tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Nicki Pedersen – "czarna owca" w czarnym sporcie

– On zawsze ma trzech rywali – zauważył przed rokiem Grzegorz Zengota, gdy tworzył... z Nickim Pedersenem parę Fogo Unii Leszno. Dziś 41-letni Duńczyk ściga się już ku chwale Unii Tarnów i jest najskuteczniejszym w PGE Ekstralidze. Czy również najbardziej znienawidzonym?
Nicki Pedersen (FOT. 400MM.PL/GRZEGORZ PRZYGODZIŃSKI)

Synowie legendy. "Tata nas uczył bycia dobrymi…"

Nicki Pedersen – z jednej strony wielka postać dyscypliny, trzykrotny indywidualny mistrz świata (2003, 2007, 2008), indywidualny mistrz Europy (2016). Z drugiej – "czarna owca" w czarnym sporcie. Typ, który po przekroczeniu bramy parku maszyn i wyjazdu na tor zmienia się w bestię, wtedy liczy się tylko jedno – po trupach do celu. Tych kilka metrów prowadzących z boksu na pole walki to w przypadku Pedersena dłuuuga droga. Na tyle długa, że zmienia jego postrzeganie świata i sprawia, że nie ma ani żadnych przyjaciół, ani znajomych. Jest tylko meta, którą należy przeciąć na pierwszym miejscu.

Kawał szmaty, nic więcej…

– Kawał szmaty, nic więcej – zobrazował swego czasu Nickiego Grzegorz Walasek, zniesmaczony faktem, że rywal nie zostawił mu wystarczająco dużo miejsca pod płotem. – Gdybym miał gwarancję, że nie wyrzucą mnie z Grand Prix, położyłbym go, bo mam dosyć tego kuta… – wyznał z kolei Matej Zagar, skazany w 2015 roku przez krewkiego Duńczyka na spotkanie z bandą. W ostatniej chwili wypuścił jednak motocykl przed siebie, unikając przykrych konsekwencji zdrowotnych. Rzecz działa się w Malilli podczas Grand Prix Szwecji i Słoweniec również wtedy nie wytrzymał. Jeszcze na torze zaczął wygrażać winowajcy i go odpychać, a ten odpowiedział po swojemu. Siedział na motocyklu, więc kopnął rosłego i stojącego przed nim Zagara w krocze, po czym… uciekł z miejsca zdarzenia. Panowie spotkali się później w parku maszyn, gdzie Pedersen nadal prowokował przeciwnika. A trzeba wiedzieć, że przeciwnik to nie tylko żużlowiec, ale i komandos służący w narodowym słoweńskim oddziale.

Walasek i Zagar, bez wątpienia działając w afekcie, zwyzywali Pedersena przed kamerami telewizji. Z ukrycia przeklinał Duńczyka niemal cały żużlowy świat. Choć… Po kilku tegorocznych występach dało się słyszeć głosy, że "Nicki" spokorniał. Nic z tych rzeczy, po prostu trzeba mu dać trochę czasu. I już w czasie meczu Grupy Azoty Unii Tarnów z Get Well Toruń jeździł przed Rune Holtą zygzakiem, broniąc w ten sposób zajmowanej pozycji. Norwegowi z polskim paszportem mocno się to nie spodobało, na torze wymachiwał rękami w kierunku sędziowskiej wieżyczki.

Nicki Pedersen (fot. Getty)

Wtedy budzi się w nim diabeł

Ostatnio w Pradze, przy okazji Grand Prix Czech, Pedersen próbował dostać się do finału fortelem, kładąc motocykl po ataku Fredrika Lindgrena. A przecież nie doszło do najmniejszego kontaktu. Nazajutrz "Dzik" – ten pseudonim nadany przez polskich kibiców oddaje eksplozywność zawodnika – podcinał już w Lesznie Janusza Kołodzieja, a po wyścigu zaczepiał. Zatem powtórzmy, między bajki należy włożyć opowieści, że Nicki spokorniał. Nie ten facet, nie ten temperament.

Nie sposób przypomnieć wszystkie występki, faule i prowokacje Duńczyka. Ta kariera to bowiem jeden wielki teatr, w którym zawodnik odgrywa różne role, głównie czarnych charakterów, ale też skrzywdzonych przez los. Co jednak ciekawe, ma dziś poprawne stosunki z rywalami, z którymi szedł i na łokcie, i na noże. Przykłady? Choćby Greg Hancock i Zagar. Potrafią podać mu rękę, wymienić uwagi, a nawet uśmiechnąć się i pożartować. Bo Pedersen, o czym już wspomnieliśmy, to inna persona po dwóch stronach bandy. Diabeł budzi się w nim dopiero po minięciu bramy oddzielającej park maszyn od pola walki. Traktuje tę bramkę jak linię demarkacyjną. I jeszcze jedno – Duńczyk prawie nigdy nie stosuje wobec rywali przemocy, on ich tylko w wytrawny sposób prowokuje. Jego była partnerka, Helene Huttmann, mówiła: – Nicki ma mnóstwo wrogów, ale to część tej gry.

Nawet Hancocka wyprowadził z równowagi

Wielu do dziś wspomina starcie Pedersena z uchodzącym za dżentelmena Gregiem Hancockiem. Doszło do niego przed trzema laty w Motali, podczas meczu szwedzkiej Elitserien. Amerykanin został perfidnie podcięty, co wyprowadziło go z równowagi. Pozbierał się z toru, pobiegł w kierunku rywala i zrzucił z motocykla. Nie była to pierwsza taka potyczka panów, którzy od lat rywalizują o tytuł IMŚ. Już dekadę temu iskrzyło między nimi w Pradze, gdzie Pedersen "odprowadził" Grega pod płot i ten na prostej "poszedł w kozły", używając motocrossowej terminologii. Sprawa była głośna, bo spotkali się tego wieczoru raz jeszcze. I Hancock wziął na torze rewanż, zabierając przeciwnika na koło i również, z premedytacją, wywożąc pod bandę, a po biegu wysyłając całusy. Nicki utrzymał się na siodełku, ale Amerykanin wysłał sygnał światu, że przy Pedersenie dżentelmenem jest się do czasu.

– Gdy tylko Nicki wyczuje, że szef klubu jest miękki, z miejsca zacznie wprowadzać swoje porządki – przekonywał niedawno honorowy prezes Stali Gorzów, senator Władysław Komarnicki. To w jego zespole ścigali się ramię w ramię Pedersen i Tomasz Gollob, mający wiele rachunków do wyrównania. Wystarczy wspomnieć 2009 rok, gdy najpierw zaiskrzyło w Lesznie przy okazji rundy Grand Prix. Wtedy Nicki rzucił w Golloba… rękawiczką, którą Polak planował zatrzymać jako dowód. Nieco później walczyli w Bydgoszczy, gdzie Pedersen "zapomniał" skręcić i na pierwszym łuku "powiózł" Tomasza pod bandę. Skończyło się upadkiem Polaka i wielkimi nerwami.

Dobrucki: Hancock i tak wykazywał się anielską cieprliowścią

Pojechał jak burak, rośnie nam drugi Nicki

Kiedy przed dwoma laty Maciej Janowski został ostro potraktowany przez Fredrika Lindgrena, to nawiązał do Pedersena. – Fredi pojechał jak burak. Rośnie nam drugi Nicki – poskarżył się wrocławianin przed kamerami Canal+, znany z kulturalnej jazdy i szacunku dla rywali. Jest również autorem innej wypowiedzi o bohaterze tekstu. – Lubię z nim jeździć, bo wiem, że w starciu z Nickim mogę sobie pozwolić na więcej niż w rywalizacji z innymi chłopakami – zdradził raz Janowski i rzeczywiście w jego jeździe dawało się to dostrzec. Bywało, że nie patyczkował się ze starszym o czternaście lat rywalem. Po prostu stosował inny kodeks zachowań niż wobec pozostałych rywali.

Serial mógłby powstać na kanwie rywalizacji Pedersena w cyklu Grand Prix z Emilem Sajfutdinowem. Bywało, że leżeli po dwa razy w jednej rundzie. 41-latek ma również w CV niechlubne spięcie z rodakiem, Hansem Andersenem (Cardiff 2010), z którym zaciekle wymieniał uwagi po biegu. Z kolei dwa lata później w Goeteborgu sfaulował… kolegę z Wybrzeża Gdańsk, Thomasa H. Jonassona. O pojedynkach z Nickim mógłby też wydać przynajmniej broszurę Andreas Jonsson.

Historia brakujących palców

Pedersen to człowiek z żelaza. Gdy wiosną złamał kość grochowatą prawej dłoni, a następnie zamieścił w mediach społecznościowych skan rentgenowskiego zdjęcia, uwagę przykuła potężnych rozmiarów śruba, zespalająca nadgarstek. Prawą dłoń ma wyjątkowo doświadczoną przez los, brakuje w niej dużej części dwóch palców prawej dłoni: wskazującego i środkowego. Jak je stracił? Wersji było już kilka, więc jakiś czas temu sprawdzono u źródła.

– Mając dwa latka pracowałem z ojcem w warsztacie, pomagałem mu zmienić koło. W garażu była taka maszyna z trzema hakami, która pomaga założyć oponę na felgę. I ja włożyłem w te haki palce, po czym wcisnąłem guzik włączający maszynę. Uruchomiła się i urwała mi te dwa paluchy. Cóż, ciężki dzień w robocie... – mówił Pedersen. A kilka tygodni temu Tomasz Bajerski, były uczestnik cyklu GP, a obecnie trener II-ligowego PSŻ-u Poznań i żużlowy ekspert, przekonywał do swojej wersji zdarzeń. – To się stało w lidze duńskiej, bodajże w Slangerup. Brałem udział w tamtym spotkaniu, kiedy Nickiemu ręka dostała się gdzieś w okolice koła zębatego – tłumaczył torunianin.

Gdy Pedersen ścigał się ku chwale Unii Leszno, w parku maszyn dochodziło m.in. do kłótni z Piotrem Pawlickim. Ale nie tylko. "Dzik" potrafił odepchnąć trenera Pawła Jądera i stawiać się menedżerowi Adamowi Skórnickiemu. Był to czas, gdy sponsorowała go m.in. firma Farm2farm, a więc… importer prosiaków z Danii. Z kolei na toruńskiej MotoArenie mistrz kopnął menedżera miejscowego klubu, Jacka Gajewskiego. Inna sprawa, że – raz jeszcze podkreślmy – te wszystkie ciosy nie miały wielkiej siły. Aha, w Toruniu, przy okazji rundy Grand Prix, prowokował Nicki nawet Holdera. Wtedy rzucili się na niego z rękami młodsi koledzy Chrisa. Z przeświadczeniem, że to… kawał szmaty tylko i szacunek mu się nie należy. A przecież mowa o wielkim sportowcu, trzykrotnym indywidualnym mistrzu świata. I tu dochodzimy do sedna – otóż zdarza się, że i Nicki dostanie na torze po głowie niesłusznie. Przed rokiem został sfaulowany przez Bartosza Zmarzlika podczas Memoriału Edwarda Jancarza i zapytania o stan zdrowia ze strony gorzowianina nie było. Gdy obaj leżeli w Gorzowie wiosną tego roku, Zmarzlik również nie wykazał zainteresowania poszkodowanym kolegą. W Australii rzucił się na Pedersena Sam Masters, który nie błyszczał umiejętnościami na torze, więc próbował zaistnieć jako pięściarz. A przecież Nickiemu mógłby co najwyżej kevlary czyścić.

Nicki Pedersen (L, fot. Getty)

Przeszczep skóry po starciu z Łagutą

Problem w tym, że Duńczyk przypomina w gronie żużlowców najbardziej niesfornego ucznia w klasie. Takiego, w którym wychowawczyni widzi dyżurnego winowajcę jeszcze przed zapoznaniem się z faktami. I gdy tylko dojdzie do niej skarga, że ktoś coś znów przeskrobał, z miejsca zaczyna krzyczeć: Nikoooooś! A siedzący obok uczniowie, wśród nich winni, próbują utwierdzać panią w przekonaniu, kierując wzrok w kierunku odszczepieńca, jakby chcieli powiedzieć: "to nie my, to on!"

To fakt, że Nicki długo i rzetelnie pracował na opinię najbardziej niesfornego ucznia. Za uszami ma wiele i wielu rywali może mu wystawić rachunek za usługi rehabilitacyjne. Sam nie żali się jednak nigdy na swój los. Akceptuje fakt, że upadki to element zawodu i tego biznesu. Nie rzuca się nigdy z pięściami na tych, którzy narazili na szwank jego zdrowie. A tracił je wielokrotnie. Nie tylko w tym sezonie startował ze złamaną ręką. "Rusztowanie", czyli kręgosłup, też ma w marnym stanie, a gdy w 2009 roku walczył o finał Drużynowego Pucharu Świata, doznał poważnych poparzeń skóry po kolizji z Grigorijem Łagutą. Noga zaklinowała się w tylnym kole maszyny należącej do Rosjanina. – Spalił mi się kombinezon, a z bólu prawie straciłem przytomność. Nie mogłem wyciągnąć zakleszczonej nogi – wyjaśniał zawodnik. Musiano przeszczepić mu skórę.

Część środowiska szepce, że sugerował, by przed Grand Prix Łotwy (2014) poddać kontroli Darcy’ego Warda na obecność alkoholu we krwi. Zawody były przeniesione z soboty (Ryga) na niedzielę (Daugavpils) i Australijczyk najwyraźniej zabijał czas w nieodpowiedni sposób. Wpadł, został zawieszony na wiele miesięcy. To zdarzenie zmieniło jego karierę i całe życie, dziś jeździ na wózku inwalidzkim po złamaniu kręgosłupa w Zielonej Górze. Ale ile w tych plotkach prawdy?

Lubi żonglować różnymi maszynami…

Od kiedy rozstał się z matką swoich dzieci (córka Mikkeline trenuje akrobatykę, syn Mikkel interesuje się już motocyklami), zamieszcza w mediach społecznościowych mnóstwo zdjęć z kolejnymi partnerkami. A więc musi godnie zarabiać, bo przecież serwisowanie drogiego sprzętu sporo kosztuje…

Najgłośniejszy był zeszłoroczny związek z rodaczką Helene Hüttmann, zawodniczką bikini fitness. Niektórzy widzieli w niej, jak w Helenie Trojańskiej, źródło problemów i obniżki formy zawodnika. Inni z kolei twierdzili, że przy niej złagodniał i mniej się speedwayowi poświęca.

– Po raz pierwszy spotkaliśmy się na corocznym rozdaniu nagród najlepszym duńskim sportowcom. Wtedy tylko się przywitaliśmy. Dopiero pół roku później Nicki odezwał się do mnie na Instagramie, przypuszczalnie zainspirowany moimi zdjęciami ze Snapchata. Napisał: "Co robi w życiu taka piękna dziewczyna jak Ty? Może chciałabyś umówić się na kawę?", odpowiedziałam: "Dlaczego nie" – zwierzała się Huettmann. Plany były naprawdę bogate. – Każdy zadaje nam to pytanie – kiedy dzieci? Planuję mieć trójkę i rzeczywiście chciałabym za Nickiego wyjść. Musiałby jednak mniej podróżować i więcej czasu spędzać w domu. Nicki powtarza, że chce dla mnie wszystkiego, co najlepsze i jeżeli moim marzeniem jest małżeństwo oraz trójka dzieci, to zrobi wszystko, by te marzenia spełnić. Na razie nie jesteśmy nawet zaręczeni. Dobrze wiecie, jak wygląda życie żużlowca, ciągle w drodze, jednego dnia jesteś tu, drugiego tam, a ja chciałabym mieć więcej tego prawdziwego życia – dodawała.

I pewnie ma, choć już nie przy Pedersenie. Rozstali się kilka miesięcy później, jeszcze w trakcie zeszłego sezonu.

Nicki Pedersen (fot. PAP/Tytus Żmijewski)

Ma pomysł na biznes

Poprzedni rok był, ze sportowego punktu widzenia, marny dla Duńczyka. I przedwcześnie się zakończył. Po groźnym urazie kręgów szyjnych nie miał pewności, czy wróci na tor. Im dłużej trwał rozbrat ze speedwayem, tym bardziej musiało mu tego zamieszania brakować. Jesienią był już pewien, co chce robić dalej. W Toruniu, przy okazji turnieju GP, chodził za szefami cyklu, zaglądał im w oczy, eksponował szczupłą sylwetkę i przekonywał, że miejsce w IMŚ mu się należy. Dopiął wówczas swego i otrzymał od organizatorów stałą dziką kartę na ten sezon. A co go czeka po zakończeniu kariery?

– Żużel bezwzględnie jest i będzie w moim sercu. Jeśli okaże się to możliwe, chciałbym przy nim pozostać, ale nie mam pewności, czy to się powiedzie. Fajnie byłoby związać się ze sportem i pomagać ludziom, gdyż przez te wszystkie lata posiadłem dużą wiedzę. Moim priorytetem nie jest zarabianie pieniędzy, ponieważ zgromadziłem ich sporo. Nie muszę ich więcej ze sportu wyciągać. Interesuje mnie marketing sportowy, bo przez wiele lat siedziałem po drugiej stronie stołu i miałem okazję się przekonać, jak ten mechanizm funkcjonuje. Teraz fajnie byłoby się przenieść na drugą stronę i pomagać firmom w wyborze odpowiednich dyscyplin i odpowiednich zawodników. Doradzać, kogo powinni wspierać i kto powinien reklamować ich produkty, tak by pozyskiwać klientów nie tylko lokalnie, ale na całym świecie. Marzy mi się działalność przy żużlu, futbolu i innych ważnych dyscyplinach. Widzę świetny pomysł na biznes, ponieważ nie jest to coś, czego można się nauczyć w szkole. A ja mam to szczęście, że mam odpowiednią wiedzę, gdyż przez ostatnich trzydzieści lat tym się zajmowałem: rezerwowałem hotele, przeloty i odwiedzałem swoich sponsorów – wyjaśniał.

2 kwietnia skończył 41 lat, lecz tym się nie przejmuje. I słusznie, po ośmiu kolejkach bieżącego sezonu PGE Ekstraligi jest najskuteczniejszym zawodnikiem rozgrywek, z kapitalną średnią punktową 2,667. Wygrał 28 biegów, 12 razy przyjeżdżał drugi, raz trzeci i nie mijał jeszcze mety z zerem. Tuż za nim plasują się Piotr Pawlicki (2,520), Bartosz Zmarzlik (2,500), Fredrik Lindgren (2,381) i Patryk Dudek (2,326).

470 metrowy dom

– Dla mnie wiek to tylko numerek. Wciąż skupiam się na zdobywaniu medali oraz tytułów i zamierzam w tym siedzieć dopóty, dopóki nie będę musiał do interesu dokładać. Na dziś mam z tego frajdę, a gdy nadejdzie dzień, w którym wstanę i nie poczuję radości z jeżdżenia na żużlu, skończę z tym – mówił. Pieniądze powierza bankom (papiery wartościowe, akcje i obligacje). Przed rokiem zamieszkiwał jeszcze w Monako, gdzie miał apartament, lecz ukończona jest już budowa jego dwupiętrowego domu z basenem, nad morzem w Danii, o powierzchni 470 metrów. Z architektem projektował go przez osiemnaście miesięcy.

Owszem, Pedersen to dziś twardy biznesmen, ale też nadal sportowiec z ambicjami. Dlatego jednego możecie być pewni – z Nickim będzie jeszcze ciekawie, bo jego idolem nie stał się nagle św. Krzysztof, patron bezpiecznej jazdy.

Wojciech Koerber

najpopularniejsze

Dorota Banaszczyk, mistrzyni świata w karate olimpijskim: kombinowałam, żeby zdobyć pieniądze na przygotowania [WYWIAD]

Królowa królowej sportu – Irena Szewińska

"W biegu za życiem" – film o Bohdanie Tomaszewskim

"Nie zmarnowałem życia". Wspomnienia Stanisława Szozdy

Kazimierz Deyna – historia legendy