tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Ciąża, podróże i wspólna praca. Łukasz Achruk: jestem dumny z żony

O Kindze Achruk mówi się i pisze wiele. Nic dziwnego, skoro jest ważną postacią reprezentacji, a z Perłą Lublin zdobyła ostatnio potrójną koronę. Jej mężem jest Łukasz Achruk, również związany z piłką ręczną, ale nie może się pochwalić takimi sukcesami. – Nie czuję zazdrości, bardziej dumę – tłumaczy. Przy okazji zdradza, dlaczego wrócili do Polski, kiedy powiększą rodzinę i czy stworzą w przyszłości duet trenerski.
Kinga Achruk i Łukasz Achruk (fot. PAP)

Karol Bielecki: ja legendą? Pozostałem zwykłym chłopakiem

Damian Pechman, sport.tvp.pl: – Nie miałeś problemów, aby odnaleźć się w Polsce po powrocie z Czarnogóry?
Łukasz Achruk: – Nie było mnie tutaj cztery lata, ale śledziłem uważnie Superligę. Zwłaszcza wyniki zespołów, w których wcześniej grałem. Co do formuły rozgrywek, to pewne rzeczy mogą się podobać kibicom. Na przykład rzuty karne. Dla mnie są one bardziej wartościowe niż dogrywka. Zdaję sobie jednak sprawę, że dla wielu zawodników to bardzo stresujący moment meczu.

– Nic cię nie zaskoczyło?
– Poprawiła się organizacja. Rozgrywki stały się bardziej profesjonalne. To trzeci sezon ligi zawodowej, nie brakowało prób i błędów. Myślę, że przedstawiciele Superligi wyciągną wnioski. Mam na myśli między innymi liczbę spotkań. To szczególnie dotkliwe dla zawodników, którzy grają w kadrze i nie mają czasu na odpoczynek.

– Dlaczego wybrałeś akurat Piotrków?
– Złożyło się to kilka elementów. Bardzo miło wspominam mój pierwszy pobyt w tym klubie. Grało mi się bardzo dobrze. Miło wspominałem też ludzi, z którymi się tutaj zetknąłem. Z prezesem szybko doszliśmy do porozumienia i po raz drugi w karierze zostałem zawodnikiem Piotrkowianina.

– Czyli zadziałały sentymenty.
– Oczywiście. Był też drugi powód. Z Piotrkowa miałem blisko do Lublina...

Łukasz Achruk – z lewej (fot. PAP)

– Nie było ofert z innych klubów?
– Były, ale zdecydowaliśmy z żoną, że czas wrócić do Polski. Najbardziej konkretne propozycje mieliśmy z lig zagranicznych – z Węgier, Austrii i Szwajcarii. Na transfer bardzo nalegał jeden z serbskich menedżerów.

– Co przesądziło o powrocie?
– Tęsknota. Po czterech latach spędzonych w Czarnogórze coraz bardziej brakowało nam kraju, bliskich, nawet polskiego jedzenia. Przede wszystkim zdecydowały względy rodzinne. Nie ukrywam, że myślimy o dziecku…

– Ta informacja nie ucieszy ani trenera kadry, ani Perły Lublin.
– Mogę uspokoić Leszka Krowickiego i Roberta Lisa, że nie stanie się to już i teraz. Na pewno w przyszłym sezonie zobaczymy jeszcze Kingę na boisku. Poza tym proszę nie dramatyzować, bo ciąża nie oznacza końca kariery. Jeśli ktoś uważnie śledzi piłkę ręczną, to wie, że kobieta po urodzeniu dziecka, jest dwa razy lepszą zawodniczką. Oczywiście, jeśli nie przybędzie jej zbyt wielu kilogramów. Ale o swoją żonę jestem w tym względzie spokojny.

Kapitalny początek Perły. Lublinianki szybko "ustawiły" mecz

– Chcesz powiedzieć, że Kinga może grać jeszcze lepiej?
– Myślę, że tak. Jestem przekonany, że stać ją na jeszcze więcej. Oczywiście ciąża to sprawa indywidualna, bo organizm każdej kobiety jest inny. Różny jest też czas potrzebny na regenerację. Są zawodniczki, jak Karolina Kudłacz, które wracają na boisko po kilku miesiącach, natomiast inne wznawiają treningi po roku.

– Wiemy, dlaczego wybrałeś Piotrków, a dlaczego Kinga wybrała Lublin?
– Bardzo chciała kontynuować karierę w rodzinnych stronach. Wybór był łatwy, bo akurat w regionie jest dobry, silny zespół – Perła Lublin. Oczywiście, przy podpisywaniu kontraktu ważne było również kryterium sportowe. Działacze przedstawili jej ambitne plany. Drużyna miała walczyć nie tylko o mistrzostwo Polski, ale także w europejskich pucharach. W tym sezonie był to Puchar Challenge, ale już w kolejnym będzie okazja gry w Lidze Mistrzów.

– Twoje zdanie miało znaczenie?
– Dla mnie najważniejsze jest szczęście mojej żony. Kinga już jako małe dziecko wyjechała z domu, więc proszę się nie dziwić, że tęskniła za najbliższymi. Zwłaszcza, że jest bardzo rodzinną kobietą. Gdy pojawiła się oferta z Lublina, to nie zastanawiała się długo. Negocjacje przebiegły bardzo szybko.

Po czterech latach w Czarnogórze coraz bardziej brakowało nam kraju, bliskich, nawet polskiego jedzenia. Przede wszystkim zdecydowały względy rodzinne. Nie ukrywam, że myślimy o dziecku... Łukasz Achruk

– Mimo wszystko transfer był dużym ryzykiem. W poprzednim sezonie Lublin wylądował poza podium.
– Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Po tak udanym sezonie można powiedzieć, że ryzyko się opłaciło. Jak już wspomniałem, Kinga nie przyjęła oferty w ciemno. Owszem, kontrakt był atrakcyjny pod względem finansowym, ale oprócz niego był klarowny plan na najbliższe sezony. Działacze przedstawili, co klub chciałby osiągnąć za rok, a co za dwa czy trzy.

– Nie byłeś zaskoczony, że klub postawił na Roberta Lisa, który jako trener prowadził dotychczas tylko męskie zespoły?
– Zaskoczony? Byłem w szoku, że podjął się pracy z kobietami. Wiem, że to nie jest łatwe. O drużynach piłki ręcznej mówi się, że są jak jedna rodzina, a w rodzinie nie każdy musi się lubić. O ile mężczyźni potrafią sobie dosadnie wyjaśnić pewne nieporozumienia, o tyle kobiety bywają kapryśne, częściej się obrażają… Trenowanie żeńskich zespołów to naprawdę ciężka praca. Kto ma żonę, ten jest w stanie to zrozumieć. Wyobraź sobie teraz, że masz w zespole 18 żon! Mężczyzna nie zawsze potrafi to ogarnąć. Tutaj trzeba uważać na każde słowo. Jestem pod wrażeniem, że Robert Lis sobie tak dobrze poradził.

– Wierzyłeś przed sezonem, że będziesz gratulował żonie potrójnej korony?
– Tego nikt się nie spodziewał. Zwłaszcza, że finały Pucharu Polski i Pucharu Challenge zostały rozegrane w jeden weekend. Sukces został osiągnięty bardzo dużym nakładem sił. Trzeba się pochylić przed dziewczynami, bo moim zdaniem, dokonały niemożliwego. Przecież grały w dwóch rożnych miastach! Po zdobyciu Pucharu Polski miały do pokonania jeszcze prawie 400 km. Kto uważnie śledził następnego dnia Puchar Challenge, to zauważył w końcówce, że nie miały już sił, ale pokazały wielki charakter i wygrały. Nie bez znaczenia była też pomoc kibiców.

– Kogo oprócz żony wyróżniłbyś w Perle Lublin?
– Na pochwały zasłużył cały zespół. Trener Lis stworzył świetny kolektyw, który uwidocznił się w trudnych momentach. Przez pewną część sezonu miał do dyspozycji 11-12 zawodniczek, w tym dwie bramkarki. Siłą rzeczy rotacje były ograniczone, a dziewczyny nie miały w trakcie meczu okazji, aby złapać oddech. I tutaj duże brawa dla trenera, który potrafił je znakomicie zmotywować. W ocenie mojej żony wykonał z zespołem dużo pozytywnej pracy.

Złota dla Perły! Zobacz dekorację mistrzyń Polski

– Niewiele wiemy o czterech latach twojej gry w Czarnogórze…
– Moim pierwszym klubem był mistrz Czarnogóry – Lovcen Cetinje. Pod względem sportowym prezentował dobry poziom i myślę, że poradziłby sobie także w Superlidze. Oprócz rozgrywek w Czarnogórze, graliśmy też w SEHA lidze, gdzie naszymi rywalami były między innymi Vardar Skopje, Metalurg Skopje, Croatia Zagrzeb, Mieszkow Brześć czy Tatran Preszów. To było ciekawe doświadczenie. Wiele z tych drużyn grało jednocześnie w Lidze Mistrzów. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie problemy finansowe mojego klubu. Po roku musiałem stamtąd uciekać…

– Podobno w ciągu 15 dni dwa razy musieliście walczyć o mistrzostwo…
– Tak było. Gdy już zapewniliśmy sobie tytuł, to nie pojechaliśmy na jeden mecz. Klub miał wobec nas duże zaległości finansowe i rada drużyny podjęła decyzję o bardziej drastycznej formie protestu. W efekcie liga odebrała nam punkty, dołożyła jeszcze karę pieniężną i wciąż nie byliśmy pewni mistrzostwa.

– W Budvie nie było już takich wątpliwych atrakcji?
– Najważniejsze: klub był wypłacalny. Jeśli chodzi o kwestie sportowe, to mogę się pochwalić, że zostałem nawet królem strzelców. W pierwszym sezonie zabrakło nam kilku punktów, aby zdobyć mistrzostwo. W kolejnym wreszcie się udało. Poza tym, było to przyjemniejsze miejsce do mieszkania. Piękna pogoda, plaża, morze… Po treningu można się było świetnie zregenerować.

– Krótko po przyjeździe do Czarnogóry miałeś okazję zagrać w pucharach. W 1. rundzie eliminacji Pucharu EHF lepsze okazało się jednak Maccabi Tel Awiw.
– Wynik nie oddaje wszystkiego. Ze względów finansowych dwa mecze rozegraliśmy – dzień po dniu – w Izraelu. Pierwsze spotkanie przegraliśmy 35:37 i gdybyśmy mogli rozegrać rewanż u siebie, to jestem przekonany, że to my byśmy awansowali. Niestety, następnego dnia przegraliśmy 29:30. Z kolei gdy grałem już w Budvie mierzyliśmy się z greckim Filippos Verias i tutaj dał znać o sobie bałkański charakter. Zamiast skupić się na graniu, koledzy zaczęli kierować się emocjami. Kilka czerwonych kartek, mnóstwo kar dwuminutowych… Mogliśmy w rewanżu odrobić straty, bo prowadziliśmy, ale mecz się zmienił w wojnę.

Trenowanie żeńskich zespołów to naprawdę ciężka praca. Kto ma żonę, ten jest w stanie to zrozumieć. Wyobraź sobie teraz, że masz w zespole 18 żon! Mężczyzna nie zawsze potrafi to ogarnąć. Tutaj trzeba uważać na każde słowo. Łukasz Achruk

– Jak się w ogóle odnalazłeś w bałkańskim kotle?
– Największą barierą był język. Na szczęście kilka osób w pierwszym klubie znało język angielski i przynajmniej na początku mogłem liczyć na ich pomoc. Udało mi się też szybko nauczyć języka czarnogórskiego i nie miałem później żadnych problemów z komunikacją.

– Nie przywiązujesz się chyba do klubów. Sporo ich zwiedziłeś w trakcie kariery.
– Tak wyszło. Z reguły miałem krótkie kontrakty. Poza tym, mając na uwadze, że kariera nie trwa zbyt długo, wybierałem lepsze oferty. Lubię też podróże, poznawanie nowych ludzi… Zmiany klubów w obrębie Dolnego Śląska nie były zresztą przesadnie męczące, bo miałem blisko do rodzinnego Wrocławia.

– Ostatni mecz w Superlidze zagrałeś 14 kwietnia. Masz teraz najdłuższe wakacje w karierze.
– Tak dobrze nie jest. Treningi mamy zaplanowane do połowy czerwca, więc nie ma mowy o leniuchowaniu. Poza tym zagraliśmy dwa sparingi. Przyznam się jednak, że to pierwszy sezon w mojej karierze, gdy liga kończy się tak wcześnie. Nawet w Czarnogórze, gdzie zespołów jest mniej, graliśmy do połowy maja. W poprzednim sezonie w Polsce było podobnie, bo słabsze drużyny grały jeszcze o Puchar Superligi i sezon był dłuższy o miesiąc. Szkoda, bo chcielibyśmy jeszcze pograć, ale na pewne sprawy nie mamy wpływu. Z drugiej strony będzie okazja do regeneracji i wyleczenia urazów.

– Dlaczego nie udało się wam awansować do play-off?
– Na naszych wynikach zaważyły liczne kontuzje i przerwa świąteczna. Zabrakło czasu, aby się przygotować do drugiej części sezonu. Na początku roku zgubiliśmy sporo punktów, a gdy odzyskaliśmy nasz rytm, to… liga się skończyła. Bardzo chcieliśmy awansować do play-off. Byliśmy naprawdę blisko. W końcówce udało nam się na przykład wygrać w Zabrzu, skąd niewiele zespołów wywiozło punkty. Przegrała tam nawet Wisła Płock.

Łukasz Achruk i Mateusz Kus (fot. PAP)

– Twój kontrakt w Piotrkowie wygasa i będziesz wolnym zawodnikiem. Sugerowałeś, że możesz zakończyć karierę…
– Na razie wiem tyle, że przeprowadzam się do Lublina i zamieszkam z żoną. Nie zaprzątam sobie głowy tym, co będzie w kolejnym sezonie. Oczywiście, chciałbym jeszcze pograć, zdrowie mi dopisuje i nie brakuje mi ambicji. Gdy miałem dłuższą przerwę w treningach, to ciągnęło mnie już na boisko. Podobnie było w finale Pucharu Challenge, który obserwowałem z trybun. Trudno mi było usiedzieć na miejscu. Przeżywałem to spotkanie tak, jakbym sam w nim grał. Rozważając ewentualne oferty, decydujący będzie czynnik geograficzny – jak najbliżej Lublina.

– Najbliżej Lublina w Superlidze grają Azoty…
– Wiem, wiem… Niestety, to raczej nie moja bajka. Nie wykluczam, że zagram szczebel niżej albo w ogóle zakończę karierę i zajmę się trenowaniem dzieci. Lubię nowe wyzwania. Jestem ciekawy, czy będzie mi to sprawiało radość, czy się w tym sprawdzę i czy będę potrafił przekazać innym moją wiedzę.

– Może kiedyś stworzysz duet trenerski z żoną?
– Kiedyś nawet o tym rozmawialiśmy, ale… nie wiem, czy to by było dobre dla naszego małżeństwa.

– Kto byłby pierwszym trenerem, a kto asystentem?
– Musielibyśmy chyba rzucać monetą...

– Nie będzie problemów z wybraniem miejsca na rodzinny dom?
– Trwają negocjacje. Rozmawiamy o tym z żoną, ale jeszcze nie podjęliśmy decyzji. Na razie bardziej skłaniamy się w stronę Lublina i okolic. Mamy mały domek na Lubelszczyźnie. Tak naprawdę wszystko zweryfikuje życie. U nas wiele spraw zmienia się często z dnia na dzień.

– Nie czujesz się pokrzywdzony, że poświęciłeś karierę dla żony?
– Nigdy tego tak nie odbierałem. Przecież jej kariera jest częścią mojej. Czasami jedna osoba musi się trochę poświęcić, ale nie narzekam. Jestem dumny z sukcesów żony – czy to w klubie, czy reprezentacji. Poza tym… Traktuję małżeństwo jak jeden organizm.

Złota dla Perły! Zobacz dekorację mistrzyń Polski
Ogromna radość! Lublinianki wzniosły puchar w górę
Dwa puchary w weekend. "Drużyna ma charakter, nigdy nie zwątpi"
Łzy wzruszenia i uściski, czyli pożegnanie sześciu zawodniczek Perły
Dekoracja lublinianek. MKS Perła z Pucharem Polski
Challenge Cup, finał MKS Perła Lublin - Rocasa Gran Canaria (skrót)

najpopularniejsze

Mundial 2018: grupa E, Serbia – Szwajcaria (skrót)

Mundial 2018. Nigeria – Islandia 2:0: drugie trafienie Ahmeda Musy

Mundial 2018. Serbia – Szwajcaria 1:1: gol Granita Xhaki

Mundial 2018: grupa E, Brazylia – Kostaryka (skrót)

Mundial 2018. Rzut karny... odwołany przez VAR!