tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Kibic Legii ma dość! Dlaczego rzucam Ekstraklasę?

Pod koniec czwartego sezonu znakomitego serialu "Mad Men" jego główny bohater, Don Draper, dyrektor kreatywny agencji reklamowej z lat 60., publikuje w "New York Timesie" całostronicowy list otwarty pod tytułem "Why I’m Quitting Tobacco" ("Dlaczego rzucam branżę tytoniową"). Często wracałem do jego tekstu, kiedy w ostatnich miesiącach myślałem o końcu swojej, również trwającej już dobre 25 lat, "współpracy" z polską piłką ligową.
Kibice Legii Warszawa (fot. PAP)

Mioduski: LM to marzenie. Celem faza grupowa LE

Oczywiście analogia jest pod wieloma względami niedoskonała, w końcu Draper to postać fikcyjna, której dzieła są wynikiem pracy sztabu współtworzących ten serial. Jego współpraca z branżą tytoniową dawała mu znaczące profity, a producentom papierosów kolejne chwytliwe kampanie reklamowe. Ja jestem zwykłym kibicem, który po prostu lubi oglądać mecze i uważa, że bliższa koszula ciału, a klub z mojego miasta (Legia) jest ciekawszy od światowych potentatów. Co więcej, moja "współpraca" z polskim sportem jest zdecydowanie bardziej jednostronna: ja za nią płacę naprawdę spore kwoty, a w zamian dostaję bardzo mało. W tym tekście postaram się wykazać, jak mało – i dlaczego uważam, że porównania z listem Drapera są mimo wszystko uzasadnione.

"Niedawno moja agencja reklamowa zakończyła długą współpracę z marką papierosów Lucky Strike. Czuję ulgę".*

Nie jestem żadnym "kibolem", o których tak wiele słyszy się i czyta w mediach głównego nurtu – ani razu nie brałem udziału w ustawce, ani razu nie dopuściłem się na stadionie przemocy fizycznej. Nie jestem też ultrasem; choć ich ciężką pracę, zaangażowanie i wkład w upiększanie rodzimej piłki szanuję od lat, to jednak ani razu nie odpaliłem racy, nie rzuciłem petardy hukowej, nie namalowałem żadnego graffiti. Jestem zwykłym "piknikiem", którzy, wbrew niektórym popularnym opiniom, stanowią na polskich stadionach większość. Legią zainteresowałem się, mając 10 lat, po wyśmienitym dwumeczu w ćwierćfinale Pucharu Zdobywców Pucharów z Sampdorią i nieco gorszego, ale wciąż działającego na wyobraźnię, starcia półfinałowego z Manchesterem United. Mecze oglądałem początkowo dość nieregularnie, ale pod koniec lat 90. zacząłem opłacać comiesięczny abonament przejmującej wtedy ligę na wyłączność stacji Canal+, a w sezonie 2002/03 kupiłem pierwszy karnet na stadion przy Łazienkowskiej. Karnet kupuję do dziś (z dwiema jednorundowymi przerwami, w których i tak na stadionie regularnie bywałem); kupowałem go nawet wtedy, kiedy na każdy mecz wchodziłem z akredytacją dziennikarską, bo pisałem relacje tekstowe na żywo dla portalu kibicowskiego. Tylko raz zaliczyłem w roku kalendarzowym mniej niż 10 meczów na trybunach, od oddania do użytku przebudowanego obiektu rok w rok mam ich ponad 20, a ostatnie spotkanie przy Łazienkowskiej opuściłem 15 sierpnia 2016 roku. Od wprowadzenia systemu ESA-37 oglądam też co sezon grubo ponad 200 meczów Ekstraklasy w telewizji, a ponadto liczne poświęcone jej programy, dyskutuję na jej temat z innymi kibicami, dziennikarzami, pracownikami klubów, funkcjonariuszami różnych ciał zarządzających. Kwalifikuję się więc bezsprzecznie do kategorii "aktywnych klientów". Po tym sezonie (niezależnie od jego rozstrzygnięć) przejdę jednak do grupy "klientów utraconych".

Michał Listkiewicz (fot. PAP) "Przez ponad 25 lat oddawaliśmy się wciskaniu innym produktu, dla którego ciężka praca nie ma znaczenia, bo ludzie nie są w stanie powstrzymać się przed kupowaniem go".

Kiedy zaczynałem śledzić ligę, rządzili w niej tzw. "biznesmeni w białych skarpetkach", na porządku dziennym były podejrzane interesy, płacenie pod stołem, fuzje klubów lub wręcz ich likwidacja przy byle okazji. Normą była korupcja (której do pewnego momentu nie uznawano nawet za przestępstwo), ustawiano całe sezony, a piłkarskie władze to najpierw ignorowały, a potem bagatelizowały (Michałowi Listkiewiczowi do dziś pamiętane są skandaliczne słowa o "jednej czarnej owcy" po tym, jak aresztowano na gorącym uczynku sędziego głównego z najwyższej klasy rozgrywkowej ). Blog "Piłkarska mafia" prezentuje listę 638 meczów, których ustawienie zostało potwierdzone w toku śledztwa prokuratorskiego. Według tego samego medium oskarżone zostały 524 osoby, a skazano 448, mecze ustawiała ponad kopa klubów... a przecież nie na wszystkich znaleziono dowody.

Wydawałoby się, że dziś to wszystko jest nie do pomyślenia, że to tylko relikty mrocznych czasów transformacji ustrojowej. A jednak nie dalej niż w 2013 roku spadł z ligi z hukiem bankrut, Polonia Warszawa, której właściciel przez niemal cały sezon mamił pracowników wypłatami i udawał starania o licencję na kolejny sezon. W ubiegłym sezonie smaku degradacji zaznał Ruch Chorzów, który wielokrotnie był karany za nieregulowanie należności licencyjnych, zadłużenie wobec organów państwa i próby ukrywania premii należnych zawodnikom. W tym sezonie zasłużony śląski klub spadnie zapewne do II ligi (na trzeci poziom rozgrywkowy). W czwartej drużynie ubiegłego sezonu, Lechii Gdańsk, według doniesień Piotra Wołosika w marcu udało się zapłacić piłkarzom pieniądze, które powinni otrzymać do końca grudnia. Należności za pierwsze miesiące bieżącego roku nadal wpływają do nich bardzo nieregularnie i niekoniecznie zgodnie z zapewnieniami przełożonych... Wreszcie korupcja. Chciałoby się wierzyć, że do mrocznych czasów "Fryzjera", Antoniego F. i reszty tej czarciej czeredy powrotu nie ma, ale kibice słuchający przewodniczącego rady nadzorczej Ekstraklasy SA, Karola Klimczaka, otwartym tekstem zarzucającego sędziom stronniczość po meczu Legii z Lechem (którego, zupełnie przypadkowo, pan przewodniczący jest też prezesem) mają prawo odczuwać konfuzję. Stronniczość to jeszcze nie korupcja, ale przecież władze Ekstraklasy wmawiały nam, że teraz to już wszystko zawsze i od początku do końca jest uczciwe – w każdym razie dopóki boiskowe rozstrzygnięcia są zgodne z ich oczekiwaniami.

Konfuzja to zresztą stałe uczucie kibica krajowej piłki. Trudno jej było uniknąć po 30. kolejce sezonu 2015/16, kiedy to na skutek ambicjonalnych sporów kompetencyjnych pomiędzy ESA a PZPN-em nikt, włącznie z prowadzącymi relację na żywo w ramach Multiligi dziennikarzami Canal+, nie wiedział, jaka jest prawidłowa kolejność drużyn w środku tabeli i kto zagra w grupie mistrzowskiej, a kto w spadkowej (wyjaśnił to dopiero Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu przy Polskim Komitecie Olimpijskim, ale nie jakimś wyrokiem tylko po decyzji wynikającej z wycofania przez Lechię Gdańsk wniesionej skargi). Notoryczną konfuzję wywołuje też Zbigniew Przesmycki, aktualny pan i władca udzielnego księstwa, jakim jest Polskie Kolegium Sędziów, którego interpretacje zmieniają się tak często, że nie nadążają za nimi ani kibice, ani sędziowie, ani telewizyjni eksperci mający za zadanie wybielać sędziów niezależnie od tego, jak wygląda sytuacja.

Michał Pazedan, Dariusz Mioduski, Radosław Cierzniak (fot. PAP) Co bardziej otwarci na rozwój i postępowi menedżerowie naszych klubów, z właścicielem Legii Dariuszem Mioduskim na czele, lubią opowiadać, że rodzimy futbol ma świetlane perspektywy, bo to wyjątkowe medium. Bo jego nieprzewidywalność i skłonność do niespodziewanych zwrotów akcji nie mają sobie równych. A zapewnia to, czego ludzie chcą najbardziej – emocje. Z żalem konstatuję, że w ostatnich latach mojego intensywnego kibicowskiego życia są to emocje w przeważającej mierze negatywne, w czym niemały udział mają wymienieni (i wielu niewymienionych), którzy powinni raczej podwyższać rangę ligi niż ją obniżać powodowani indywidualnymi fobiami i doraźnymi interesami.

"Ten produkt nigdy się nie rozwija, zagraża zdrowiu i powoduje, że ludzie są nieszczęśliwi".

A złych emocji na polskich stadionach nigdy niestety nie brakowało. Zawsze znaczącym przerysowaniem był obraz medialny naszych trybun, sprawiał jednak, że moja mama i obecna żona długo zastanawiały się, czy kiedy wychodzę na mecz, to nie widzą mnie przypadkiem po raz ostatni. Nie zmienia to faktu, że wydarzenia sportowe wywołują duże emocje, które różni ludzie rozładowują w różny sposób. Kilkukrotnie byłem na meczach, na których dochodziło do mordobicia; pamiętam choćby, jak grupa przyjezdnych z Widzewa rozkręciła zawczasu ogrodzenie sektora gości na starym stadionie i rozpętała wojnę z broniącymi barw legionistami, a potem i z policją. Długo jednak nie czułem żadnego zagrożenia – długo stadiony niczym praktycznie nie różniły się od ulic polskich miast: jeśli ktoś nie chciał mieć przygód, to zwykle udawało mu się ich unikać. To się zmieniło stosunkowo niedawno, kiedy tzw. ruch kibicowski – nie bez "pomocy" motywowanych polityczną nagonką represji – zmienił się niemal w zakon działający w myśl zasady "kto nie z nami, ten przeciwko nam". Kiedy "ruch kibicowski" Legii zdecyduje, że oprawa ma być na całym stadionie (jak przed meczem z Dundalk), to pozbawiony w ten sposób miejsca nie ma prawa zaprotestować, bo rzuci się na niego ośmiu "odważnych" ręcznie tłumaczących delikwentowi, co sądzi o takich argumentach. Kiedy "ruch kibicowski" Cracovii zdecyduje, że znakomitym pomysłem jest strzelanie do ludzi z wyrzutni materiałów pirotechnicznych, to ich cele mogą liczyć tylko na to, że trafiony zostanie ktoś obok albo że pożar wywołany na stadionie będzie mały i uda się go ugasić zanim będzie za późno. Dopóki "ruch kibicowski" na polskich stadionach nie zinternalizuje wiedzy, że w jego interesie jest koegzystencja wszystkich fanów i że na naszych trybunach powinny być – osobne – strefy dla poszczególnych grup, to będziemy tylko o jeden odpał stadionowego watażki od tragedii znanych z Anglii lat 80.

(fot. PAP) Jak na to zagrożenie reagują rządzący polską piłką? Wcale lub pozornie. Na imprezy organizowane przez PZPN można wnosić półlitrowe butelki wódki i zupełnie otwarcie, bez żadnej ingerencji ochrony, przelewać ich zawartość w siebie lub, kiedy przelewanie trwa zbyt długo, na głowy, plecy i ramiona innych kibiców. Jeśli ktoś nie doniesie takiej półlitrówki (albo trzech) na wynajęty przez PZPN stadion, nie musi się obawiać, że wyraźne objawy wcześniejszej konsumpcji utrudnią mu dostanie się na obiekt. Na niedawnym finale Pucharu Polski widziałem takich, dla których wyzwaniem było nawet siedzenie na krzesełku... Trudno zresztą wymagać kontroli stanu trzeźwości widzów od ochrony, która w wielu wypadkach nie sprawdzała nawet biletów. Znacznie częściej kontrola trzeźwości i różne inne działania związane z szeroko pojętym bezpieczeństwem zdarzają się na meczach ligowych, gdzie również obowiązuje zasada, że jeśli ktoś ma coś wnieść, to to zrobi, za to nadgorliwi ochroniarze potrafią nakazywać zdejmowanie czapek, szalików i kurtek chcącym tylko zobaczyć mecz przy -20 stopniach Celsjusza.

Właśnie, kolejki ligowe rozgrywane w ekstremalnych warunkach. Również one wywołują zagrożenie zdrowia widzów (a już na pewno sprawiają, że są oni nieszczęśliwi), tymczasem sternicy ligowego okrętu twardo bronią się przed sugestiami, że takie mecze należałoby przełożyć, wysuwając argumenty, z którymi nikt rozsądny nie potrafi dyskutować ("podobno w marcu ma padać"). Dla tej samej urzędniczej kasty jest to też dobry pretekst, żeby zaatakować kibiców, którzy mimo ogromnych starań pracowników ligowej spółki odmawiają chodzenia na takie mecze. Kibiców lubią atakować często i z różnych stron, już to akceptując bez słowa bezprawne niewpuszczanie ich na sektory gości, już to planując wprowadzenie przepisów penalizujących wnoszenie przez nich na sportowe obiekty telefonów komórkowych (którymi przecież można w kogoś rzucić!), już to uznając, że nie można zorganizować w przytomności fanów z Poznania czegoś tak obmierzłego jak dekoracja piłkarzy ze znienawidzonej Warszawy w razie ewentualnego zdobycia przez tych ostatnich mistrzostwa Polski.

Od kilku lat zastanawiam się, czego władcy krajowej piłki chcą bardziej – doprowadzenia do wybuchu frustracji fanów, który pozwoliłby im pozbyć się hurtem wszystkich niepożądanych z trybun? A może zwyczajnego powolnego zniechęcenia wszystkich zaangażowanych emocjonalnie w ligę? W jednym i w drugim przypadku krokiem następnym byłoby zapełnienie trybun rodzinami z dziećmi, które z radością będą wydawać setki złotych na bilety i niejadalne kiełbaski, oklaskiwać wszechstronnie nieutalentowanych piłkarzy i cieszyć się, że mogą oglądać tak cudowne widowiska. W końcu, jak raczyła stwierdzić w kontekście narzekań na niskie temperatury była dyrektor ds. komunikacji Ekstraklasy SA, "na skokach jakoś wszyscy dają radę. Na stojąco"!

Marko Vesović (L), Radosław Majewski (P) (fot. PAP) "Wiedzieliśmy, że to nie jest dla nas dobre, ale nie mogliśmy przestać".

Kibice są boleśnie świadomi niedociągnięć organizacyjnych klubów, ale często milczą. Łapią się każdego promyka nadziei, każdego gładkiego wywiadu nowego decydenta i każdej zmiany warty w piłkarskich władzach. "Teraz musi być lepiej, przecież gorzej się nie da" – wmawiają sobie, a krajowy futbol co chwila udowadnia im, że nie ma takiego dna, w które nie dałoby się zapukać od spodu. Czasami mamy upust frustracji: zacytujmy tytuły kilku tylko tekstów z ostatnich miesięcy: "Wiecznie przegrani, wiecznie nieudolni" (fani z Poznania); "Wydmuszki ze Śląska" (kibic z Wrocławia); "Zarządzie, dokąd zmierzasz?" (fanatycy z Gdyni). Niestety (lub "stety"), klub piłkarski i cała liga to nie jest przedsiębiorstwo działające na otwartym rynku, które musi dbać o klienta, które ma konkurencję. Jeśli ktoś jest kibicem klubu Z, nie zacznie nagle jeździć na mecze rozgrywane 300 kilometrów dalej po tym, jak zatruje się czymś sprzedanym mu przy okazji meczu. Jeśli ktoś całe życie co tydzień sprawdzał wyniki najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce, to zarządzający nią muszą bardzo się postarać, żeby zniechęcić go do tego "produktu". W moim przypadku ESA i PZPN zdołały tego dokonać. Wiele z problemów naszych stadionów w mniejszym lub większym stopniu uwierało mnie już wcześniej, ale ten sezon przyniósł kumulację. Czara goryczy w końcu się przelała, w czym pomogły konsekwentne dążenia piłkarskich władz do stosowania odpowiedzialności zbiorowej, prewencyjnego zamykania trybun, zakazania kibicom udziału w meczach wyjazdowych. Swoje robią też dzielni policjanci, którzy nie potrafią złapać osobników "szyjących" do innych z rakietnic, ochoczo za to aresztują przedszkolankę, która przyszła po raz pierwszy na stadion przy okazji obchodów 70-lecia Pogoni Szczecin i została zidentyfikowana jako podtrzymująca niezwykle niebezpieczną sektorówkę.

Krajowy futbol stoi na niskim (i konsekwentnie obniżanym) poziomie sportowym. Prawidła nierównej ekonomicznie rywalizacji z bogatszymi i lepiej zorganizowanymi klubami z Zachodu, Południa, Wschodu i Północy są tu nieubłagane, tak samo jak prawa niedostatecznej podaży (polskich piłkarskich talentów) i nadmiernego popytu (wynikającego z przerostu ligi w stosunku do możliwości systemu szkolenia). Krajowym futbolem zarządzają w większości ludzie bojący się jak diabeł wody święconej czegokolwiek, co mogłoby poruszyć wody zatęchłego bajora, któremu na imię "polska piłka", zainteresowani głównie przetrwaniem do wpływu następnej transzy od partnera telewizyjnego. A główny partner telewizyjny zatrudnia pracowników otwarcie kontestujących przepisy gry w piłkę nożną oraz nieodpowiadające ich wyobrażeniom rozstrzygnięcia na boisku i oddziela się od klientów murem ignorancji i buty. Organizatorzy rozgrywek nie robią nic, żeby zmniejszyć margines nieakceptowalnych zachowań na trybunach, a wręcz go powiększają, dążąc do zrzucenia odpowiedzialności na tzw. ruch kibicowski i zmuszając tym samym zwykłych oglądaczy meczów do jednoznacznego opowiedzenia się po którejś ze stron konfliktu, który lada dzień wstrząśnie naszymi stadionami.

Zatrzymajcie tę karuzelę samozadowolenia działaczy: ja wysiadam.

"Najlepsze jeszcze przed nami"?

Kibicem Legii byłem i pozostanę. Zapewne nadal będę pojawiał się od czasu do czasu na stadionie przy Łazienkowskiej 3, to w końcu nałóg niewiele się różniący od papierosowego. Na pewno nie będę jednak bywał tak regularnie jak do tej pory. Nie zamierzam też podporządkowywać swego życia i swoich bliskich terminarzowi klubowemu. Niestety, Legia jest częścią spółki Ekstraklasa i systemu, któremu patronuje PZPN, a ja mam przeświadczenie, ba teraz nawet pewność, że ani Ekstraklasa SA, ani PZPN nie zasługują na to, żeby na "ich" stadiony przychodzili tacy jak ja.

Kuba Żywko

*Śródtytuły pochodzą z listu „Why I’m Quitting Tobacco” zaprezentowanego w serialu „Mad Men”, sezon 4., odcinek 12. Tłumaczenie własne.

Dariusz Mioduski: ten sezon był jak Matrix
Zobacz także Ja też mam dosyć

najpopularniejsze

GOL! Polska – Irlandia 1:1: bramka Mateusza Klicha

Mecz towarzyski: Polska – Irlandia 1:1 (skrót meczu)

Mistrzostwa świata: Polacy zagrają z Serbią o pozostanie w turnieju

Polacy mogą przegrać i awansować? Sprawdź sytuację w tabelach grupowych

MŚ: Polaków mecz o wszystko. Spotkanie z Serbią w TVP [transmisja online]