tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Lech na miarę Pucharu. "Byliśmy jak rodzina"

– Gramy o chwałę, o honor i o coś więcej panowie – o historię tego klubu, o historię dla Was, dla każdego – takimi słowami, na kilka minut przed rewanżowym meczem finału Pucharu Polski z Legią Warszawa, trener Czesław Michniewicz motywował piłkarzy Lecha. Kolejorz przy Łazienkowskiej co prawda przegrał 0:1, ale dzięki zaliczce z pierwszego spotkania sięgnął po trofeum. – To był wyjątkowy zespół. Pracowałem później w kilkunastu innych klubach, ale nigdzie nie spotkałem się z tak wspaniałą, rodzinną atmosferą – wspomina obecny trener kadry U21.
(Fot. TVP)

Dwa tygodnie przed rewanżowym meczem przy Łazienkowskiej, Lech pokonał Legię na własnym stadionie 2:0. – Wiedzieliśmy, że w Warszawie czeka nas strasznie trudne zadanie. Byliśmy przekonani, ze sędzia nie będzie nam sprzyjał, że zawodnicy i kibice Legii zrobią wszystko, by nam ten puchar odebrać. Końcówka była dramatyczna. Do przerwy dwóch naszych zawodników musiało zostać zmienionych z powodu kontuzji i zdawaliśmy sobie sprawę, że jeżeli nie wygramy w 90 minutach, to w dogrywce czekać nas będzie ekstremalnie trudne zadanie – opowiada Piotr Reiss, ówczesny kapitan Lecha.

Piłkarze Lecha po zwycięstwie w Pucharze Polski (Fot. PAP) Sami zawodnicy nie zdawali sobie sprawy, że rewanż mogli grać przy Bułgarskiej. – Jeżeli chodzi o gospodarza pierwszego meczu, to miało być losowanie. Lech zwrócił się jednak z prośbą do PZPN, by rywalizację rozpocząć w Poznaniu – tłumaczy Michał Lipczyński, w 2004 roku członek zarządu Kolejorza.

Sam Lipczyński tego w pełni nie potwierdza, ale głównym powodem takiego rozwiązania miała być obawa, że w przypadku niekorzystnego rezultatu w pierwszym spotkaniu, rewanż w stolicy Wielkopolski nie będzie się cieszył dużym zainteresowaniem. Dla biednego wówczas Lecha, każda złotówka była na wagę złota.

My jako piłkarze dowiedzieliśmy się o tym dopiero po meczu. To oczywiście była zrozumiała decyzja, a koniec końców odebranie pucharu przy Łazienkowskiej miało swój smaczek – twierdzi Reiss. – Szczerze mówiąc myślałem, że tak się wylosowało. Organizacja meczów leżała w gestii zarządu. Ja żadnych pretensji później oczywiście nie miałem – potwierdza Michniewicz.

Przed pierwszym meczem doszło do bezprecedensowej sytuacji. Władze Poznania nie zgodziły się na przyjazd kibiców gości, więc fani Lecha wzięli sprawy w swoje ręce. Dogadali się z legionistami, którzy usiedli na trybunie przeznaczonej dla gospodarzy. – Zaufaliśmy naszym kibicom, którzy zapewnili zarząd, iż zorganizują wszystko jak należy. Wokół kibiców Legii usiadła nasza "grupa sportowa" i pilnowała, by nie doszło do żadnych incydentów – opowiada Lipczyński.

Dwa tygodnie później okazało się, że rozejm nie potrwał długo. Gdy piłkarze Lecha odbierali medale, zostali zaatakowani przez kibiców Legii. Pucharu musieli bronić sami zawodnicy Kolejorza. – Piotrek Świerczewski był najbliżej atakujących kibiców, ale nagle przestał uciekać i stanął naprzeciw nich. Legionistów zatkało. Piotrek ściągnął medal i powiedział do prezesa Sołtysa: – Radek, potrzymaj, ja się nimi zajmę! Potem zaś, zwracając się już bezpośrednio do kibiców: – A teraz panowie, pojedynczo! – śmieje się Reiss.

Piotr Świerczewski (z lewej) i Tomasz Sokołowski II (z prawej( (Fot. PAP) Gdy Świerczewski puchar i medale obronił, lechici ruszyli w drogę powrotną. Kapitan Lecha wspomina, że brał udział w kilku fetach, ale ta po zdobyciu Pucharu Polski była wyjątkowa. – Trzeba pamiętać, ze to były trochę inne czasy. Z Warszawy do Poznania nie było jeszcze autostrady, jechało się zwykłą drogą. Pamiętam, że wracaliśmy dwoma autobusami. W jednym jechali piłkarze, w drugim sponsorzy, zarząd itd. Zatrzymywaliśmy się prawie na każdej stacji benzynowej. Robiliśmy kółko, w środku stawialiśmy puchar i tańczyliśmy, śpiewaliśmy. Coś wspaniałego i niepowtarzalnego. Do domu wróciliśmy gdy już świtało – opowiada.

Czechu zamiast Czecha

Historia tej drużyny rozpoczęła się kilka miesięcy wcześniej. We wrześniu 2003 roku, po porażce z Groclinem Grodzisk Wielkopolski, za wielką aprobatą kibiców z klubem rozstał się Libor Pala. Na stanowisku zastąpił go Michniewicz.

Od razu po meczu Lecha planowałem wracać do Gdyni, bo następnego dnia miałem podpisać kontrakt z Arką. Pan Gieniu, magazynier, który do dzisiaj pracuje w Lechu, zdenerwowany po porażce coś tam sobie wypił, zamknął magazyn i poszedł do domu. Przez to nie mogłem odebrać swojej torby, którą zostawiłem u niego jeszcze przed meczem. Musiałem przenocować u kolegi i dopiero rano spotkałem się z Gieniem. Odebrałem torbę i ruszyłem na dworzec. Na wysokości Gniezna zadzwonił prezes Radosław Majchrzak i zapytał, czy byłbym zainteresowany rozmową. Wysiadłem z pociągu, wziąłem taksówkę i przyjechałem na Bułgarską – relacjonuje.

Czesław Michniewicz w roli trenera Lecha Poznań (Fot. PAP) – Pewna osoba będąca bardzo głęboko w środowisku piłkarskim zaproponowała nam tę kandydaturę. O tym, co działo się wówczas w Lechu decydowało pięć osób. Trzej członkowie zarządu, dyrektor sportowy Przemysław Erdman i doradca zarządu. Ja co prawda nie zajmowałem się sprawami sportowymi, ale poproszono mnie bym również był obecny podczas tej rozmowy. Muszę przyznać, że trener Michniewicz mnie zafascynował. Wspaniale opowiadał o piłce, od razu pokazał nam, gdzie zespół popełnia błędy, jak należy je naprawić. Na koniec przeprowadziliśmy głosowanie. Stosunkiem głosów 3:2 Czesiu został szkoleniowcem Lecha – opowiada Lipczyński.

Z trenerem na "ty"

34-letni wówczas Michniewicz objął zespół, w którym występowali jego rówieśnicy. – Znałem go jeszcze z boiska, ponieważ był bramkarzem w Amice. Gdy tylko został naszym trenerem, to spotkał się z całą drużyną na stadionie, a potem zaprosił najstarszych zawodników zespołu: Waldka Krygera, Piotrka Świerczewskiego i mnie do restauracji. Zaproponował nam przejście na "ty", ale z szacunku odmówiliśmy. Kilka dni później wyjechaliśmy na zgrupowanie do Drzonkowa pod Zieloną Górą. Tam nie tylko ciężko pracowaliśmy, ale też kilka razy integrowaliśmy się aż do świtu – wspomina Reiss.

Michniewicz na stanowisku zastąpił wyszydzanego w Poznaniu Libora Palę. Czech żegnał się ze stolicą Wielkopolski w bardzo słabym stylu, a kibice zapamiętali go głównie jako rzekomego autora dziwnych pomysłów treningowych. – To wcale nie był zły trener. On po prostu chciał wprowadzić dużą dyscyplinę taktyczną. My Polacy nie jesteśmy nauczeni słuchania szkoleniowca. Pala miał bardzo dobry warsztat, tylko my nie dorośliśmy do jego pomysłu na grę. Żadnych dziwnych metod nie pamiętam. Chyba sobie ktoś powymyślał brednie, bo ja nie widziałem ani nikt mi o tym nawet nie opowiadał. Normalny szkoleniowiec, który chciał się bronić za linią piłki. Dziś też jestem mądrzejszy i wiem, że to był dobry pomysł. Niestety wtedy ja i reszta zespołu nie za bardzo to rozumieliśmy, a kibice byli niecierpliwi – zaznacza Piotr Świerczewski.

Jak to się stało, że Świerczewski trafił w ogóle do kluby mającego tak duże problemy finansowe? – Formalnie byłem zawodnikiem Olympique Marsylia, ale kiedy przyjechałem do Poznania, to na stadionie spotkałem Sebastiana Kulczyka. Wszystkim wydawało się wtedy, że niebawem on wejdzie do klubu i zacznie się finansowe eldorado. Okazało się jednak, że audyt, który robili nie wypadł najlepiej i cały pomysł upadł. Wiele niestety było w tamtym czasie ściemniania. Przecież ja też chciałem zarabiać pieniądze. Graliśmy za darmo albo za jakieś pół wypłaty. Starsi zawodnicy pożyczali młodszym pieniądze – dodaje.

Piłkarze Lecha Poznań (fot. TVP) Zespół złożony był przede wszystkim z rodzimych zawodników. Do doświadczonych – Reissa, Świerczewskiego, Bosackiego i Krygiera, dołożono młodych piłkarzy z regionu – Mariusza Mowlika, Michała Golińskiego, Damiana Nawrocika, Zbigniewa Zakrzewskiego. – Nigdy się z czymś takim wcześniej nie spotkałem. Chłopaki z Wildy, Rataj, Łazarza. Oni nawet bez pieniędzy niesamowicie się angażowali. Dla nich gra w Lechu to było spełnienie marzeń, a pewnie w tym czasie to była jedyna okazja, by mogli w tym grać dla tego klubu. To była dla nich wyjątkowa chwila biegać po tej samej murawie co np. Mirosław Okoński – mówi Świerczewski.

Lubię powtarzać, że było biednie, ale godnie. Zarząd robił wszystko, by w tych trudnych czasach niczego nam nie brakowało. Czasem oczywiście zdarzały się trudne momenty. Zdarzało się, iż musieliśmy opóźnić wyjazd na mecz, bo przelew do hotelu nie mógł dotrzeć na czas. Wszelkie problemy rekompensowała jednak fenomenalna atmosfera. Byliśmy jedną, wielką rodziną – twierdzi Michniewicz.

Epilog

Rok później graliśmy z Legią Warszawa w ćwierćfinale Pucharu Polski. W rewanżu, przy Łazienkowskiej, remisowaliśmy do 90. minuty 1:1. Taki wynik dawał nam awans. W doliczonym czasie gry sędzia w narożniku boiska powinien podyktować rzut wolny dla nas, a tymczasem gwizdnął go dla gospodarzy. Artur Boruc zamiast na linii końcowej, ustawił piłkę trzydzieści metrów dalej i po chwili Legia miała kolejny rzut wolny, po którym straciliśmy kuriozalnego gola samobójczego. Pamiętam, że "Telich" i "Zaki" szydzili później z "Mowlaja". Udawali głos spikera Wojciecha Hadaja i krzyczeli: bramkę dla Legii zdobył Mariuuuusz Mowlik – kończy Michniewicz.

najpopularniejsze

Mundial 2018. Anna Lewandowska pocieszała "Lewego" po porażce

Mundial 2018. Polska – Senegal 0:2: gol Nianga

Mundial 2018: grupa H, Polska – Senegal (skrót)

Mundial 2018. Polska – Senegal 0:1: samobójczy gol Cionka

Mundial 2018. Kamil Grosicki: w ofensywie nie mieliśmy nic do zaoferowania