tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Marcin Urbaś o rekordzie w Sewilli, muzyce, współpracy z Lechem i szkoleniu dzieci

Zanim przeżył ćwierć wieku pobił rekord Polski na 200 metrów. Od tamtego biegu minęło prawie 20 lat i nikt nie zbliżył się do tego wyniku (19,98 s). Marcin Urbaś zakończył karierę w 2009 roku i… próbował już wielu rzeczy. Opowiedział, dlaczego nie zszedł już nigdy poniżej 20 sekund, dlaczego zakochał się w Poznaniu, dlaczego polscy piłkarze nie potrafią biegać, dlaczego żałuje, że porzucił muzykę, dlaczego nie jest lubiany w PZLA i kiedy wyszkoli przyszłego mistrza świata.
Marcin Urbaś: mój rekord był spektakularny... Wciąż mnie o niego pytają
Marcin Urbaś (fot. TVP; PAP)

Polscy młociarze w rękach kobiet. "Czasami trzeba tupnąć"

Damian Pechman: – Lekkoatleta, muzyk, dziennikarz, trener, założyciel dwóch akademii, autor książki... Kim naprawdę jesteś?
Marcin Urbaś: – Trochę tego spróbowałem w trakcie życia. Człowiek jest istotą, która lubi się sprawdzać. Oczywiście, są ludzie, którzy się boją, są wycofani i wolą się zajmować tylko tym, w czym są dobrzy. Ja miałem dużo pomysłów. Nie zawsze wszystko wychodziło, ale przynajmniej próbowałem i sprawiało mi to ogromną przyjemność. Teraz całą uwagę poświęcam Akademii Lekkoatletycznej. Chociaż kto wie, co pokaże przyszłość i czym będę się zajmował w kolejnych latach...

– Trudno było w wieku 32 lat przejść na sportową emeryturę?
– Większość ma z tym duży problem, bo nie wiedzą, kiedy to zrobić. Wyczynowy sportowiec dużą część życia poświęca na trenowanie, startowanie w zawodach i rywalizowanie. Trudno się od tego odciąć. Trenowałem 22 lata...

– Jak długo dojrzewałeś do decyzji?
– Kiełkowało to we mnie od zakończenia sezonu 2008 do stycznia-lutego 2009. Była wtedy jeszcze nadzieja na mistrzostwa świata w Berlinie. Wpływ na decyzję o zakończeniu kariery miało kilka czynników. Po pierwsze: rozgoryczenie, że nie udało się pojechać na igrzyska olimpijskie. W teorii spełniłem wszystkie wymagania, ale w praktyce to nie wystarczyło. Po drugie: zostało mi odcięte finansowanie. Po trzecie: problemy zdrowotne. Lata treningów spowodowały pewne obciążenia. To wszystko było jednak tak naprawdę nie było powodem... Najważniejszy? Doszedłem do wniosku, że lepiej odejść, gdy wyniki są na sensownym poziomie. Nie chciałem zostać zapamiętany, jako ten, który zakończył karierę, bo musiał, ale chciał.

– Pamiętasz ten pierwszy dzień?
– Sportowiec jest przyzwyczajony do pewnego planu dnia. Pobudka, śniadanie, pierwszy trening, odnowa biologiczna, obiad, drugi trening i tak dalej. Dzień znikał. Nagle okazało się, że tego czasu mam bardzo dużo i muszę go zagospodarować. Już wtedy kładłem podwaliny po to, czym się teraz zajmuje. Było to szkolenie indywidualne albo w grach zespołowych. Zajmowałem się tym, co robiłem przez wiele lat, tylko po drugiej stronie. Byłem zawodnikiem, stałem się trenerem. Do tego roczny epizod pracy dziennikarskiej. W taki właśnie sposób wypełniłem wolny czas.

Marcin Urbaś: ludzie wciąż pamiętają o moich sukcesach

– Stałeś się trenerem i porzuciłeś bieganie?
– Tak. Są dwa typy zawodników. Jeden ma niedosyt. Może jego wyniki nie były tak spektakularne, jakby oczekiwał? Po zakończeniu kariery startuje więc w zawodach amatorów, mastersów i chce cały czas rywalizować. A drugi typ ma przesyt, dość rygoru... Prowadzenia diety, treningów, wyrzeczeń, żeby nie przybrać na wadze albo nie robić nic ryzykowanego.

– Zdjąłeś kolce i już nigdy więcej ich nie założyłeś?
– Nie założyłem i nie założę. Dla mnie to był koniec kariery sportowej, swoje przez 22 lata zrobiłem, nie potrzebuję rywalizacji. Rywalizację miałem na najwyższym poziomie i to mi wystarczy. Jeśli biegam, to dla przyjemności albo z myślą o sylwetce. Tylko takie aktywności mnie interesują. Życzę, aby każdy wybrał własną drogę i nie musiał robić czegoś, co mu się nie podoba.

– Co krakus z urodzenia, wychowany w Nowej Hucie, robi w Poznaniu?
– Z Poznania pochodzi moja żona. Mieliśmy do wyboru trzy opcje: albo przeprowadzam się do niej do Poznania, albo ona przeprowadza się do Krakowa, albo nadal żyjemy na odległość. W Krakowie poznałem już wszystkie kąty, nie było niczego, co mogło mnie zaskoczyć. Poznań mi się podobał, gdy tutaj przyjeżdżałem na zawody i do mojej obecnej żony, a wtedy dziewczyny. Fajne miasto, ciekawe perspektywy i... dobrze zrobiłem.

– Poznań nie kojarzy się z lekkoatletyką.
– Ale rodzi przyszłych mistrzów. Przecież wszyscy zawodnicy, którzy wyszli do trenera Czesława Cybulskiego pochodzą z Poznania albo tutaj trenowali. Zgoda, jeśli chodzi o organizacje imprez lekkoatletycznych, to panuje cisza. Chcę zmienić podejście do lekkoatletyki, ale nie na poziomie seniorskim, ale dzieci i młodzieży. Chcemy później szkolić sportowców na poziomie europejskim i światowym, ale to kwestia wielu lat. Nauczamy od podstaw i próbujemy nakłonić do uprawiania wyczynowego sportu. Zdaję sobie sprawę, że tylko mały promil będzie się tym zajmował profesjonalnie.

– Jesteś wciąż rozpoznawalną osobą?
– Bardziej tutaj niż w Krakowie. Może to specyfika lokalnej społeczności? W trakcie kariery wszyscy kojarzyli mnie z Krakowem. Teraz chyba więcej osób mnie rozpoznaje i pamięta moje sukcesy w Poznaniu. To miasto przyjęło mnie jak swojego. Mieszkam w Poznaniu od 12 lat i nie zamierzam się wyprowadzać. Podoba mi się tutaj, ludzie są fajni.

Nikt nie zakładał, że wejdę do finału w tak łatwy sposób. Z drugim wynikiem, a nie jako ostatni. Pojawiła się presja, wszyscy mnie przekonywali, że mam szansę na medal. W finale trafiły się gorsze warunki pogodowe, popełniłem też błąd techniczny. Mój wynik (20,30 s) wystarczył do zajęcia 5. miejsca. Marcin Urbaś

– Twoje nazwisko kojarzy się z półfinałem 200 metrów podczas MŚ 1999 w Sewilli. Nie masz już dość pytań o ten bieg?
– To był spektakularny występ. Wykrzyknik mojej kariery sportowej! Nic dziwnego, że pojawiają się pytania o warunki, przygotowania, pogodę, hotel… Mnóstwo pytań! Każdy się zastanawia, co wpłynęło na ten wynik w Sewilli.

– Często rekordziści opowiadają historie, jak to obudzili się rano i… wiedzieli, że to ten dzień.
– Naprawdę? To ciekawe. Wielokrotnie budziłem się rano, myślałem, że to ten dzień, a później była "kiszka". W Sewilli nie miałem takiego nastawienia. Wiedziałem, że jestem w dobrej formie, nawet w życiowej. To były jednak moje pierwsze mistrzostwa świata i nie miałem doświadczenia. Startowałem w halowych MŚ, ale to inna organizacja i inny poziom. Co zapamiętałem z Sewilli? Przed każdym startem było dużo strachu i stresu. Na szczęście w odpowiednim momencie przychodziła koncentracja i stres zamieniał się w żywioł. Nie miałem pojęcia, że pobiegnę na takim poziomie. Moje zaskoczenie było prawdziwe. To była dla mnie niespodzianka. Wiedziałem, że mogę biegać na poziomie 20,30 i zbliżyć się do rekordu Leszka Duneckiego. Kto mógł przewidzieć, że forma wystrzeli aż tak, że będę w stanie złamać 20 sekund? Nikt.

– Czy po półfinale pojawiła się ulga, że wykonałeś plan i jesteś w finale czy dodatkowa energia i chęć na sprawienie kolejnej niespodzianki?
– Niestety, pojawiła się ulga. Nikt nie zakładał, że wejdę do finału w tak łatwy sposób. Z drugim wynikiem, a nie jako ostatni. Pojawiła się presja, wszyscy zaczęli mnie poklepywać i przekonywali, że mam szansę na medal. Jaki medal? Myślałem. Z drugiej strony, wchodząc do finału, nie można się poddać i trzeba walczyć. Tam trafiły się gorsze warunki pogodowe, mniej sprzyjający wiatr, popełniłem też błąd techniczny na wyjściu z łuku na prostą. Te rezultaty wszystkich zawodników były słabsze, z wyjątkiem Maurice’a Greene'a. Mój wynik w finale, pamiętając o błędach, to 20,30 s. Wystarczyło do zajęcia piątego miejsca w mistrzostwach świata. W biegach sprinterskich nie jest to takie oczywiste i proste, jakby się mogło wydawać. Biali sprinterzy w finałach MŚ pojawiają się niezwykle rzadko.

HME 2002: halowy rekord Polski Marcina Urbasia na 200 m (20,55 s)

– Nie masz wrażenia, że ten wynik był z jednej strony błogosławieństwem, a drugiej przekleństwem?
– 19,98 s na pewno nie było przekleństwem…

– Oczekiwania stały się ogromne.
– Zawiesiłem sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Przecież dopiero rok wcześniej rozpocząłem profesjonalne treningi. Nikt się już nie spodziewał, że poprawię wynik. Wpływ na to miało kilka czynników. Przede wszystkim kontuzje i zmiana programu szkoleniowego… Duża i diametralna zmiana. Organizm musiał się przestawić na nowe wymagania. Podobno zwycięskiego składu się nie zmienia i skoro coś dobrze funkcjonowało, to może warto byłoby to kontynuować? Można było zmienić plany treningowe dopiero wtedy, gdy nie będzie żadnej poprawy w wynikach. Stało się inaczej… I to po najlepszym sezonie polskich sprinterów w historii.

– Zastanawiałeś się czasami, ile byłbyś w stanie urwać z 19,98 s?
– Miałem w tym biegu wrażenie, że mogłem pobiec szybciej. Nie jestem wyjątkiem, bo pewnie wielu miało wrażenie, że mogło skoczyć wyżej, rzucić dalej….

– Rekord Polski na setkę też byś wtedy pobił?
– Nie, rekord Mariana Woronina na pewno by nie padł. Wprawdzie byłem świetnie przygotowany i w życiowej formie, ale jednak moją specjalnością było 200 metrów. Generowanie mocy na pierwszej setce było u mnie mniejsze niż u innych sprinterów. Moje szkolenie było nastawione na szybkie rozpędzenie i jak najdłuższe utrzymanie prędkości na dystansie. W tym biegu, po łuku, zmierzono mi na setkę 10,24 – tam działa siła odśrodkowa i spowalnia. Na prostej mógłbym pobiec 10,10-10,15. Nie sadzę, abym się zbliżył do 10 sekund…

Każdy ma w sobie trochę pychy i chce być rekordzistą przez całe życie. Dorosłem już do momentu, w którym czekam na następcę. Chciałbym mu kibicować, trzymać kciuki i patrzeć, jak rywalizuje z najlepszymi na świecie. Marcin Urbaś

– Twój rekord jest już pełnoletni. Dlaczego tak trudno go pobić? Zmieniły się metody treningowe, stroje, odżywki, sposoby regeneracji… Świat poszedł do przodu!
– Świat – tak, ale nie Polska. Podupadły sprinty. Są zawodnicy, którzy biegają na wysokim poziomie, ale to nie jest tak spektakularne, jak 20 czy 30 lat temu. Pamiętam, że w 1999 roku mój rekord na setkę wynosił 10,30 i byłem dopiero piąty w Polsce. Dzisiejsze wyniki naszych sprinterów na poziomie 10,23-26 nie robią na mnie wrażenia. Moi koledzy biegali w tamtych czasach równie szybko albo szybciej. Można sięgnąć jeszcze dalej, do czasów Leszka Duneckiego, Mariana Woronina, czy sztafety 4x100 metrów, w której każdy biegał poniżej 10,30. Czekam na wystrzał formy. Od lat nie pojawił się w Polsce zawodnik, który pobiegłby poniżej 10,20. Ostatni był Darek Kuć, który miał 10,15 i na tym się skończyło. Musimy poczekać kilka lat, aż pojawią się tacy, którzy spróbują się rozprawić z rekordem. Liczę na Dominika Kopcia, bo podoba mi się sposób, w jaki biega. Podczas ostatnich MP połączył bieganie krótkich sprintów, w których się specjalizował, z dystansem 200 metrów. To dobrze wróży.

– Przyznasz z ręką na sercu, że będziesz się szczerze cieszył, gdy zostaniesz wymazany z tabel?
– Każdy ma w sobie trochę pychy i chce być rekordzistą przez całe życie. Dorosłem już jednak do momentu, w którym czekam na następcę. Chciałbym mu kibicować, trzymać kciuki i patrzeć, jak rywalizuje z najlepszymi na świecie. Najbliżej był ostatnio Karol Zalewski, który pobiegł 20,26 s. Teraz zaczął się specjalizować na dystansie 400 metrów, więc nie poprawi już tego wyniku. Szkoda, bo to był chłopak, który miał największe szanse, aby się zbliżyć do 20 sekund. Teraz będę trzymał kciuki, żeby się uporał z rekordem Tomka Czubaka. Jest blisko… Tak blisko, jak był na 200 metrów, ale jego plusem jest to, że dopiero zaczął trenować dłuższy dystans.

– Nigdy nie żałowałeś, że zostałeś sprinterem? Zablokowałeś sobie drogę do medali mistrzostw świata i igrzysk olimpijskich.
– Gdy zaczynałem trenować, to nie myślałem, że są jakieś bariery, których nie można pokonać. Z drugiej strony nie miałem też oczekiwań, że będę zdobywał medale w wielkich imprezach. Mój cel był wtedy inny: chciałem być szybszy od kolegi z klasy na 60 metrów. Później z roku na rok te oczekiwania się zmieniały, ale dopiero w wieku juniora pojawiło się marzenie – występ w igrzyskach. W tamtym okresie biały sprinter mógł zdobywać medale, bo wyniki nie były jeszcze tak spektakularne. Największe szanse były na igrzyskach w Sydney. Niestety, odniosłem dwie poważne kontuzje i dotarłem jedynie do ćwierćfinału... W tamtym okresie nie tylko biegałem, ale też skakałem wzwyż i w dal. Niektórzy trenerzy uważali, że mógłbym skakać na poziomie 8,5 m. Nigdy się tego nie dowiem, bo skupiłem się na biegach.

Marcin Urbaś o muzyce i... długich włosach

– Przez kilka lat łączyłeś karierę sportową z muzyczną. Koncerty pomogły czy utrudniły osiągnięcie lepszych wyników?
– Wszystkie dodatkowe rzeczy, którymi się zajmowałem obok sportu, na pewno mi nie przeszkodziły. Raczej pomogły. Dzisiaj zawodnicy skupiają się tylko na sporcie i niczym więcej. Mnie wiele rzeczy odciągało od trenowania. Dzięki temu nie znudziłem się i nie zmęczyłem treningiem. Byłem w stanie dojść do spektakularnych wyników, bo życie nie ograniczało się tylko do bieżni.

– Kariera muzyczna to zamknięty rozdział?
– Kariera muzyczna? To za duże słowo. W wieku 15-16 zainteresowałem się muzyką i od razy jej ciężką odmianą. Wpadłem na genialny pomysł, że zostanę wokalistą. Nie potrafiłem grać na gitarze czy perkusji, więc stwierdziłem, że powydzieram się do mikrofonu. Spełniłem marzenie. Z formacją Sceptic nagrałem cztery płyty. Na pierwszy album tylko dograłem wokale, bo teksty – z jednym wyjątkiem – były już napisane. Z kolei na drugi krążek napisałem większość tekstów i wykonałem aranżacje, ale... nie zaśpiewałem, bo w tamtym okresie skupiłem się na bieganiu. Wreszcie trzeci i czwarty album – napisałem teksty i nagrałem wokale. Na ostatnim były dwie wersje, moja i obecnej wokalistki Sceptica.

– Nie śpiewasz już nawet na imprezach towarzyskich?
– Śpiewam, ale nie uważam się za świetnego wokalistę. Nigdy nie uczyłem się śpiewu. Nigdy nie traktowałem muzyki jako kariery, ale jako hobby. Nigdy nie przyniosła mi pieniędzy i nigdy tego nie oczekiwałem. Moim głównym zajęciem był sport, a muzyka była tylko dodatkiem. Teraz żałuję, że nie poświęciłem jej więcej czasu...

– Uważasz, że można było kontynuować występy w Scepticu bez szkody dla kariery sprinterskiej?
– Tak! Przecież w najlepszych latach chodziłem do szkoły, uczyłem się, trenowałem, jeździłem na próby z zespołem i robiłem wiele innych rzeczy. Kwestia organizacji czasu... Ja to potrafiłem, z czym mam teraz problem. Doba wydaje się zbyt krótka. Nie potrafię zrealizować trzech rzeczy, które sobie zaplanuję. Gdy byłem młodszy, to nie miałem takich kłopotów.

– Twoim wyróżnikiem były też długie włosy. Zniknęły w 2001 roku i... już nie wrócą?
– Nie wrócą. Rzeczywiście, to był taki charakterystyczny element i wiązał się z muzyką. Nie musiałem zapuszczać długich włosów, ale chciałem, bo wszyscy koledzy takie mieli. Na pewnym etapie kariery sportowej zaczęły mi jednak przeszkadzać. Chodziło o pielęgnację: mycie, nakładanie odżywki, rozczesywanie... Często dwa razy dziennie. Po prostu traciłem zbyt wiele czasu.

Największe sukcesy wiążą się z długimi włosami. Trenerzy nigdy nie naciskali, żebym je ściął, skoro miałem wyniki. Moja kariera przypomina sinusoidę, bo łamałem bariery. Łamałem bariery, więc pojawiały się kontuzje... Urazy nie pojawiają się u ludzi, którzy biegają na 90 proc. możliwości. Marcin Urbaś

– Długie włosy nie przeszkadzały w osiąganiu lepszych wyników?
– Największe sukcesy wiążą się z długimi włosami. Trenerzy nigdy nie naciskali, żebym je ściął, skoro miałem wyniki i regularnie pojawiałem się na treningach. Mam teorię, dlaczego potrafiłem osiągać świetne rezultaty...

?
– Moja kariera przypomina sinusoidę, bo łamałem bariery. Łamałem bariery, więc pojawiały się kontuzje... Urazy nie pojawiają się u ludzi, którzy biegają na 90 proc. możliwości organizmu, ale u takich, którzy przekraczają 100 proc. Jeśli organizm to wytrzymuje, to są spektakularne wyniki, jeśli nie – kontuzje. Trzeba robić wszystko, aby przekraczać bariery i unikać urazów.

Jestem hegemonem na 200 metrów na stadionie i w hali nie tylko dlatego, że miałem talent, ale bardzo ciężko pracowałem. Ci, którzy ze mną trenowali, mogą to potwierdzić, bo często dokładałem jeszcze cegiełkę albo dwie. Miałem do przebiegnięcia więcej odcinków, szybciej je przebiegałem i miałem krótsze przerwy niż koledzy. To zaprocentowało. Po prostu połączyłem talent z ciężką pracą. Cieszę się, że trafiłem do biegów sprinterskich, bo widocznie miałem ku temu predyspozycje.

– Sportowcy często oddają do muzeów pamiątki – medale i puchary. Jest coś, czego nigdy nie oddasz?
– Kolce, w których biegałem w Sewilli i te kolce, w których biłem rekord Polski w halowych ME. Zawsze powtarzałem, że to nie sprzęt biega, ale człowiek. Jednak gdy porównam buty, jakie są produkowane kiedyś i obecnie, to... było trochę cudu, że udało mi się osiągnąć tak znakomite rezultaty.

– Z Sewilli przywiozłeś rekord i... zgniecioną puszkę napoju.
– Nie mam medalu, ale mam puszkę. Też mogę ją sobie powiesić, bo jest okrągła. To był mój napój w Sewilli, do wyboru różne smaki. Piło się tego dużo, bo było gorąco – nawet w nocy ponad 30 stopni! To był taki zabieg psychologiczny, trochę przelewanie stresu... Padło na puszkę, którą zmiażdżyłem. To był symbol, że zmiażdżę przeciwników tak, jak to zrobiłem z puszką. Zrobiłem to przed biegiem półfinałowym. Jak widać, przyniosło efekt. Każdy drobny detal się liczy. Jest to ciekawe wspomnienie, nie tylko dla kibiców, ale też dla mnie.

HME 2005: brązowy medal Marcina Urbasia na 200 m

– Czy bieganie przydało się tobie kiedykolwiek poza stadionem?
– Wiele razy... Jestem człowiekiem, który starał się unikać bójek i konfliktów. Z bardzo różnych powodów ludzie chcą bić innych. Bo kibicujesz innej drużynie, bo nie dasz ognia, bo źle spojrzałeś… Nie potrafią zapanować nad agresją. Uciekałem wiele razy i nie potrafili mnie doścignąć.

– Podobno kiedyś uciekałeś też z Markiem Plawgo.
– Pamiętam jedną historię. Całkiem możliwe, że towarzyszył mi Marek. Byliśmy na meczu międzynarodowym i poszliśmy do klubu. Oczywiście z umiarem, bo nikt nie imprezował do rana. W klubie pojawili się lokalni bandyci, którym się nie spodobaliśmy… Musieliśmy uciekać. Pamiętam też inną sytuację, gdy w klubie pojawili się nasi miotacze. Dostać od kogoś takiego w twarz, to nie jest miło. Dwóch miotaczy rozbiło szajkę. Zostały później wyciągnięte konsekwencje, bo kolejnego dnia trochę poobijani wystartowali w zawodach.

– Polskę opanowała moda na bieganie. Ta moda porwała wielu twoich kolegów z bieżni, którzy startują w półmaratonach, maratonach, ultramaratonach…
– Widocznie czują, że czegoś im brakuje. Ja też biegam, ale bardzo wolno. Biegam po to, żeby spalić jak najwięcej tkanki tłuszczowej. Dlaczego? Jestem po czterdziestce, brzuch zaczyna rosnąć i gdybym się nie ruszał, to bym wyglądał jak kula. Biegam, ale nie rywalizuję. Nie chcę rywalizować. Nie biorę udziału w biegach masowych. No chyba, że mnie ktoś poprosi. Nawet wtedy biegnę bardzo wolno. Podsumowując: biegam dla siebie, dla przyjemności i… dla pracy. Gdy biegam, to mam dużo czasu na rozmyślania. Przychodzą mi wtedy różne pomysły. Wracam do domu, zapisuję i realizuję. Wiele pomysłów na funkcjonowanie Akademii Lekkoatletycznej narodziło się właśnie w trakcie biegania. Moje optimum to 10 km co drugi dzień.

– Wyobrażasz sobie, że mógłbyś przebiec ponad 200 razy 200 metrów?
– Wyobrażam to sobie. Przygotowuję też maratończyków. Z małymi sukcesami. Kilku przebiegło ten dystans poniżej życiówki albo po raz pierwszy poniżej trzech godzin. Kiedyś zadeklarowałem i mogę to powtórzyć: nigdy nie przebiegnę maratonu. Mało tego! Nigdy nie przebiegnę półmaratonu. Naprawdę tego nie potrzebuję. Etap rywalizacji i łamania barier mam już za sobą.

Nie dostrzegam żadnego sprintera wśród naszych reprezentantów. Za najszybszego jest uznawany Kamil Grosicki, ale to w niczym nie pomogło na mundialu. Przykładem mecz z Senegalem, gdzie każdy rywal był równie szybszy albo szybszy niż Grosicki. Marcin Urbaś

– Kiedy podjąłeś decyzję, że po zakończeniu kariery zostaniesz trenerem?
– To nie było wcale takie proste. Gdy byłem zawodnikiem, to mówiłem, że… nigdy nie będę trenerem. Byłem świadkiem jak zawodnicy dawali w kość trenerom. Nie chciałem, żeby mnie to dotknęło. Później okazało się, że jednak mam ku temu predyspozycje. I tak to się rozwinęło. Niestety, mam coraz mniej czasu, aby prowadzić zajęcia. Żałuję, bo sprawia mi to bardzo dużą przyjemność.

– W 2010 roku współpracowałeś z Lechem Poznań. Jak to wspominasz?
– Zaczęło się od szkolenia motorycznego w MSP Szamotuły, w której trenował kiedyś m.in. Łukasz Fabiański. To był okres przejściowy dla szkoły, bo wkrótce jej działalność przejął Lech Poznań. Prowadziliśmy zajęcia z drużynami juniorów oraz Młodą Ekstraklasą. Bardzo wiele się nauczyłem, jeśli chodzi o szkolenie dzieci i młodzieży.

– Doszedłeś do wniosku, że piłkarze nie potrafią biegać?
– Większość piłkarzy nie potrafi… Nie mają zbyt wielu zajęć, które wyeliminowałyby ich błędy techniczne. Przy korektach z zakresu techniki biegu, można bardzo wiele zyskać. Powinien to być wymóg szkolenia w każdym sporcie zespołowym.

– Problem z motoryką pojawił się też przy okazji mundialu.
– Na zgrupowaniu niewiele można poprawić. Nawet najlepszy specjalista nie jest cudotwórcą. Otrzymuje gotowych zawodników i jego zadaniem jest tylko utrzymanie, ewentualnie lekka korekta formy. Jedyne, co może zrobić, to stabilizacja i ochrona przed urazami oraz korekta techniki poruszania się. Koncentrowanie się na przygotowaniu fizycznym nie ma sensu. Zawodnicy spotykają się zbyt rzadko i każdy z nich trenuje zupełnie inaczej w klubie.

– Czy z obecnej kadry dostrzegasz piłkarza, który miałby szansę na karierę na bieżni?
– Dziennikarze lubią dzielić piłkarzy na szybkich i wolniejszych. Szczerze, to nie dostrzegam żadnego sprintera wśród naszych reprezentantów. Za najszybszego jest uznawany Kamil Grosicki, ale jego szybkość i starania w niczym nie pomogły na mundialu. Przykładem mecz z Senegalem, gdzie każdy rywal był równie szybki albo szybszy od Grosickiego. To pokazuje, że jesteśmy 100 lat za najlepszymi. Szkolenie motoryczne jest słabe...

Marcin Urbaś: większość piłkarzy nie potrafi biegać

– Wspomniałeś Grosickiego. Miałby z tobą szanse na długości boiska?
– Spokojnie by ze mną wygrał. Jest w stałym treningu, a ja nie trenuję od 9 lat. To nie jest takie proste, żeby wrócić do dawnej formy.

– Kiedyś chwaliłeś się, że nie ma piłkarza w Polsce, który by z tobą wygrał.
– Poprawka: nie było takiego piłkarza na świecie. I mówiłem nie tylko o sobie, ale o każdym sprinterze na poziomie europejskim. Jednak nie można nas porównać. Zupełnie inne warunki są na boisku – w korkach, na trawie, poruszanie wielopoziomowe – niż na bieżni, gdzie biegamy w linii, na tartanie, który oddaje energię. Inna bajka. Sprinter koncentruje się podczas treningów na innych elementach – jak najszybciej przebiec z punktu A do punktu B. U piłkarzy dochodzą jeszcze m.in. wytrzymałość i technika. Nie mogą się skupić tylko na szybkości, bo będą słabsze inne elementy.

– Dlaczego były lekkoatleta, były piłkarz i były kajakarz postanowili założyć akademię piłkarską?
– Zbieg okoliczności. Zakończyłem współpracę z Lechem i razem z Arkiem Mąkiną stwierdziliśmy, że fajnie byłoby to kontynuować i stworzyć coś nietuzinkowego. To był przede wszystkim pomysł Arka, który dokładnie rozpisał jak taka akademia miałaby funkcjonować. Chcieliśmy szkolić jak inne kluby, ale... bardziej spektakularnie. Do tego dołożyć trening motoryczny już dla najmłodszych dzieci. Akademia Kreatywnego Futbolu jest jedyną, która prowadzi kompleksowe szkolenie. Szkoli od podstaw i wszechstronnie. W styczniu nasze drogi się jednak rozeszły. Podjąłem taką decyzję z powodów prywatnych. Chciałem mieć więcej czasu dla rodziny i Akademii Lekkoatletycznej. Rozdzielanie czasu między dwie akademie mogłoby nie wyjść na dobre.

– Skąd pomysł na Akademię Lekkoatletyczną?
– Na początku działałem przy dwóch akademiach, a tej lekkoatletycznej poświęcałem tylko 20 proc. czasu. Efekt przy zapisach przerósł moje oczekiwania. Okazało się, że stworzenie akademii dla takiego odbiorcy – dzieci od szóstego roku życia – jest strzałem w dziesiątkę. Takich zajęć nigdzie nie ma.

– Kluby szkolą źle?
– Chcemy dać możliwość treningów dzieciom od najmłodszych lat, a rodzicom dać wybór. Dotychczas jedyną opcją były zajęcia przy stadionach i w klubach, jak na przykład w AZS AWF Poznań czy Olimpii. Tylko, że tam zapraszano dzieci od dziewiątego roku życia i starsze. Najchętniej – żeby nie robić kłopotów trenerom – przyjmowano 14-, 15-latków. Wychowałem się na dotychczasowym programie i wiem, że to program, który opiera się na wczesnej specjalizacji i szkoli zawodników na mistrzów. Ja chcę szkolić wszechstronnie jak najwięcej dzieci, a dopiero tym, które chcą zostać przy lekkoatletyce, wprowadzić specjalizację. Jeśli miałbym pięciu sprinterów, to jaka jest szansa, że któryś z nich zostanie mistrzem świata czy olimpijskim? Może jeden, a może żaden. Szkolę ponad pół tysiąca zawodników, więc moje szanse rosną. Nie jest wykluczone, że wśród nich jest dziesięciu przyszłych mistrzów.

PZLA ma chyba problem z Marcinem Urbasiem. Może dlatego, że zawsze mówię to, co myślę? Może jestem za bardzo kontrowersyjny? Czasem moje wypowiedzi są niewygodne. Ja chcę robić rewolucję, a inni chcą, żeby było po staremu. Marcin Urbaś

– Najpierw szkolenie dzieci, później wychowanie przyszłego mistrza Polski…
– Nie, moim celem jest wychowanie mistrza Europy albo mistrza świata, a najlepiej mistrza olimpijskiego. Czy to się uda? Zobaczymy. Jest bardzo dużo czasu – najstarsi zawodnicy w mojej akademii mają 12 i 13 lat. Dzięki nietuzinkowemu podejściu, świetnym trenerom i autorskiemu programowi, będziemy w stanie wychować takich więcej niż w innych klubach w Polsce. Mało tego! Oni będą w stanie osiągać lepsze wyniki. Mamy otwarte umysły, na bieżąco korygujemy treningi i wprowadzamy nowe metody. Na razie to przynosi skutek.

– Czy twoja praca jest dostrzegana przez PZLA?
– Nie mam żadnych sygnałów. Może śledzą mój profil na Facebooku? Nikt nie okazał mi wsparcia, nie powiedział dobrego słowa ani nie zaproponował, że moglibyśmy zrobić coś razem. To działa też w drugą stronę. Jeśli działania Marcina Urbasia na rzecz polskiej lekkoatletyki miałyby być kłopotem dla PZLA, to ja nie chcę kłopotów. Uważam, że to co robię, robię dobrze i skupiam się na pracy. Wiadomo, że związek myśli przede wszystkim o wyczynowcach.

– Nigdy nie pojawił się pomysł, aby wykorzystać twoje doświadczenie z kariery zawodniczej i blisko 10-letnie doświadczenie w pracy trenerskiej?
– Nie, nie, nie. Nie otrzymałem żadnej propozycji, aby mnie zaangażować, choćby jako konsultanta. W polskich warunkach działa to trochę inaczej. Najpierw trzeba się sprawdzić, wychować zawodnika, który zostanie mistrzem Polski i dopiero później można kandydować na trenera kadry. Jeśli nie ma się osiągnięć, to nikt nikomu nie zaproponuje współpracy. Inna sprawa, że PZLA ma chyba problem z Marcinem Urbasiem. Może dlatego, że zawsze mówię to, co myślę? Może jestem za bardzo kontrowersyjny? Czasem moje wypowiedzi są niewygodne. Ja chcę robić rewolucję, a inni chcą, żeby było po staremu, ewentualnie z niewielkimi zmianami.

– Może nasze sprinty potrzebują rewolucji, skoro od 20-30 lat nikt nie potrafi się zbliżyć do rekordów Polski?
– W biegach krótkich nie istniejemy. Taka jest prawda. Coś się zaczęło dziać, jeśli chodzi o sprinty kobiece. Ewa Swoboda biega na światowym poziomie, ale ma wahania formy. Nie wynikają one z kontuzji, ale z emocji. Czasami mówi za dużo, czasami za mało. Z drugiej strony, fajne jest to, że jest buntownikiem. Już 2-3 lata temu mówiłem, że ma ogromny talent, ale pytanie, czy się rozwinie. Obecnie ten postęp się zatrzymał. Pojawiają się inne zawodniczki, które biegają na wysokim poziomie. Jestem ciekawy jak poradzi sobie Ewa, gdy pojawi się z ich strony duża presja.

– Wróćmy do kadry… To twój cel i marzenie czy wolisz pracę u podstaw w Poznaniu i wychowanie przyszłego mistrza?
– Poczekam. Będę uważnie obserwował, co się dzieje. Niekoniecznie ja muszę być trenerem. To moi trenerzy mogą mieć osiągnięcia. Będę miał jednak prawo czuć się ojcem sukcesu. Dlaczego? Zbudowałem to wszystko od podstaw. Oczywiście wyobrażam sobie pracę jako trener kadry sprinterów, ale wiem, że to niemożliwe. Najpierw muszę wychować mistrza…

– …i czasami ugryźć się w język?
– Nie zamierzam. Wiem, że czasami coś powiem i dopiero przychodzi refleksja, że mogłem to powiedzieć inaczej, łagodniej ubrać w słowa. Z drugiej strony, tylko powiedzenie czegoś dobitnie, może coś zmienić. Jeśli wszyscy będą się głaskać po głowach i mówić, że jest w porządku, to nic się nie zmieni. Tutaj potrzebna jest rewolucja. Tylko wtedy możemy liczyć na wyniki. Tymczasem świat pędzi, a my truchtamy.

* * *

Marcin Urbaś – aktualny rekordzista Polski na 200 metrów na stadionie (19,98 s; MŚ w Sewilli 1999) oraz w hali (20,55 s; HME w Wiedniu). Uczestnik igrzysk olimpijskich w Sydney (2000) i Atenach (2004). Złoty (2002) oraz brązowy (2005) medalista halowych ME, a także srebrny medalista ME w sztafecie 4x100 m (2002). W 2009 roku zakończył karierę. Jako trener współpracował z Lechem Poznań, do tego z reprezentacją Polski w rugby 7-osobowym i maratończykami. Założyciel Akademii Kreatywnego Futbolu i Akademii Lekkoatletycznej w Poznaniu.

najpopularniejsze

Złowione w sieci: echa skandalu w Buenos Aires. Raków gratuluje Robertowi Kubicy

Pierwsza konferencja Nawałki: praca w Lechu Poznań to wyzwanie

Grupa marzeń i śmierci Jerzego Brzęczka. Selekcjoner wybrał rywali w eliminacjach

Co dalej ze Stocznią Szczecin? "Titanic tonie"

Podanie Slaughtera i "czucie gry" Mateusza Ponitki. Piękna akcja Polaków