tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Być i Miedź, czyli ekstraklasa po legnicku

Teraz nad Kaczawą ważna jest piłka nożna, a później reszta spraw. To realia po awansie do ekstraklasy Miedzi. Zwycięstwo 1:0 nad Pogonią Szczecin to sukces, ale i początek spełniania marzeń. Kibice nie chcą, żeby sen o potędze skończył się za rok. A piłkarze z chęcią utrą nosa najlepszym, nie tylko na Dolnym Śląsku.
Radość piłkarzy Miedzi (fot. PAP/Maciej Kulczyński)

OD NADWAGI DO REKORDU. KRĘTA DROGA NA SZCZYT ALISSONA

Legnica. Najcieplejsze miasto w Polsce, mówili. Nie kłamali. – Znamy swój stadion, wiemy, jak to wygląda z tym ostrym słońcem w takie dni. Ja nawet wybieram sobie jako kapitan taką połowę boiska, żeby mnie i bramkarzowi było lepiej – opowiada z uśmiechem kapitan zespołu Wojciech Łobodziński. Ten sam uśmiech co przed laty, choć wzrok już nieco zmęczony czasem.

Łobodziński, Garguła, Bartczak. Nazwiska nie wymagające podawania imion. Może poza Bartczakiem, bo piłkę kopał też Mateusz, teraz ważna postać Zagłębie Biznes Klub. W Miedzi gra Grzegorz i choć więzów krwi brak, to obaj urodzili się w Legnicy, a tytuł mistrzowski zdobyli dla Zagłębia z Lubina.

Ta trójka ma za sobą grubo ponad pół tysiąca meczów w ekstraklasie. Jak na drużynę beniaminka, lepiej niż dobrze. Łobodziński zagrał ostatni raz w ekstraklasie mając 29 lat, w ŁKS Łódź. Wrócił do niej po 6 latach.

Trochę czasu minęło. Dreszczyk emocji był. Choć kiedy wyszedłem na boisko, to już było zwykłe granie. Wydaje mi się, że nie zderzymy się ze ścianą. Nie ma wielkiej różnicy między tym, co kiedyś, a co teraz. W porównaniu z I ligą jest więcej piłkarskiej klasy, ale my mamy na tyle doświadczonych piłkarzy, że jesteśmy w stanie podołać – analizował kapitan.

Chwilę później zbierał kolejne gratulacje. Po meczu najwięcej mówiło się jednak o strzelcu z Finlandii. Dopiero powtórki telewizyjne utrwaliły piękną asystę ”Łobo”.

Trener Miedzi Legnica Dominik Nowak (fot. PAP/Maciej Kulczyński)

Kościółek i trzy czołgi

W piątek droga z Wrocławia do Legnicy zakorkowana. Autostrada A4 ma własny biorytm. Czy ekstraklasa jest, czy jej nie ma, swoje trzeba przeczekać. – Przez tłok spóźniłem się kwadrans na odprawę – mówi na dwie godziny przed meczem spiker, Paweł Kościółek. Piłkarz przez chwilę, futbolowy maniak odkąd pamięta. Poza mikrofonem ma za i chyba przed sobą życie dziennikarza, trenera, a ostatnio jest kluczową postacią Klubu Biznesu Miedzi. Nerwowo popala, krążąc w niebieskiej koszulce beniaminka, tuż przy kabinie.

Na trybunach jeszcze względny spokój. Nie musi się już spieszyć. Na odprawę, trzy godziny przed meczem i tak nie zdążył. – Dostałem, mówiąc elegancko, ładną burę. Posmakowałem więc ekstraklasy od wejścia. Teraz będzie już tylko lepiej – kwituje z uśmiechem Kościółek. Rzeczywiście, później było tylko sprawnie. Stadion mieści się w Parku Miejskim. Korzystając ze sporego upału, który po kilku dniach deszczu wrócił akurat na inaugurację ekstraklasy – kibice czekali pod drzewkami na upragnioną osiemnastą.

W I lidze mający nieco ponad 6000 krzesełek obiekt wypełniał się średnio w 50 procentach. Teraz też było około 50 procent, ale w kieszeniach. Piątkowe popołudnie, upał, więc czerwone twarze niektórych to potwierdzały. Na trybunach prawie sto procent – 5500. Na temat stadionu krąży wiele legend. Jedna z nich podtrzymuje, że w miejscu gdzie teraz jest boisko, zaraz po II wojnie światowej, odnaleziono wraki trzech czołgów.

Trudno było sobie z nimi poradzić, więc podobno wraki podkopano i zepchnięto w wielki dół. O ile czołgi rzeczywiście są, to ulubiony zwrot komentatorów o złym ustawieniu celowników piłkarzy – zwłaszcza w przypadku polskiej ekstraklasy – nabiera tutaj zupełnie nowego znaczenia.

Petteri Forsell (z prawej, fot. PAP/Maciej Kulczyński)

Przyjaciel od serca i portfela

Miejscowi, rozsiani w parku, bardzo powoli zapełniali trybuny. Kibice Pogoni decydowali więc na godzinę przed meczem o decybelach. "Paprykarze" – jak pieszczotliwie określili rywale przyjezdnych – mieli jednak dopiero pokazać, na co ich stać. Również w warstwie "lirycznej".

Na trybunach górą Pogoń, a w budynku klubowym zamieszanie. Dziennikarze krzątali się w oczekiwaniu na składy, organizatorzy witający co rusz nowych gości. Wśród nich był jeden, spokojny, zrelaksowany. Andrzej Strejlau, ekspert telewizyjny, ściskał z uśmiechem dłoń każdemu, niezależnie od wieku. Zaproszenie rzecznika klubu na kawę, skwitował krótko: – Dobrze, ale tylko pod warunkiem, że będzie tam obecna pani prezes – zastrzegł. Warunek został spełniony.

Prezesem pozostaje Martyna Pajączek, choć tym, który uratował klub przed laty jest właściciel, Andrzej Dadełło. Multimilioner, który na "Miedziankę" chodził jako kibic. Obejrzany z trybun mecz w europejskich pucharach przeciwko AS Monaco to słaby dowód miłości. Dadełło oglądał też regularnie ligową młóckę. A to świadczy już o wielkim przywiązaniu. Przyjaciół poznaje się jak wiadomo dopiero w biedzie. Gdy klub był na skraju bankructwa nie sumował przelewów. Po prostu robił je na wskazane numery kont.

Śmiano się, kiedy drużyna nie mogła awansować. Sześć lat spędzonych na zapleczu dało jednak czas na przebudowę. Także stadionu, na który w latach 2004-2009 wydano ok. 35 milionów złotych. Dodatkowe inwestycje, budowa boisk bocznych, stadionu lekkoatletycznego pochłonęły kolejne. Wydatki na pewno przekroczyły 50 "baniek". Dzięki temu dopięto ostatni guzik w tym skrojonym na możliwości miasta i właściciela garniturze.

Inwestor wykonał ciężką pracę, żeby wyprowadzić klub na prostą. Od zespołu błąkającego się po niższych ligach do tego z pięknym stadionem. Należy się ukłon prezydentowi Legnicy Tadeuszowi Krzakowskiemu. Bez jego pomocy stadionu by po prostu nie było. Zadaszone trybuny, podgrzewana płyta, oświetlenie – nic dodać, nic ująć – mówi Andrzej Padewski, prezes Dolnośląskiego Związku Piłki Nożnej.

Przed piątkowym meczem wręczył prezydentowi Krzakowskiemu odznakę związku, a kapitanowi puchar za wygranie I ligi.

A później się zaczęło.

Właściciel Miedzi Legnica, Andrzej Dadełło (fot. PAP/Maciej Kulczyński)

Wirtuoz Santana

Niestety, rezultaty z europejskich pucharów polskich klubów nie są przypadkowe. O ile w pierwszej części meczu "momenty były", to w drugiej przynajmniej 30 minut do wycięcia przy montażu. Ekstraklasie powinien się pokazać z dobrej strony Omar Santana. Ma gitarowo brzmiące nazwisko, więc pokazał z przodu kilka szarpnięć, ale za dużo stanowczo za dużo fałszował w pierwszym koncercie ekstraklasowym.

W I lidze prawie w 90 procentach meczów to my prowadziliśmy grę. Dlatego podczas okresu przygotowawczego dużo pracowaliśmy nad defensywą. Klasa piłkarska o ligę wyżej jest większa. Jesteśmy beniaminkiem, nie da się atakować cały czas, dlatego jesteśmy też gotowi, by się bronić – mówił po meczu Łobodziński.

Drużyna wykonała plan. Takie mecze jak z Pogonią u siebie, myśląc o utrzymaniu się w lidze bez nerwów, po prostu trzeba wygrywać.

Już za momencik, już za chwileczkę,
Pogoń wam strzeli pierwszą brameczkę.


Po zachęcającym wierszyku, tradycyjnie poleciały już tylko wyzwiska. Z obu stron. Ani komunikaty spikera, ani ochrona – nic nie zmienią. Bluzgi, odpalane race, hulaj dusza, piekła nie ma.

Wierszyk z sektora gości miał się później nijak do rzeczywistości. Z wizyty Pogoni pozostanie do zapamiętania kilka zrywów bez wykończenia oraz anegdota z konferencji prasowej. Trener Kosta Runjaić zwrócił się do towarzyszącego mu gościa:

Jak jesteś tłumaczem, to nie wygrałem ani jednego meczu – zauważył.

Chyba był jeden remis – słabo, ale bronił się poliglota ze szczecińskiego obozu.

I tyle było humoru po stronie szczecińskiej.

Adu Kwame (fot. PAP/Maciej Kulczyński)

Nie tylko wódka

"Gola za trzy" strzelił Petteri Forsell. Bohater tragiczny, takie uosobienie importu w polskiej ekstraklasie. Kształty trochę jak na obrazach Rubensa, talent ponadprzeciętny, ale przewidywalność – zerowa. Trener Dominik Nowak, który – co można wnosić po reakcjach trybun – śmiało mógłby kandydować na prezydenta Legnicy przy najbliższej okazji, wpuścił Fina na ostatnie pół godziny. Dwa pierwsze kontakty z piłką nie dawały nadziei. W końcu Forsell został jednak odpowiednio obsłużony.

W Legnicy z fińskich rzeczy, to nie tylko procenty, ale i Forsella mamy! – krzyknął po trafieniu pomocnika wyraźnie podpieczony słońcem kibic.

I rzeczywiście był powód do mruczenia. W kronikach będzie odnotowany Fin mający tylko 168 cm wzrostu. Padła piękna bramka po nieszablonowym zagraniu Łobodzińskiego, w stylu kadrowicza z mistrzostw Europy w 2008 roku. Od 30 do 40 procent udziału kapitana w tym golu! Był już doliczony czas, a mający 68 lat duet Łobodziński-Bartczak biegał jak przed laty pewien duet z Dortmundu. "Łobo" przychodził za Jakuba Błaszczykowskiego do Wisły Kraków. Bartczak zdobywał tytuł w Lubinie jako kolega klubowy Łukasza Piszczka. Życie lubi takie historie. Teraz praca Łobodzińskiego i Bartczaka warta jest w Legnicy tyle złota, a nie z miedzi, ile ważą.

A Forsell był jeszcze jeden, pisany przez dwa "es". Taki Fin grający w Chelsea. Choć "grający" to duże słowo, bo głównie podróżował i zaliczał kolejne kluby. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że Petteri chciał być jak Mikael Forssell. I choć o głowę niższy, dał Legnicy historyczny sukces. Będzie można to dopisać do piątki najistotniejszych wydarzeń ostatnich lat na oficjalnej stronie miasta.

Wygląda to mniej więcej tak:

Marzec, 1992 – Legnica została stolicą diecezji
Wrzesień, 1993 – opuszczenie miasta przez ostatniego żołnierza rosyjskiego
Czerwiec, 1997 – wizyta Jana Pawła II
Styczeń, 1999 – utrata statusu miasta wojewódzkiego
Lipiec, 2018 – Petteri Forsell strzela zwycięskiego gola w ekstraklasie

Maciej Piasecki

najpopularniejsze

Kapitalny finisz Święty-Ersetic. Polka mistrzynią Europy!

Lekkoatletyczne mistrzostwa Europy. Sztafeta 4x400m kobiet (finał): Polki ze złotym medalem

ME w Berlinie: złoty medal Anity Włodarczyk

"Tajemnice sportu": przedłużenie ręki pięściarza, czyli rękawice bokserskie

Chorwat Ivan Strinic przerywa aktywność sportową. Powodem kłopoty z sercem