tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Jubileusz Adama Matyska. "Byłem o krok od Borussii..."

Adam Matysek skończył w czwartek 50 lat. Były reprezentant Polski w rozmowie ze SPORT.TVP.PL opowiedział między innymi o zbiegu okoliczności, który sprawił, że trafił do Bayeru Leverkusen, aferze narkotykowej w niemieckiej piłce oraz reprezentacji Polski. – Brak mistrzostwa Niemiec w 2000 roku to największa porażka w karierze – wyznał.
Adam Matysek w barwach Bayery Leverkusen (fot. Getty Images)

Miał być trenerem Polaków. "Jestem rozczarowany". Jest też odpowiedź Bońka

Maciej Rafalski, SPORT.TVP.PL: – Kończy pan 50 lat. Ile z nich spędził pan przy piłce?
Adam Matysek: – Była w moim życiu od zawsze. W domu niemal ciągle rozmawialiśmy o niej, bo piłkarzem był również mój ojciec (Jan Matysek – przyp.red.). W latach 60. i 70. występował w Szombierkach Bytom. Później przenieśliśmy się do Wałbrzycha. W domu tata często spotykał się z kolegami z drużyny. Cały czas "przesiąkałem" piłkarskim światem.

– Pierwszym klubem było Zagłębie Wałbrzych.
– Tak, ale miałem też pewien epizod w innej tamtejszej drużynie – Górniku. Awansował wtedy do I ligi i Jan Celiński – dyrektor klubu – chciał żebym się tam przeniósł. To była dla mnie świetna sprawa bo miałem tylko 15 lat. Mogłem z bliska zobaczyć takich zawodników jak Józef Młynarczyk czy Jacek Kazimierski. Zagłębie zarobiło na mnie milion "starych" złotych i dostało dwóch graczy. Po roku wróciłem jednak do Zagłębia, z którym czułem się bardziej związany. Pieniądze, które za mnie zapłacono, trzeba było oddawać. To była dość zawiła historia.

– Później był Śląsk Wrocław. To dla pana wyjątkowy klub?
– Bez dwóch zdań. Jeszcze będąc nastolatkiem marzyłem o grze w Śląsku. Tam byli wtedy Ryszard Tarasiewicz, Waldemar Prusik czy Zbigniew Mandziejewicz. Trenerzy Aleksander Papiewski i ś.p. Ryszard Urbanek odeszli z Zagłębia i pracowali w Śląsku. To dzięki nim się tam dostałem.

– W 1993 roku były przenosiny do Fortuny Koeln. Później gra w Gutersloh.
– Niekoniecznie musiałem trafić do 2. Bundesligi. Bardzo zabiegała o mnie Legia, ale chciałem wyjechać z kraju. Być może ten wyjazd był dość pochopny, bo wtedy w Niemczech w jednym zespole mogło przebywać na boisku maksymalnie trzech obcokrajowców. Pierwszym klubem, do którego miałem trafić była Borussia Moenchengladbach, ale u nich limit był wyczerpany. Na bramkarzy z zagranicy nie chciano wydawać pieniędzy. Częściej stawiano na napastników i pomocników. Gdyby zapłacono za mnie sporo, musiałbym grać.

Adam Matysek i Jens Novotny (fot. Getty Images)

– Kiedy pojawiła się propozycja z Bayeru?
– Byłem "po słowie" z Borussią Dortmund. Stefan Klos chciał odejść z BVB na prawie Bosmana. Trenerem był wówczas Nevio Scala. Spotkaliśmy się z nim i działaczami, osiągnęliśmy porozumienie. Borussia wytoczyła Klosowi proces, przegrała dwie pierwsze sprawy, ale wygrała trzecią. To oznaczało, że musi zostać w klubie i do mojego transferu nie doszło. Później był kolejny zbieg okoliczności – bramkarz Bayeru Dirk Heinen doznał bardzo poważnej kontuzji. W Leverkusen potrzebowali kogoś, kto go zastąpi i postawili na mnie.

– Spędził pan tam fantastyczne lata. Jest pan jedynym bramkarzem, który rozegrał w Bundeslidze ponad 50 meczów (73 – przyp.red.) i ma średnią poniżej wpuszczonego gola na spotkanie.
– To bardzo cieszy. W Bundeslidze grali tacy bramkarze jak Oliver Kahn, Jean-Marie Pfaff czy Sepp Maier a okazało się, że miałem lepsze statystyki od nich. Co do samej gry w Bayerze, to długo walczyłem by dostać się na ten poziom. Cały czas byłem w kręgu zainteresowań klasowych drużyn. Wcześniej mogłem też zostać graczem Karlsruhe, gdy Kahn odszedł do Bayernu Monachium. Prezes Fortuny Koeln trochę jednak "zwariował" i zażądał olbrzymich pieniędzy.

– W Leverkusen spotkał się pan z wielkimi gwiazdami. Dzielił pan szatnię z Michaelem Ballackiem, Oliverem Neuvillem, Ze Roberto czy Lucio.
– Ballack na początku nie grał. Widać było jednak, że ma charakter i "papiery". Szybko wywalczył miejsce w składzie. Wiadomo, jaką zrobił karierę. Mam z tamtą grupą wiele pozytywnych wspomnień. Chętnie spędzaliśmy ze sobą czas. Nieco z boku trzymała się grupa brazylijska, ale staraliśmy się przyciągnąć ich do siebie. W zespole było mnóstwo reprezentantów. Gdy przychodziły powołania, to w Leverkusen zostawało trzech graczy. Trener dawał im po pięć dni wolnego. Z niektórymi chłopakami mam kontakt do dzisiaj. Czasami rozmawiam z Berndem Schneiderem, byłem na meczu pożegnalnym Ballacka.

– Grał pan też z legendą Bayeru – Ulfem Kirstenem. Wasze relacje były podobno nie najlepsze. Kirsten lubił ponoć pana zaczepiać. Na jednym z treningów doszło do spięcia...
– Nie ma sensu do tego wracać. Od tamtego czasu widzieliśmy się już kilka razy, zdarzyło nam się nawet póść na kolację bo mamy wspólnego przyjaciela. Tamta sytuacja została wyolbrzymiona. Wiadomo, media lubią takie historie. To już jednak odległa przeszłość.

– Długo współpracował pan z trenerem Christophem Daumem. To w okresie pana gry w Bayerze był kandydatem do objęcia reprezentacji Niemiec. Wtedy wybuchła jednak afera z zażywaniem przez niego narkotyków.
– Daum widział piłkę inaczej niż większość trenerów czy piłkarzy. Pracowaliśmy bardzo ciężko, ale nie mogliśmy się równać z Bayernem czy Borussią. Mimo mniejszych możliwości prezentowaliśmy się naprawdę dobrze. Afera złamała mu karierę, miał już przecież podpisaną umowę z niemiecką federacją. Później jeszcze podjął kilka wyzwań, ale nie było już w nim tej iskry.

Christoph Daum (fot. Getty Images)

– Jak to wszystko odebrał zespół?
– Sytuacja była bardzo dziwna. Zaczęło się w piątek. W sobotę graliśmy z Borussią Dortmund. Noc przed meczem zawsze spędzaliśmy w hotelu przy stadionie. Poszliśmy na kolację, na której nie było Dauma. Po pewnym czasie przyszedł jego asystent, który uspokoił, że wszystko jest w porządku i mamy jeść. Naprzeciwko były klubowe biura – widzieliśmy, jak trener żywiołowo rozmawia z działaczami. O niczym jednak nie był mowy. O 22:00 zawsze spotykaliśmy się na pół godziny, by porozmawiać. Daum nie pojawił się również na tym spotkaniu. Rano dowiedzieliśmy się, że wybuchł skandal. Władze klubu poinformowały nas, że zwolniono trenera, a zespół poprowadzi Rudi Voeller, który był dyrektorem sportowym. Wygraliśmy z Borussią 2:0. Z siedmiu spotkań z Voellerem na ławce trenerskiej odnieśliśmy pięć zwycięstw i dwa razy zremisowaliśmy.

– Nie popracował jednak zbyt długo...
– Dostał propozycję pracy z kadrą. Przyjął ją. Bayernowi nie spodobało się natomiast, że ma pracować z klubem i drużyną narodową. Monachijczycy czuli się zagrożeni. Voeller zrezygnował wtedy z Bayeru.

– Jaką osobowością był Daum? Radosław Gilewicz wspominał kiedyś, że zdarzały mu się dziwne zachowania. Potrafił wrzeszczeć na zawodników...
– Nigdy nie miałem z nim takich sytuacji. Lubił zapraszać piłkarzy na rozmowy w cztery oczy. Bardzo mało rozmawiał na co dzień. To był jego minus. Żył w takim "tunelu". Ciągle myślał jak osiągnąć sukces. Czasami chcieliśmy żeby z nami porozmawiał. Brakowało tego.

– Miał pan ogromną szansę na mistrzostwo Niemiec. W ostatniej kolejce sezonu 1999/2000 graliście u siebie ze zdegradowanym już Unterhaching. Porażka sprawiła, że z tytułu cieszył się Bayern.
– To był cios, którego się nie spodziewałem. Goniliśmy Bayern przez cały sezon i wreszcie go wyprzedziliśmy. Wydawało się, że już nic nie odbierze nam sukcesu. Gdybyśmy zdobyli punkt z Unterhaching, bylibyśmy mistrzami. To, co się stało, było trudne do zaakceptowania. Zrozumiałbym, gdybyśmy przegrali mistrzostwo w bezpośrednim starciu z Bayernem czy Borussią. Doznaliśmy jednak porażki z zespołem, który później zniknął z piłkarskiej mapy kraju.

– Wielu polskich zawodników próbowało tłumaczyć niepowodzenia w zagranicznych klubach na różny sposób. Wymówką były zmiany trenerów czy problemy z aklimatyzacją. Pan poradził sobie w Niemczech.
– Może zabrzmi to banalnie, ale trzeba walczyć o swoje. Kiedy miałem 24 lata i grałem w Fortunie, doznałem okropnej kontuzji kolana. Zerwałem więzadła krzyżowe, uszkodziłem łąkotki. W gazetach czytałem, że to dla mnie koniec kariery. Musiałem się jednak pozbierać. Zrobiłem to i dostałem od życia nagrodę – trafiłem do Leverkusen. Mamy wielu młodych, którzy wyjeżdżają, ale nie każdy się przebija. Piłkarz powinien usiąść z menedżerem i zadać sobie pytanie: po co tam jedziemy? Nie wyjeżdża się po to, żeby potrenować, a w weekendy siedzieć na ławce albo trybunach. Dla młodego problemem jest zmiana środowiska. Masz kilkanaście lat i nagle nie możesz liczyć na pomoc rodziców czy towarzystwo przyjaciół. Nie znasz języka, musisz przyzwyczaić się do mentalności nowego otoczenia. Przykładem jest Bartosz Kapustka. Wydawało się, że ma przed sobą wielką karierę, jednak życie szybko to zweryfikowało.

Adam Matysek w barwach reprezentacji Polski (fot. Getty Images)

– W reprezentacji Polski pracował pan z kilkoma selekcjonerami. Drużynę prowadzili wówczas m.in. Andrzej Strejlau, Lesław Ćmikiewicz, Antoni Piechniczek i ś.p. Janusz Wójcik. Dlaczego sukces udało się odnieść dopiero Jerzemu Engelowi?
– Za kadencji Strejlaua nie był to aż tak mocny zespół. Doszli zawodnicy z drużyny, która zdobyła srebro na igrzyskach w Barcelonie – Jerzy Brzęczek, Marek Koźmiński czy Andrzej Juskowiak. Zmiana pokoleniowa trochę trwała. W następnych latach sam zastanawiałem się nad tym "fenomenem", bo mieliśmy dobry skład. Zmiany trenerów nie dawały efektów. Uważam jednak, że wiele zależy od szkoleniowca. Tego, jak sobie poradzi, jakie zrobi zmiany i jak szybko dotrze do piłkarzy. Silny zespół mieliśmy za kadencji Wójcika, ale on nie potrafił wydobyć z nas więcej. Nie do końca "ogarnął" nas mentalnie. Kiedy Engel przejął drużynę, zostawił większość zawodników, którzy przegrali eliminacje mistrzostw Europy 2000. Dołączyło kilku nowych. Wprowadził zasady, zawodnicy mu nie przeszkadzali. Dał nam trochę swobody, ale była też dyscyplina. To podziałało.

– Ma pan żal o to, że nie zagrał na mundialu?
– Nie, nie dałem Engelowi argumentów, by na mnie postawił. Po meczu z Norwegią, gdy doznałem kontuzji barku, wszystko się posypało. Uraz nie był do końca zaleczony, wróciłem do Polski i grałem niewiele. Nie było o co mieć pretensji.

– Teraz kadra ma odnosić sukcesy z Brzęczkiem w roli selekcjonera.
– Wybór bardzo mnie zaskoczył. Graliśmy razem w kadrze. Jeszcze niedawno – gdy pracowałem w Śląsku to on prowadził Wisłę Płock – mieliśmy okazję kilka razy spotkać się i porozmawiać. Fajnie rozwinął się jako szkoleniowiec, chociaż miał też niepowodzenia. Jest wojownikiem, na pewno wie, jak trudne zadanie go czeka. Adam Nawałka zawiesił poprzeczkę wysoko. Widzę jednak podobieństwo między nimi. W Górniku było widać "rękę" Nawałki, a w Wiśle Brzęczka. Teraz Jerzy zmierzy się z olbrzymim wyzwaniem. Wszystkie jego zachowania, słowa będą komentowane i analizowane. Szkoda, że mundial nam nie wyszedł, bo rozmawialibyśmy w innych nastrojach.

– Kadra Engela zawiodła w Korei i Japonii, a kadra Nawałki w Rosji. Widzi pan jakiś wspólny mianownik tych niepowodzeń?
– W Korei bardzo ciężko trenowaliśmy – nie wiem czy to było dobre. Prawda jest taka, że – w obu przypadkach – porażka w pierwszym meczu sprawiła, że wszystko się zawaliło. Zdziwiły mnie słowa Nawałki i jego sztabu o dobrych wynikach badań. Wydaje mi się, że zespół rozpadł się mentalnie. Problemy było widać już w eliminacjach.

Robert Lewandowski (fot. Getty Images)

– Trudno było odnaleźć się w rzeczywistości po zakończeniu kariery?
– Nie. Po mistrzostwach świata przyszła jeszcze propozycja z Szachtara Donieck. Prowadził go Scala, który w przeszłości chciał mnie ściągnąć do Borussii. Zaprosił mnie na zgrupowanie. Kiedy po trzech-czterech dniach nie było żadnego sygnału uznałem, że nadszedł czas, by zrezygnować. Pogodziłem się z tym dość szybko, nie miałem z tym problemu. Było tylko nieco przykro, bo grałem w piłkę od dziecka.

– Był pan już dyrektorem sportowym w Śląsku. Widzi pan się w tej roli także w innym klubie?
– Chciałbym działać w tym kierunku. To interesująca praca. W Polsce nie jest to łatwe. Dobrze byłoby, gdyby kluby były lepiej zorganizowane. Za dużo osób chce ingerować w sprawy sportowe czy finansowe zamiast zająć się tym, za co są odpowiedzialne. Czas w Śląsku na pewno był dla mnie bardzo cenny. Graliśmy wtedy o utrzymanie, słabo wyglądało to ze strony organizacyjnej. Świetnie, że miasto kilkakrotnie uratowało klub. W Śląsku było jednak też zbyt dużo polityki. To nigdy nie sprzyjało sportowi. 

Jerzy Dudek: brak powołania na mundial w Niemczech dał mi pięć lat życia
Zbigniew Boniek: Górski i Piechniczek nie mieli lepszego CV od Brzęczka
Mundial 2018. Tomaszewski: to Polacy powinni być na miejscu Anglików

najpopularniejsze

Jerzy Engel w magazynie "4-4-2": nie byliśmy przygotowani do meczu

Jan Tomaszewski po meczu z Włochami: Brzęczek doprowadził do kompromitacji i śmiechu

Niesamowity karny w Rosji! Zdobył bramkę uderzeniem z... backflipa

Żewłakow: Lewandowski potrafi wytrzymać ogromny rygor profesjonalisty

Igrzyska Olimpijskie Młodzieży (Argentyna) – taekwondo