tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Kamil Łączyński: gra za granicą? Chcę wykorzystać pięć minut

Przez lata był uznawany za zmarnowany talent polskiej koszykówki. Krytycy mówili, że jest wolny, nie ma odpowiednich warunków fizycznych, jest za słaby psychicznie i nie jest w stanie poprowadzić drużyny do medalu. W tym sezonie zadziwił wszystkich – był podstawowym rozgrywającym Anwilu Włocławek, któremu dał drugie w historii, a pierwsze od 15 lat mistrzostwo Polski. Do tego został wybrany MVP finałów. – Nie zrobiłem tego, żeby komuś cokolwiek udowodnić. Ludzie, którzy mnie krytykowali, nie są dla mnie żadnymi autorytetami – stwierdził w rozmowie ze SPORT.TVP.PL.
Kamil Łączyński (fot. PAP/Tytus Żmijewski)

Adrian Koliński, SPORT.TVP.PL: – Rok temu rozmawialiśmy po sensacyjnej porażce z Czarnymi w ćwierćfinale, teraz spotykamy się po mistrzowskim tytule Anwilu. Jaki to był rok?
Kamil Łączyński:
– Bardzo dobry, choć początki nie były łatwe. Ludzie wokół mówili, że zostawienie w Anwilu Igora Milicicia i Łączyńskiego nie jest dobrym pomysłem. I choć chciałem się od tego odciąć, to w stu procentach się nie dało. Dziś ludzie są pochłonięci życiem w social mediach, a Włocławek nie jest tak dużym miastem jak Warszawa i z każdej strony można było usłyszeć, że to się nie uda. To była trudna sytuacja, lecz po okresie przygotowawczym i po tym jak Igorowi udało się dobrać zawodników, charakterologicznie i koszykarsko, zaczynałem myśleć, że ta drużyna może dużo osiągnąć. Nie chciałem tego głośno mówić, bo w zeszłym roku również wydawało się, że wszystko idzie w dobrym kierunku, a wiadomo jak się skończyło.

– Według moich informacji, zeszłego lata kilka klubów chciało cię pozyskać, ale tylko w roli drugiego rozgrywającego. Ty zagrałeś wszystkim na nosie i pokazałeś, że możesz poprowadzić zespół do mistrzostwa.
– Nie zrobiłem tego, żeby zagrać komuś na nosie. Wygrałem spotkanie i wszyscy mówią o mnie w superlatywach, a rok temu przegrałem i byłem tym najgorszym. Nikt nie pamięta, że sezon zasadniczy – i ten, i zeszły – miałem podobny. Może teraz statystyki były lepsze, bo moja pewność rosła. Dopiero wynik, jakim jest złoty medal i statuetka MVP finałów, potwierdził, że mogę. Nigdy nie będę liderem punktowym. W tym roku też świecił głównie Ivan Almeida, a także Josip Sobin czy Paweł Leończyk w tym aspekcie. Ja potrafiłem się dostosować do tego, o co mnie prosił Igor. Celem nadrzędnym było, żebym prowadził grę zespołu i dbał o każdego zawodnika. Zawsze dobro zespołu przedkładam nad indywidualne statystyki. Wiem, że np. Ivan potrzebował 12 rzutów w meczu, ja nie. Były spotkania, w których zdobywałem więcej punktów, ale były też takie, w których oddawałem dwa czy trzy rzuty. Wyobraź sobie, gdyby przyszedł amerykański zawodnik i oddał dwa rzuty przez 25 minut. Wszyscy powiedzieliby, że się nie nadaje i jest do zwolnienia.

– Mówisz, że nigdy nie będziesz liderem punktowym, a już myślałem, że w tych play-offach narodził się Łączyński-strzelec.

– Średnia dziesięciu punktów, jaką miałem w play-offach, to średnia, którą powinienem mieć zawsze. Czyli jakieś dwie celne trójki, akcja za dwa i dwa wolne. To jest wynik, który gracz na pozycji nr jeden, grając przez 20-25 minut, powinien "wykręcać". Bo rozgrywający, który nie straszy trójką, to żaden rozgrywający. Przede wszystkim zabiera sobie atut, żeby wejść pod kosz, bo przeciwnicy go odpuszczają na obwodzie i nie ma możliwości penetracji i kreowania akcji. Reasumując: powinienem mieć średnią z play-off, ale nie mam natury strzelca. Wielokrotnie to powtarzałem i pewnie już to się robi nudne, ale bardziej cieszę się z dziesięciu asyst, niż z dziesięciu punktów.

Igor Milicić (fot. PAP)

– Twój tata powtarza, że u rozgrywającego najpierw trzeba patrzeć w rubrykę asyst, a to, co dorzuci, to wartość dodana.
– To trochę punkt widzenia sprzed 15 lat. Dziś rozgrywającymi nazywani są zawodnicy, którzy grają z piłką i jej nie oddają. Te zespoły, które chciały mnie zatrudnić jako drugiego rozgrywającego, chciały postawić na takich graczy. Czyli rozgrywającego, który nie jest rozgrywającym, tylko strzelcem. W tym kierunku idzie koszykówka.

– Powiedziałeś mi w prywatnej rozmowie, że Igor Milicić jest uparty i nie da sobie nic powiedzieć. "Jeszcze wiele dzięki temu zyska, ale tym razem się nie udało" – mówiłeś po porażce z Czarnymi. Czy trener zmienił się od tamtego czasu?
– Absolutnie nie. Mam taki charakter, że nieraz wymieniałem z Igorem ostre słowa, nawet wówczas, gdy graliśmy razem w Koszalinie. Oczywiście pamiętam, że to mój trener, przełożony, ale zaufał mi. Czasami, gdy podczas meczu nie złapiemy kontaktu wzrokowego, nie boi się, że źle dobiorę zagrywkę. Cały czas dochodzi do zgrzytów i bardzo dobrze! Rozgrywającym powinien być facet z charakterem, a trener musi mieć charyzmę i pokazać, że rządzi. Jednak kiedy te dwie osoby idą w tym samym kierunku, a my niewątpliwie szliśmy, to stąd bierze się progres w grze – zarówno mojej, jak i całej drużyny.

– W dorosłej karierze najwięcej zawdzięczasz Miliciciowi?
– Na pewno wiele mu zawdzięczam, jednak nie mogę też zapomnieć o innych. Wojciech Kamiński też mi ufał.

– Pamiętam, że gdy grałeś w Rosie, po dwóch-trzech gorszych zagraniach trener Kamiński wołał cię na ławkę.
– Zupełnie inny trener. Po prostu taki ma styl prowadzenie zespołu. Wracając do Igora – dużo mi dał i dużo się od niego nauczyłem, ale już z punktu widzenia trenerskiego. Najważniejsze jest jednak to, że się dogadujemy.

– Jakie plany na przyszły sezon? Zostaniesz w Anwilu?
– Na razie skończył mi się kontrakt, myślę, że Anwil będzie chciał usiąść do rozmów, ale nie wykluczam innych opcji. Pozostanie we Włocławku jest jednak bardzo kuszące, tym bardziej, że zapowiadana jest gra w pucharach.

Zawodnicy Anwilu (fot. PAP)

– Rok temu mówiłeś, że chcesz spróbować sił za granicą. Kiedy, jak nie po takim sezonie?
– Nie ukrywam, że chcę wykorzystać swoje pięć minut i jeśli trafi się oferta z kategorii tych nie do odrzucenia, to raczej nie będę się zastanawiać.

– W Polsce pierwszeństwo ma Anwil?
– Zdecydowanie. Żebym się zastanawiał nad inną opcją, musiałaby to być niezwykle atrakcyjna oferta, a znając ligowe realia, jest to praktycznie niemożliwe.

– W zeszłym roku pytałem cię o najlepszego polskiego rozgrywającego. Jednego nie potrafiłeś wskazać, wymieniłeś trzech. Dziś podałbyś jedno nazwisko?
– Nie.

– Zmieniło się coś w tej trójce?
– Też nie. Krzysiu Szubarga rozegrał wspaniały sezon w drużynie, która bije się o play-offy, a Łukasz Koszarek utrzymał poziom, który prezentuje przez całą karierę, mimo że Stelmet zakończył rozgrywki bez medalu. Zresztą do tego potrzeba szczęścia. Ostatnie pięć minut piątego meczu półfinału ze Stelmetem, to sytuacja, która zdarza się raz na kilka lat. Równie dobrze ja mógłbym być w niebycie, a Łukasz cieszyć się z piątego złotego medalu. To, że teraz ja zamiast Łukasza mam medal na szyi, nie czyni mnie lepszym zawodnikiem. Prezentujemy wyrównany poziom. Nie można robić sztucznej hierarchii.

– Wywołałeś piąty mecz ze Stelmetem, w którym odrobiliście 21 punktów w ostatniej kwarcie. Jakie uczucia towarzyszyły wam na parkiecie? Bo na trybunach emocje były tak wielkie, że trudno to opisać.

– To było niesamowite. Kiedy doszliśmy ich na jeden punkt po trójce Almeidy, w hali był tak ogromny huk, że my nie słyszeliśmy siebie nawzajem. Ludzie wpadli w taki szał radości, że graliśmy na ich euforii. A celna trójka Hosleya, po której wyszliśmy na 82:78, to był moment, w którym wiedziałem, że ich mamy. Pomimo mojego wcześniejszego niecelnego wolnego i pudła Jarka Zyskowskiego. Nie zapominajmy, że zielonogórzanie mieli akcję na wygranie meczu. Koszarek już od połowy wołał Dragicevicia na zasłonę, ale nikt nie wiedział, co zrobić. "Drago" w czwartym meczu trafił za trzy na remis, a tym razem chwycił piłkę i od razu przerzucił ją do Savovicia. Nie chciał podjąć decyzji. Byli w szoku. I to tacy zawodnicy! Będzie co pokazywać wnukom.

Kamil Łączyński (fot. PAP)

– To była niesamowita obrona i wpadał prawie każdy rzut.
– Broniliśmy na całym boisku, nawet Ivan niesamowicie się włączył. Ale przede wszystkim atak. Przecież w ostatnich pięciu minutach zdobyliśmy 30 punktów.

– W defensywie idealnie funkcjonowała strefa Milicia, która była wyśmiewana przez większość sezonu. Jeden z trenerów nazwał ją "jakąś tam strefką".
– Nie chcę zdradzać niuansów, bo być może nadal będę grał u Igora w Anwilu, ale to jest tak specyficzna obrona, że mało która ekipa w Polsce jest w stanie się jej przeciwstawić. Oczywiście tracimy w niej też punkty, bo nie ma obrony, której nie można przejść. Tylko że nasza strefa wprowadza w tak duże zakłopotanie, bo jesteśmy przygotowani na zagrywki przeciwnika nie stojąc w strefie, tylko w tzw. matchupie – w założeniu wiemy gdzie piłka będzie szła. Chodzi o to, żebyśmy to my w danym położeniu mieli przewagę. Jest to fajnie wymyślone, ale wymaga od nas ogromnej pracy na treningach, bo złapanie tych wszystkich zasad jest piekielnie trudne.

– Jesteś w szerokiej kadrze reprezentacji na mecze eliminacji MŚ z Litwą i Kosowem. Masz sygnał od trenera Mike’a Taylora czy będziesz powołany?

– Wymienialiśmy smsy, gratulował mi sukcesu, ale nie rozmawialiśmy konkretnie.

– Dochodzą do mnie głosy, że może cię nie być w kadrze na najbliższe mecze.

– W tej chwili jestem szczęśliwy. Jeśli nie pojadę na zgrupowanie, będę rozczarowany, ale to nie koniec świata. Pokazałem przez ostatni rok, że potrafię i nie muszę niczego udowadniać.

– Zagrałeś w czterech ostatnich meczach eliminacji MŚ. Żałujesz czegoś?

– Żałuję, że bardzo słabo zagrałem na Węgrzech i nie ma co się tłumaczyć, że cały zespół zagrał źle. Nie wyszło nam to spotkanie i mam nadzieję, że już nigdy taki mecz się nie przydarzy, jeśli będę grał w reprezentacji.

– Przed powołaniem cię do kadry w listopadzie, usłyszałem od jednej osoby w środowisku, że czujesz dużą presję taty i bynajmniej ci to nie pomaga.
– Bzdura. Nigdy ojciec nie powiedział mi, że coś muszę. Nigdy. Daje mi wskazówki, ale każdy słyszy wskazówki od rodziców. To jest wychowanie. Rodzic uczy cię jak masz zachowywać się przy stole, itd. Natomiast mi tata daje wskazówki jako trener. Jestem już na tyle doświadczony, że sam podejmuję decyzję z czego skorzystam, a z czego nie. Natomiast nigdy nie było żadnej presji. Sam też sobie jej nie narzucałem. To, że tata był królem strzelców w lidze, nigdy nie oznaczało, że ja też muszę zrobić coś wielkiego.

Hala Mistrzów (fot. PAP/Tytus Żmijewski)

– Masz konto na Twitterze, ale rzadko cokolwiek publikujesz. Śledzisz, co się tam dzieje?
– Śledzę.

– W seriach Anwilu ze Stelmetem i Stalą było dużo tzw. trash talkingu.
– Nie moja bajka, ale czasami korci, żeby coś napisać. Dużo ludzi mnie oznacza i są to komentarze pochlebne i negatywne, w proporcji pół na pół. Reaguję na to jak każdy. Wiadomo, że dobre rzeczy fajnie się czyta, a do tych złych od razu chce się dać ripostę. Ale nie robię tego, bo ci ludzie nie są dla mnie żadnymi autorytetami. Ja im nie muszę niczego udowadniać.

– Jak się czujesz z tym, że osoby, które krytykowały cię przed sezonem, ściskały cię po zdobyciu mistrzostwa?
– Tacy są ludzie. Tak jest nie tylko w sporcie, ale i w codziennym życiu. Jeśli masz passę, to każdy chce się podłączyć do tego pociągu jadącego w dobrym kierunku. Tylko jaki cel mają osoby, które tak robią? To nie najlepiej o nich świadczy.

– Odpowiedziałeś hejterom w najlepszy sposób.
– Mistrzostwo Polski, w który miałem wkład nie jest po to, żeby komuś coś udowodnić. Broń Boże. Zresztą już widziałem tweety, że jak dostanę powołanie i zagram z wielką Litwą, bo przyjedzie w mocnym składzie, to szybko zostanę sprowadzony na ziemię. Czyli ludzie już chcą pokazać, że się nie nadaję. Za każdym razem jesteś zmuszany, żeby coś udowadniać, a ja tego nie chcę. Jestem mistrzem Polski i dobrze mi z tym.

– Jesteś trzecim – po Filipie Dylewiczu i Adamie Wójciku – Polakiem w XXI wieku, który został MVP finałów ekstraklasy. Pod koniec lat 90. wyróżnieni byli też Maciej Zieliński i Dominik Tomczyk. Jak czujesz się w tym gronie?

– To jest bajka. Jak zobaczyłem twój wpis na ten temat i te nazwiska, to płakać mi się chciało. Tacy ludzie obok mnie? Coś niewiarygodnego.

– I jesteś jedynym rozgrywającym.
– Jestem osobą skromną, ale nie powiem, że na to nie zapracowałem. Przez te 12 lat kariery, tułaczki i skreśleniu mnie przez wielu, w końcu stanąłem na szczycie. Jednak zdaję sobie sprawę, że Anwil z tego sezonu, to szalenie wyrównana ekipa i gdyby statuetkę dostał kto inny – Josip, Ivan czy Quinton – to tak samo byłby tego wart.

Rozmawiał Adrian Koliński

najpopularniejsze

Dorota Banaszczyk, mistrzyni świata w karate olimpijskim: kombinowałam, żeby zdobyć pieniądze na przygotowania [WYWIAD]

Królowa królowej sportu – Irena Szewińska

"W biegu za życiem" – film o Bohdanie Tomaszewskim

"Nie zmarnowałem życia". Wspomnienia Stanisława Szozdy

Kazimierz Deyna – historia legendy