tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Rafał Gikiewicz: miałem zostać numerem jeden we Freiburgu

– Przyszedł taki moment, że wolałem zrobić krok w tył i nie patrzeć tylko na Bundesligę oraz sferę finansową. Przestało mnie to cieszyć. Chcę nadal rozwijać się i spełniać prywatne cele – powiedział Rafał Gikiewicz, bramkarz Unionu Berlin dla SPORT.TVP.PL.
Rafał Gikiewicz: wolałem zrobić krok w tył [wideo]
Rafał Gikiewicz (fot. Getty)

Hubert Błaszczyk, SPORT.TVP.PL: – Rozmawiamy świeżo po debiucie w barwach Unionu Berlin. Jakie wrażenia po pierwszym spotkaniu?
– Pozytywne. Pierwszy mecz, trzy punkty i czyste konto – to może cieszyć. Z przebiegu gry może nie wyglądało to tak jak sobie zakładaliśmy, ale wygraliśmy i od poniedziałku przygotowujemy się do kolejnego meczu.

– Ciekawostką jest to, że bramkę zdobył Felix Kroos, czyli brat Toniego. Zrobił to w stylu reprezentanta Niemiec…
– Śmiałem się, że strzelił jak Cristiano Ronaldo. Tylko, że Portugalczyk rzadko to robi, a Felix teraz trafił. Prawda jest taka, że trenujemy bardzo dużo stałych fragmentów gry i liczyliśmy na to. Trener analizował ostatnie mistrzostwa świata, gdzie padało wiele bramek w takich sytuacjach. Mówił nam, żebyśmy byli cierpliwi, bo coś strzelimy ze stałego fragmentu gry. Kroos trafił idealnie. Bramka stadiony świata.

– Trybuny waszego stadionu są bardzo blisko murawy. Jak chłonąłeś tę atmosferę?
– Kibice są żywiołowi, ale do tego przyzwyczaiłem się w Niemczech. Nie ważne czy Bundesliga, czy 2. Bundesliga, to element wyróżniający ich. Ciekawostką jest, że podczas naszych meczów trzy czwarte trybun stoi. Wiadomo, kiedy przebywa się na boisku, to nie słyszy się swoich myśli. Podpowiedzi na boisku są krótkie, bo tumult jest bardziej odczuwalny niż na trybunach. Fani są zawsze dwunastym zawodnikiem Unionu. W pierwszej kolejce nas ponieśli i wygraliśmy. Teraz pojadą za nami do Koeln.

– Union nie jest faworytem 2. Bundesligi. Co skłoniło cię, żeby przejść do tego zespołu?
– Jak to mawiał trener Probierz, faworytem jest szesnaście zespołów. Każdy na początku sezonu ma zero punktów i walczy o pierwsze miejsce. Wiadomo, że Hamburg i Koeln mają z marszu awansować. Jak pokazała pierwsza kolejka wcale tak nie musi być. HSV poniosło porażkę 0:3 u siebie. Co mnie skłoniło? Union zabiegał o mnie od lutego. Rozmowy były od tego czasu. Bardzo mnie chcieli, pomimo tego, że zmienił się później dyrektor sportowy i trener. Chcieli podnieść poziom rywalizacji w bramce. Idzie się tam, gdzie cię chcą, więc wybrałem Berlin.

Piłkarze Unionu Berlin (fot. Getty) – W klubie mają na pewno aspiracje. Jest presja czy podchodzą spokojnie do tematu ewentualnego awansu?
– Presja jest zawsze w piłce nożnej. Trzeba z tym codziennie żyć. Cel to zwycięstwo w każdym kolejnym meczu. Najbardziej realna jest walka o trzecie miejsce. Chcemy ciągle utrzymywać się pomiędzy trzecią a szóstą pozycją i patrzeć na miejsce barażowe, które daje szansę na Bundesligę.

– Były inne oferty z 2. Bundesligi?
– Było kilka ofert. Nie tylko z 2. Bundesligi, ale też ligi polskiej. Mogłem spróbować azjatyckiej przygody. Coś tam się działo. Po to jest agencja menedżerska, żeby to kontrolowali. Jestem jednak piąty sezon w Niemczech, znam język, dzieci chodzą do szkoły, urodziło mi się dziecko, więc trzeba też patrzeć na rodzinę. Nie jestem kawalerem i nie mam 20 lat. Tutaj wszystko jest tak poukładane, że ciężko było wyjeżdżać. Liga jest bardzo atrakcyjna. Chciałem za wszelką cenę zostać. Z drugiej strony nie sposób było zmienić klub i znowu siedzieć na ławce. Szukałem takiej drużyny, która nie da mi z marszu grania, ale chce mnie u siebie.

– Kibice dopytywali o ligi egzotyczne. Nie chciałeś podobnie jak brat spróbować takiej przygody?
– Jeszcze przyjdzie na to czas. Mam 30 lat, więc jestem w stanie jeszcze trochę pograć na dobrym poziomie. Jest to możliwe, jeśli patrzy się na Arkadiusza Malarza, który wyprawia cuda. Podobnie jest z Marianem Kelemenem. Zastanawiałem się nad Japonią, bo stamtąd była oferta. Tam jest ciekawa liga, pieniądze i inna kultura. Mam pięciomiesięczne dziecko i też ze względu na to nie bardzo chcieliśmy wyjeżdżać. Z Berlina mamy blisko do Polski. Te aspekty braliśmy też pod uwagę.

– Skąd przyszła oferta z ligi polskiej?
– Z zespołu z górnej połówki tabeli. Zawsze biją się o europejskie puchary. Ten klub bardzo mnie chciał, ale byłem już po rozmowach z Unionem. Przedstawiłem to prezesowi. Nie chciałem być nie fair i wycofywać się z ustaleń. Czekałem aż mój nowy klub dogada się z Freiburgiem. Powiedzieliśmy sobie, że następnym razem.

Dwa mecze w Bundeslidze otworzyły mi furtkę na Union i inne oferty. Zobaczyli, że nie zardzewiałem i potrafię bronić. Przeciwko Borussii nie narobiłem w majty, tylko wyszedłem i zremisowaliśmy 2:2 po golu straconym w 94. minucie. Rafał Gikiewicz

Rafał Gikiewicz (fot. Getty) – Wywołałeś Freiburg… Jak z perspektywy czasu oceniasz pobyt w tym klubie?
– Przyjechał pociąg z ofertą z Bundesligi i nie sposób było nie skorzystać z okazji. Byłem przez dwa lata jednym z lepszych bramkarzy 2. Bundesligi w barwach Eintrachtu Brunszwik. Przyszedłem do tego klubu za darmo, a zarobili na mnie milion euro, więc nie są niezadowoleni z tego faktu. Gdybym nie zdecydował się na grę we Freiburgu, być może nie miałbym już nigdy takiej szansy. Miałem przyjemność przez dwa lata trenować ze świetnymi zawodnikami. Co weekend obserwowałem jeszcze lepszych piłkarzy z bliska. Niestety, nie zagrałem tylu spotkań, ile bym chciał, ale w piłce nożnej nikt nic za darmo nie daje. W Bundeslidze w zespołach jest trzech, czterech bramkarzy na bardzo dobrym poziomie. Rywalizowałem z Aleksandrem Schwolowem i podnosiłem jego umiejętności. Naciskałem na niego na treningach. Pozwoliło mi to stać się lepszym zawodnikiem.

Czekałem półtora roku na swoją szansę. Przyszła z Lipskiem i Dortmundem. Te dwa mecze otworzyły mi furtkę na Union i inne oferty. Zobaczyli, że nie zardzewiałem i potrafię bronić. Przeciwko Borussii nie narobiłem w majty, tylko wyszedłem i zremisowaliśmy 2:2 po golu straconym w 94. minucie.

– Czy przychodząc do Freiburga byłeś skazany, żeby być tym drugim? Rozmawiałeś o tym z trenerem?
– Było trochę inaczej. Schwolow doznał kontuzji i nie było pewne czy zagra w pierwszym meczu. Klub szukał bramkarza, który będzie po przygotowaniach, a ja miałem przepracowany obóz treningowy z Eintrachtem. Byłem gotowy grać dla Brunszwiku. Oni nie chcieli mnie puścić, bo wszystko było już przygotowane pod inaugurację. Ostatecznie transfer doszedł do skutku. Plan był taki, że jeśli nadal będzie kontuzjowany Schwolow to zadebiutuje, a jeśli się wyleczy, to on będzie grał. Kończył mu się kontrakt po sezonie i było zapewnienie, że będą chcieli na nim zarobić. Podpisałem trzyletnią umowę, miałem obyć się z Bundesligą. Od następnego sezonu miałem zostać numerem jeden, ale życie to zweryfikowało. Nie ma co zakładać pewnych sytuacji. Alexander przedłużył kontrakt i dla klubu to była fajna opcja, że ma dwóch dobrych bramkarzy. Obaj mieliśmy jednak bardzo dobre umowy, a tylko jeden mógł grać…

Przyszedł taki moment, że wolałem zrobić krok w tył i nie patrzeć tylko na Bundesligę oraz sferę finansową. Przestało mnie to cieszyć. Chcę nadal rozwijać się i spełniać prywatne cele.

– Co spowodowało, że grał Schwolow, a nie Gikiewicz?
– Nie lubię szukać alibi. Po prostu był ode mnie lepszy. Trener decyduje i nie jest samobójcą, który wystawia słabszych zawodników. On widzi ich w tygodniu na treningu. Bramkarz potrzebuje też zaufania, dlatego nie można zmieniać go co mecz. Każdy ma lepsze i gorsze mecze. Błędy się zdarzają. Schwolow miał bardzo dobry pierwszy sezon po awansie, później trochę gorszy, ale ciągle dawali mu grać. Byłem na rozmowach, szanowano, że dobrze trenuję. Nie dawano mi jednak takich szans, jakich bym oczekiwał. Nie można się jednak obrazić na trenera, bo w Niemczech za takie coś zostaniesz szybko skasowany. Trzeba zacisnąć zęby. Ta przygoda tutaj nauczyła mnie tego, że trzeba robić swoje i nie można się obrażać. Niemieckie kluby mają dużą kadrę i budżety. W pewnym momencie mogą sobie pozwolić na to, żeby niektórym podziękować. Na twoje miejsce przyjdzie wtedy rodzimy bramkarz, których mają tutaj pod dostatkiem. Słyną tutaj ze szkolenia, dlatego obcokrajowcowi nie jest łatwo. Tym bardziej nie można trenerowi szeptać do ucha, że robi źle.

Rafał Gikiewicz (fot. Getty) – Po meczach z RB Lipsk i Borussią Dortmund nie czułeś, że nadchodzi twój czas?
– Co mam ci powiedzieć? Oczywiście, że czułem. Schwolow nie trenował 14 dni, a my nie przegraliśmy meczów z zespołami, które były w TOP6 ligi i walczyły o europejskie puchary. Mój rywal po tym okresie czasu odbył tylko jeden trening i wyszedł na mecz z Bayerem Leverkusen. Trener rozmawiał ze mną, że to jest nie fair, ale on jest numerem jeden. Uwierzyli mu, że jest gotowy. Powinienem zagrać jeszcze jeden mecz, a Schwolow wrócić do bramki po przejściu pełnego cyklu treningowego. To szkoleniowiec decyduje i zawsze należy to do niego. To trochę tak jak w szkole. Nauczyciel ma zawsze rację, choć wielu się z tym nie zgadza.

– Czy to był taki moment, w którym zdałeś sobie sprawę, że należy szukać alternatywy?
– Już po pierwszym sezonie miałem ofertę z Kaiserslautern, ale nie chcieli za mnie zapłacić tyle, ile chciał Freiburg. To nie jest tak, że siedziałem, dłubałem w nosie i mi odpowiadała sytuacja w klubie. Szukaliśmy opcji idealnej do grania. Union też musiał za mnie zapłacić. Jeśli ktoś wykłada za ciebie pieniądze, to chce je w dłuższej perspektywie odzyskać. W dwóch meczach, które zagrałem w Bundeslidze wiele udowodniłem sobie. Wyszedłem na Signal Iduna Park, gdzie było 85 tysięcy kibiców. Akurat pożegnalny mecz Pierre’a-Emericka Aubameyanga. Nie grając regularnie przez półtora roku, byłem w stanie dobrze się zaprezentować. To był sygnał, że dość siedzenia i trzeba zrobić wszystko, żeby odejść. Przed końcem sezonu Freiburg wiedział o tym. Robiliśmy wszystko, żeby klub znalazł mojego następcę i mnie puścił.

– We Freiburgu grałeś z Bartoszem Kapustką. Wydawało się, że może w tym miejscu odbudować karierę. Co w jego przypadku zadecydowało, że się nie przebił?
– Przede wszystkim przyszedł z kontuzją i stracił pierwsze dwa, trzy tygodnie. Odstawał też taktycznie. Christian Streich słynie z tego, że zespół jest bardzo dobrze przygotowany pod tym względem. Wymagał więcej od Bartka i musiał się podciągnąć. Przez ten rok to mu się udało. Jednak zespół zaczął punktować i wtedy bardzo ciężko jest wejść do pierwszego składu. Nikt nie patrzył, że klub zapłacił za wypożyczenie Kapustki. W Niemczech zawsze gra lepszy w danym tygodniu. Trener stawiał na innych. To też pewna lekcja dla niego. Wyciągnie wnioski, a po pobycie we Freiburgu na pewno jest lepszym piłkarzem. Ma jeszcze czas, choć musi wybierać taką drogę, żeby zacząć grać. Kolejny rok bez występów może skończyć się nieciekawie.

– Często w Polsce marginalizuje się 2. Bundesligę. Jak tutaj wygląda infrastruktura i baza treningowa?
– To nie jest tak, że wyjechałem z kraju i będziemy mówili źle o Polsce. W Ekstraklasie wszystko się rozwija i też nie jest najgorsze. Umówmy się jednak, że nie wszystkie zespoły mają takie bazy treningowe jak te z pierwszej dziesiątki 2. Bundesligi. Są podgrzewane boiska, hale, sztuczna murawa. W Unionie i Eintrachcie Brunszwik nie ma potrzeby wyjazdów na zimowe zgrupowania. Możemy zimowy obóz przeprowadzić na własnych obiektach. Za wszystkim stoją budżety klubów. Union biłby się w naszej lidze o czołowe lokaty. W tamtym sezonie ściągnięty we Freiburgu za 4,5 miliona euro Yoric Ravet siedział na ławce rezerwowych. Nikt nie patrzy na to, ile zapłacono za Kapustkę czy Ryana Kenta. W Niemczech trenerzy potrzebują 30 wyrównanych zawodników i z nich trener wybiera 18-tkę meczową.

najpopularniejsze

Cracovia nadal na dnie. Zagłębie wśród najlepszych

Kapitalny finisz Święty-Ersetic. Polka mistrzynią Europy!

Lekkoatletyczne mistrzostwa Europy. Sztafeta 4x400m kobiet (finał): Polki ze złotym medalem

ME w Berlinie: złoty medal Anity Włodarczyk

75. TdP: "piłkarski" etap z Chorzowa do Zabrza (kronika 06.08.2018)