tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Gwiazda w klubie, niedoceniana w kadrze. Piłka ręczna jak... pole minowe

Przez prawie całą karierę związana z Zagłębiem Lubin. Z klubem osiągnęła wiele sukcesów i – mimo ofert z innych zespołów – nie opuściła Dolnego Śląska. Niedoceniona przez kolejnych trenerów reprezentacji. Opowiedziała też o trudach gry w piłkę ręczną, co nie ma przełożenia na finanse, a odbija się na zdrowiu...
Karolina Semeniuk (fot. PGNiG Superliga Kobiet)

Marcin Lijewski trenerem Orlen Wisły Płock? "Nie ma o czym mówić"

Maciej Wojs, SPORT.TVP.PL: – Mistrzostwo Polski, ośmiokrotnie wicemistrzostwo, cztery triumfy w krajowym pucharze, półfinał mistrzostw świata... Dlaczego wybrała pani piłkę ręczną?
Karolina Semeniuk: – Urodziłam się w Żorach. Moja najstarsza siostra – Anita Sikorska – pod okiem miejscowych trenerów – uprawiała na początku lekkoatletykę, a następnie piłkę ręczną. Byłam młodsza od niej o trzy lata i chciałam robić dokładnie to, co ona.

– Czyli zadecydowała inspiracja.
– Tak naprawdę jest nas trójka: jestem najmłodsza, a obie siostry uprawiały piłkę ręczną, więc poszłam w ich ślady. Nie pochodzę z rodziny sportowców, moi rodzice nigdy nie uprawiali żadnej dyscypliny. Podpatrywałam więc siostry. Razem ze "średnią", która była bramkarką, byłyśmy w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Gliwicach, choć był to tylko krótki epizod. Grę zaczynałam pod okiem trenerów Lacha i Szczurka. W okresie juniorskim wraz z Pogonią Żory trzy razy zdobyłyśmy mistrzostwo Polski juniorek, później dostałam się do kadry młodzieżowej. Już jako seniorka przez dwa lata grałam z Pogonią w I lidze Awansowałyśmy do Ekstraklasy, ale po roku spadłyśmy do I ligi. Wtedy przeniosłam się do Zagłębia.

– Na roczne wypożyczenie.
– Tak mi się wtedy wydawało. W Żorach obiecałam nawet koleżankom z drużyny i trenerom, że jak tylko wrócą do Ekstraklasy, to ja wrócę do nich, a ten wyjazd do Lubina jest tylko na rok. Stało się inaczej... Tak naprawdę ciężko było mi opuszczać rodzinne strony. Byłam świeżo po maturze, miałam ogromny sentyment do trenerów Szczurka i Romana Kamińskiego, pod okiem których stawałam się pełnowartościową zawodniczką. W naszej kategorii wiekowej zdobyłyśmy wszystko, co można było wygrać. Pamiętam, że w finałach mistrzostw Polski grałyśmy ze Słupią Słupsk z Karoliną Kudłacz w składzie. Mocny był też zespół z Gdańska, który prowadził Jerzy Ciepliński, a grały dla niego Gosia Gapska i Daria Bołtromiuk. Z nimi walczyłyśmy o medale i wychodziłyśmy zwycięsko. Nie było wtedy na nas mocnych, przez co z ciężkim sercem odchodziłam do Zagłębia. To był już jednak inny świat – klub miał aspiracje do walki o mistrzostwo i był świeżo po sukcesach w Europie – półfinale Pucharu EHF i Pucharu Zdobywców Pucharów.

(fot. PGNiG Superliga Kobiet)

– Jako maturzystka miała pani przekonanie, że chce się poświęcić piłce ręcznej?
– Byłam temu podporządkowana już od szkoły podstawowej. Pamiętam, że już wtedy nie uczestniczyłam w życiu "normalnych" uczniów – nie wyjeżdżałam z nimi na wycieczki, tylko po szkole bieglam na treningi, nawet do starszych grup, w których trenowały moje siostry. W szkole średniej miałam już nieco ułatwione zadanie, bo wychowawczynie wiedziały, że uprawiam sport, więc nie było problemów z wyjazdami na mecze czy treningi. Wówczas miałam przekonanie, że skoro z taką łatwością i radością przychodzi mi gra, a wraz z nią sukcesy, bo oprócz medali zdobywałam na turniejach wyróżnienia dla MVP, to chcę na to postawić. Nauka była na drugim planie, ale nie przeszkodziło mi to w skończeniu szkoły, a potem studiów na Uniwersytecie Wrocławskim.

– Kierunek?
– Dziennikarstwo ze specjalnością public relations. Gdy byłam jeszcze w szkole, to rodzice pilnowali mnie, bym mimo grania miała odpowiednie wykształcenie. Udało mi się to wszystko pogodzić. Życie rodziców, w sumie całej naszej rodziny, było podporządkowane pode mnie.

– Jak doszło do tego, że po rocznym wypożyczeniu do Lubina nie wróciła pani do Żor?
– Rozpoczęłam wspomniane studia we Wrocławiu. Pogoń rzeczywiście dotrzymała słowa i po roku ponownie awansowała do Ekstraklasy. W Lubinie stawiano na mnie, byłam wartościową zawodniczką i wiedziałam, że będę stanowiła o sile zespołu. Plany były bardzo obiecujące, dlatego postanowiłam zostać. Jak się okazało – na 15 lat...

– Wejście do zespołu z pewnością nie było łatwe.
– Myślałam: "Matko Boska, gdzie ja trafiłam?! Tu są same gwiazdy, gdzie trenerka znajdzie dla mnie miejsce?". W składzie Zagłębia były wtedy takie zawodniczki jak Dagmara Kot (Kowalska), Iwona Błaszkowska, Marzena Kot, Natalia Ciepłowska, Iwona Szymczyk (Niedośpiał) czy Renata Żukiel (Jakubowska). Większość z nich występowała w reprezentacji Polski. Trenerka miała jednak plan. Do Lubina trafiłam w pakiecie z kołową Aleksandrą Jacek (Paluch). Dobrze się rozumiałyśmy, sporo ze sobą grałyśmy. Trenerka chciała to wykorzystać i od razu rzuciła nas na głęboką wodę. Pierwszy mecz sezonu był w Jeleniej Górze, a ja wyszłam w pierwszym składzie. To było coś niesamowitego – plejada gwiazd, aktualne reprezentantki Polski, wicemistrzynie kraju, które o złoto biły się z Monteksem, a w wyjściowej siódemce – ja.

Wcześniejsi selekcjonerzy nie widzieli mnie w kadrze ze względu na moje warunki fizyczne. Uważali, że jestem słabo zbudowana i za chuda. Rzeczywiście, nie jestem jakoś specjalnie rozbudowaną zawodniczką, ale posiadam inne walory. Karolina Semeniuk

– Przypuszczam, że mimo wszystko nie spodziewała się pani, że w Lubinie pozostanie na kolejne 15 lat.
– Oczywiście, że nie. Kontrakty, które podpisywałam, były na dwa czy trzy lata. W Zagłębiu wiązali jednak ze mną plany i nie chcieli mnie puścić. Mi natomiast bardzo się tam podobało i tak naprawdę nigdy nie szukałam sobie na boku innych klubów. Jestem zadowolona, że zostałam w Lubinie. Było mi tu po prostu dobrze.

– Teraz, gdy zakończyła pani już karierę, nie żałuje pani, że nie spróbowała jednak sił gdzie indziej?
– Żal to nie jest właściwe słowo. Mam jednak pretensje do wcześniejszych trenerów kadry, bo uważam, że dużo wcześniej powinnam była dostać szansę udziału w zgrupowaniu reprezentacji. Nie chodzi mi o występy na turniejach mistrzowskich, ale samą szansę pokazania się na zgrupowaniu. Tak naprawdę otrzymałam ją dopiero za kadencji Krzysztofa Przybylskiego i to po namowach prezesa mojego klubu, Witolda Kuleszy. To on podsyłał moje nazwisko, ale wcześniejsi selekcjonerzy nie widzieli mnie w składzie. Wówczas było mi żal, bo miałam świetne lata gry i poczucie, że powołania otrzymują zawodniczki rezerwowe w swoich klubach. Tyle, że trener Przyylski nie wytrwał długo na stanowisku – zadebiutowałam w kadrze w meczu z Rosją, a niewiele później trener stracił posadę. Po nim nastał czas Kima Rasmussena.

– I u niego wiele pani nie grała. Choć pojechała pani z kadrą na mistrzostwa świata w 2013 roku, gdzie dotarłyście do półfinału, to na boisku spędziła pani niewiele ponad godzinę. Gry nie było, były za to rzuty karne.
– To prawda. Z tego co udało mi się dowiedzieć, wcześniejsi selekcjonerzy nie widzieli mnie w kadrze ze względu na moje warunki fizyczne. Uważali, że jestem słabo zbudowana i za chuda. Rzeczywiście, nie jestem jakoś specjalnie rozbudowaną zawodniczką, ale posiadam inne walory, które – jak uważam – wykorzystywałam w klubie. Kadra Krzysztofa Przybylskiego a reprezentacja Kima Rasmussena to już jednak inne rozdziały. Kim wyznaczał role. Moją było rzucanie karnych i gra na prawym rozegraniu, choć moją nominalną pozycją był środek rozegrania. Na arenie międzynarodowej trudno przebić się na prawym rozegraniu z prawą ręką. Na środku trener miał Karolinę Siódmiak, Kingę Achruk i Karolinę Kudłacz. Miał więc bogactwo. Mnie mówił, że widzi mnie w zespole po prawej stronie i do rzutów karnych. Musiałam więc zdecydować czy to akceptuję czy to dla mnie za mało.

Podczas wspomnianych mistrzostw był moment, gdy myślałam, że dostanę więcej szans. Nie mogę powiedzieć, że ich nie miałam, ale głównie były to występy przeciwko zespołom pokroju Paragwaju czy Argentyny. Z tymi poważniejszymi, jak Norwegia, czy już później w fazie pucharowej – z Rumunią i Francją – wychodziłam tylko na karne. I to nie było takie łatwe. Pamiętam mecz z Norwegią, w bramce której stała Katrine Lunde. Miała zwyczaj, że patrzyła prosto w oczy i tak naprawdę wiedziała gdzie rzucę, choć ja sama nie miała pojęcia gdzie powinnam oddać rzut. Roli nie miałam więc łatwiej. Nie byłam też pewna czego spodziewać się po Rasmussenie – na odprawie mówił, że zagram, a potem rzucałam tylko karne. Tak naprawdę nigdy nie grałam w kadrze w pełni zadowalającym mnie wymiarze czasowym. Ale i tak bardzo cieszyłam się, że byłam w drużynie, która zajęła historyczne czwarte miejsce. Po przemyśleniu wszystkiego dobrze się z tym czułam i zaakceptowałam tę rolę. Los tak chciał, że grałam tyle, a nie więcej. Może gdybym wcześniej została powołana do kadry i dostała szansę gry na arenie międzynarodowej, to może też dostałabym fajną propozycję z zagranicy. Miałam kilka ciekawych ofert, nie mówię o Polsce, ale Lubin je wszystkie przebijał.

Dawano mi 50 procent szans na powrót. Wróciłam, ale deficyt pozostał – mam szczuplejszą nogę i łydkę, do tego ogromną bliznę po 25 szwach. To taka niesympatyczna pamiątka od połowy pięty do połowy łydki. Karolina Semeniuk

– Znaleźć regularnie płacący klub w Polsce, który jeszcze będzie na przyzwoitym poziomie, to jednak wyzwanie.
– W Lubinie przez 15 lat mojego pobytu nie było żadnych problemów finansowych czy organizacyjnych. Zagłębie to klub na bardzo wysokim europejskim poziomie. Tyle, że i na Zachodzie zdarzają się sytuacje, że kluby ogłaszają bankructwa i upadają. Mam wrażenie, że kobieca piłka ręczna jest w odwrocie.

– Robert Lis, trener Perły, powiedział niedawno, że piłka ręczna jest bardzo niedoinwestowanym sportem. Ma rację. W Polsce czasami 250 czy 500 tysięcy złotych decyduje o przetrwaniu klubu. Pieniądze, które zarabiają zawodnicy, nie mówiąc już o zawodniczkach, są nieadekwatne do tego, ile zdrowia wkładają w grę. Ta dyscyplina wyniszcza organizm. Żeby zawodowo grać w piłkę ręczną, trzeba to po prostu lubić.
– Zgadza się. Ludzie tak naprawdę nie wiedzą, ile wysiłku kosztuje trenowanie piłki ręcznej. Mój partner [Martin Polacek, były bramkarz Zagłębia Lubin], oprócz piłki nożnej trenuje jeszcze na siłowni, ma swoje inne zajęcia – jogę czy pływanie. Gdy obserwuję go podczas meczów, to jego wysiłek jest zupełnie inny niż w piłce ręcznej. Ja dla przykładu grałam w obronie na jedynce, gdzie jest najwięcej roboty, a do tego ze względu na moją pozycję, czyli środek rozegrania, musiałam jeszcze rozprowadzić kontrę i ustawić atak pozycyjny. W defensywie trzeba się tłuc na maksa, a w ataku ułożyć bocznym zawodniczkom grę. I to przez pełne 60 minut. Piłka ręczna to bardzo fizyczny i kontaktowy sport. Trzeba być przygotowanym pod każdym względem. A na następny dzień po meczu... Człowiek jest wtedy tak zmęczony i obolały, że mógłby cały dzień leżeć w wannie z lodem. Do tego dochodzą mikrourazy, z którymi przecież człowiek trenuje i gra. To ciężki chleb i wynagrodzenia rzeczywiście są nieadekwatne. Teraz, kończąc już karierę, czuję jak wszystko mnie boli. Zwłaszcza noga, bo jestem po bardzo ciężkim przypadku zerwania ścięgna Achillesa. Lekarz, który mnie operował porównał moją nogę do nogi żołnierza, który będąc na wojnie nadepnął na minę. To nie było zerwanie. Ścięgno mi po prostu wybuchło.

– W takiej sytuacji to pani sukces, że zdołała pani wrócić na boisko.
– Sam uraz był wynikiem eksploatacji. Achilles bolał mnie przez mniej więcej rok, ale mimo to grałam, codziennie trenowałam w klubie, do tego doszły zgrupowania i treningi z kadrą. "Jechałam" na lekach i w końcu ścięgno wystrzeliło. Powrót do sportu stanął pod wielkim znakiem zapytania. Lekarze mówili, że to czwarty przypadek w Polsce, by zawodowy sportowiec tak bardzo zerwał Achillesa. Dawano mi 50 procent szans na powrót. Wróciłam, ale deficyt pozostał – mam szczuplejszą nogę i łydkę, do tego ogromną bliznę po 25 szwach. To taka niesympatyczna pamiątka od połowy pięty do połowy łydki. A gdy już wróciłam, to zaczęłam obciążać drugą nogę tak, że i tam odezwał się Achilles...

(fot. PGNiG Superliga Kobiet)

– W przypadku sportowców to dość częste, że mając w głowie psychiczny czy fizyczny uraz, chronią później kontuzjowaną nogę, automatycznie poddając tę zdrową większym obciążeniom. W wielu przypadkach kończy się to takim samym urazem.
– I u mnie było podobnie. Po jakimś czasie zaczął mnie boleć Achilles w drugiej nodze, ale go uratowałam. To niestety ten mniej przyjemny okres w sportowej karierze. To co mnie boli, jest już moje. Myślę, że nastał odpowiedni czas, kiedy należy powiedzieć sobie dość i troszkę odpocząć.

– Ten uraz ścięgna Achillesa zakończył pani karierę w reprezentacji.
– Tak, po nim nie wróciłam już do kadry. Moja rekonwalescencja trwała dłużej niż powinna, bo po pół roku okazało się, że muszę przejść drugą operację, gdyż nie mogłam wejść na wyższy poziom rehabilitacji. Wtedy zupełnie przestałam myśleć o reprezentacji. Nie myślałam też o sporcie. Chciałam po prostu normalnie funkcjonować i żyć. Wtedy też widmo żegnania się ze sportem zaglądnęło w moje oczy. Podjęłam jednak walkę i pomógł mi w niej klub. Miałam w głowie, że jestem kontuzjowana, a klub utrzymuje zawodniczkę, która się leczy. Prezes nigdy jednak mnie zostawił. Leczyłam się, rehabilitowałam, a on cierpliwie czekał. Bardzo mu za to dziękuję. Rzadko zdarza się, by mieć w swych szeregach trenera czy prezesa, który pomaga w zwykłych ludzkich sprawach. Wiem, że moje niektóre koleżanki, które przedwcześnie zakończyły karierę – Gosia Gapska, Patrycja Kulwińska, Karolina Siódmiak, Karolina Szwed-Orneborg – takiego szczęścia nie miały, bo ich kluby napotykały na problemy finansowe czy były zarządzane przez nieodpowiednich ludzi.

– Co teraz? Odpoczynek?
– Nie wskakuję w inną dziedzinę życia. Na razie będę kibicem mojego partnera.

– Przenosi się pani do Czech? [Polacek gra obecnie w Mladzie Boleslav].
– Nie, Martin najprawdopodobniej nie będzie grał w Czechach. Nie wiadomo jeszcze gdzie go poniesie, to kwestia menedżerów. Może liga angielska się uśmiechnie? Na pewno przenoszę się tam, gdzie będzie mój chłopak.

– Zawsze pozostanie pani dziennikarstwo. W studiu Telewizji Polskiej już pani wystąpiła.
– Tak, był taki epizod. Miałam przyjemność być gościem w studiu i komentować mecz. Myślę, że w roli komentatorki bym się sprawdziła.

Semeniuk-Olchawa: błędy podania, tego nie mogę ścierpieć

najpopularniejsze

Nowakowski: Heynen "kozaczących" sprowadza do parteru

GOL! Polska – Irlandia 1:1: bramka Mateusza Klicha

Mecz towarzyski: Polska – Irlandia 1:1 (skrót meczu)

Boks: walka o pas WBC International, Filip Hrgović – Amir Mansour

Złotka wierzą w Polaków. "Umieją przycisnąć przeciwnika"