tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

To już rok bez Adama Wójcika. "Tata nas uczył bycia dobrymi…"

Rok temu odszedł Adam Wójcik, jeden z najlepszych polskich koszykarzy w historii. Z tej okazji przypominamy tekst o jego synach, Janie i Szymonie, pierwszych polskich bliźniakach w lidze NCAA.
Adam Wójcik z synami (fot. TVP)

NBA: ponad 60 koszykarzy zmieniło klub

2 listopada 1990 roku, kawiarnia w Stalowej Woli, Adam Wójcik przyjechał z Gwardią Wrocław. Nazajutrz czekał go mecz z miejscową Stalą. Krystyna, wtedy jeszcze Paluch, studentka stołecznej Szkoły Głównej Handlowej, która akurat odwiedzała rodzinne strony, tak wspomina w książce Jacka Antczaka "Adam Wójcik. Rzut bardzo osobisty" spotkanie z koszykarzem: Spojrzałam i zobaczyłam ogromną, puchową, zieloną kurtkę, która stała przy barze. Dopiero jak podeszła do mnie, zwróciłam uwagę, że wystaje z niej głowa przystojnego chłopaka. Nigdy mu tego nie mówiłam, ale do razu zostałam trafiona, od pierwszego wejrzenia wiedziałam, że to on, już było po mnie.

Adam też został trafiony. Gdy opuszczał kawiarnię, rzucił w kierunku dopiero co poznanej dziewczyny: Ale przyjdziesz jutro na mecz?. I przyszła. Wtedy wymienili się numerami telefonów, co w tamtych czasach nie musiało wcale oznaczać końcowego sukcesu. To był dopiero punkt zaczepienia, dający nadzieję na pozytywny rozwój wypadków. On podał jej numer do internatu Gwardii, a ona jemu numer telefonu w portierni akademika SGH. No, ale dla trafionego nic trudnego.

Halo, akademik?

– Trzeba było się nieźle nadzwonić, żeby się do mnie dodzwonić – przyznaje Krystyna. – Najpierw była portiernia, a potem przełączanie na piętro, gdzie był jeden aparat na korytarzu. Tam też ktoś musiał odebrać, a potem szukać w pokoju i pytać, czy ten ktoś, do kogo dzwonią, jest. A to był wielki akademik, więc mało komu się chciało. Ale mąż, to znaczy mój przyszły mąż, był uparty i mu się udało. No i umówiliśmy się na randkę – tak wspomina początki znajomości w "Rzucie bardzo osobistym”".

1999 rok. Krystyna i Adam odwiedzili lekarza. Ten ich poinformował, że rodzina powiększy się nieco bardziej, niż przypuszczali. – O, widzicie, państwo, tu jest jedno serduszko, a tu drugie serduszko – przekazał przy monitorze USG. Te serduszka przyszły na świat 11 listopada 1999 roku, jedno dostało na imię Jan, a drugie Szymon. I wciąż idą łeb w łeb, solidarnie mierząc teraz po 206 centymetrów. Zatem trudno ich nie zauważyć, zwłaszcza że na parkiecie lubią wylatywać ponad poziomy. Wsadami popisywali się już w wieku dwunastu lat, a ojciec po raz pierwszy wpakował z góry jako piętnastolatek. Rosnąć przestał po osiągnięciu 21. roku życia, gdy mierzył 208 centymetrów.

Pomaga im człowiek Nawałki

2018 rok, maj. Bliźniacy wiążą się kontraktami z uczelnianą drużyną NCAA – Missouri State Bears, będąc po półtorarocznym pobycie we francuskim Elan Chalon, gdzie występowali w juniorskiej drużynie. Dla Jana i Szymona nie był to dobry czas, gdy chodzi o zdrowie.

– Poszukiwania uczelni za oceanem rozpoczęliśmy z początkiem roku, gdy stało się jasne, że we Francji dzieci dłużej nie zostaną – mówi Krystyna Wójcik. – Jan od początku sezonu miał problemy z biodrem, które najpierw próbowano "uciszyć" tabletkami. Gdy już nie mógł biegać, w końcówce października, zaczęła się szczegółowa diagnostyka. Przed Bożym Narodzeniem udało się ustalić, że ma uszkodzony obrąbek w stawie biodrowym, co było następstwem deformacji główki kości, a ta deformacja wynikała z przeciążeń. W styczniu syn przeszedł udany zabieg u dr. Piątka w poznańskiej klinice Rehasport i doszedł już do siebie. Szymon z kolei uskarżał się na ból kolan z powodu zapalenia przyczepów ścięgien rzepki. Chodzi o tzw. kolano skoczka, szczęśliwie jednak też doszedł do siebie po rehabilitacji – dodaje mama.

Nad powrotem chłopaków do pełnej sprawności czuwał m.in. Remigiusz Rzepka, były trener przygotowania fizycznego w kadrze Adama Nawałki. – Przebadał dzieci porządnie i uznał, że są słabe. Ale to dobrze, znaczy, że mają spore rezerwy – uśmiecha się przewrotnie mama. Nie mniejszą rolę w odzyskiwaniu zdrowia odegrał też znany wrocławski fizjoterapeuta, dr Andrzej Czamara.

Koszykarski klan Wójcików. "Świat się o nich upomina"

Żeglarzami też byli

Nie da się ukryć, że Jan i Szymon to już, mimo wieku, obywatele świata, bo rodzice pieczołowicie dbali o ich wszechstronny rozwój. Nie tylko sportowy. Choć wychowanie poprzez sport było w domu Wójcików ważną składową procesu.

– Początkowo Adaś starał się ich trzymać z dala od koszykówki, najdłużej jak się dało, nawet piłki nie mieliśmy w domu. Wiedzieliśmy jednak, że sport uprawiać muszą. Raz, że są obciążeni "genem wzrostu", a dwa – wiadomo, jaką rolę odgrywa sport w rozwoju dzieci i młodzieży. To kapitał. A więc byliśmy pływakami, judokami, narciarzami, tenisistami, przez krótki czas piłkarzami, a nawet członkami szkółki żeglarskiej w Zatoce Gdańskiej, w czasach gdy Adam grał w klubie z Sopotu – wymienia mama. W wieku dziesięciu lat bracia trenowali koszykówkę raz w tygodniu. I wtedy sami zaczęli się dopraszać o większą dawkę basketu. – Mówili "mama, a niektórzy koledzy chodzą dwa razy w tygodniu". Więc za chwilę trenowali trzy razy, we Wrocławskim Klubie Koszykówki – dodaje Krystyna Wójcik.

Bliźniacy zwiedzili też kilkanaście szkół, bo przecież w trakcie kariery Adama rodzina trzymała się razem. – We Francji byliśmy umówieni z klubem, że chłopcy dostaną wparcie akademickie, pójdą do normalnego liceum i zostaną objęci programem, który umożliwi im ukończenie szkoły. Wrzucono ich jednak do francuskiej, gdzie bez znajomości języka chodzili tylko po to, by patrzeć na kolegów i nauczycieli. Nie miało to sensu, więc zaczęli się uczyć w polskim liceum online. Zaliczali kolejne etapy z bardzo dobrymi wynikami, jedynie na egzaminy końcowe musieli się stawić przed nauczycielami, w Warszawie. I zostali ostatnio szczęśliwymi absolwentami liceum. Francuski też jednak poznali – dzięki temu, że wykupiłam im intensywny kurs nauki w miejscowej izbie handlowej, taki przeznaczony dla pracowników przyjeżdżających z całego świata. A po kilku tygodniach nauki zaczęli chodzić na prywatne lekcje – wyjaśnia mama.

Ameryka, czyli mieć plan B

Języka w buzi nie zabraknie chłopakom ani na co dzień, ani na parkiecie. W październiku zeszłego roku zdali też przecież maturę amerykańską, a i po hiszpańsku się dogadają. Mama: – We Francji trenowali dwa razy dziennie po trzy godziny, a więc sporo. Brakowało im jednak tej szkoły, poza tym zdałam sobie sprawę, że w Europie stawia się albo na sport, albo na naukę. No, a w kontekście ostatnich kontuzji uznaliśmy, że dobrze mieć w życiu plan B, stąd rozpoczęliśmy poszukiwania klubu za oceanem. Amerykanie mają akurat sprawnie działający system, pomagający godzić sport z nauką.

Dlaczego Missouri? Mniej lub bardziej zainteresowanych współpracą z bliźniakami było wielu, nawiązano kontakty z około trzydziestoma uniwersytetami. Niektóre urwały się po jednej, dwóch rozmowach, inne przeszły w bardziej zaawansowaną fazę. Po polskiej stronie był jeden ważny warunek – bliźniacy nie chcieli się rozdzielać. I nie muszą, bo jako gracze niezwykle uniwersalni nie stanowią dla siebie konkurencji. Jan, mimo wzrostu, świetnie czuje się na obwodzie, Szymon natomiast lubi pozycję numer 4.

– Duża część uniwersytetów ma w roku tylko jedno stypendium dla zawodnika o danych parametrach. Trzeba jednak przyznać, że zdecydowana większość uczelni nie miała pojęcia o istnieniu takich braci, w czym nasza z Adasiem zasługa. Po prostu nie chcieliśmy wystawiać chłopaków na ekspozycję, nie wklejając nigdzie filmików z zagraniami 12-, 13- czy 15-latków. Taka presja nie była nam potrzebna, zwłaszcza że dzieci, po tacie, są późnorozwojowe. U Adama nie było widać w wieku 15-16 lat wyraźnej dominacji, co wpisuje się niejako w diagnozę Remka Rzepki. Jeśli tylko chłopcy wzmocnią się fizycznie, to mogą się zadziać rzeczy wielkie. Spotkałam się nawet z opinią, że ci, którzy jakieś wideo z występami Jasia i Szymona widzieli, mówili, iż to… niemożliwe, że to po prostu nie może być prawda. Miło – dodaje skromnie mama.

Wspomnienie Adama Wójcika. "Był legendą już w wieku 20 lat"

Przyleciał do domu Wójcików

Sygnał z Missouri przyszedł dość późno, pod koniec marca. Był jednak bodaj najbardziej wyrazisty. – Tak, ten uniwersytet pokazał nam, że bardzo mu zależy. Asystent trenera specjalnie przyleciał do Polski, a pod koniec kwietnia myśmy polecieli do USA z oficjalną wizytą. Spędziliśmy tam dwa dni, bo na terenie campusu można przebywać 48 godzin. Ta uczelnia spełniała wszystkie nasze warunki, przede wszystkim stawiając na rozwój braci. Unikaliśmy natomiast rozmów z zespołami najsilniejszych dywizji, chociaż były i takie zapytania. Nie jest powiedziane, że w takim miejscu się nie powiedzie, choć na pewno ryzyko porażki jest mniejsze tam, gdzie brak presji wyniku. Np. Maciek Bender dobrze się zapowiadał, ale po szkole średniej trafił do bardzo silnego zespołu i po dwóch latach czekają go zmiany. My mamy deklarację, że chłopcy będą grali od pierwszego roku, choć zobaczymy, czy rzeczywiście tak będzie, bo nie ma co liczyć na występy od początku. Tak czy siak, obiekty w Bear Village robią wrażenie, jest tam osiem pełnowymiarowych, zadaszonych boisk do koszykówki, a hala ma 11 tysięcy miejsc. Obecnie chłopcy ćwiczą według programu Remika, w czerwcu polecą już na ligę letnią, a zajęcia mają rozpocząć 20 sierpnia – wylicza mama. Czy zamierza polecieć za ocean za synami? – Cóż, rzadko się zdarza, żeby mamusia leciała za dziećmi na studia. Na razie jestem nastawiona bohatersko, ale… Nie wiem, zobaczymy – uśmiecha się, jak to kochająca mama.

Jan i Szymon zamierzają studiować general bussines, jednak konkretną specjalizację wybiorą później. A czego nauczył ich ojciec? – Na pewno skromności i pokory. Czasami tylko mam wątpliwości, czy nie przesadziłam z tym dobrym wychowaniem, troszeczkę nieprzystającym do dzisiejszego świata – zastanawia się rozmówczyni. – Na pewno jednak zależało nam na tym, by sami sobie zapracowali na przyszłość. I to nam się udało, bo trenerzy za oceanem nie wiedzieli nawet, że to synowie byłego koszykarza – dodaje. Sama, jako nastolatka, większej styczności ze sportem nie miała, jedynie w szkole podstawowej biegała na dłuższych dystansach. Wszystkiego uczyła się przy mężu. – Nie miałam talentu do sportu – pokornie przyznaje.

Na boisku zawsze się szukamy

To, że bliźniacy nie pojawiali się do tej pory w mediach, również było świadomym działaniem. Udało się jednak zamienić z nimi kilka słów i trzeba potwierdzić – to niezwykle grzeczni, skromni, a jednocześnie świadomi celów chłopcy.

– Czego nauczał nas tata? Pokazał nie tylko, o co chodzi w koszykówce, ale też jak być prawdziwym, dobrym człowiekiem, nie oszustem – mówi Jan. Cel? – NBA! Albo Euroliga, jeśli z jakiegoś powodu to pierwsze miałoby nie wyjść. Ale wolimy zagrać w NBA, razem. W końcu zawsze szukamy się na boisku – przyznaje. Tata w polskiej lidze zdobył ponad 10 tysięcy punktów, synowie mogą nie zdobyć tyle nawet do spółki. – Wątpię, żebyśmy trafili do naszej ligi. Po prostu nie jest zbyt wymagająca, trzeba sobie stawiać wyższe cele – zapewnia Jan.

Szymon, jak to bliźniak, ma podobny światopogląd. – Mogę potwierdzić to, co powiedział Jasiu. Tata nauczył nas koszykówki, wielu ruchów na boisku, zagrań. A poza tym wpajał, by nikogo w życiu nie oszukiwać – przekonuje fan Celtów z Bostonu. Jan to zwolennik San Antonio Spurs. Obaj lubią gry komputerowe i nie ukrywają, że są kinomaniakami. – Lubimy też wyjść z kolegami do miasta, właśnie na jednego czekamy i wybieramy się do pokoju, z którego trzeba się wydostać w ciągu godziny (escape room – WoK) – zdradza Jaś.

Za oceanem zamieszkają w jednym apartamencie, a czy stęskniona mama faktycznie do nich dołączy? – Myślę, że tak. Jest tam też kuchnia, więc znajdzie sobie zajęcie
– uśmiecha się Szymon, który o krajowej lidze zdanie ma podobne, jak brat. Fajerwerków w niej nie dostrzega.

Hala imienia Adama Wójcika

Na razie rodzina mieszka pod Wrocławiem, w gminie Kobierzyce. Tam też Adam, zmarły w wieku 47 lat w ubiegłym roku, spędził ostatni fragment życia. Z Jerzym Binkowskim, byłym kolegą z parkietu, szkolił młodzież. Na sobotę, 26 maja, zaplanowano uroczystość nadania tamtejszej hali imienia Adama Wójcika. – To fantastyczna inicjatywa rady gminy i wójta Ryszarda Pacholika. W ten sposób chcą zachować pamięć o Adasiu, za co bardzo dziękuję – podkreśla małżonka jednego z najwybitniejszych i najefektowniejszych polskich koszykarzy. A przy okazji jednego z najbardziej lubianych.

W 1993 roku Adam Wójcik był bliski testów w Los Angeles Clippers, jednak na pierwszego Polaka w najwspanialszej lidze świata musieliśmy czekać do 2002 roku. Wtedy to z Memphis Grizzlies związał się Cezary Trybański. Rok później do NBA trafił Maciej Lampe, a po kolejnych trzech latach Marcin Gortat. Czy niebawem Jan i Szymon Wójcikowie pomogą skompletować symboliczną, biało-czerwoną pierwszą piątkę? Malujcie, chłopaki, tę historię!

Wojciech Koerber

"Chciałem być tak jak on". Wrocław oddał hołd Adamowi Wójcikowi

najpopularniejsze

Wielki powrót Johaug. Znakomita forma Norweżki

Puchar Davisa: mistrzowskie zakończenie meczu. Piękny lob Cilicia i wygrana Chorwacji!

Złowione w sieci: echa skandalu w Buenos Aires. Raków gratuluje Robertowi Kubicy

Pierwsza konferencja Nawałki: praca w Lechu Poznań to wyzwanie

Grupa marzeń i śmierci Jerzego Brzęczka. Selekcjoner wybrał rywali w eliminacjach