło się wtedy zwolnić go z kontraktu, pewnie nigdy by do Arsenalu nie trafił. Gdyby zaś nie pozbawiło go pracy kilka miesięcy później, to jego droga do Londynu nie prowadziłaby przez Japonię. Bez zderzenia z tą azjatycką kulturą nie stałby się Profesorem, jakiego poznała później Anglia. Tam nabrał opanowania, docenił znaczenie ciszy – to w Nagoyi wykuł zasadę, by w przerwie meczu nawet przy złym rezultacie dawać zawodnikom chwilę na poukładanie myśli i dopiero po kilku minutach włączać się z merytorycznymi uwagami – i nauczył się funkcjonować w warunkach kulturowej różnorodności. Gdyby zaś nie to ostatnie, zapewne nie stałby się później menedżerem najbardziej wielonarodowościowego zespołu w dziejach Premier League. – Zdarzało się, że prowadziłem zawodników z 18 różnych krajów. [Takie warunki] oznaczają, że musisz stworzyć własną kulturę i ustalić nowe, wspólne zasady – opowiadał kilka lat temu przy okazji pobytu w Japonii.

To jeden z wymiarów rewolucji przeprowadzonej przez Wengera – rozbił homogeniczną kulturę angielskiego futbolu: najpierw zostając trzecim w historii menedżerem i pierwszym trenerem-mistrzem spoza Wysp, a potem wprowadzając do ligowej piłki wiele zagranicznych gwiazd. Po dziś dzień prawdopodobnie najlepszym graczem w dziejach Premier League jest Thierry Henry – Francuz niemający nic wspólnego z brytyjskim wzorcem napastnika. Arsene całymi latami toczył boje z ksenofobami, bardziej niż futbolem zainteresowanymi narodowością graczy. Nawet kiedy w 2006 jego zespół jako pierwsza angielska ekipa wygrał na Santiago Bernabeu i pokonał w dwumeczu galaktyczny Real, musiał walczyć z krytyką: m.in. Alan Pardew i David O'Leary mieli mu za złe, że w żadnym z dwóch spotkań nie wystawił angielskiego zawodnika. Wtedy, jak wiele razy wcześniej i później Profesor podkreślał: – To zacofany sposób myślenia. Nie chcę nigdy powiedzieć mojemu piłkarzowi "jesteś lepszy, ale masz niewłaściwy paszport". Kiedy reprezentujesz klub, chodzi o jakość, nie narodowość. Jest dla mnie powodem do dumy, że przez całą karierę nigdy nie postawiłem na nikogo ze względu paszport. Wypunktował też wówczas hipokryzję Pardewa: – Kiedy na początku sezonu dzwonił, żeby wypożyczyć do West Hamu Jereriego Aliadiere'a, nie interesowało go czy ten jest Anglikiem, tylko czy jest dobry.

Wpływ mariażu Arsene'a i Arsenalu jest do dziś odczuwalny także po drugiej stronie kanału La Manche – Francuzi przyjęli londyński klub za własny, a dla wielu młodych adeptów piłkarstwa szczytem marzeń jest założenie trykotu Kanonierów. Sam Wenger od lat, nawet mimo gorszych wyników, pozostaje zaś czołowym piłkarskim autorytetem. Nie da się powstrzymać wrażenia, że w ojczyźnie traktuje się go ze znacznie większym szacunkiem niż na Wyspach. Przez lata udzielił brytyjskim dziennikarzom głębokich, intrygujących wywiadów, ale to we francuskich mediach zawsze otwiera się bardziej i pozwala sobie na więcej.

22 lata Wengera w Arsenalu. Odkrywca gwiazd

Ten obcy

Dobry kontakt z rodakami nie jest w tym przypadku naturalnym zjawiskiem. Jako chłopak z regionu rozdartego między Francją a Niemcami, od progu trenerskiej kariery Arsene musiał się zmagać ze swoją innością. Pokolenie wcześniej Alzatczycy, chociaż deklarowali się jako Francuzi, to na ogół mówili po niemiecku, a ojczystego języka musieli się uczyć. Dalsi i bliżsi krewni Wengera, którzy zginęli podczas II wojny światowej, nie są upamiętniani jak inne wojenne ofiary. Wcieleni siłą do armii walczyli za Trzecią Rzeszę, nie za Francję. Alzatczycy długo byli przez rodaków traktowani nieufnie. Jak obcy. Specyficzne poczucie odrębności ukształtowało jego osobowość: skrajnego introwertyka, niechętnie mówiącego o sobie, nieszukającego nowych więzi, ale też szalenie lojalnego wobec tych, których uzna za bliskich. To ktoś, kto chętnie staje z boku i analizuje. Kto sprawia, że inni mówią o sobie wszystko, a sam nie wyjawia nic. Wzorcowy nauczyciel. Fanatyk piłki, który najlepiej czuje się sam w czterech ścianach, zatracony w godzinach futbolowych nagrań z całego świata. Równocześnie Wenger uosabia specyficzny, alzacki dualizm. Z boku wygląda na najbardziej stereotypowego Francuza świata – komicznie niezdarny, często roztargniony, ale zarazem elegancki i czarujący. Jednak biograf Jasper Rees, który rozmawiał o nim z najbliższymi przyjaciółmi, zawsze otrzymywał ten sam, na wskroś germański opis: "pracowity, zasadniczy, uczciwy, opanowany".

Kiedy trafił do Londynu, opinia "belfra bez pojęcia o sporcie" szybko zmieniła się na futbolowego maniaka. Opisujący od kilkunastu lat jego pracę John Cross napisał kiedyś, nie do końca żartując, że Francuz "wolałby oglądać mecz trzeciej ligi niż wyjść na kolację z żoną", zaś Henry Winter wspominał, że w dniu własnych urodzin Wenger odmówił dziennikarzom udziału w uroczystym spotkaniu mówiąc: "Jest dziś ważny mecz Bundesligi i muszę go obejrzeć, ale specjalnie dla was postawię na telewizorze świeczki. Dla innych menedżerów i mediów był łatwym celem, bo jako elokwentny, obeznany w polityce i skory do dyskusji na pozapiłkarskie tematy wyróżniał się na tle przaśnego światka Allardyce'ów i Pardewów. Ze swoimi manierami, mocnym, francuskim akcentem, wyrazistą opinią na każdy temat i alzacką aurą odrębności do ostatniego dnia pracy w Londynie pozostawał dla mediów zbyt inny, za mało angielski, nie dość piłkarski. "Trenerka niezupełnie do niego pasuje. Rzadko trafia się ktoś, kto tak dobrze wygląda w garniturze, a zarazem tak źle w nieprzemakalnej kurtce", podsumował kilka lat temu w Independent Charles Nevin.

Wywołany do tablicy Wenger chętnie mówił o sprawach społecznych, w niewymuszony, naturalny sposób wcielając się w rolę "nauczyciela" także zwracając się przez media do kibiców: – Wartości moralne, które w życiu obrałem, przyjąłem przez futbol. Jako klub mamy za zadanie edukować: odwdzięczyć się ludziom, którzy kochają Arsenal i przez grę oraz zachowanie uczyć ich wartości – powiedział kiedyś. Gdy starał się je przekazywać dalej, górę nad duszą fanatyka piłki brało wykształcenie ekonomisty, zdobyte na Uniwersytecie w Strasburgu jeszcze w czasach, kiedy pół-zawodowo kopał piłkę w alzackim Mulhouse. – W świecie ciągłej rywalizacji nie każdy może utrzymać tempo: ktoś zawsze zostaje z tyłu. Dziś już akceptujemy, że należy zadbać o takich ludzi. Nie można pozwolić, by umierali na ulicach. Nie godzimy się na to, i słusznie – mówił w 2009 w obszernym, społeczno-ekonomicznym wywiadzie dla The Times i Daily Mail – Komunistyczny model się nie sprawdził, to już wiemy, ale współczesny kapitalizm też wydaje się na dłuższą metę nie do utrzymania. Należy nagradzać ludzi pracy, którzy czynią świat lepszym, to normalne, ale to nie oni są dziś najbogatsi. Zarówno przeprowadzający rozmowę Martin Samuel, jak i biograf Wengera, Cross, zwrócili uwagę, że poglądy Francuza zdają się kłócić z rolą jednego z najlepiej opłacanych trenerów piłkarskich świata. Kontrował podkreślając, że w ramach oderwanego od rzeczywistości świata wielkiego futbolu Arsenal stara się funkcjonować możliwie "normalnie" – korzystając tylko z samodzielnie zarobionych środków, bez "finansowego dopingu". Dążenie do samowystarczalności to też wartość, która zdefiniowała dużą część historii Wengera w Londynie.

Arsene Wenger (fot. Getty Images)

Plac budowy

Lata 2006-2013, złośliwie nazywane "okresem posuchy", to w istocie czas bodaj największego sukcesu francuskiego szkoleniowca. Wtedy klub – obciążony długiem zaciągniętym na budowę nowego stadionu – musiał zdecydowanie postawić na młodych zawodników i model "tanio kup, drogo sprzedaj". Dla Arsene'a Wengera oznaczało to każdego roku dwa zadania: zagwarantowanie udziału w Lidze Mistrzów, zapewniającej spory zastrzyk gotówki, oraz wygenerowanie około 20 milionów funtów zysku z transferów. Przystał na ten projekt lata wcześniej, kiedy Arsenal jeszcze wygrywał. Znów trzeba wrócić do idei Niezwyciężonych: na boisku Kanonierzy byli niezniszczalni, poza nim ledwo wiązali koniec z końcem i chociaż piłkarze nie mieli o tym pojęcia, niewiele brakowało, by w kasie zabrakło pieniędzy na ich pensje.

2006. Przegrany finał Ligi Mistrzów. Odeszli Bergkamp, Pires, Campbell, Lauren, Ashley Cole. Vieiry już nie było. Henry miał rok później zasilić Barcelonę. Z mistrzowskiego składu zostali Ljungberg, Gilberto i Touré, a wokół nich miała się zawiązać "Operacja: Młodzież". W kolejnych siedmiu latach Wenger wyszkolił i pożegnał: Aleksa Hleba, Mathieu Flaminiego, Fabregasa, Samira Nasriego, Emmanuela Adebayora, Gaëla Clichy'ego, Aleksa Songa, wreszcie Robina van Persiego. Najpierw zderzał się z krytyką, kiedy wystawiał młodzieńców uczących się na własnych, często bolesnych błędach, a potem kolejny raz, kiedy zmuszony sytuacją klubu "pozwalał im odejść". Nie narzekał, nie zrzucał odpowiedzialności za wpadki i sprzedaże na zarząd – po prostu robił swoje. Swoich przełożonych chronił przed krytyką tak samo, jak podopiecznych. Tylko raz, w 2011 roku, w trakcie najtrudniejszego okienka Arsenalu w najnowszej historii po fali pogłosek o odejściu Fabregasa i Nasriego udzielił wywiadu, o którym trudno było powiedzieć, czy jest zagrywką negocjacyjną, czy rozpaczliwym apelem do szefów. "Nie możesz jednego lata oddać dwóch ważnych piłkarzy i wciąż zwać się wielkim klubem", powiedział. Przed końcem okresu trasferowego Fabregas i Nasri byli już sprzedani, Arsenal przegrał 2-8 z Manchesterem United i sprowadził w 48 godzin pięciu nowych zawodników. A w maju znów świętował wejście do Ligi Mistrzów.

Latami był wyśmiewany za frazes "top four jest jak trofeum". Dopiero kiedy – o, ironio: już w czasach niezłej kondycji finansowej Arsenalu – z niej wypadł i na granicy między 4. a 5. miejscem zaczęli balansować inni, światek piłkarski przytaknął: "owszem, top four jest jak trofeum". Z perspektywy czasu widać, jak dużym osiągnięciem na przełomie dekad było utrzymanie wśród najlepszych klubu, w którego kadrze byli zawodnicy do dziś wykpiwani w memach i wspominkowych rozmowach kibiców. Profesor nie był w tamtym czasie bezbłędny, ale bodaj największa szansa na sukces i tak wymknęła się Arsenalowi głównie z powodu pecha, nie menedżerskiej pomyłki. Gdyby nie przerażające złamanie Eduardo da Silvy i wpływ tego zdarzenia na cały zespół, Kanonierzy zapewne zostaliby w sezonie 2007-2008 mistrzami. Futbol godny mistrzów prezentowali zresztą nie tylko wtedy – młodej drużynie brakowało regularności, ale przez większość trudnego finansowo okresu stać ją było na granie najlepszej piłki na Wyspach. To także obciążyło Wengera: w tamtym czasie zarzucano mu, że przedkłada estetyczny walor futbolu nad zwycięstwa, a po latach, całkiem słusznie – że nie potrafi tego samego, widowiskowego stylu odtworzyć przy większym budżecie i mocniejszych zawodnikach w kadrze.

Cierpiący artysta

Przez 22 lata w północnym Londynie dostarczył dziennikarzom i fanom mnóstwa znakomitych powiedzonek, ale o niczym nie mówił z taką pasją i tak przekonująco, jak o estetycznej wartości futbolu: – Celem wszystkiego, co można w życiu robić, powinno być osiągnięcie takiego poziomu, by stało się sztuką. Futbol jest sztuką, tak jak sztuką jest taniec – ale staje się nią tylko uprawiany odpowiednio dobrze. W 2009, w czasie świetności Barcelony, uznawał ją za swój wzorzec i odpowiadał na zarzut o "brak pragmatyzmu": – Koniec końców zadajesz sobie pytanie: jaka drużyna odniosła największe sukcesy w dziejach? Brazylia. Jaką piłkę grała? Świetną. Kto wygrał wszystko w ostatnim roku? Barcelona. Jaką piłkę grała? Wspaniałą. Nie jestem przeciwko pragmatyzmowi, bo być pragmatycznym, to też zagrać właściwe podanie – to jasne. Kiedy patrzę na Barcelonę, widzę sztukę.

– Futbol jest treścią mojego życia. Może wnosić do codzienności ludzi chwile niespodziewanej radości, niespodziewanego piękna – mówił tuż przed finałem Pucharu Anglii w 2014, pierwszym po dziewięciu latach – Każda przegrana to blizna na duszy. Moment prawdziwego cierpienia, który zostaje na zawsze. Te słowa zdają się pretensjonalne, ale nie ma w nich grama teatralnej przesady. Swoje pierwsze porażki, jako debiutujący w pierwszoligowej piłce trener Nancy, miał znosić tak źle, że odbijały się na nim też fizycznie: co najmniej raz zdarzyło się, że wracający z meczu autokar zespołu musiał się zatrzymywać, bo przejęty przegraną szkoleniowiec... wymiotował. Z czasem rzecz jasna się uodpornił, ale po dziś dzień towarzyszy mu reputacja faceta, który nie potrafi przegrywać. Zapytany o łatkę "Arsene'a Whingera" (ang. Arsene'a Zrzędy) nawet się nie obruszał: – Nie przeczę, nie umiem przegrywać. Gdybym potrafił, nie zaszedłbym w tym zawodzie zbyt daleko. Dein, wieloletni współpracownik i przyjaciel Wengera, przy okazji tysięcznego meczu na ławce Arsenalu zapytał Francuza: – Przed tysiącem tutaj musiałeś w sumie rozegrać drugie tyle w innych klubach. Dwa tysiące meczów, co to dla ciebie znaczy? Otrzymał odpowiedź tyleż lakoniczną, co wyczerpującą: – Dwa tysiące nieprzespanych nocy...

Po ośmiu minutach gry wyglądało na to, że mecz z Hull City zostawi kolejną bliznę. Taką samą, jak przegrany finał Pucharu Ligi w 2011 roku. Ale tym razem piłkarze nie zawiedli swojego szefa: odrobili dwubramkową stratę, by jedenaście minut przed końcem dogrywki zapewnić mu pierwsze od lat trofeum. Wybuch radości dziesiątek tysięcy kibiców na Wembley i milionów przed ekranami po ostatnim gwizdku prawdopodobnie zagłuszył potężne westchnienie ulgi Arsene'a. W tamtej chwili Francuz zrzucił balast, który nawarstwiał się na jego barkach od prawie dekady. Potem tryumfował w FA Cup jeszcze dwukrotnie, ale to zwycięstwo nad Hull było szczególne. Mieszanka ulgi i kolosalnej radości w kilka sekund odmłodziła jego twarz o dziewięć lat – wreszcie znów był zwycięzcą. Dla każdego, kto 17 maja 2014 roku skrywał twarz w dłoniach po golu Curtisa Daviesa, kto podrywał się z krzesła po perfekcyjnym wolnym Santiego Cazorli i kto po wszystkim zobaczył szczęśliwego, prawie lewitującego nad ziemią Wengera, ten finał znaczy niepomiernie więcej niż rekordowo wysoka wygrana z Aston Villą (4:0, 2015) czy sensacyjny sukces przeciwko Chelsea (2:1, 2017).

Arsene Wenger (fot. Getty Images)

Ciemna strona

Podsumowanie dwóch dekad legendy nie byłoby kompletne, gdyby ograniczyć się do obrazu chodzącej instytucji i wygadanego dżentelmena, rozprawiającego o piłkarskim artyzmie i sprawiedliwości społecznej. Chociaż Wenger nie zwykł wszczynać utarczek z innymi menedżerami, to wypowiedzi, na które zdobywał się sprowokowany przez wielkich rywali zostaną zapamiętane jako najbardziej ikoniczne. Kiedy Alex Ferguson zarzucił Wengerowi, że jego drużyna nie zasługuje na tytuł, a United są o wiele lepsi, Francuz ze swoim popisowym, szelmowskim uśmiechem odparł: – Każdy uważa, że najpiękniejszą kobietę ma u siebie w domu. Kiedy lata później Jose Mourinho nazwał go "podglądaczem", nie próbował już czarować zabawnymi powiedzonkami: – Jest oderwany od rzeczywistości i pozbawiony szacunku. Kiedy głupim ludziom przytrafia się sukces, czasem przysparza im głupoty, nie inteligencji. Znajomość, która od takich słów się w zasadzie rozpoczęła, musiała się skończyć rękoczynami – doszło do nich lata później, podczas drugiego pobytu Jose w Chelsea. To wtedy Wenger wdał się przy linii bocznej w bójkę.

Spory z Mourinho i Fergusonem blakną przy nierównym starciu ówczesnego trenera Monaco z potężnym prezesem Marsylii, Bernardem Tapie. Przy każdym ich spotkaniu sypały się iskry; w trakcie jednej z wymian obelg w stadionowym tunelu Arsene musiał zostać siłą odciągnięty od szefa OM. W 1993 roku, tuż po sukcesie Marsylii w Lidze Mistrzów, wyszło na jaw, że w kolejce poprzedzającej wielki finał marsylczycy przekupili rywali z Valenciennes. Do teraz nie ma pewności, że był to jedyny przypadek korupcyjnej działalności Tapiego. W Wengerze, który jako trener cztery razy z rzędu przegrywał tytuł z hegemonem z Marsylii, podejrzenia wzbierały jeszcze zanim skandal został ujawniony. Nawet po latach tamto uczucie bezsilności wyraźnie go dręczyło: – Słyszysz pogłoski, a potem nie możesz przyznać w mediach: "Tak, z tym meczem coś było nie w porządku". Musisz mieć twarde dowody. Przejście od wewnętrznego przeczucia, nawet wiedzy, do przedstawienia dowodów nie jest proste. To straszne uczucie, kiedy nie wiesz już, czy wszystko wokół jest prawdziwe. Drobne incydenty dodają się do siebie i okazuje się, że nie było w nich przypadku...

Retro TVP: porażka Miedzi z Monaco i Wenger wyrzucony na trybuny

Czas rozstania

Wenger poświęcił Kanonierom właściwie całą karierę, a w najtrudniejszym dla klubu czasie odrzucał oferty Realu Madryt i Barcelony, by doprowadzić "projekt: stadion" do końca. Po drodze bywało lepiej i gorzej, a zakończeniu daleko do wymarzonego, ale ostateczny wynik rozliczenia może być tylko jeden: misja się powiodła. Gdy przychodził do Arsenalu, sprowadzał na archaiczny, 38-tysięczny stadion zbliżającego się do emerytury uniwersalnego pomocnika, Remiego Garde'a, i znak zapytania z rezerw Milanu, Patricka Vieirę. Transfery takich zawodników jak Dennis Bergkamp były dla klubu ewenementem. Jego ostatnim ruchem, 22 lata później, było zaś ściągnięcie na nowoczesny, zbudowany bez wsparcia szemranych inwestorów 60-tysięcznik wartego 56 milionów funtów Pierre'a Emericka Aubameyanga, jednego z najlepszych graczy świata. Arsene swoim "dzieckiem" nazywa jednak nie stadion, ale kompleks treningowy w London Colney, wybudowany w 1999 z jego inicjatywy i za pieniądze z transferu wyłowionego przez niego Nicolasa Anelki.

Arsenal jest dziś w znacznie lepszym miejscu niż dwie dekady temu – i nie dotarłby do tego punktu bez wizjonerskiego wkładu Wengera. Droga do tego punktu wiodła zaś przez masę wspaniałych wydarzeń: tytuły wygrane na boiskach Manchesteru United i Tottenhamu, wyjątkowe noce w europejskich pucharach (jak zwycięstwa na San Siro i przeciwko najsilniejszej Barcelonie w dziejach), popisy wielkich graczy czy widowiskowe finały pucharów. Wprowadził do wielkiej piłki Vieirę, dziś przymierzanego do roli jego następcy, dał Premier League Henry'ego, ukształtował Fabregasa, odkrył dla francuskiej kadry Koscielnego, przyciągnął do klubu Oezila... Dla prowadzonej przez niego drużyny gola zdążył strzelić Eddie Nketiah, którego nie było jeszcze na świecie, kiedy Wenger zdobywał pierwszy tytuł z klubem. Gdy nazwał się "menedżerem pokolenia", nie doszacował swojego wpływu: wychował więcej niż jedno pokolenie kibiców i więcej niż jedno pokolenie piłkarzy.

– Kiedy przejdę na emeryturę, kupię karnet, założę czerwień i biel, i będę liczył, że w sobotę Arsenal wygra – zapowiedział swego czasu Francuz. Stadion, na którego trybunie będzie wtedy zasiadał, powinien wówczas już nosić jego imię. Merci, Arsene.

Eryk Delinger

najpopularniejsze

Mundial 2018. Kłos: na grę zasłużył Bereszyński

Mundial 2018. Argentyna – Chorwacja 0:1: gol Ante Rebicia

Peter Odemwingie: Lewandowski musi dostać zdecydowanie lepsze wsparcie

Mundial 2018. Argentyna – Chorwacja 0:2: gol Luki Modricia

Mundial 2018. Argentyna – Chorwacja: chamskie zachowanie Otamendiego