tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Robert Karaś, mistrz świata w potrójnym ironmanie: nie będę już tak się niszczył [WYWIAD]

Trzy treningi dziennie, przez sześć dni w tygodniu. Poza tym, odpowiednie geny oraz... pizza, cola i imprezy. Taka mieszanka to przepis Roberta Karasia na sukces. 29-letni Polak został właśnie mistrzem świata i rekordzistą świata w triathlonie na dystansie potrójnego ironmana – 11,4 km pływania, 540 km na rowerze i 126,6 km biegu. Z niesamowitym sportowcem spotkaliśmy się w jego rodzinnym Elblągu. Już niedługo wywiad również w formie wideo, z nagraniami z mistrzowskiego startu.
Robert Karaś: do końca nie wiedziałem, czy wygram
(fot. Team Karaś)

Ukończył morderczy wyścig w niemieckim Lensahn z czasem 30 godzin 48 minut i 57 sekund. 15-letni rekord świata pobił o 59 minut. Był najlepszy z 52 zawodników, z których do metry dotarło 44. Rok wcześniej Polak ustanowił rekord świata na dystansie podwójnego ironmana.

Radosław Przybysz, SPORT.TVP.PL: – Jak to możliwe?

Robert Karaś: – Faktycznie, gdy teraz patrzę na te liczby, to też mnie przerażają i nie wiem jak to jest możliwe. Gdy wracałem z Niemiec do Polski, miałem do przejechania prawie tę samą liczbę kilometrów, którą pokonałem podczas zawodów. Z tej perspektywy to rzeczywiście przerażające, ale gdy jest się na zawodach, gdy jest adrenalina, to bardzo szybko mija. To jest cel, na który się pracowało rok.

– Jak przebiegają takie zawody?
– Zacząłem od pływania. Ale nie na otwartym akwenie, tylko na 50-metrowym basenie. Na wyścigach ultra to normalne. Ze względu na bezpieczeństwo. Nie mogłem płynąć swoim tempem, musiałem dostosować je do temperatury wody. Ta wynosiła 30 stopni, a na basenach sportowych wynosi ok. 26 stopni, a jeszcze mieliśmy na sobie pianki. Musiałem dbać, żeby się nie przegrzać. Po wyjściu z wody szybka zmiana, zdejmuję piankę, zakładam buty kolarskie, kask i lecę na rower. 540 km w pętli ośmiokilometrowej. Przewyższenie na każdej to 44 metry, było 67 takich pętli. Całkowity wznos terenu to 2700 m. I na koniec potrójny maraton – 126,6 km, również pofałdowany teren, aż 96 pętli – więc trudne dla psychiki – po 1320 m.

– Jest czas, żeby coś zjeść?

– Jedzenie i chłodzenie było najważniejsze. Poza pływaniem, jazdą rowerem i biegiem, jedzenie jest czwartą konkurencją triathlonu. A w wyścigach ultra, moim zdaniem, najważniejszą. W pływaniu co dwa kilometry stacja żywieniowa – kilka sekund na wypicie kubka żelu i kubka izotoniku. Mój team przykładał mi lód do głowy i do karku. Na rowerze co pętlę jadłem przeróżne rzeczy. Zacząłem od słodkich żeli, potem był zblendowany ryż z owocami, mus owocowy, wołowina podlana rosołem. Planowałem pić co sześć-osiem minut, ale pogoda była okrutna i trzeba było pić częściej, bo po dwóch-trzech minutach już było sucho w buzi. Podczas biegu też przyjmowałem pożywienie co pętlę.

– Blisko 31 godzin na trasie. Co dzieje się wtedy w głowie? Nie nudzisz się?
– Nie, to bardzo szybko mija. Myślę tylko o zadaniach, które mam do wykonania. Wiem, kiedy muszę zjeść i kiedy się napić. W basenie pilnuję prędkości, mam ustawiony alarm, żeby w punkt, co 42 sekundy trafić w ścianę na nawrocie. Żeby utrzymywać ustalone tempo. Na rowerze pilnuję mocy. Używamy mierników, patrzę jaka jest moc generowana i staram się nie przekraczać tych watów, żeby wytrzymać, do końca być w miarę świeżym. Podczas biegu też pilnuję, żeby nie przekraczać ustalonej prędkości. Moja głowa jest zajęta cyferkami. Nie nudzę się i nie dopuszczam do siebie innych myśli.

– Ale był kryzys?

– Tak i to niejeden. Pierwszy, żywieniowy na rowerze. Zazwyczaj w takich długich wyścigach jeden rodzaj jedzenia się nudzi i na samą myśl o nim robi się niedobrze. Ale to zdarzało mi się wcześniej i wiedziałem, że jak zmienię pokarm, to kryzys szybko minie. A w biegu były trzy kryzysy poważne. Pierwszy raz w karierze przeszedłem z biegu do marszu. Ciężko było na 60. kilometrze, gdy uzmysłowiłem sobie jak daleko jeszcze do końca.

– Jak go przezwyciężyłeś?

– Starałem się odrzucić tę myśl, że to jeszcze ponad 60 kilometrów. Powiedziałem sobie, że przebiegnę 20 pętli bez przerwy i zatrzymam się na dwie-trzy minuty masażu. Potem kolejne kilka pętli i znów masaż. Skracałem sobie te odcinki: najpierw 26 km, potem 13. Oszukałem umysł. Wyznaczyłem sobie mały cel i nagrodę w postaci masażu i chłodzenia.

– Czy to prawda, że na trasie zażyczyłeś sobie pizzy?
– Tak, był taki moment. Po 400. kilometrze zatrzymałem się, bo było po 21 i musiałem założyć lampki. Jak się zatrzymałem, adrenalina trochę zeszła i poczułem, że jestem bardziej głodny, a nie mam już ochoty na te papki. Powiedziałem: – Zamówcie mi pizzę. Co pętlę, trzy razy, trener podawał mi kubeczek ze "zwiniętym" kawałkiem pizzy i jadłem na rowerze, w aerodynamicznej pozycji, wsuwając go pod szybkę kasku. Potrzebowałem, żeby coś pogryźć. Popiłem rozcieńczonym z wodą Red Bullem i colą i było super. Głowa od razu się lepiej poczuła.

– Wygrałeś z ogromną przewagą. Drugi zawodnik dobiegł do mety 2,5 godziny po tobie. Kiedy zdałeś sobie sprawę, że zwyciężysz?

– Nie wiedziałem tego do końca. Na kilka kilometrów przed metą nie byłem pewien, czy dobiegnę. W tych zawodach jest taka tradycja, że ostatnią pętlę biegnie się w przeciwnym kierunku, żeby pożegnać się z rywalami, przybić piątkę, pozdrowić kibiców. Ja się nie cieszyłem, każda przybita piątka mnie cofała, tak byłem słaby.

– Jak wyglądają pierwsze godziny i dni po tak morderczym wysiłku?
– Pierwsze godziny były ciężkie. Musiałem wlać w siebie ponad trzy litry płynów, żeby oddać mocz na kontrolę antydopingową. Byłem już pełny, brzuch spęczniały, a jeszcze wszystko się zablokowało, nie mogłem się załatwić. Zajęło mi to ok. trzech godzin. Bardzo źle to wspominam. Po powrocie do hotelu miałem bardzo wysoką temperaturę. Zespół chłodził mnie ręcznikami wyjętymi z wody z lodem, żebym mógł zasnąć. Mój organizm był tak przegrzany, że ręczniki po kilku sekundach były gorące. Jak wreszcie zbiliśmy temperaturę, to przyszła noc, ale nie mogłem wciąż zasnąć. Wszystko bolało, schodziła adrenalina. Nie mogłem wstać z łóżka. Ból ustępował jednak z każdym dniem. Na drugi dzień mogłem już pochodzić, opierając się na barkach kolegów, a następnego dnia schodziłem już bokiem po schodach.

– Zakładam, że nie jest to ani zdrowe, ani rozsądne.

– Na pewno każdy taki wyścig sieje spustoszenie w organizmie. Ale to był mój pierwszy i ostatni start w ultra. Wracam do krótszych zawodów. Zrealizowałem małe marzenie – jestem mistrzem świata w ultra – i nie muszę tego powtarzać. Gorzej, jakbym przegrał i musiał jechać za rok. Cieszę się, że udało się za pierwszym razem i więcej już nie będę tak się niszczył.

– Są wariaci, którzy startują w ultra triathlonach regularnie?
– Tak, normalnie jest federacja, są tacy, którzy startują co miesiąc, co dwa. Nie wiem, jak oni to znoszą, szczególnie psychicznie. Nie wyobrażam sobie udziału w kolejnym biegu ultra na przykład za trzy tygodnie, a zawodnik, który w Lensahn był drugi, trzy tygodnie wcześniej bardzo zbliżył się do tego rekordu świata, który ja teraz poprawiłem. To są bardzo wytrzymali ludzie.

– Pierwszy raz pojechałeś na mistrzostwa świata i od razu wygrałeś, w dodatku bijąc rekord świata. A są tacy, którzy robią to przez lata i nigdy nie osiągną takiego wyniku. Jak ci się to udało?

– Mam organizm, który potrafi długo radzić sobie z takim wysiłkiem. Poza tym, największe zawody triathlonowe są rozgrywane na dystanse ironmana (trzy razy krótszym – red.). Jest więcej pretendentów do zwycięstwa i o wiele trudniej jest wygrać. Na MŚ w ultra może wystartować tylko 50 osób, które ukończyły podwójnego ironmana. W moim mniemaniu dużo łatwiej jest wygrać bieg ultra niż na standardowym dystansie. Będę spełniony dopiero, kiedy tam powalczę ze światową czołówką.

– Te predyspozycje genetyczne masz nie tylko ty, ale co zrozumiałe również brat Sebastian, który przepłynął wpław Bałtyk.

– Tak, razem poszliśmy w długie dystanse. Sebastian rok temu przepłynął Bałtyk, wcześniej pobił rekord Polski w pokonaniu Kanału La Manche. Ale teraz jest triathlonistą i wierzę, że kiedyś spotkamy się na starcie. Jestem jego trenerem i spróbuję "przepchnąć" go na długie dystanse. Na razie startuje na krótkich, właśnie z sukcesem skończył sprint w Gdyni (750 m pływania, 20,6 km na rowerze i 5 km biegu – red.). Był drugi w kategorii open. Bardzo szybko się rozwija, ma talent i przyjdzie dzień, gdy będziemy razem ścigać się na ironmanie.

– Ile lat przygotowania potrzeba, żeby móc wystartować w ironmanie? O potrójnego ironmana nie będę nawet pytał.
– Ja ukończyłem pierwszego ironmana po pół roku treningu. Ale to jest indywidualna sprawa. Zależy, czy ktoś ma przeszłość sportową, najlepiej w pływaniu, na rowerze lub w bieganiu, czy dopiero wstał z kanapy i 20 lat nic nie robił. To trudne pytanie, ale każdy jest w stanie się do tego przygotować.

– Nawet ten, który wstał z kanapy po 20 latach nicnierobienia?

– Oczywiście, że tak. Najważniejsza jest systematyczna praca. Jeżeli zgłosi się do trenera i będzie systematycznie realizować plan treningowy, to jest to naprawdę bardzo szybka droga.

– Jak wygląda twój trening?
– Nie ma w nim miejsca na "puste okienka". Nie można sobie odpuszczać żadnego treningu, bo nic by z tego nie wyszło w sporcie wytrzymałościowym. To nie jest MMA, że ktoś nieprzygotowany może trafić jednym ciosem i znokautować przeciwnika. Jeżeli ktoś nieprzygotowany stanie na starcie, to nie ukończy wyścigu. Systematyka jest najważniejsza. Rano zaczynam od pływania, potem jest rower i na koniec dnia bieg. Dwa razy w tygodniu jest symulacja wyścigu, kiedy ćwiczę też żywienie i tempo startowe. Dodatkowo dwa razy w tygodniu uzupełniam plan treningiem w siłowni. Trzy-cztery treningi dziennie, sześć dni w tygodniu, niedziela wolna.

– Zdarza ci się nie ukończyć treningu? Gdy mówisz sobie "więcej nie dam już rady"?
– Nie. Gdybym tak robił, to byłbym z siebie niezadowolony i po treningu miałbym złe samopoczucie, a trening jest po to, żeby "się podbić" i dobrze czuć. Jeśli coś nie wychodzi, a przychodzą takie dni, bo nie jestem maszyną, tylko człowiekiem, to nie odpuszczam, tylko robię zadania wolniej. Nie poddaję się, bo jeśli poddałbym się na treningu, to tak samo byłoby w wyścigu.

– Ale przecież każdy ma czasami takie dni, że wstaje i wie - dziś muszę zrobić sobie wolne.
– Nie mogę. To jest moja praca. Tobie też nie chce się czasem wstać do pracy, ale zaciskasz zęby i idziesz. Czasem "diabełek" siedzi na ramieniu i mówi do ucha, żeby zrobić sobie wolne, ale nie zwracam na niego uwagi.

– Dieta również jest bardzo ścisła?

– Od roku wspiera mnie catering dietetyczny i połowę zapotrzebowania – 3000 kalorii – stanowi bardzo zdrowa, zbilansowana dieta. Wcześniej miałem z tym problemy, przyjmowałem śmieciowe jedzenie. A teraz staram się to łączyć, zachowywać balans. Jem 3000 kalorii z "pudełek", a pozostałe 3000 stanowi to, na co mam ochotę: pizza, słodycze, fast foody. Pozwalam sobie, bo głowa w sporcie jest najważniejsza. Potrzebuję tego i to robię.

– Nie żyjesz zatem w ascezie.
– W każdą sobotę idę na imprezę. To jest mus. Jak jesteśmy w Hiszpanii, to nawet dwa razy w tygodniu. Jesteśmy normalnymi ludźmi, trzeba mieć balans. Bez tego jest się nieszczęśliwym i nie robi się wyników. Nie boję się tego powiedzieć.

– Wróćmy do dzieciństwa. Nie zawsze chyba tak garnąłeś się do sportu...
– W szkole podstawowej była piłka ręczna, a później poszedłem na pływanie, bo uprawiał je brat. Rodzice też chcieli, żebym spróbował sił w basenie. Pojawiły się pierwsze sukcesy, ale nie lubiłem tego. Dostałem się do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Gdańsku, ale opuszczałem połowę treningów. Trenerzy powtarzali, że mam talent, ale mi się nie chciało. Na treningach też nie dawałem z siebie stu procent, myślami byłem gdzie indziej. To nie było to. W końcu zostałem wyrzucony ze szkoły. Mieli ze mną ciężko. Dopiero, gdy trafiłem do triathlon, to zacząłem poważnie traktować sport.

– W jakim wieku zacząłeś karierę triathlonisty?
– Wyczynowo sześć lat temu. Mam 29 lat. Pierwsze podejście było wcześniej, ale skończyło się średnio, bo od razu skręciłem kolano, zerwałem więzadło krzyżowe i nie trenowałem przez rok czy dwa. Potem spotkał mnie mój przyjaciel, a wtedy trener Marcin Florek. Zauważył mnie przy sklepie i powiedział: – Robert, założyłem drużynę triathlonową, choć do mnie, spróbujemy jeszcze raz. I tak się zaczęło, dzięki niemu zacząłem odnosić pierwsze sukcesy.

– Przyszły szybko?
– Po pół roku zrobiłem ironmana, byłem drugi. Złamałem wtedy granicę 10 godzin, chyba dokładnie 9:52. Przegrałem z Niemcem, ale jechałem na zwykłym rowerze szosowym, po krótkim stażu treningowym. Dlatego wiedziałem, że mam do tego dar.

– Teraz, po sukcesie w potrójnym ironmanie, odczuwasz wzrost popularności?
– Tak. Nigdy nie było tak głośno wokół triathlonu i wokół mnie. Bardzo się cieszę, bo to duża promocja dyscypliny. W zeszłym roku pobiłem rekord świata w podwójnym ironmanie, ale nie było o tym tak głośno. Właściwie nikt nie mówił. Trochę mnie to dziwi, ale bardzo się cieszę.

– Biegasz nie tylko dla siebie, ale również w celach charytatywnych. A zdobyty teraz złoty medal przekazałeś na aukcję.

– Podczas wyścigu była prowadzona akcja dla Zakonu Maltańskiego, który opiekuje się starszymi i chorymi dziećmi. A po zawodach oddałem medal na licytację dla potrzebującej Zosi. Mam nadzieję, że licytacja zakończy się wysoko. Oddałem medal, bo pieniądze są potrzebne komuś bardziej niż mnie. Cieszę się, gdy mogę pomóc.

– Mistrzostwo świata to wielki sukces, ale za rok będzie kolejny mistrz. Rekord świata możesz mieć dłużej. Miło być rekordzistą świata?
– Jestem bardzo szczęśliwy, ale czuję też niedosyt. Wiem, że gdyby pogoda była bardziej korzystna, gdyby było chłodniej, gdyby wyścig został zorganizowany trzy tygodnie wcześniej w Austrii, gdzie jest płaska trasa – byłbym w stanie w tej samej formie zrobić to w 29 godzin. Trzecia rzecz, która mi nie dopisała, to specjalne koło rowerowe, które zamówiliśmy w Portugalii, a które do dziś nie przyszło. Z nim zaoszczędziłbym jeszcze pół godziny. To wszystko daje półtorej godziny mniej. Pewnie kiedyś będzie trzeba to poprawić.

– Przecież zapowiadałeś, że już nigdy nie wystartujesz na tym dystansie!
– Poczekam aż ktoś poprawi. Wtedy przygotuję się i postaram zrobić taki wynik, który zostanie już na zawsze.

– Jakie plany na najbliższą przyszłość?
– Za tydzień wracam do treningów. Po pierwszych będę wiedział czy jestem już w stu procentach zregenerowany i zdecyduję, kiedy następny wyścig. Planuję wystartować 2 grudnia w Argentynie, w kwalifikacjach do mistrzostw świata w ironmanie na Hawajach. Jeżeli będę czuł, że coś jest jeszcze nie tak z ciałem, to przesunę to trochę. Mam czas do lipca, żeby się zakwalifikować na przyszły rok. Docelowo chcę się ścigać z najlepszymi na świecie w standardowym ironmanie. To jest moje największe marzenie.

Już niedługo na SPORT.TVP.PL rozmowa wideo z Robertem Karasiem. Pokażemy niepublikowane dotąd nagrania ze startu Polaka w potrójnym ironmanie, udostępnione przez Team Karaś.

Robert Karaś: jedzenie to czwarta konkurencja triathlonu
Triathlonowy rekord świata w Gdyni. Polacy bez sukcesów
Enea IRONMAN 70.3 Gdynia 2018. Stankiewicz o swoim występie!
Ekipa TVP wzięła udział w... triathlonie. W niedzielę start iron mana w Gdyni

najpopularniejsze

Wisła przegrała z... pogodą. Stoch i spółka muszą zmienić plany

Zamieszanie z kwalifikacjami olimpijskimi siatkarzy. "Nowy system daje Polsce mniej szans"

Błyskawiczna robota "Diablo"! Sands znokautowany w 2. rundzie

Niesamowity karny w Rosji! Zdobył bramkę uderzeniem z... backflipa

Żewłakow: Lewandowski potrafi wytrzymać ogromny rygor profesjonalisty