tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Hokej na pustyni Nevada. Złoci Rycerze piszą historię

Niesamowita podróż debiutantów z Vegas Golden Knights wciąż trwa. Zdaniem większości obserwatorów, trwający scenariusz nie miał prawa mieć miejsca, ale historia płata przeróżne figle, a sport udowadnia, że nawet w swoim najbardziej profesjonalnym wydaniu bywa nieprzewidywalny. Rycerze w swoim inauguracyjnym sezonie walczą o Puchar Stanleya, ale hokej na pustyni Nevada pojawił się znacznie wcześniej niż jesienią 2017 roku. Także ten w wydaniu NHL.
Hokeiści Vegas Golden Knights (fot. Getty)

Będzie nowy mistrz NHL

Pod koniec lat 60. XX wieku narodził się pomysł, by zebrać pracujące w Las Vegas grono potrafiących jeździć za krążkiem gości i stworzyć amatorską ekipę. W ten sposób do życia powołano Las Vegas Gamblers, którzy niebawem zdecydowali się dołączyć do rozgrywek California-Nevada Hockey League, rywalizując w nich w latach 1968-71. Poważnym problemem Gamblers był fakt, że CNHL była ligą półprofesjonalną, a zawodnicy klubów w niej występujących powinni otrzymywać za swoją grę wynagrodzenie (choćby skromne). Tymczasem w Vegas, jak wieść niosła, większość graczy nie widziała choćby centa za udział w ligowych zmaganiach. Gamblers swoje mecze rozgrywali w hali International Ice Palace, ale po trzech latach zniknęli z hokejowej mapy USA.

Na ich miejsce błyskawicznie jednak wskoczyli Las Vegas Outlaws. Funkcjonowali przez dwa sezony, ale nie występowali w żadnych zorganizowanych rozgrywkach. Obok takich ekip jak np. Milwaukee Admirals, Reno Aces, Erie Lions, Washington Chiefs czy New Jersey Rockets byli zaliczani do grona zespołów niezależnych, rozgrywając mecze między sobą lub rywalizując towarzysko z drużynami z innych lig. W pierwszym roku swojego istnienia podopieczni "Bucky’ego" Buchanana wygrali 29 spośród 41 rozegranych spotkań, w drugim było jeszcze lepiej – na lodzie pojawili się 43 razy, zjeżdżali z niego jako zwycięzcy w 34 przypadkach. Największą gwiazdą tamtego zespołu był Bryant Bogren – pochodzący z Lucky Lake w Saskatchewan niewysoki napastnik w sezonie 1971/72 zdobył 30 goli i zanotował 67 asyst. Niestety, przygoda Outlaws zakończyła się w 1973 roku i tym samym mieszkańcy Las Vegas na niemal dwie dekady stracili możliwość emocjonowania się zmaganiami hokeistów.

Brayden McNabb (fot. Getty)

Nowy oddech w zamarłe hokejowo miasto tchnął sam "The Great One", gdy 27 września 1991 roku na specjalnie zbudowanym lodowisku przed kasynem "Caesars Palace" zagrali ze sobą towarzyski pojedynek gracze Los Angeles Kings i New York Rangers. Ponad trzynastotysięczna widownia obejrzała niezłe spotkanie, choć pogoda była wyjątkowo mało hokejowa. Pomimo rozgrywania spotkania późnym wieczorem temperatura powietrza nadal zbliżona była do 30 stopni Celsjusza, co mocno utrudniało grę zawodnikom obu zespołów, ale przede wszystkim powodowało ogromne problemy z utrzymaniem właściwego stanu lodowiska. Mecz lepiej rozpoczęli nowojorczycy, którzy dzięki trafieniom Tony’ego Amonte i Douga Weighta objęli prowadzenie. W kolejnych minutach Kelly Hrudey pozostał już jednak niepokonany, a do bramki Strażników trafiać zaczęli kalifornijczycy. W gronie strzelców znalazły się wielkie gwiazdy zespołu z LA Wayne Gretzky i Jari Kurri, ale również Brian Benning (eks-defensor Królów, który jest ojcem Matta, młodego obrońcy Edmonton Oilers) i Sylvain Couturier (którego syn Sean jest obecnie gwiazdą Philadelphia Flyers).

Zainteresowanie tamtym pojedynkiem potwierdziło, że w Nevadzie jest hokejowy potencjał. W 1993 roku International Hockey League przyjęła do swojego grona ekipę Las Vegas Thunder. Drużyna występowała w hali Thomas&Mack Center, należącej do uczelni UNLV. Trenerem nowego zespołu został Butch Goring, a Thunder przyszło rywalizować w jednej dywizji z m.in. San Diego Gulls i Phoenix Roadrunners. Przez sześć kolejnych lat istnienia właśnie te ekipy (oraz Utah Grizzlies i Long Beach Ice Dogs) pozostawały największymi rywalami Grzmotu.

Vegas, czyli twierdza prawie nie do zdobycia

Już w swoim inauguracyjnym sezonie ekipa Thunder była prawdziwym objawieniem ligi. Wygrywając 52 spotkania zostali najlepszym zespołem sezonu zasadniczego, ale ulegli w pierwszej rundzie playoff Gulls (wygrywając tylko jedno z trzech spotkań na własnym lodzie). Najlepszym strzelcem tamtego zespołu był, zdobywając 55 goli i dokładając 53 asysty, Ken Quinney, były napastnik m.in. Quebec Nordiques. Świetnie rozgrywał krążek Patrice Lefebvre, który był bez wątpienia legendą Thunder – grał w zespole przez wszystkie 6 sezonów, notując w najlepszych momentach ponad 110 punktów. Filigranowy prawoskrzydłowy zdobył dla ekipy z Las Vegas łącznie ponad 570 punktów, w każdym z sezonów zasadniczych notując średnią znacznie ponad punkt na mecz.

W zespole było kilku graczy z przeszłością w NHL, m.in. bramkarz Clint Malarchuk (eks-golkiper Nordiques, Capitals i Sabres), środkowy Brent Ashton (mający na koncie prawie 1000 spotkań w barwach m.in. Canucks, North Stars, Red Wings czy Jets – jego syn Carter grywał w ostatnich latach w barwach Toronto Maple Leafs) czy też były obrońca Penguins i Kings Rod Buskas. Ważną postacią defensywy był również Todd Richards, późniejszy szkoleniowiec chociażby Wild czy Blue Jackets. Ogromne znaczenie dla sytuacji kadrowej Thunder miały jednak przede wszystkim umowy z Phoenix Coyotes, Knoxville Cherokees, Mississippi Sea Wolves oraz Lokomotiwem Jarosław. Dzięki takim porozumieniom oraz indywidualnym umowom z hokejowymi agentami, chcącymi promować swoich zawodników, w Las Vegas zagrali chociażby Radek Bonk (trzeci najlepiej punktujący zawodnik w inauguracyjnym sezonie, choć liczył sobie w dniu debiutu niespełna 18 lat), tragicznie zmarły łotewski napastnik Sergejs Żoltoks, wypożyczony z Senators na czas lockoutu w sezonie 1994/95 Aleksiej Jaszyn (zdobył 35 punktów w 24 meczach), oczekujący na wybór w drafcie Rusłan Salei, toczący batalię o nowy kontrakt Petr Nedved, a także znajdujący się w podobnej sytuacji Pavol Demitra.

Marc-Andre Fleury (fot. Getty)

W sezonie 1994/95 Thunder opuścił Butch Goring, przenosząc się do Denver Grizzlies, z którymi nie tylko wygrał sezon zasadniczy, ale i całe rozgrywki IHL. Ekipę z Las Vegas przejął Rob Strumm, prowadząc do występu w drugiej rundzie playoff, gdzie lepsi okazali się Milwaukee Admirals. Rok później Thunder ponownie zaprezentowali się znakomicie – w trakcie sezonu funkcję trenera objął grający jeszcze do niedawna Chris McSorley, starszy brat znacznie bardziej znanego hokejowym kibicom Marty’ego. Pod jego wodzą zespół wygrał w cuglach rozgrywki sezonu zasadniczego, wygrywając 57 spośród 82 rozegranych meczów. Niestety, na ich drodze po Puchar Turnera stanęli w trzeciej rundzie playoff zawodnicy Goringa. Grizzlies okazali się lepsi w sześciomeczowej serii, po kilkunastu dniach broniąc trofeum sprzed roku.

W dwóch kolejnych sezonach ani McSorley, ani zastępujący go po jakimś czasie Clint Malarchuk, nie byli w stanie powtórzyć tego osiągnięcia. Szczytem możliwości Thunder stał się awans do playoff, którego ostatecznie zabrakło w sezonie 1998/99, gdy zespoł prowadził Bob Bourne (środkowy z mistrzowskiej dynastii Islanders z początku lat 80. XX wieku). To był początek końca drużyny, w której epizody w roli graczy zanotowali m.in. Curtis Joseph, Glen Gulutzan czy doskonale obecnie znany sędzia NHL Wes McCauley, a jej maskotką był "Boom-Boom", niedźwiedź polarny, który do klubu z pustyni pasował niczym potężny kaktus do arktycznego krajobrazu. Niestety, władzom Thunder nie udało się podpisać nowej umowy z przedstawicielami UNLV w sprawie korzystania z hali, a wobec jej braku zdecydowali się wycofać klub z rozgrywek.

Gdy jednak Thunder jeszcze funkcjonowali, próbowano uruchamiać w Las Vegas inne hokejowe projekty. Eks-obrońca Oilers, Bruins i Rangers, Larry Melnyk, który karierę zakończył w 1990 roku, zgłosił do rozgrywek Pacific Southwest Hockey League zespół Las Vegas Aces, ale ten po roku już był historią. Jeszcze krócej istnieli Las Vegas Ice Dice (pamiętani chyba tylko ze względu na nazwę), których co prawda zgłoszono do North American League, ale nie zagrali w niej nawet jednego meczu. Swoje jednosezonowe historie miały również w mieście drużyny hokeja na rolkach – trenowani przez złotego medalistę olimpijskiego z Lake Placid Kena Morrowa Las Vegas Flash (ich właścicielami byli m.in. Mark Messier i Tony Danza) prezentowali się fatalnie, wygrywając tylko 6 z 22 meczów, a grający kilka lat później Las Vegas Coyotes, choć prezentujący się znacznie lepiej sportowo, szybko podzielili ich los.

W 1997 roku, a więc w czasie, gdy Thunder jeszcze funkcjonowali na sportowej mapie Vegas, ekipa Los Angeles Kings ponownie zagościła w drugiej połowie września w Nevadzie, by zagrać towarzysko przeciwko Colorado Avalanche. Tak narodziła się coroczna rywalizacja znana pod nazwą "Frozen Fury". Do 2016 roku osiemnaście edycji – niemal wszystkie odbyły się w MGM Gran Garden Arena, największym obok hali Thomas&Mack Center obiekcie sportowym w mieście, w którym organizowano m.in. wiele słynnych walk bokserskich, w tym tę pomiędzy Bruce’em Seldonem i Mike’iem Tysonem, po której śmiertelnie postrzelono Tupaka Shakura. Ostatnią odsłonę "Frozen Fury" w 2016 roku rozegrano już w T-Mobile Arena, gdy niemal pewnym było już, że niebawem mieszkańcy Nevady zyskają własny zespół w NHL.

Hokeiści Vegas Golden Knights (fot. Getty)

W pierwszej edycji wrześniowych meczów Kings w Las Vegas to gracz Avalanche, Josef Marha, otworzył wynik w pierwszej tercji. Dzięki trafieniu Joe Sakicia na 40 sekund przed końcem trzeciej odsłony gry ekipa z Colorado doprowadziła do dogrywki, którą jednak zwycięsko zakończyli Królowie, dzięki bramce Dona MacLeana. Rok później rozegrano dwumecz, a obie ekipy podzieliły się wygranymi. W 1999 roku po raz pierwszy rywalem Kings nie była Lawina – do Vegas zjechali Phoenix Coyotes, ale nie zdołali ani razu pokonać Stephane’a Fiseta, a wśród strzelców 4 goli dla Królów był m.in. Dan Bylsma. Dwa lata później doszło do kalifornijskich derbów na pustyni – przeciwko ekipie z LA stanęli gracze San Jose Sharks, ale świetna postawa słowackiego duetu Jozef Stumpel & Ziggy Palffy pozwoliła graczom Kings na odniesienie zwycięstwa.

W kolejnych dziewięciu edycjach znów rywalizowali Królowie z Avalanche (wygrywając 6 razy), by w 2013 roku stanąć naprzeciwko nowojorskim Strażnikom. Rewanż za mecz sprzed 22 lat nie udał się gościom ze wschodniego wybrzeża. Pierwszego gola stracili już po 15 sekundach meczu (Anże Kopitar wpisał się na listę strzelców), by przed końcem drugiej tercji prowadzić już 4:1 i spokojnie kontrolować przebieg spotkania. Na zakończenie corocznej zabawy w Vegas w 2016 roku doszło do podwójnej rywalizacji. Na początku października Kings mierzyli się najpierw z Dallas Stars, ulegając 3:6, by dzień później po dogrywce przegrać 1:2 z Colorado Avalanche.

"Obrona stulecia". Owieczkin aż złapał się za głowę

Gdy Kings organizowali w Vegas trzecią odsłonę Frozen Fury, było już niemal pewne, że miejsce Thunder na sportowej mapie Nevady zajmie nowa ekipa hokejowa. Władzom West Coast Hockey League zależało, by w Las Vegas funkcjonował klub, który mógłby zagospodarować całkiem sporą, jak się okazywało, rzeszę sympatyków uganiania się za krążkiem. Na swój debiut Wranglers musieli jednak poczekać prawie trzy lata – z powodu braku hali spełniającej kryteria ligi zespół nie był dopuszczony do rozgrywek. Sytuację zmieniła dopiero decyzja właścicieli Orleans Hotel & Casino, którzy postanowili wybudować własny obiekt sportowy, mogący pomieścić niemal 10 tysięcy widzów. Zespół Wranglers mógł więc myśleć o przystąpieniu do zmagań jesienią 2003 roku, a trenerem i menedżerem ogłoszono eks-gracza i szkoleniowca Fresno Falcons, Glena Gulutzana. Dzięki temu ostatniemu i jego znajomości z Darrylem Sutterem, menedżerem Calgary Flames, błyskawicznie doszło do nawiązania współpracy z Płomieniami.

Do 2009 roku zespół pod wodzą Glena Gulutzana dotarł nawet do finałów Kelly Cup, ale uległ w nich w siedmiomeczowej batalii Cincinnati Cyclones. Po jego odejściu Ryan Mouganel objął posadę szkoleniowca i przy wsparciu m.in. Keitha Primeau doprowadził Wanglers do drugiego w historii klubu występów w finałach Pucharu Kelly’ego. Ponownie ekipa z Vegas musiała jednak uznać wyższość rywali, tym razem ulegając w pięciu meczach zespołowi Florida Everblades. To był ostatni prawdziwie pozytywny akcent w historii Wranglers. W kolejnych dwóch latach grali coraz słabiej, szybko też odpadając z rywalizacji w playoff ECHL. Do tego właściciele hali Orleans Arena odmówili przedłużenia wynajmu obiektu, a alternatywne pomysły nie wypaliły. Niebawem ogłoszono, że drużyna przestaje istnieć.

Hokeiści Vegas Golden Knights (fot. Getty)

Drużyna Wranglers pozostała jednak w pamięci sympatyków hokeja w Las Vegas, nie tylko przez charakterystyczne logo i stroje czy też byka "Księcia" ("The Duke"), mierzącą sobie ponad 220 cm wysokości klubową maskotkę, która wielokrotnie była uznawana przez władze ECHL za najlepszą w całej lidze. Zespół tworzyło na początku kilku eks-graczy NHL z braćmi Jasonem i Mike’iem McBainami na czele. Wśród byłych zawodników Wranglers był również Deryk Engelland, stanowiąc pomost pomiędzy historią i teraźniejszością hokeja w mieście. Golden Knights nawiązują zresztą do swoich poprzedników także osobliwymi pomysłami promocyjnymi.

To właśnie osoby odpowiedzialne za marketing Wranglers jako pierwsze wpadły na pomysł, by np. co roku rozegrać jedno ze spotkań o północy ("The Midnight Roundup"), co miało umożliwić obejrzenie go przez pracowników kasyn i hoteli, pracujących zwykle w porach, w których rozgrywano mecze. Na tym jednak nie skończyli – gdy w Stanach Zjednoczonych opinia publiczna żyła aferą z udziałem Dicka Cheneya, który postrzelił w trakcie polowania swojego współpracownika, w Las Vegas odbył się mecz, na którym część widowni miała na sobie pomarańczowe kamizelki z napisem: "Don’t Shoot… I’m Human!". Szpilę wbito również NHL w trakcie lockoutu, który doprowadził do odwołania meczu na otwartym stadionie z cyklu "Winter Classic" w 2013 roku – Wranglers zorganizowali własne wydarzenie hokejowe pod szyldem "Indoor Winter Classic", a kapitanowi zwycięskiej drużyny wręczono trofeum z postacią "Księcia" na górze, otoczoną łańcuchem i zamkniętą specjalną kłódką.

Widać doskonale, że pomysłowości w stolicy hazardu nigdy nie brakowało, a Golden Knights mają jeszcze sporo do zrobienia, by dogonić Wranglers w tym względzie. Na razie zapewniają jednak swoim fanom zupełnie inne emocje. I chwała im za to.

Po więcej tekstów o NHL zapraszamy na stronę NHLW.PL

najpopularniejsze

Mundial 2018. Kłos: na grę zasłużył Bereszyński

Mundial 2018. Argentyna – Chorwacja 0:1: gol Ante Rebicia

Peter Odemwingie: Lewandowski musi dostać zdecydowanie lepsze wsparcie

Mundial 2018. Argentyna – Chorwacja 0:2: gol Luki Modricia

Mundial 2018. Argentyna – Chorwacja: chamskie zachowanie Otamendiego